W książce “Ludzie przeciw technologii” Jamie Bartlett dowodzi, że dalszy rozwój cyfrowych narzędzi komunikacyjnych – technologii – jest nie do pogodzenia z dalszym trwaniem liberalnych instytucji – demokracji.


Ludzie przeciw technologiiDemokracja liberalna wykształciła się w czasach analogowych, więc do analogowej rzeczywistości były przystosowane jej główne założenia i narzędzia do zarządzania kryzysem.

W epoce cyfrowej, gdy koncepcje mediów, obywatelstwa, sfery publicznej i demokratycznej wspólnoty gwałtownie ewoluują i zmieniają swój sens, demokracja, jaką znamy, nie posiada już zdolności adaptacji.

Albo więc demokracja „dogoni” cyfrową zmianę, a odpowiedzialne społeczeństwo w porę wykształci obywatelskie nawyki na miarę nowej epoki, albo czekają nas rządy technokratycznych despotów przy wsparciu aroganckiej kasty innowatorów z Doliny Krzemowej, którzy wejdą w rolę sędziów i kapłanów nowego porządku.

Tak czy inaczej: „analogowa” demokracja się kończy. Czy uda się ją uratować?

Jamie Bartlett
Ludzie przeciw technologii. Jak internet zabija demokrację (i jak ją możemy ocalić)
Przekład: Krzysztof Umiński
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 23 stycznia 2019
 
 

Ludzie przeciw technologii

Wprowadzenie

W najbliższych latach albo technologia zniszczy znane nam formy demokracji i ładu społecznego, albo też władze polityczne okiełznają cyfrowy świat. Dziś coraz wyraźniej widzimy, że technologia zwycięża, druzgocząc osłabionego przeciwnika. Niniejsza książka tłumaczy, dlaczego tak się dzieje i w jaki sposób wciąż możemy odwrócić bieg wydarzeń.
Przez „technologię” nie rozumiem, rzecz jasna, ogółu technologii. Słowo to (podobnie jak „demokracja”) powstało ze złożenia dwóch greckich wyrazów – techne oznaczającego „umiejętność”, oraz logos oznaczającego „rozum” – a co za tym idzie obejmuje swym znaczeniem prawie cały nowoczesny świat1. Nie mówię więc o tokarce, krośnie mechanicznym, samochodzie, aparacie do rezonansu magnetycznego czy o myśliwcu F16. Ściśle rzecz biorąc, interesują mnie technologie cyfrowe kojarzone z Doliną Krzemową – platformy mediów społecznościowych, big data, technologie mobilne i sztuczna inteligencja – które coraz potężniej oddziałują na życie gospodarcze, polityczne i społeczne.
Nie ulega wątpliwości, że dzięki tym technologiom jesteśmy w ogólności lepiej zorientowani, zamożniejsi i poniekąd szczęśliwsi. W końcu technologia zwykle poszerza ludzkie możliwości, otwiera nowe horyzonty, podnosi wydajność. Nie znaczy to jednak koniecznie, że jest dobra dla demokracji. W zamian za niewątpliwe korzyści z postępu technologicznego oraz za większą wolność osobistą pozwoliliśmy, by erozji uległo wiele kluczowych składników sprawnego systemu politycznego, takich jak: kontrola, suwerenność parlamentarna, równość ekonomiczna, społeczeństwo obywatelskie i świadoma postawa obywatelska. A przecież rewolucja technologiczna dopiero się zaczyna. Jak pokażę, w najbliższych latach dokona się dalszy radykalny postęp w dziedzinie technologii cyfrowych. Jeśli utrzyma się aktualna tendencja, to w ciągu jednego lub dwóch pokoleń sprzeczności między techniką a demokracją zostaną zniesione.

