Kwestionowanie rzeczywistości – to było dla niego za mało. Jego bohaterowie wątpili także w siebie, w swoją możliwość poznania. Podczas gdy inni szukali dziur wyłącznie w otoczeniu, oni przyglądali się sobie, tym samym obalając ostatni z pewników. Dziwacy, odludki, paranoicy.


Czas poza czasem“Czas poza czasem” to doskonała powieść Philipa K. Dicka, w której autor zadaje pytanie: czy poza naszym światem istnieje jakiś inny?

W swojej prozie kwestionuję nawet wszechświat; zastanawiam się na głos, czy jest rzeczywisty, zastanawiam się też na głos, czy my wszyscy jesteśmy prawdziwi.
Philip K. Dick

Philip K. Dick był filozofem, który odmienił fantastykę naukową. Ktoś taki był science fiction niezbędny, ktoś świeży, spoza kręgu pewnych świata umysłów ścisłych. Ktoś, kto chciał wątpić, mąciciel. Rewolucjonista, bo tylko tacy są w stanie popchnąć świat – a tym wypadku literaturę – do przodu. Łamią zasady, żeby ustalić nowe. Wydają się dziwni tylko dlatego, że są elementem nowego porządku – dzisiejsza ekstrawagancja jest jutrzejszą normą.
z przedmowy Marcina Zwierzchowskiego

Philip K. Dick
Czas poza czasem
Przekład: Robert Reszke
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera w tej edycji: 19 lutego 2013
 
 

Czas poza czasem


Kim pan jest, panie Dick?

„W swojej prozie kwestionuję nawet wszechświat; zastanawiam się na głos, czy jest rzeczywisty, zastanawiam się też na głos, czy my wszyscy jesteśmy prawdziwi”.
Philip K. Dick

Trzydzieści lat po śmierci autor Ubika jest legendą. I jak to z legendami bywa, nowe pokolenia znają go nie tyle z materiałów źródłowych, ile z opracowań. Tak to już jest z klasykami, że częściej czyta się nie ich książki, lecz o ich książkach. Artykuły, filmy, notki o autorach w Wikipedii protezują naszą wiedzę, w świecie pełnym pośpiechu stanowią często wybieraną drogę na skróty. Niby powieści i opowiadań Dicka nie wypada nie znać, czy znaczy to jednak, że trzeba je czytać? Zanim jeszcze przeczytałem Przypomnimy to panu hurtowo, wiedziałem o tym opowiadaniu wszystko. Podobnie było ze wspomnianym Ubikiem, jeszcze wcześniej zaś z Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? To samo dotyczyło Diuny Herberta oraz Solaris Lema. W tych wypadkach lektura nie była początkiem, ale zakończeniem procesu poznania – zanim jeszcze przewróciłem pierwsze kartki, znałem kilka możliwości interpretacji tekstu. Trochę jak w powieściach Dicka myślałem cudzymi myślami. I zupełnie jak w nich okazało się, że prawda leży gdzieś indziej.
Kim więc jest Dick dla opinii publicznej? To zależy, kto ocenia. Zasadniczo jednak odpowiedzi są dwie:

