„Dobry pisarz musi mieć brudne ręce…” W swojej najnowszej powieści “Pierwsza osoba”, zainspirowanej karierą autentycznego oszusta i własnym doświadczeniem z rolą pisarza widma, Richard Flanagan pyta o istotę literatury, prawdy i kłamstwa.


Pierwsza osobaW środku nocy Kif Kehlmann, młody, początkujący pisarz, odbiera telefon. Głos z niemieckim akcentem. To Siegfried Heidl, najsłynniejszy oszust w dziejach Australii. Ukradł bankom 700 milionów dolarów i czeka na proces. Wplątany w niejasne powiązania z CIA, NASA i zabójstwo wspólnika, szuka kogoś, kto napisze jego autobiografię. W sześć tygodni.

Dla Kifa to propozycja życia – honorarium, wynoszące 10 000 dolarów, mogłoby postawić jego rodzinę na nogi i pomóc mu skończyć własną powieść. Zgadza się.

Jednak wraz z postępami w pracy ma coraz więcej wątpliwości. Dlaczego człowiek, który z łatwością okpił wielkich tego świata, miałby nagle zrzucić wszystkie maski i otworzyć się przed niedoświadczonym pisarzem? Dlaczego do spisania historii swojego życia Heidl wybrał akurat jego – autora książki o tasmańskim modernizmie i kilku opowiadań? Czy to wszystko nie jest czasem kolejną grą, ostatnim wielkim przekrętem króla oszustów? A jeśli tak – jaka w całej tej bladze ma być rola Kifa?

W miarę jak czas mija, a świat Kehlmanna zmierza ku wielkiemu katharsis, jedno pytanie nie daje mu spokoju: czym jest prawda? Ta frapująca, na przemian komiczna i przyprawiająca o dreszcz książka stanowi zapadającą głęboko w pamięć podróż w samo serce naszej epoki.

***

Richard Flanagan to jeden z najbardziej wszechstronnych autorów. Każda z jego siedmiu powieści jest inna, zupełnie jakby nie pochodziły od jednego pisarza. Nazywano je arcydziełami. (…) “Pierwsza osoba” to współczesna wersja “Portretu Doriana Greya”.
Joyce Carol Oates, „New York Review of Books”

Przejmująca, zabawna, niepokojąca, wzruszająca… Flanagan szczerze i uczciwie konfrontuje trudne prawdy o życiu pisarza i życiu rodzinnym, materialnym i duchowym ubóstwie, miłości, rozpaczy i pożądaniu.
„The Australian”

Zjadliwie dowcipna… A przy tym też głęboka i dająca wiele do myślenia.
„The Bookseller”

Richard Flanagan (ur. 1961) – australijski powieściopisarz pochodzący z Tasmanii, uważany za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli swojej generacji. Zajmuje się także reżyserowaniem filmów i pisaniem scenariuszy. Laureat prestiżowych nagród: Commonwealth Writers’ Prize, Queensland Premier’s Prize, Western Australian Premier’s Prize i Tasmania Book Prize oraz Nagrody Bookera, którą otrzymał w 2014 r. za powieść “Ścieżki Północy”, nad którą pracował 12 lat.

Richard Flanagan
Pierwsza osoba
Przekład: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 27 lutego 2019
 
 

Pierwsza osoba


Protokół zeznania
Komisja do spraw Transportu Skazańców
Londyn, 5 maja 1837

 
Pytanie: Czy jest tam wiele księgarni?
Wielmożny Pan James Mudie: Wydaje mi się, że w Sydney może ich być z pół tuzina.
Pytanie: Jakie książki sprzedaje się w tamtejszych księgarniach? Czy są na innym poziomie niż te, które można kupić w Londynie?
Wielmożny Pan James Mudie: Na pewno gorsze; na przykład jest dużo powieści. Sam chodziłem na licytacje książek, tam zwane wyprzedażami, i za każdym razem zauważałem, że naprawdę wartościowe rzeczy kosztują znacznie mniej niż w Anglii. Pamiętam też, że raz na sali rozległa się pospolita wrzawa, gdy wystawiono na sprzedaż Newgate Calendar, bo wszyscy wołali: „Ach, muszę to kupić!”.
Nie przypominam sobie, za ile poszedł, ale za jakąś znaczną sumę… Poza tym oni lubią opowieści o bandytach i wszelkie inne tego rodzaju historie.
 Z dokumentów Parlamentu Brytyjskiego

1

1.

