“Absurdy i kurioza przedwojennej Polski” to książka, która w przystępny i dowcipny sposób przedstawia realia życia w owych czasach. Wzbogacona o liczne archiwalne zdjęcia daje czytelnikowi możliwość zanurzenia się w przeszłości, a ta przeszłość, w ujęciu Remigiusza Piotrowskiego, wciąga od pierwszej strony lektury.


Absurdy i kurioza przedwojennej PolskiMówi się, że zdjęcie powie więcej niż tysiące słów. I rzeczywiście, wystarczy jedno spojrzenie na fotografię mężczyzny sprzedającego owoce przed Sukiennicami, by przenieść się do przeszłości. To okres międzywojnia. Mężczyzna ma na sobie marynarkę i kaszkiet – elegancja była standardem nawet na stoisku pełnym siana, waży owoce dla klientki w kapeluszu. Dookoła nich kłębią się tłumy innych kupujących.

„Dostaną tam państwo wszystko, od czekolady w tabliczkach po perły literatury światowej. Są pomarańcze katańskie, jabłka („jak ta malina”), książeczki z nową konstytucją i grzebienie” – tak pisze o handlu ulicznym w przedwojennej Polsce Remigiusz Piotrowski. Istotnie, wiele się wówczas działo na ulicach. Dzisiejsze przestrzenie publiczne, w porównaniu do początkowych lat XX wieku, spowija nuda. Jest sterylnie i pusto. Czytając książkę Piotrowskiego łatwo zatęsknić za znacznie barwniejszymi czasami, które dziennikarz opisuje.

Podkreślam, że Remigiusz Piotrowski jest dziennikarzem, bo dla książki „Absurdy i kurioza przedwojennej Polski” ma to istotne znaczenie. Publikacja ta, wydana w serii literatury faktu wydawnictwa PWN, zaznajamia czytelnika z niedawnymi dziejami naszego kraju w sposób lekki i przystępny. Mnogość podawanych przez autora informacji, dzięki dynamicznej, dziennikarskiej narracji, pozostaje na długo w pamięci czytelnika nie powodując poczucia przeciążenia faktami.

Podczas lektury pojawia się za to często poczucie nostalgii, gdy uświadamiamy sobie, jak szybko zmienia się świat, a to co uważane jest w danym momencie za oczywisty element rzeczywistości, zaraz odchodzi w zapomnienie. Nie spotkamy już dziś ani posłańców ani woziwodów, na klientów nie czeka pucybut ani dorożkarz. Piotrowski pisze o nich, a także o przedstawicielach innych profesji, w rozdziale „Zawody zapomniane”, po czym przechodząc do rozdziału poświęconego „Wynalazkom” także wzmiankuje niezwykłe pomysły naszych przodków, z których wiele zostało zapomnianych, tak samo jak wynalazcy wędrowni „odwiedzający miasta, miasteczka i wsi w poszukiwaniu mecenasów lub osób chętnych nabyć zaprojektowane przez nich cuda.”

Publikacja ta zaznajamia czytelnika z niedawnymi dziejami naszego kraju w sposób lekki i przystępny.

Swoją książkę autor nazywa „subiektywną księgą przypadków osobliwych”, co wydaje się jednak zbyt skromnym zawężeniem. Piotrowski, zbierając dane o życiu społeczeństwa polskiego w latach międzywojennych, poruszał się po szerokim spektrum tematów. Pomogła mu w tym przede wszystkim zachowana w archiwach prasa z tego okresu, dająca realistyczny pogląd na to, czym pasjonowali się ludzie w owych czasach. „Opowieść – częstokroć przedstawiana anegdotycznie, inkrustowana tekstami wspomnień, a nade wszystko oparta na nieznanych i zapomnianych materiałach prasowych z lat dwudziestych i trzydziestych – ma w założeniu sprawić uciechę tym wszystkim, którzy smakują w purnonsensie i niedorzecznościach życia codziennego, którzy na przeszłość patrzą z szacunkiem, lecz także dystansem, którzy swoje wyobrażenia o „epoce skoku cywilizacyjnego” są gotowi skonfrontować z wiedzą niepochodzącą z podręczników akademickich” – pisze autor we wstępie.