Philip Kindred Dick urodził się 16 grudnia 1928 roku w Chicago. Amerykański twórca fantastyki naukowej, prekursor cyberpunku, literacki geniusz. W dorobku ma blisko pięćdziesiąt powieści i ponad sto opowiadań. Autor takich klasyków science fiction jak Ubik, Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, Valis, Człowiek z Wysokiego Zamku, Przez ciemne zwierciadło. Laureat najważniejszych nagród świata fantastyki: Hugo, Nagrody im. Johna W. Campbella, Nagrody British Science Fiction Association, pięciokrotnie nominowany do Nebuli (od 1983 roku inni autorzy fantastyki honorowani są wyróżnieniem jego imienia). Nie ma zestawienia najbardziej wpływowych pisarzy dwudziestego wieku, w którym by go nie było, nie ma listy najwybitniejszych osiągnięć literatury fantastycznej, na której zabrakłoby jego dzieł.
Doceniony również poza środowiskiem fantastów: w 2005 roku magazyn „Time” umieścił Ubika na liście stu najlepszych powieści opublikowanych po roku 1923; książki Dicka trafiły również – jako pierwsze dzieła SF – do prestiżowej serii The Library of America. Do dziś jeden z najchętniej ekranizowanych w Hollywood pisarzy, na podstawie jego powieści i opowiadań powstało dziesięć wysokobudżetowych filmów, w tym klasyków, które przeszły do historii kina.
Philip Kindred Dick zmarł 2 marca 1982 roku w wyniku trzech kolejnych ataków serca. Prawdopodobnie miały one związek z tym, że nie stronił od alkoholu, powszechnie wiadomo było także, że zażywał narkotyki. Brał LSD oraz amfetaminę, której zawdzięczał nadzwyczajne tempo pisania.
Za życia niedoceniany, żył na granicy ubóstwa. Bez skutku starał się zaistnieć w tak zwanym mainstreamie. Sława przyszła za późno, kilka miesięcy po śmierci, wraz z ekranizacją jego powieści – kultowym Łowcą androidów w reżyserii Ridleya Scotta. Zasłynął wysłanym do FBI listem, w którym twierdził, że Stanisław Lem nie istnieje, że za tym nazwiskiem kryje się komunistyczny komitet planujący poprzez prozę i publicystykę opanować amerykańską opinię publiczną. Był również przekonany, że w lutym 1974 roku został trafiony różowym promieniem i doznał objawienia. Nie było to jedyne tego rodzaju doświadczenie – miał jeszcze wiele wizji, które opisał i zanalizował w nie wydanym za jego życia monumentalnym (osiem tysięcy stron maszynopisu) dziele zwanym Egzegezą. Twierdził także, że od czasu owego incydentu wiódł dwa żywoty: jeden jako on sam, Philip K. Dick, drugi w pierwszym wieku naszej ery, jako prześladowany przez Rzymian chrześcijanin imieniem Thomas.

Takim znają go wszyscy – wybitny artysta, zarazem jednak postać tragiczna, outsider. Za życia w cieniu, na parnas trafił już po śmierci. Trochę jak Rysiek Riedel – geniusz złamany przez narkotyki.
Do Amerykanina przylgnęła ponadto łatka nie do końca zrównoważonego. W końcu pisał o halucynacjach, zbiegach okoliczności, które zbiegami nie były, o tym, że nie można ufać rzeczywistości, że nie można ufać samemu sobie. Jego bohaterowie wszędzie węszyli spiski, wszystko było dla nich podejrzane, żadne wyjaśnienie ich nie satysfakcjonowało. Szukali drugiego, trzeciego i czwartego dna. Wątpili, wątpili, wątpili. Mając w pamięci jego życiorys, łatwo było więc nakreślić paralelę między Dickiem a jego bohaterami. Oni byli dziwakami, bo on był dziwakiem. Mieli różne manie, bo przelał je w nich z siebie. Ich paranoje były jego paranojami.
Ponieważ jednak mowa o Philipie K. Dicku, najbardziej oczywiste rozwiązanie niekoniecznie jest prawidłowe. Większość powie, że kwestionował rzeczywistość, bo nie miał piątej klepki; on jednak zadawał pytania tylko i wyłącznie dlatego, że mógł, że miał odwagę, że ktoś musiał to robić.