Przypadek demokracji jest osobliwy: choć niemal każdy uważa ją za wartość, to nie sposób uzgodnić jej wspólną definicję. Politolog Bernard Crick stwierdził swego czasu, że prawdziwy sens tego słowa „przechowuje się gdzieś w niebie”. Ogólnie rzecz biorąc, demokracja to z jednej strony zasada, która mówi nam, jak zarządzać zbiorowością, z drugiej zaś zestaw instytucji, dzięki którym władzę ustanawia się głosem ludu. Szczegóły jej działania różnią się w zależności od miejsca i czasu, lecz jej najsprawniejszą i najpopularniejszą wersją jest bez dwóch zdań  
n o w o c z e s n a   l i b e r a l n a   d e m o k r a c j a   p r z e d s t a w i c i e l s k a. 
Od tej pory ilekroć piszę „demokracja”, mam na myśli ten właśnie model (a przyglądam się wyłącznie dojrzałym demokracjom Zachodu; rozszerzenie tej perspektywy wyznaczyłoby zupełnie inny temat). Demokracja w tej postaci zwykle polega na tym, że lud wybiera swoich przedstawicieli, by decydowali w jego imieniu, oraz że istnieje szereg powiązanych instytucji, dzięki którym całość działa. Do instytucji tych zalicza się regularne wybory, zdrowe społeczeństwo obywatelskie, rozmaite swobody osobiste, dobrze zorganizowane partie polityczne, skuteczną biurokrację oraz wolne i czujne media. Nawet to nie wystarczy – demokracje potrzebują oddanych obywateli, którzy wierzą w ogólniejsze ideały demokratyczne, takie jak dystrybucja władzy, prawa obywatelskie, kompromis i rzetelna debata. Wszystkie stabilne demokracje łączą w sobie niemal każdy z tych elementów.
Nie jest to kolejna rozdęta do rozmiarów książki skarga na pazernych kapitalistów poprzebieranych za fajnych chłopaków z kompami ani też umoralniająca powiastka o zachłanności międzynarodowych koncernów. Przez lata demokracja rozprawiła się z niejednym rekinem biznesu. Jakkolwiek istnieje niewątpliwa sprzeczność pomiędzy minimalizacją podatków a głoszeniem, że wzmacnia się społeczeństwo, to taka postawa niekoniecznie świadczy o hipokryzji. Co więcej, na pierwszy rzut oka technologia jest dla demokracji dobrodziejstwem. Bez wątpienia ulepsza i poszerza sferę ludzkiej wolności, a do tego zapewnia dostęp do nowych informacji i idei. Daje głos grupom, które wcześniej były niesłyszane, a także dostarcza nowych sposobów gromadzenia wiedzy i samoorganizacji. To również są elementy zdrowego społeczeństwa demokratycznego.
Niemniej na głębszym poziomie te dwa wielkie systemy – technologia i demokracja – pozostają w ostrym konflikcie. Każdy z nich jest wytworem całkowicie odmiennej epoki, każdy działa wedle innych reguł i zasad. Demokratyczna machina powstała w dobie państwa narodowego, hierarchii, autorytetów i uprzemysłowionej gospodarki. Zasadnicze cechy technologii cyfrowej pasują do tego modelu jak pięść do nosa: jest ona ageograficzna, zdecentralizowana, opiera się na danych, podlega efektowi sieciowemu i gwałtownym wzrostom. Mówiąc najprościej: demokracji nie stworzono z myślą o czymś takim. Trudno kogokolwiek o to obwiniać, nawet Marka Zuckerberga.
Nawiasem mówiąc, nie jestem w tych poglądach szczególnie osamotniony. Wielu pionierów cyfrowego świata również dostrzegało rozdźwięk pomiędzy „cyberprzestrzenią”, jak ją nazywali, a światem fizycznym. To napięcie świetnie oddaje cytowana po wielekroć Deklaracja niepodległości cyberprzestrzeni napisana przez Johna Perry’ego Barlowa: „Rządy czerpią swoją sprawiedliwą władzę ze zgody rządzonych. Wy nie prosiliście nas o zgodę ani jej nie otrzymaliście. Nie zapraszaliśmy was. Nie znacie nas ani naszego świata (…). Wasze prawne koncepcje własności, wypowiedzi, tożsamości, przemieszczania się i konteksty nie odnoszą się do nas. Ufundowane są na pojęciu materii, a tutaj nie ma materii”. Jest to porywające credo wolności dawanej przez Internet, które do dziś porusza entuzjastów cyfrowego świata. Tak się jednak składa, że demokracja jest ufundowana na materii, a oprócz tego na prawnych koncepcjach własności, wypowiedzi, tożsamości i przemieszczania się. Jeśli poskrobiemy mocniej, zobaczymy, że pod powłoczką korporacyjnych frazesów z Doliny Krzemowej o łączeniu ludzi, sieciach relacji i globalnych wspólnotach ciągle bije antydemokratyczny nurt.
Na następnych stronach rozwinę tezę, że istnieje sześć filarów, dzięki którym demokracja funkcjonuje nie tylko jako abstrakcyjna koncepcja, ale także jako skuteczny system zbiorowego samorządu, który obywatele darzą zaufaniem i wsparciem. Te filary to:

AKTYWNI OBYWATELE: czujni, niezależnie myślący obywatele, którzy są zdolni dokonywać istotnych osądów moralnych.

WSPÓLNA KULTURA: demokratyczna kultura ufundowana na podzielanej wizji rzeczywistości, wspólnej tożsamości i duchu kompromisu.

WOLNE WYBORY: wybory wolne, sprawiedliwe i traktowane z zaufaniem.

RÓWNOŚĆ UDZIAŁOWCÓW: funkcjonalny poziom równości społecznej; rozbudowana klasa średnia.

GOSPODARKA OPARTA NA KONKURENCJI I WOLNOŚĆ OBYWATELSKA: gospodarka oparta na konkurencji i niezależne społeczeństwo obywatelskie.

ZAUFANIE DO WŁADZ: suwerenna władza, która ma moc realizowania woli ludu, a zarazem zachowuje jego zaufanie i jest przezeń rozliczana.

W dalszych rozdziałach przyjrzę się powyższym filarom i wyjaśnię, w jaki sposób i dlaczego są one zagrożone. Niektóre już w tej chwili są w opałach. W wypadku innych wybiegnę nieco w przyszłość, by pokazać, że dla nich także nadejdą niebawem ciężkie czasy. Przykłady można mnożyć: rozwój inteligentnych urządzeń podkopuje naszą zdolność do wydawania sądów moralnych, odradza się plemienny model polityki, widmo masowego bezrobocia narasta, w miarę jak hiperwydajne roboty zastępują ludzi, którzy potrzebują przerw w pracy – demokracja zbiera ciosy ze wszystkich stron. Część tych niebezpieczeństw dobrze znamy. Agresywna polityka, bezrobocie czy obywatelska apatia nie należą do zjawisk szczególnie nowych, choć przybierają nieznane dotąd formy. Inne zagrożenia są jednak absolutną nowością: inteligentne urządzenia mogą zastąpić rozmaitych liderów i przekształcić polityczne procesy decyzyjne w sposób, o jakim się nam nie śniło. Niewidzialne algorytmy wytwarzają nowe, nieuchwytne źródła władzy i niesprawiedliwości. Im bardziej świat podłącza się do sieci, tym łatwiej małym grupkom awanturników wyrządzać kolosalne szkody i dokonywać spustoszeń, często całkowicie poza zasięgiem prawa. Nie mamy pojęcia, jak zaradzić tym problemom.
W ostatnim rozdziale zaproponuję wizję przyszłości, jaka może nadejść, jeśli sprawy dalej będą się toczyć obecnym torem. Wbrew powszechnie hołubionej analogii nie czeka nas powtórka z lat trzydziestych zeszłego stulecia. Sądzę raczej, że demokracja znajdzie nowe, zaskakujące formy upadku. Bać się należy dystopii, która majaczy na horyzoncie: to naskórkowa demokracja sterowana przez inteligentne maszyny oraz nową elitę „postępowych”, lecz despotycznych technokratów. A najgorsze, że wielu ludzi będzie ten system woleć od obecnego, ponieważ zapewni im większy dobrobyt i większe bezpieczeństwo.