To zasadne założenie, bo pełny obraz sytuacji w tym przypadku powstać może dopiero z połączenia wiedzy na temat kluczowych wydarzeń historycznych i wiedzy o życiu codziennym, stanowiącym nieodzowne tło dla wszelkich dziejowych przemian. Co nie znaczy, że poważniejszych tematów w książce Remigiusza Piotrowskiego zabrakło – przeciwnie. Pojawiają się choćby w rozdziale „Rozporządzenia, prawa, ustawy”, w którym opisuje on na przykład rozbuchaną biurokrację czy system celny dwudziestolecia międzywojennego. Z przymrużeniem oka, z humorem, ale i nutą powagi. Kto by się odważył żartować z komornika?

„Absurdy i kurioza przedwojennej Polski” to książka z gatunku tych, które czyta się od deski do deski. Jest wciągająca i pouczająca, rozbudza ciekawość, zachęca do podjęcia samodzielnych poszukiwań w tematach tylko wzmiankowanych, a zajmujących z perspektywy czytelnika. W jeden wieczór pozwala nabyć rozległe, wielowątkowe wyobrażenie o życiu w przedwojennej Polsce, zachęca do szybkiej a edukacyjnej podróży w czasie, z której wspomnienia pozostaną z czytelnikiem na długo. Robert Wiśniewski


Remigiusz Piotrowski, Absurdy i kurioza przedwojennej Polski, Wydawnictwo Naukowe PWN, Premiera: 5 kwietnia 2017
 
 

Absurdy i kurioza przedwojennej Polski

Remigiusz Piotrowski
Absurdy i kurioza przedwojennej Polski
Wydawnictwo Naukowe PWN
Premiera: 5 kwietnia 2017
 

SPIS TREŚCI

Od autora

MOSTEK CIELĘCY RAZ
MAGICZNE MIĘDZYWOJNIE
LEKARZE, PACJENCI I ZNACHORZY
MANEWRY MIŁOSNE
SŁABA PŁEĆ
ZWYCZAJE
PRASA
ROZMAITE INTERESA
RÓŻNE OBLICZA NĘDZY
CUKIER KRZEPI, RADION SAM PIERZE…
ZAWODY ZAPOMNIANE
WYNALAZKI
WYCINKI KULTURALNE
NA BAKIER Z PRAWEM
KANCIARZE I HOCHSZTAPLERZY
KLASA POLITYCZNA
ROZPORZĄDZENIA, PRAWA, USTAWY
W OPARACH ABSURDU… NIEDORZECZNOŚCI, EKSCENTRYCY, DZIWY
SAMOBÓJCY, SENSACJE, ZAPOMNIANE AFERY
Z FARTEM
W POZNANIU, WARSZAWIE, ŁODZI I NA KRESACH
AJ WAJ!
W WOLNYM CZASIE
Zamiast zakończenia
Źródła
Źródła zdjęć
Przypisy