Natura filozofa

Dzisiaj nikt już nie pisze tak jak on, nikt już tak nie myśli. Świat jest poznany i zmierzony, opisany w dziesiątkach, jeśli nie setkach tysięcy publikacji, od analiz ewolucji archebakterii po fizykę ruchów płyt kontynentalnych. My, ludzie współcześni, zawierzyliśmy naukowca szkiełku i oku, jego logice i metodom poznania, zamknęliśmy świat w sieci wzorów, praw i reguł i przekonaliśmy samych siebie, że oto poznaliśmy prawdę. To zrozumiałe – stałość jest podstawą naszej egzystencji, nasze domy potrzebują solidnych fundamentów. Ufamy, bo tego chcemy. Ufamy, bo tego potrzebujemy. Ci zaś, którzy wątpią, to paranoicy, wariaci, świry, mąciciele.
Dlatego nikt już nie podważa opisanego porządku rzeczy, dlatego naukowcy z taką determinacją poszukiwali bozonu Higgsa, spajającej wszystko cegiełki. Dlatego tak bardzo przeraża ich, że mogą się mylić, że ich teorie nie są Prawdą, lecz jedynie jej odbiciem. Dlatego też pragną Teorii Wszystkiego, stanowiącej ostateczne potwierdzenie ich nieomylności.
Podejście to znajduje odbicie w fantastyce początku dwudziestego pierwszego wieku. Która z wybitnych współczesnych powieści science fiction podważa naszą wiarę w otaczającą rzeczywistość? Nakręcana dziewczyna Bacigalupiego każe nam wątpić w ludzi, ale nie w siłę nauki. Podobnie Ślepowidzenie Wattsa, Rzeka bogów McDonalda, a zwłaszcza Droga McCarthy’ego czy Genezis Bernarda Becketta. Aspekt naukowy jest pomijalny, bo nie on jest najważniejszy. Nawet jeżeli w którymś tekście fizyka zostaje zmieniona, to w ramach eksperymentu, z wciąż wypalonym z tyłu głowy powszechnie akceptowanym prawem naukowym.
Klasyczny dla fantastyki naukowej motyw „śledztwa nad światem” nigdy nie dotyczy nas samych, naszego świata. Bohaterowie znajdują się w najdziwniejszych sytuacjach, muszą z poszlak składać rozwiązanie łamigłówki, próbują dopasować do siebie porozrzucane chaotycznie puzzle, zawsze jest to jednak odkrywanie poprzez budowanie. Efekt to coś nowego, a nie rozbieranie na części pierwsze tego, co nas rzeczywiście otacza – ten element jest niepodważalny. W standardowym science fiction postacie dostrzegają odchylenia od normy, zauważalne również dla czytelnika. Raz okazuje się, że nikt nie kojarzy, kto to taki Hitler, innym razem stolicą Rosji jest Warszawa, w kolejnej historii świat zamieszkują wyłącznie kobiety. Oczywistości, rzeczy nie do przegapienia.
Dick był inny, u niego impuls mógł być słabszy, z pozoru pomijalny. Tam, gdzie większość po prostu by to zignorowała, on zadawał pytania, drążył, podważał. Może dlatego, że był filozofem.
Słyszałem kiedyś anegdotę o pewnym profesorze, który egzaminował studentów z filozofii właśnie. Żadnych testów wielokrotnego wyboru czy esejów – pojedynczo zapraszał ich do gabinetu i przepytywał.
Pierwszemu młodzieńcowi kazał obejść biurko dookoła, co ów niezwłocznie uczynił. Profesor wpisał mu do indeksu dwóję. Zaprosił kolejnego studenta i historia się powtórzyła. Tak samo z następnym. I kolejnym. „Wariat” – szeptali, wychodząc z egzaminu. – „Zawziął się, chce wszystkich uwalić”.
W końcu ktoś jednak zdał. Wszedł do gabinetu jak wszyscy inni. Zatrzymał się przed biurkiem jak wszyscy inni. Jak wszystkim innym egzaminator kazał mu obejść biurko dookoła. Student nie wykonał jednak polecenia, zapytał natomiast, w jakim celu miałby to zrobić. Profesor wpisał mu do indeksu piątkę.
Autor Ubika był takim studentem. Gdy wszyscy inni uznawali zastany porządek rzeczy za pewnik i płynęli z prądem, on wątpił. Gdy większość autorów kierowała wzrok ku gwiazdom lub ku przyszłości, on – choć nierzadko wykorzystywał futurystyczne scenografie – każdorazowo zadawał to samo pytanie: Czy jesteś pewien, że twój świat w ogóle istnieje?
To mu jednak nie wystarczało. Kwestionowanie rzeczywistości – to było dla niego za mało. Jego bohaterowie wątpili także w siebie, w swoją możliwość poznania. Podczas gdy inni szukali dziur wyłącznie w otoczeniu, oni przyglądali się sobie, tym samym obalając ostatni z pewników. Dziwacy, odludki, paranoicy.
Najodważniejsi z odważnych. Jak Dick.