Nasza pierwsza sprzeczka dotyczyła jego narodzin. Chciałem umieścić je w książce, a on nie. Kłóciliśmy się przez półtora dnia. Twierdził, że ta sprawa nie ma żadnego znaczenia. Później zrozumiałem, co miał na myśli, ale wtedy wydawało mi się, że to po prostu uprzedzenie do współpracy i przejaw niewytłumaczalnego oporu – jak gdyby nie chciał, żeby te wspomnienia w ogóle powstały. Zresztą tak naprawdę wcale ich nie chciał, owszem, chociaż nie o to mu chodziło. Absolutnie nie. Tylko że z tego zdałem sobie sprawę dopiero później, znacznie później, gdy zacząłem się bać, że początek tej książki stanie się moim końcem.
Innymi słowy, za późno.
Dzisiaj wystarczają mi telewizyjne reality shows. Jest jakaś pustka, samotność, która boli i szokuje. Przestrasza. Przeraża mnie, bo powinienem był żyć, a właściwie nigdy nie żyłem. Reality TV nie sprawia, że żyję naprawdę.
Wtedy jednak nic z tego nie rozumiałem. Byli tacy, którzy bali się, że mógłbym wrócić do literatury. Przez literaturę rozumiem alegorię, symbol, tropy tańca czasu; książki pozbawione wyraźnego początku i końca, a w każdym razie takie, w których początek i koniec nie występują w normalnej kolejności. Przez takich, którzy się bali, rozumiem mojego wydawcę, Paleya, o zaskakującym imieniu Gene. W kwestii pisania wyraził się bardzo konkretnie: miałem opowiedzieć prostą historię w prosty sposób, a tam, gdzie nie byłaby prosta – gdzie mówiłaby o skomplikowanych szczegółach spektakularnego przestępstwa – miałem ją upraszczać, ilustrować anegdotami i nie używać zdań dłuższych niż dwie linijki.
W wydawnictwie szeptano, że Paley boi się literatury. I nie bez powodu. Po pierwsze, nie sprzedaje się ona zbyt dobrze. Po drugie, można słusznie zauważyć, że zadaje pytania, na które nie jest w stanie odpowiedzieć. Dzięki niej ludzie dziwią się sami sobie, a to w sumie rzadko przynosi pożytek. Przypomina im, że życie polega na porażce, a prawdziwą niewiedzą jest nie zdawać sobie z tego sprawy. Może w beletrystyce jest jakaś transcendencja – albo mądrość, przynajmniej w niektórych dziełach – Gene Paley jednak nie widział siebie w roli uczestnika transcendentalnej gry. Był z całej duszy zwolennikiem książek, które w kółko powtarzają czytelnikowi jedną czy dwie rzeczy. Ale najlepiej jedną.
Jak chcesz sprzedawać, mawiał, to musisz opowiadać.
Znowu otworzyłem maszynopis i raz jeszcze przeczytałem początek.
„Siedemnastego maja 1983 roku podpisałem zgłoszenie na stanowisko p.o. kierownika ds. bezpieczeństwa (naczelnika) (klasa 4/5) w Australian Safety Organization imieniem i nazwiskiem Siegfried Heidl i w ten sposób zacząłem nowe życie”.
Minęło sporo czasu, nim dowiedziałem się, że Siegfried Heidl nie istniał, dopóki nie podpisał tego zgłoszenia, a zatem ściśle rzecz biorąc, powiedział mi prawdę. Przeszłość jednak jest zawsze nieprzewidywalna, a jak się miałem jeszcze zorientować, wcale nie najmniej ważną cechą Heidla jako dobrego oszusta było to, że rzadko kłamał.