ROBAK W ZUPIE

Na kulinarnej mapie przedwojennej Polski, a zwłaszcza Warszawy, nie brakuje miejsc, gdzie nawet najwybredniejszy smakosz rozpłynie się nad kulinarną maestrią serwowanych potraw. Któż temu zaprzeczy? Restauracja U Wróbla słynie z flaków, a najlepszą dziczyzną chwali się Pod Bachusem. Hotel Europejski i mieszcząca się w nim restauracja podaje wyszukaną kuchnię francuską, Simon i Stecki słynie z pasztetu z zająca, a Sielanka z raków w śmietanie.
Bon appétit, Warszawo! I nie tylko Warszawo, bo na wykwintne lokale można było w tamtym czasie natrafić we Lwowie, Wilnie, Poznaniu, Łodzi i Krakowie. Jedyna w swoim rodzaju jest chociażby restauracja prowadzona przez Stanisława Wierzbickiego w Radomiu. Zamawia się tam często nie z karty, ale z… głowy. I ponoć – a zapewniał o tym bodaj największy obok Franciszka Fiszera i Bolesława Leśmiana smakosz II RP, aktor Władysław Walter – każde wymyślone przez gościa danie zawsze trafia na talerz. Ot, magicy.
O kulinarno-towarzyskich wizytówkach przedwojennej Polski, Małej Ziemiańskiej, Adrii czy łódzkiej Tivoli, napisano dotąd wiele, niemniej nie da się ukryć, że kameralne restauracje i kawiarnie, goszczące w swych progach elity, ukazują jedynie część prawdy o gastronomicznej sferze życia przedwojennej Polski.
Nie znajdziesz tam chociażby karalucha, stworzenia niezbyt miłego człowiekowi, a w sprawach szeroko pojętej sztuki kulinarnej międzywojnia odgrywającego, jak się okazuje, rolę bez wątpienia kluczową. Brzydki szkodnik potrafi zrobić restauracji taką reklamę, że właściciel nierzadko w ciągu tygodnia jest zmuszony zwinąć interes.
Niewiele brakowało, aby ofiarą afery robakowej padł lokal przy ulicy Marszałkowskiej, do którego pewnego dnia zawitał urzędnik starostwa powiatowego w Warszawie, pan Jan Jasiński. Proszę sobie wyobrazić – ów jegomość pałaszuje ze smakiem znakomicie wypieczone mięsko i wszystko zapewne skończyłoby się szczęśliwie, gdyby w fasce z chrzanem nie zauważył wielkiego karalucha. Taki widok musi się spotkać z ostrym sprzeciwem klienta, bo chociaż panu urzędnikowi godzi się zalewać robaka, zjadać go to już zupełnie co innego. Na nic zdadzą się tłumaczenia właściciela restauracji, na nic zrzucanie winy na dostawcę chrzanu – Jasiński wzywa policję, a funkcjonariusz spisuje protokół o przykrej treści.
Zaniedbał sprawę pan restaurator. Zaniedbał i będzie się ze swych uchybień gęsto tłumaczył w sądzie grodzkim. Nie on jeden zresztą, bo insekty zadomawiają się w wielu przedwojennych piekarniach i restauracjach. Dość powiedzieć, że dwaj studenci Uniwersytetu Warszawskiego właśnie do takich miejsc skierują swe kroki w pierwszej połowie lat trzydziestych w poszukiwaniu owadów niezbędnych do przeprowadzenia eksperymentów naukowych. Panowie dobiją targu z kucharzem jednej z warszawskich restauracji, który pięknie odkarmione karaluchy odsprzeda im w cenie piętnastu groszy za sztukę. Zresztą podobnej transakcji mają okazję dokonać studenci w pewnej piekarni. Zatrudniony tam piekarz najpierw przyznaje, że owszem, karaluchów u niego dostatek i chętnie je odsprzeda, ale potem – w obawie, że ma do czynienia z inspekcją sanitarną – wycofuje się z biznesu i wyprasza młodzieńców za drzwi.
Z tymi grasującymi po restauracjach insektami to niekiedy dziwna sprawa, a wina nie zawsze leży po stronie właściciela. Zdarza się i tak, że karaluchy pojawiają się w dość tajemniczych okolicznościach i to pomimo wysiłków personelu pragnącego utrzymać lokal w należytej czystości. O tym, że w biznesie gastronomicznym wszystkie ciosy są dozwolone, boleśnie przekona się pani Janina Goszczyńska, właścicielka restauracji na rogu ulic Kopernika i Tamki, lokalu znajdującego się w sąsiedztwie areny walk zapaśniczych i przez publikę tychże niezwykle cenionego. Ponieważ interes idzie pani Goszczyńskiej znakomicie, szybko znajdą się tacy, którzy zechcą zająć jej miejsce, a przedtem doprowadzić nieszczęsną kobietę do ruiny. W lokalu coraz częściej pojawiają się nigdy dotąd niewidziani goście, a każdy z nich narzeka a to na prusaka w bigosie, a to na karalucha w grochówce. Cóż z tego, że robaczek okazuje się jedynie ciemno przysmażoną słoniną, skoro w związku z licznymi zgłoszeniami w restauracji co rusz zjawia się policja, a zrozpaczona pani Goszczyńska składa niekończące się wyjaśnienia, coraz bardziej pogrążając się w oczach klientów.