Rewolucjoniści

Poznała się na nim popkultura, ta najbardziej klasyczna, hollywoodzka. Dotarła do prawdy o nim i jego bohaterach – tam, gdzie inni widzieli dziwaków i świrów, filmowcy z Fabryki Snów dostrzegli rewolucjonistów, ludzi popychających świat do przodu, herosów.
Czerpali z jego twórczości garściami, przerabiali ją na swoją modłę, oddestylowując bardzo wiele. Zazwyczaj zostawiali wyłącznie tło, z idei brali tylko najbardziej efektowne – bo Dick miał niezwykły talent do obmyślania zaskakujących konceptów fantastycznonaukowych. To jednak nie one przyciągały twórców i widzów do tych opowieści. Tym, co odróżniało te historie od innych, byli bohaterowie.
Które z ekranizacji prozy Dicka najlepiej oddają ducha jego twórczości? Te nieoficjalne. Obok takich klasyków jak kultowy do dziś Łowca androidów i takich kasowych przebojów jak Pamięć absolutna, których ojcostwo jest usankcjonowane, powstało wiele filmów, co do których nie zostało ono potwierdzone, jest jednak niezaprzeczalne (jakie to dickowskie – pełna prawda znowu kryje się za zasłoną pozorów!).
Czy ktoś wątpi, że gdyby nie dziedzictwo Philipa K. Dicka, mógłby powstać Matriks? W tym wypadku historia zatoczyła koło – od Dicka zaczął się cyberpunk, z cyberpunku wyrosło anime Ghost in the Shell, dzieło Masamunego Shirowa było zaś inspiracją dla braci Wachowskich. Na tym jednak nie koniec – Neo jako Anderson to postać rodem z powieści autora Ubika, cały wstęp, wszystko przed scenami z kung fu w skórze i lateksie, to esencja jego pisarstwa, atmosfery osaczenia rzeczywistością, niepewności, uczucia, że coś jest nie tak. „Miałeś kiedyś wrażenie… że nie jesteś pewien, czy jeszcze śpisz, czy już się obudziłeś?” – pytał Neo.
Prawdziwie dickowski, chyba nawet bardziej niż wszystkie oficjalne ekranizacje, jest jednak inny obraz. Truman Show z 1998 roku, w reżyserii Petera Weira, na podstawie scenariusza Andrew Niccola. Na pewno go widzieliście. Główny bohater, Truman Burbank, mieszka w małym amerykańskim miasteczku i wiedzie spokojne, typowe życie. Ma kochającą żonę, oddanych przyjaciół, wszyscy wokół są dla niego życzliwi.
Jak u Dicka wszystko to jest jednak fasadą. Jak u Dicka rzeczywistość okazuje się atrapą. Tak jak u Dicka wreszcie bohater zaczyna wątpić w otaczający go świat, zaczyna wątpić w siebie i zadawać pytania. Drąży, opukuje ściany, szukając pustych przestrzeni – ukrytych pokoi. Szuka prawdy o świecie i ostatecznie się z nią mierzy.
Zupełnie jak Ragle Gumm, bohater Czasu poza czasem. Wydana w 1959 roku powieść Dicka stanowi doskonałe studium tego, czym wyróżniały się dzieła Amerykanina, może być więc doskonałym wprowadzeniem do świata jego twórczości. Właśnie w tych pierwszych książkach najwyraźniej widoczne są Dickowe inspiracje, wprost wykłada on swoje przekonanie o wyjątkowości dziwaków i odludków, tych, którzy wątpią – znamienne, że Gumm jest obrońcą ludzkości, nieświadomym, co jednak nie umniejsza jego zasług. A zapomnienie i szaleństwo, któremu dobrowolnie poddał się bohater? To narzędzia, niekiedy niezbędne do osiągnięcia celu, wymogi konieczności, bez których nie wytrwałoby się na drodze ku wielkości.
Andrew Niccol utrzymuje, że scenariusz do Truman Show inspirowany był jednym z odcinków popularnego telewizyjnego serialu Strefa mroku. Analogie między jedną z pierwszych powieści fantastycznych Dicka a filmem Weira są jednak oczywiste.
Zarówno w powieści, jak i filmie fasadą okazuje się rzeczywistość małego, idyllicznego, ale też nieco groteskowego amerykańskiego miasteczka, główny bohater wiedzie spokojne, ale monotonne życie. Do czasu, gdy jeden z elementów otaczającej go rzeczywistości niespodziewanie wypada ze swego miejsca. Od tej chwili film i książka poruszają się tym samym torem fabularnym: protagonista kroczy od wskazówki do wskazówki, od poszlaki do poszlaki, odnajdując i wyciągając kolejne budujące fałsz cegiełki (w obu wypadkach kluczowa jest próba wyprawy poza granice miasta), aż w końcu atrapa rzeczywistości się wali, odkrywając swe prawdziwe oblicze.
Mamy poczucie osaczenia, zagrożenia, przekonanie (jak się okazuje – słuszne), że cały świat kręci się wokół jednego człowieka, że na niego czyha. Główny bohater ma wrażenie, że z jego życiem jest coś nie tak, nie ignoruje jednak tego przeczucia, podąża za nim, nie boi się zadawać pytań.
I tym różni się od wszystkich innych – odwagą potrzebną, by kwestionować wszechświat, determinacją niezbędną do odkrycia prawdy. Taki jest Gumm, który ryzykuje życie, by się dowiedzieć, co kryje się za horyzontem. Taki jest Truman, wypływający małą łódką na rozszalałe morze. Taki był Philip K. Dick.