Ziggy Heidl uważał, że jego liczący dwanaście tysięcy słów maszynopis – cienki stosik kartek, który często naciskał wyciągniętą ręką jak piłkę do koszykówki, by odbić ją od podłogi i wprowadzić znów do gry – zawiera wszystko, co ktokolwiek mógłby chcieć przeczytać o Ziggym Heidlu. Moje zadanie jako pisarza, ciągnął, polegało na tym, by oszlifować jego sformułowania i może tu i ówdzie coś za niego rozwinąć, rozbudować.
Powiedział to – podobnie jak wiele innych rzeczy – z tak niezachwianą wiarą, pewnością siebie i przekonaniem, że niełatwo przyszło mi zauważyć, że w tekście nie ma ani słowa na temat jego dzieciństwa czy rodziców, ba, brakuje nawet daty urodzenia. Pamiętam tę odpowiedź do tej pory, mimo że minęło tyle lat.
Życie to nie cebula, którą się obiera, nie palimpsest, który da się wymazać z wierzchu, żeby dotrzeć do jakiegoś oryginalnego, prawdziwszego znaczenia. Życie jest niekończącą się konfabulacją.
A kiedy na to wyrafinowane stwierdzenie zrobiłem chyba zdziwioną minę, dodał takim tonem, jak gdyby wskazywał mi drogę do najbliższej toalety publicznej: Tebbe. Tak brzmi jeden z jego aforyzmów.
Jeśli brakowało mu faktów, nadrabiał je nienachalną pewnością siebie, a jeśli brakowało mu pewności, nadrabiał ją faktami, choćby w większości zmyślonymi, wyglądającymi jednak na tym bardziej prawdopodobne, że rzucał nimi swobodnie, przyjmując nieoczekiwany punkt widzenia.
Wielki niemiecki instalacjonista, powiedział Heidl. Thomas Tebbe.
Nie miałem pojęcia, czym może być palimpsest. Ani kto to jest Tebbe, ani czym się zajmują instalacjoniści, i powiedziałem mu o tym. Nie zareagował. Być może, jak poinformował mnie przy innej okazji, czerpiemy z naszej i cudzej przeszłości, żeby wykreować się na nowo, i wtedy zyskujemy także nową pamięć. Tebbe, którego przeczytałem dopiero wiele lat później, ujął to najlepiej: Może to cudza krew wsiąka w piach, napisał, ale ja jestem tym piachem.
Podniosłem wzrok.
Tak z czystej ciekawości, zapytałem, to w której części Niemiec się wychowałeś?
Niemcy? – odpowiedział, wyglądając przez okno. Pojechałem tam dopiero, kiedy skończyłem dwadzieścia sześć lat. Mówiłem ci już.
Wychowałem się w południowej Australii.
Masz niemiecki akcent.
Tak jest, odparł. A gdy zwrócił swoją pełną twarz z powrotem ku mnie, próbowałem nie gapić się na maleńki mięsień w jego poza tym nalanym policzku, rozedrgany niczym napięty węzeł pośród obwisłości, kiedy Heidl się uśmiechał – pojedynczy, naprężony, pulsujący mięsień.
Wiem, że to dziwne, ale tak właśnie było… Wychowywali mnie niemieckojęzyczni rodzice i nie miałem się z kim bawić. Mimo wszystko byłem wtedy szczęśliwy. Napisz to.
Uśmiechał się.
Jego uśmiech: fala-cofka wciągająca mnie złowieszczo we współudział.
Co? – zapytałem.
To.
Co?
Że byłem szczęśliwy.
Ten straszny uśmiech. Ten drgający policzek.
Bum bum, pulsował cicho. Bum bum.