Ale nie powinniśmy jeszcze brać się do niszczenia maszyn. Choćby dlatego że trwa właśnie technologiczny wyścig zbrojeń, w którym demokratyczne społeczeństwa mierzą się ze swoimi odpowiednikami z Rosji i Chin. Ważne, by demokracje ten wyścig wygrały. A jeśli rewolucję technologiczną poddać demokratycznej kontroli, to może ona przynieść naszym społeczeństwom setki korzystnych zmian. Niemniej zarówno technika, jak i demokracja muszą ulec radykalnemu przeistoczeniu. W zakończeniu książki zamieszczam dwadzieścia postulatów dotyczących tego, jak demokracja – a co ważniejsze: każdy z nas – musi się zmienić, żeby przetrwać w epoce, w której zewsząd otaczają nas inteligentne urządzenia i big data, a sfera publiczna ma postać cyfrową.
Całkiem możliwe, że na tym etapie uznaliście mnie za hipokrytę, który swoją książkę napisał zapewne na laptopie, informacji szukał w Google’u, o dacie premiery poinformuje na Twitterze i liczy, że tytuł dobrze się sprzeda na Amazonie. To wszystko prawda! Podobnie jak wielu z nas, równocześnie kocham technologie, o których piszę, nienawidzę ich i jestem od nich zależny. Mało tego, od dekady pracuję w awangardzie polityki i technologii, w czołowym brytyjskim think tanku Demos. Odkąd dołączyłem do niego w 2008 roku, pisywałem broszury o tym, jak to technika cyfrowa tchnie nowe życie w nasz rozpaczliwie zmurszały system polityczny. Z biegiem lat mój optymizm przeszedł w realizm, a następnie w nerwowość. Obecnie zbliża się do stanu łagodnej paniki. Nadal wierzę, że technologia może być motorem zmiany na lepsze w naszej polityce – i że wielu technologicznych gigantów podziela tę nadzieję – lecz po raz pierwszy szczerze niepokoję się o długoterminowe perspektywy systemu, który Winston Churchill w swojej słynnej sentencji nazwał „najgorszym rodzajem rządów oprócz wszystkich innych, które dotąd wypróbowano”.
Wielcy pionierzy technologii nie podzielają, rzecz jasna, tej troski, gorąco bowiem wierzą w promienistą technoutopię, a także w to, że są w stanie nas wszystkich ku niej poprowadzić. Miałem szczęście robić wywiady z niektórymi spośród nich, spędziłem także sporo czasu w Dolinie Krzemowej bądź też w towarzystwie osób, które należą do technologicznego światka. Z moich doświadczeń wynika, że rzadko są to źli ludzie i że zazwyczaj wierzą oni w emancypacyjną moc technologii cyfrowej. Wiele z ich wynalazków jest wspaniałych. Lecz właśnie dlatego mogą się okazać tym niebezpieczniejsze. Niczym osiemnastowieczni rewolucjoniści, którzy dufali, że mogą zbudować świat oparty na abstrakcyjnych ideach w rodzaju równości, utopiści świeżej daty z zapałem obmyślają społeczeństwo rządzone przez łączność, sieci, platformy i dane. Demokracja (a skądinąd i świat) nie działa w ten sposób – jest powolna, refleksyjna i zakorzeniona w materii. Raczej analogowa niż cyfrowa. A każda wizja przyszłości, która idzie na przekór realiom ludzkiego życia i ludzkich pragnień, musi się skończyć katastrofą.