KLIENT AWANTURUJĄCY SIĘ

Zapewne pamiętają państwo słynną scenę z kultowej komedii Stanisława Barei Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz? Tę, w której dyrekcja sklepu spożywczego umieszcza na tablicy fotografię „klienta awanturującego się”? Otóż, nihil novi, bo już w dwudziestoleciu międzywojennym lokale gastronomiczne w podobny sposób radzą sobie z niesforną klientelą.
Nader często zdarza się bowiem tak, że jegomość zamawia kolację, pałaszuje ją ze smakiem, lecz gdy przychodzi do uregulowania rachunku, zaczyna narzekać na karaluchy pływające w zupie, na nieświeże pieczywo, na szczury biegające po podłodze, a niekiedy korzystając z nieuwagi personelu, podrywa się z krzesła i wybiega przez drzwi, pozostawiwszy kelnera bez pieniędzy, w związku z czym biedak jest zmuszony zapłacić za posiłek darmozjada z własnej kieszeni. Inni z kolei po wypiciu kilku głębszych są gotowi góry przenosić, co zwykle kończy się nieprzyjemną awanturą, a to nie przynosi restauracji pożądanego rozgłosu.
Ponieważ utarczki z takimi klientami spędzają restauratorom sen z powiek, w połowie lat trzydziestych ktoś wpadnie na pomysł stworzenia czarnej listy, swoistej ściągi dla kelnerów zawierającej rejestr osób sprawiających kłopoty w lokalach gastronomicznych. „Przy każdem nazwisku będzie zamieszczona fotografia darmozjada. Albumy mają być sporządzone w porozumieniu z władzami”[3] – informuje prasa.
Czy na podobnej liście umieszczono fotografię słynącego z osobliwego poczucia humoru Romana Jasińskiego, tego nie wiem. Przypuszczam, że nie, bo dowcip znanego pianisty może i był nieco abstrakcyjny, ale nie miał w sobie ani krzty impertynencji. Opowiadano przed wojną, jak to Jasiński wpadł pewnego dnia do restauracji Simona i Steckiego, połknął ze smakiem sztukę mięsa, popił szklanką piwa, aż wreszcie syty i zadowolony poprosił o rachunek.
Kelner z uśmiechem na twarzy oznajmił: „Należy się pięć złotych i czterdzieści groszy”, na co Jasiński kiwnął głową ze zrozumieniem, po czym wyjął z portfela… pięć plasterków salami, cztery plasterki kiełbasy polędwicowej i z pietyzmem ułożył te garmażeryjne banknoty obok talerzyka. Nie zapomniał nawet o napiwku dla kelnera w postaci plasterka kiszki pasztetowej. O tym, czy personel lokalu docenił żart, kroniki milczą.
Na Jasińskiego nie sposób się obrazić, co innego na Stanisława „Cata” Mackiewicza. Tego w Warszawie nie lubi żaden właściciel restauracji, bo choć pisarz należy bez wątpienia do grona osób słynących z zamiłowania do dobrej kuchni, nawykłemu do kresowych zwyczajów literatowi nikt tu nie może wybaczyć nieustannych narzekań na kuchnię serwowaną w Kongresówce i tego, że podczas przeglądania karty gość ze wschodu Polski okazuje swą niechęć nadzwyczaj ostentacyjnie. Irytuje Mackiewicz stołecznych restauratorów, irytuje, bo nie potrafi pojąć, że Warszawa rządzi się własnymi zwyczajami kulinarnymi i na przykład do zamówionej przez klienta wódki nie podaje się tutaj gratis całego słoika ogórków kiszonych.