2.

Pracowaliśmy w narożnym gabinecie dyrektora wykonawczego w głównej siedzibie wydawnictwa w Port Melbourne. Być może był to gabinet szefa redakcji albo kierownika działu sprzedaży, który niedawno przeszedł na emeryturę lub został zwolniony z pracy. Kto wie? Tego nigdy nam nie powiedziano, ale dzięki temu gabinetowi Ziggy Heidl czuł się ważny – i to się liczyło, a nie to, że ja mogłem się czuć skrępowany. Był rok 1992, niedawne, chociaż bardzo już odległe czasy, kiedy dyrektorzy wykonawczy wciąż mieli takie pokoje, a w nich barki pełne alkoholu. Działo się to jeszcze przed Amazonem i e-bookami, zanim w użycie weszły tego rodzaju pojęcia jak „szczegółowa analiza”, „zaspokojenie klienta” i „regulacja łańcucha dostaw”, które połączyły się ze sobą niczym coraz ciaśniejsze sploty szubienicznego sznura, i zanim nieubłaganie wzrosły ceny nieruchomości, a krach na rynku wydawniczym zmienił gabinety wydawców w coś w rodzaju masarskich linii produkcyjnych: wszyscy pracownicy siedzieli ciasno obok siebie na długich ławach, przywodzących na myśl, dajmy na to, kantynę czerwonoarmistów w Kabulu około 1979 roku.
I podobnie jak wtedy Armia Czerwona, branża wydawnicza wchodziła w okres kryzysu i stagnacji, których nie rozumiano jeszcze jako kryzysu czy terminalnej choroby. Tymczasem pod krzesłami, które zajmowali pracownicy domów wydawniczych, reorganizacje wynikające z nadmiernego zatrudnienia drążyły mnóstwo otworków, z wolna tworzących jedną wielką dziurę odpływową jak w zlewie, przez którą kilka lat później nagle i nieoczekiwanie runęły wyższe piętra, z hukiem zbijając się w już tylko jedną, parterową kondygnację. I ona zaczęła się jednak szybko kurczyć, kiedy biurową przestrzeń zalała wzbierająca fala nowych spółek oraz firm finansowych i internetowych – przypływ oceanu zniszczenia – w końcu więc z parteru została jedynie połowa. Na tej znikającej wyspie książki były już wyłącznie towarem, a pisarze stali się tylko jego dostarczycielami, kimś w rodzaju robotników napełniających worki z piaskiem, którzy spadali coraz niżej i niżej w hierarchii społecznej, o ile coś takiego było jeszcze w ogóle możliwe. Zdaje się to sugerować, że piszę z niejaką nostalgią i że ten gabinet w Port Melbourne miał jakiś szczególny urok albo charakter.
Bez nostalgii.
Nie miał.
Owszem, stały tam półki z książkami, ale kiedy przyjrzeć im się bliżej, przypominały ówczesny świat wydawniczy – i wywoływały zniechęcające wrażenie. Regały zrobiono z płyty paździerzowej, pokrytej niby tekowym lakierem o nieprzyjemnie fekaliowym odcieniu brązu, a w rzeczywistości, jak się okazało, po prostu okleiną. No i książki! Jedynymi tytułami na tych półkach były publikacje potężnego wtedy wydawnictwa Schlegel TransPacific (czy jak je też wtedy nazywano, TransPac albo STP). Książki o czekoladzie, ogrodnictwie, meblarstwie, historii wojskowości i zmęczonych celebrytach; nużące wspomnienia i powieści wagonowe. Tylko niewielka część dochodów, jakie przynosiły, szła na wydawanie nielicznych prawdziwych – moim zdaniem – książek: powieści, esejów, poezji oraz zbiorów opowiadań, których na tych lśniących półkach nie dało się uświadczyć. Oprócz wymienionych już pozycji oraz książek kucharskich, wydawnictw albumowych i słowników czy encyklopedii, na które wciąż istniał popyt, stały tam też dzieła zebrane Jeza Dempstera, każdy tom w kolorze popiołu z wytłoczonym wielkimi złotymi literami nazwiskiem JEZ DEMPSTER. Był to straszny szajs. Zresztą wszystkie te książki wydawały mi się bardzo zniechęcające. Już na samym początku odniosłem wrażenie, że moja koncepcja literatury i pisania obejmuje tylko maleńki i raczej niecieszący się powodzeniem podzbiór tego, co w STP nazywano – w pokrętnie enigmatyczny sposób – „branżą”.
„Branża” tłumaczyła wszystko. Wprawdzie określenia w rodzaju „tak to już bywa w branży” albo „w branży jest ciasno” niczego nie mówiły, uznawano je jednak za wszechwyjaśniające. A ja od pierwszego dnia rozumiałem, że „branża” w pewnym sensie uważa moją historię o Heidlu za o wiele prawdziwszą książkę od tej, którą jak mi się do tamtej chwili roiło, pisałem, czyli mojej niedokończonej wówczas pierwszej powieści.
Wydawało mi się to absurdalne, ale absurdalna okazała się „branża”. Było na przykład kompletnie bezsensowne, że wspomnienia Heidla – z powodów, których nigdy nie udało mi się ustalić – trzymano w tajemnicy. Nikt w wydawnictwie nie mógł się z nimi zapoznać, nie licząc kilku ludzi pracujących z nami nad tą książką – czyli samego Gene’a Paleya, który robotę zostawiał jednak w większości redaktorce, Pii Carnevale, i jeszcze jednej czy dwóch osób. Wszystkim poza nimi mieliśmy mówić, że współredagujemy antologię średniowiecznej westfalskiej poezji ludowej. Nie jestem pewien, czyje to było kłamstwo – Heidla czy Paleya, a może to ja je później wymyśliłem – w każdym razie wyglądało na równie imponujące, jak idiotyczne. O ile mi wiadomo, nikt nigdy nie zapytał, dlaczego mielibyśmy podjąć taki projekt. W tej dziedzinie, pełnej różnych niezwykłości, było to po prostu jeszcze jedno dziwactwo – ale czyż nie tym właśnie charakteryzowała się „branża”?
Do bombastycznej tandety wydawniczej pasowały meble – replika laminowanego dyrektorskiego biurka z czasów edwardiańskich, zza której Heidl bez przerwy gdzieś telefonował, była za duża, a stół konferencyjny, przy którym pracowałem, za mały, żeby mógł pełnić wyznaczoną mu funkcję. Nieco poplamione fotele klubowe, w których siedzieliśmy, kryła żakardowa tapicerka z nylonu, przetykana łososiową i szarą nicią. W dotyku tkanina sprawiała takie wrażenie, jak gdyby się częściowo rozpuściła. Udręczona kolorystyka nie wiedzieć czemu zawsze przywodziła mi na myśl obrazy Francisa Bacona. Wydawało mi się, że siedzę w samym środku niemego, przeraźliwego krzyku.