Rozdział 1: Nowy panoptykon

Co potęga danych robi z naszą wolną wolą

Żyjemy w ogromnym reklamowym panoptykonie, który utrzymuje nas w stanie zależności od urządzeń elektronicznych. Ten system gromadzenia danych i przewidywania stanowi najnowsze narzędzie w długiej historii działań mających nas kontrolować. Z dnia na dzień zabiegi te są coraz doskonalsze, a ich skutki mogą być poważne: manipulacja, niepohamowane rozproszenie uwagi oraz stopniowe ograniczanie wolnego wyboru i samorządności.

Mity założycielskie są niezwykle ważne dla przedsiębiorstw. Kształtują to, jak firma widzi sama siebie i jak chce być postrzegana przez innych. Mit założycielski mediów społecznościowych głosi, że są spuścizną „kultury hakerów” – siedziba Facebooka znajduje się przy ulicy Hakerów 1 – a to łączy je z buntownikami takimi jak Kevin Mitnick, który w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku łamał zabezpieczenia sieci telefonicznych, z nienawidzącymi biurokracji komputerowcami z kręgu Homebrew Club, a sięgając dalej wstecz – z geniuszami matematycznymi pokroju Alana Turinga czy Ady Lovelace.
Tymczasem Google, Snapchat, Twitter, Instagram, Facebook i spółka od dawna nie zajmują się tylko wytwarzaniem technologii. Są to również firmy reklamowe. Blisko 90 procent dochodów Facebooka i Google’a pochodzi ze sprzedaży reklam. W zasadzie cała branża mediów społecznościowych opiera się na świadczeniu bezpłatnych usług w zamian za dane, z których firmy te następnie korzystają, żeby adresować do nas reklamy2.
Stan ten przywodzi na myśl bardzo odmienne i znacznie mniej chlubne koneksje: z reklamiarzami w garniturach i psychologami, którzy przez dziesięciolecia w pocie czoła starali się odgadnąć, jak człowiek podejmuje decyzje, i odnaleźć przycisk „kup!” skryty gdzieś w naszym płacie czołowym. Bardziej wyrazistą opowieść założycielską odnajdziemy we wczesnych latach amerykańskiej psychologii, która narodziła się jako poważna dyscyplina akademicka sto lat temu, wraz z początkami masowej kultury konsumpcyjnej. W Europie, a zwłaszcza w Niemczech, psychologia rozwijała się już od pewnego czasu, do Stanów zaś importowano ją przed pierwszą wojną światową. Wszelako amerykańska odmiana psychologii porzuciła europejską fascynację filozoficznymi abstrakcjami w rodzaju „wolnej woli” i „umysłu”. Pod wpływem prekursorów, takich jak James Cattell i Harlow Gale, zaczęła natomiast badać, jak uczynić ludzki proces decyzyjny przedmiotem twardej nauki, którą można będzie wykorzystać w biznesie[1].
W 1915 roku John Watson został przewodniczącym Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychologicznego. Watson przekonywał, że zasadniczo każde ludzkie zachowanie jest pochodną mierzalnych bodźców zewnętrznych, a zatem można je zrozumieć i kontrolować poprzez badanie i eksperyment. Doktrynę tę, która zyskała rozgłos pod nazwą behawioryzmu, spopularyzowały następnie prace B.F. Skinnera. Dla firm marzących o skutecznej sprzedaży wizja uległej ludzkości miała nieodparty urok i behawioryzm rozprzestrzenił się po korporacyjnym świecie jak wirus. Przez kilka lat przedsiębiorstwa – dopingowane przez Watsona i innych – sądziły, że sprawują nieomal boską władzę nad pragnieniami, nadziejami, lękami i, oczywiście, zakupami. Behawioryzm wyszedł nieco z mody w latach dwudziestych ubiegłego wieku wraz z nadejściem statystycznych badań rynku (które w odróżnieniu od behawioryzmu wymagały tego, by zadawać ludziom jakieś pytania). Niemniej oba trendy – behawioryzm i badania rynku – zwiastowały bardziej naukowe podejście do reklamy, które towarzyszy nam do dziś.