Na żarty Jasińskiego przymyka się oko, a i malkontenta Mackiewicza zbyć można pobłażliwym uśmieszkiem, gorzej gdy klient zapomina o podstawowych zasadach savoir-vivre’u i przeszkadza w zabawie pozostałym gościom. Legendarny kierownik Adrii, Franciszek Moszkowicz, ma sprawdzone metody na klientów przekraczających granicę dobrych manier. Jedną z nich jest prywatna winda, oddana do dyspozycji kierownika, do której to pod byle pretekstem zwabia Moszkowicz największych awanturników. Kiedy gagatek trafi do środka, już głowa w tym pikolaków zatrudnionych w lokalu, aby resztę nocy hultaj spędził w windzie, kursując między parterem a szóstym piętrem. Inny fortel pana Moszkowicza polega na wysmarowaniu musztardą stołka barowego, na którym siedzi hucpiarz. „Przepraszam, ale zdaje się, że się pan dziedzic sfajdał”[4] – szepce dyskretnie Moszkowicz, a potem patrzy z rozbawieniem, jak awanturnik uchodzi z lokalu w niesławie.
Przedwojennym restauratorom sen z powiek spędzają nie tylko darmozjady, awanturnicy, oszuści bez grosza przy duszy czy nieuczciwi konkurenci gotowi podrzucić kilka tłustych karaluszków, bywa niekiedy i tak, że zawodzą ich ci najbardziej zaufani – kelnerzy i kucharze.
W 1934 roku dochodzi w Warszawie do nietypowego strajku zainicjowanego przez czterystu czterdziestu kucharzy. Proszę sobie wyobrazić, jaka to siła, proszę sobie wyobrazić, iluż Bogu ducha winnych mężów wskutek awantury wszczętej przez mistrzów rondla zostaje zmuszonych do stołowania się w zaciszu domowym i przeżuwania twardych jak kamień kotletów. Na nic apele restauratorów, na nic prośby klientów, sprawa okazuje się poważna, a uparci szefowie kuchni domagają się ośmiogodzinnego dnia pracy, dwutygodniowych urlopów i podwyżek (odpowiednio: dla kucharzy pracujących w kabaretach i na dancingach – 150 złotych tygodniowo; dla zatrudnionych restauracjach i klubach pierwszej klasy – 100 złotych tygodniowo; w dla gotujących w lokalach mniej prestiżowych – 80 lub 60 złotych). Ponieważ właściciele restauracji ani myślą godzić się na warunki przedstawione przez „komitet”, dochodzi do strajku, a przy tym do szeregu zabawnych sytuacji. Na przykład 13 czerwca kucharze wpadają do lokalu przy Bagateli 10 i porywają kuchmistrza Jackowskiego, który wbrew nakazowi ogółu nie zamierzał zdjąć fartucha i wesprzeć swoją skromną osobą strajkującej komitywy.
A jakże to tak, łamistrajku, kiedy oni przelewają krew i zupę, kiedy walczą o lepsze jutro, ty za nic mając honor szefa kuchni, wciąż wydajesz kelnerowi kolejnego de volaille’a? Na porwaniu wspomnianego kuchmistrza nie zakończy się warszawska awantura, bo następnego dnia bojówka utworzona ze strajkujących kucharzy wyrzuca kelnerów z restauracji Herbsta przy ulicy Moniuszki, a innego łamistrajka zatrudnionego w Bristolu siłą odprowadza do domu, grożąc przy tym porachowaniem kości. O tym, czy kucharze byli uzbrojeni w chochle i rondle, prasa milczy, zdaje się jednak, że strajkujący odnieśli pewien sukces, bo pod koniec czerwca gazety poinformują czytelników, że właściciele dwudziestu pięciu mniejszych restauracji zgodzili się na stawiane warunki, a kucharze wrócili do pracy.