3.

Gene chciałby się z tobą zobaczyć, Kif, powiedziała młoda kobieta, stając w drzwiach naszego gabinetu. Chce, żebyś podpisał umowę.
Paley wcale niczego takiego nie chciał; umowę podpisałem od razu pierwszego dnia, tak dawno temu, że trudno było uwierzyć, że w poniedziałek, a teraz przyszła dopiero środa. Domyślałem się, że raczej pragnie się dowiedzieć, jak idzie nam robota.
Powoli, powiedziałem, stawiwszy się przed Gene’em w jego wyglądającym niczym apartament gabinecie; wpatrywał się w zalegające na biurku papiery z podajnika. Heidl po prostu nie chce mówić… o żadnych szczegółach.
Wczesne dzieciństwo?
Niejasne historie o tym, że miał niemieckich rodziców i przyszedł na świat w południowej Australii, w zapadłej górniczej dziurze o nazwie Jaggamyurra.
To wszystko? – spytał Paley, wciąż nie podnosząc wzroku.
Mniej więcej.
Mmm.
Raczej mniej.
A oszustwa? Jak mówiłem, Heidl nie bez powodu został przestępczym celebrytą. Siedemset milionów dolarów. Największy przekręt w dziejach Australii. Opowiedział ci, jak tego dokonał?
Niejasno.
A o CIA?
Jeszcze bardziej niejasno.
Mmm, wymamrotał znów Paley i zamilkł. Jego rozmowy często były punktowane właśnie takim nieznacznym, opadającym mruknięciem, jak gdyby każde poprzedzające je zdanie oznaczało porażkę. Mruknięciem albo powtórzeniem „Jak mówiłem”. W ogóle wyrażał się dość niezwyczajnie, krótkimi zdaniami, rzucanymi najpierw szybko, a potem wypowiadanymi powoli, dlatego często brzmiał niczym psujący się teleks.
Dobrze… – odpowiedziałem, słysząc jednak w swoim głosie wahanie.
Na jednej z płacht papieru szerokości małej szosy podmiejskiej Paley naniósł kilka starannych znaczków; mokry czarny atrament jego wiecznego pióra wyraźnie odcinał się od jasnoniebieskiej kartki w białe paski i popielatych rozmazów kropek drukarki igłowej, składających się na szeregi cyfr.
To ciekawe historie, powiedziałem. Tylko trochę…
Niejasne?
Niejasne? Chyba tak.
Jak mówiłem, umiesz pisać, stwierdził Paley, nadal śledząc wzrokiem szereg liczb. Ale musimy nakłonić go do zwierzeń.
Oczy miał dziwnie przesłonięte powiekami, co w połączeniu z jego drobną twarzą, zakrzywionym niczym dziób nosem, wonią przypominającą zapach pudru i moją obawą, że w każdej chwili mogę zostać przez niego dotkliwie i niespodziewanie zaatakowany, przypominało mi o należącej do Suzy papużce, aleksandretcie, która nie pomijała żadnej okazji, żeby mnie dziabnąć.
Heidl musi mi powiedzieć coś więcej, stwierdziłem. On… On po prostu nie jest zainteresowany tą książką.
Paley podniósł wzrok i zmierzył mnie nieprzejednanym spojrzeniem.
Mmm, mruknął, po czym komicznym gestem wyciągnął rękę, w której trzymał przesadnie wielkie wieczne pióro, wytworne i absurdalne jak chromowana rura drenażowa na polu, a potem upuścił je na kilka kilometrów cyfr, pokrywających płachty papieru. Żył wśród takich liczb przez wiele długich lat – wśród nieprzebranych liczb oznaczających egzemplarze wydrukowane, sprzedane, zwrócone i pozostałe w magazynie, liczb, które podawał jako marżę księgarzom, liczb, o których kłamał innym