ZAKLĘTE REWIRY

Jeśli przyjdzie komuś do głowy narzekać na poziom obsługi w wielkomiejskich restauracjach, niechaj dla porównania wybierze się do lokalu znajdującego się na peryferiach metropolii, najlepiej zlokalizowanego w sąsiedztwie letnisk lub pensjonatów, odwiedzanych ochoczo przez mieszkańców miast w niedziele i dni wolne od pracy.
Jedną z takich prowincjonalnych restauracji, mieszczącą się w podwarszawskiej miejscowości letniskowej, odwiedza latem 1936 roku dziennikarz „ABC: Nowiny Codzienne”, a wizyta ta zarówno panu redaktorowi, jak i czytelnikom gazety zapisze się w pamięci na długo.
Do wnętrza lokalu mieszczącego się w próchniejącej drewnianej budzie prowadzi droga przez nadgryzioną zębem czasu i potwornie skrzypiącą werandę, na której gości oczekuje, głośno przy tym ujadając, zapchlony kundel. Dalej jest niestety tylko gorzej. Kelner w osobie rozczochranego wyrostka robi dobrą minę do złej gry, wita gości szerokim uśmiechem, po czym odkurza zasypane okruchami stoły rękawem podartej koszuli. Klienci siadają na chyboczących się krzesłach, zastanawiając się, czy to aby nie pułapka i czy sfatygowany mebel zdoła utrzymać ciężar dorosłego człowieka. Póki krzesło całe, zapytamy kelnera: „Cóż można tu zjeść?”.
„Mamy wszystko”, odpowiada wyrostek, ale pod słowem „wszystko” kryją się niepierwszej świeżości bigos, sucha kiełbasa, jajecznica i salceson. Nieco większy wybór oferuje bufet (nieśmiertelny sznycel po wiedeńsku, kanapki ze śledziem, misa czereśni, nad którą fruwa chmara much), jednak także to nie wzbudza zaufania, i to nie tylko smakoszy przywykłych do kulinarnego wykwintu Simona i Steckiego.
Ci, którzy rezygnują z obiadu, zadowalają się napojami, a z myślą o spragnionych właściciel restauracji trzyma beczkę z piwem, butelkę wódki, oferuje również mocną herbatę (najpewniej na sodzie) i lemoniadę o mdłym smaku landrynek, a na domiar złego obrzydliwie przy tym ciepłą. Dzieci kusi zaś starymi waflami i wspomnianymi czereśniami robaczywkami.
Entourage’u prowincjonalnego lokalu, w którym gorszy od proponowanego menu jest chyba tylko nieznośny zapach spalenizny, dopełnia rzężąca płyta gramofonowa wydobywająca z siebie chrobot jakiegoś starego szlagieru, a choć nic tu nie jest na swoim miejscu, a sam widok serwowanego jedzenia co wrażliwszych przyprawia o mdłości – do lokalu walą tłumy, wszakże to jedyne w okolicy miejsce, gdzie można coś zjeść i wypić. Niedzielnemu turyście po uczcie w takiej, pożal się Boże, restauracji zostaje ból żołądka i pusty portfel. Ceny są tu bowiem odwrotnie proporcjonalne do doznań smakowych.
W przedwojennej Polsce podobnych lokali spotkamy setki, co nie znaczy, że władze przymykają oko na restauracje uchybiające podstawowym zasadom higieny, w miarę bowiem możliwości i ograniczonych środków lokale gastronomiczne poddaje się wyrywkowym „lustracjom sanitarno-porządkowym”. Niektórych właścicieli urzędnicy zdołają nawet pociągnąć do odpowiedzialności, tak jak panią Patypowską, zarządczynię warszawskiej kawiarni przy ulicy Nowogrodzkiej 4, której nie przeszkadza, że w jednej z łazienek znajdujących się w jej lokalu urządzono sypialnię, że pod kontuarem obok wędlin i kotletów leżą ubrania, brudne buty i damskie pończochy, że zupę gotuje się w starych zardzewiałych garnkach, a w spiżarni stoi łóżko przykryte pościelą niepierwszej świeżości. Tego, kto z kim i za ile tu sypiał, urzędnicy nie dochodzą, ale pani Patypowska może być pewna, że odpowiedni protokół zostanie spisany, to zaś z pewnością nie przysporzy jej sławy.