wydawcom i prasie, liczb piekielnie autentycznych, wymarzonych, prawdziwych, fałszywych, straconych w zachłannych sieciach księgarskich, liczb wydartych bezmózgim autorom i pyszałkowatym agentom i będących rozpaczą, pięknem oraz czystą alchemią; ich liczb, naszych liczb, liczb złych, dobrych, a nawet, na litość boską, opisujących inne liczby – i z czasem wszystkie one wryły się w duszę Paleya tak głęboko, że stały się dla niego czymś prawie jak szósty zmysł: oznaczały możliwość zysku i makabrę straty. I właśnie ten zmysł już wtedy, w tamtej chwili, sprawiał, że Gene drżał z niepokoju, a może nawet ze strachu.
Twoja umowa nie obejmuje jedynie napisania książki, powiedział, wciąż sympatycznym, ale w pewnym sensie bardziej stanowczym głosem – bardziej zdecydowanym. Miałeś ją napisać dla nas razem z nim. Twoim zadaniem jest zmusić go do mówienia. Jak nie będzie gadał, to z książki nici. A bez niej za sześć tygodni nie będzie dla ciebie kasy. Ani centa. Nie. Tak?
Nie, odparłem. Tak.
Nie, powtórzył Paley. Ani centa.
Tak, odpowiedziałem. Nie.
Wciąż ze mną rozmawiając, złożył papierowe płachty w schludny prostokąt, wstał i bez żadnego wstydu czy skrępowania zdjął koszulę, odsłaniając biały podkoszulek, wiszący luźno na jego kościstym białym ciele.
Podobno istnieją tylko trzy zasady, które mówią, jak napisać książkę, oświadczył, uciekając się do anegdoty opowiadanej już tyle razy, że wydawała się kompletnie wyświechtana. Tylko że nikt nie może ich sobie przypomnieć.
Lekko obwisłą skórę pod chudymi ramionami Paleya znaczyło kilka jasnoczerwonych pieprzyków, niewiele większych od kropek zrobionych długopisem, wyrosłych na skórze ciała, które na oko nie zaznało nigdy pracy fizycznej. Ten człowiek, z pozoru ani trochę nieprzejmujący się tym, że ma na imię Gene, był, zdałem sobie sprawę, kimś wykraczającym poza stereotypową męską niewiarę w siebie, w każdym razie tak jak mnie nauczono ją rozumieć. Już po trzech dniach pracy nad wspomnieniami Heidla zorientowałem się, że hołduję jeszcze wielu podobnym szablonom myślowym. Mimo to nie mogłem się oprzeć refleksji, że to wstyd odsłaniać takie ciało, tors jamnika zwieńczony łbem czubatej papugi. Żeby oddać sprawiedliwość takiej aparycji, trzeba byłoby być Arcimboldem.
Paley otworzył szafkę i wyjął z niej świeżo wyprasowaną koszulę.
Najpierw spróbuj jednak skończyć pierwszy draft, powiedział. Szybko. Dobrze ci radzę.
Nie krępując się moją obecnością ani tym, co mógłbym o nim pomyśleć, włożył nową koszulę, dorzucając tylko jedno słowo, które najwyraźniej miało mi wystarczyć jako wyjaśnienie.
Lunch, powiedział, zapinając guziki. Z Jezem Dempsterem.
Książki tego autora sprzedawały się w setkach tysięcy egzemplarzy. Może w milionach. Jez Dempster był „duży w branży”.
Jak mówiłem, pisarz twojego typu może się bardzo wiele nauczyć od takich Dempsterów, zauważył Paley. Prawda?
Prawda, odparłem albo powtórzyłem, wszystko jedno. Na przykład czego…?
Tego, że jeśli tylko zaczniesz pisać dość kiepsko, będziesz mógł zarobić kupę forsy. A ty żyjesz alternatywą takiej możliwości.