Cóż jednak, że mnożą się kontrole, a ministrowie wydają kolejne rozporządzenia. Dopóki wśród ludzi nie brakuje entuzjastów takich miejsc, dopóty jak Druga Rzeczpospolita długa i szeroka będą się one miały dobrze. Szczególnym powodzeniem cieszą się knajpy ulokowane w ubogich dzielnicach, po wejściu do których gościa (jeśliś swój) witają oblicza groźne, acz wesołe, sterane życiem, upstrzone bliznami, pamiątkami awanturniczej i nie tak odległej przeszłości. Nie spotkasz tu ani Boya-Żeleńskiego, ani Tuwima (prędzej Władysława Broniewskiego, ale ten to egzemplarz kliniczny), nie uświadczysz gwiazd kina i tak zwanych elit, poznasz natomiast kwiat pobliskich ulic, mieszkańców zakazanych rewirów, lokatorów suteren i ruder zapomnianych przez Pana Boga, a jeśli masz szczęście, to i słynnych apaszów, królów lokalnego unterweltu.
Znamienne jest, zauważy jeden z ówczesnych warszawskich dziennikarzy, że niemal w każdej z tych knajp (zwykle nazywają się: Pod Kogutem, Pod Dzwonem, Pod Jeleniem) rządy sprawuje jakowaś matrona w osobie zaokrąglonej na twarzy pani Marysi lub Hanki, która każdego klienta zna osobiście, potrafi z uśmiechem przyjąć najordynarniejszy dowcip, a ponadto zawsze pamięta, komu i czego nalać do szklanki lub kieliszka.
Nikt Pod Kogutem czy Pod Pijanym Marynarzem nie narzeka na starą kiełbasę, na brud, okruchy na stole i odór stęchlizny, wszyscy też gwiżdżą sobie na doniesienia prasy o podrabianym piwie, zresztą kufelek kosztuje tu zaledwie trzydzieści groszy, a po kilku głębszych każda szklanica smakuje równie źle.
A jeśli komuś nie po drodze i karczmę Pod Fartuszkiem woli ominąć szerokim łukiem, niech chociaż zajdzie do przedwojennej cukierni mieszczącej się na prowincji. Cukierniami przedsiębiorstwa te są wyłącznie z nazwy, w istocie bowiem to sklepy spożywcze przemianowane podstępem na cukiernie, aby właściciel mógł handlować kilka godzin dłużej. Większością tych trefnych cukierni zarządzają Żydzi, a dostać tu można poza przepisową porcją lodów – zeszyt, śledzia, mąkę, latarkę elektryczną, papierosy, a nawet naftę.
Trudno się dziwić Żydom, że zmieniają szyldy, skoro lokale gastronomiczne lub takowe imitujące otwiera się w dwudziestoleciu międzywojennym, oficjalnie lub nieoficjalnie, także w rozmaitych gmachach użyteczności publicznej, a nawet w budynkach instytucji państwowych. W warszawskim sądzie przy ulicy Nowowiejskiej, oprócz cieszących się powszechnym szacunkiem sędziów Czarneckiego i Podgórskiego, kluczową rolę odgrywa pewne małżeństwo – on piastuje tu funkcję woźnego, ona zaś kucharki przyrządzającej obiady dla pracowników. Za cichym przyzwoleniem sądu kucharka częstuje obiadami także petentów, a w związku z tym dochodzi do absurdalnych sytuacji – gdy bowiem po sali roznosi się zapach kapuśniaku, sędzia zarządza przerwę w rozprawie i wszyscy zgromadzeni udają się na posiłek.