Dobrze piszę?
Nie zarabiasz kasy.
Chociaż w słabym uśmiechu i nieco osłoniętym powiekami spojrzeniu Paleya kryła się łagodność, a nawet – może – uprzejmość, to w jego chudym kadłubie i sflaczałych ramionach mieszkał przypominający sztylet instynkt, doskonale wyostrzony na pozycję społeczną i pieniądze. Głównie na pieniądze. Może to właśnie było w nim najlepiej rozwinięte: niemal szamański nos do forsy, doskonałe wyczucie jej potrzeb i wymagań, uniesień i męczarni, błagalnych zaklęć i rozmaitych działań, których żądała od Paleya jako pośrednika między jej i naszym światem. Była w nim jakaś stanowczość, która – co rozumiałem już wtedy – mogła się łatwo przerodzić w okrucieństwo, bo mężczyzna, który nie przejmował się, co o jego konstytucji fizycznej pomyśli inny facet, nie przejmował się też tym, co ludzie myślą na wszystkie inne tematy, i nie obchodził go również cudzy los.
Jez Dempster powiedział mi, odezwał się Paley, rozpinając spodnie, a potem i rozporek do połowy masztu, że klasyka to literatura, która nigdy nie kończy tego, co chce powiedzieć.
Schował poły koszuli i zapiął spodnie.
A ty nie piszesz klasyki, dodał. Tylko bestseller. Chcę, żebyś powiedział w nim wszystko, co ktokolwiek miałby kiedykolwiek ochotę przeczytać o Siegfriedzie Heidlu. I chcę mieć tę książkę gotową za sześć tygodni.
Muszę przyznać, że widok zmieniającego koszulę Paleya odebrał mi odwagę. Coś w jego zachowaniu – jak w zachowaniu królów, którzy przyjmowali dworzan, wysłuchiwali próśb poddanych i rozstrzygali sprawy państwowe, srając na nocniku – ujawniało różnicę w naszej pozycji na drabinie społecznej o wiele wyraźniej niż wszystko, co mógł mi powiedzieć. Do tego, co uznawałem za prawdziwą męskość, wiele mu brakowało, a przecież było oczywiste, że uważa się za lepszego ode mnie. I chociaż strasznie mi się to we mnie nie spodobało, przekonałem się, że swoją nieporadną postawą i nerwowymi odpowiedziami zdaję się poniekąd potwierdzać tę oczywistość, choć powtarzałem sobie, że w nią nie wierzę.
To nie jest tak, że on się uważa za kogoś lepszego, dodał później Ray, kiedy opowiedziałem mu o tej zmianie koszuli. On o tym po prostu wie. Wie, że jest kimś lepszym. Tacy jak on zostają odpowiednio wychowani, żeby mieć tego świadomość.
Twoje buty, powiedział ubrany już Paley, wskazując mi ręką drzwi.
Spuścił wzrok na moje stopy; podeszwa prawego adidasa się odklejała. Może niezupełnie się rozpadał, w każdym razie nie do końca, miałem więc nadzieję, że jeśli będę podnosił nogi, zamiast nimi szurać, to wytrzyma jeszcze te sześć tygodni.
Nie masz innych?
Przez cały ten czas, kiedy na niego patrzyłem, przyglądał mi się badawczo i zdałem sobie sprawę, że jego zdaniem czegoś mi brakuje. A prawda wyglądała tak, że nie miałem innych butów i nie było mnie na nie stać, ale za bardzo się wstydziłem, żeby mu to powiedzieć albo w ogóle się odezwać. Wszystko, co mogłem zrobić, to tylko jeszcze bardziej postarać się skłonić Heidla do mówienia, bo wtedy by mi zapłacili i dostałbym trochę pieniędzy na, między innymi, nowe adidasy.