Geniusz? Tak. Świr? Możliwe. Odpowiedź, jak należało się spodziewać, nie jest oczywista, wykracza poza wiedzę z notek i opracowań. Wiązanie Dicka twórcy z Dickiem człowiekiem jest proste, analogie same skaczą nam przed twarzą i domagają się uznania, bardzo łatwo można im ulec i zamknąć wielkiego pisarza w kilku szufladkach.
Byłoby to jednak poznanie niepełne, zatrzymanie się na fasadzie, podczas gdy prawdziwa rzeczywistość krzyczy do nas zza oparów ułudy. Prawdy o jednym z najwybitniejszych twórców literatury dwudziestego wieku nie znajdziemy w Wikipedii – kryją ją wyłącznie jego książki.
Był dziwny jak Ubik, ponury jak Łowca androidów, momentami szalony jak Valis. Tak, twierdził, że Lem to pisarski kolektyw. Tak, doniósł na niego FBI, które zresztą podejrzewał o wtargnięcie i przeszukanie jego domu. Tak, ćpał. Tak, pił. Tak, wierzył, że różowy refleks z naszyjnika stojącej na progu jego domu dziewczyny przyniósł mu objawienie i połączył z drugim, alternatywnym ja z pierwszego wieku naszej ery. To wszystko prawda.
Przede wszystkim jednak Philip K. Dick był filozofem, który odmienił fantastykę naukową. Ktoś taki był science fiction niezbędny, ktoś świeży, spoza kręgu pewnych świata umysłów ścisłych. Ktoś, kto chciał wątpić, mąciciel. Rewolucjonista, bo tylko tacy są w stanie popchnąć świat – a tym wypadku literaturę – do przodu. Łamią zasady, żeby ustalić nowe. Wydają się dziwni tylko dlatego, że są elementem nowego porządku – dzisiejsza ekstrawagancja jest jutrzejszą normą.
Taki obraz Philipa K. Dicka rysuje się w jego książkach, a tylko przez nie można go w pełni poznać. Zabawne, mówi się, że to sztuka naśladuje rzeczywistość. W tym wypadku jest jednak na odwrót – młode pokolenia, niczym bohaterowie powieści Amerykanina, najpierw stykają się z odbiciem prawdy, dopiero potem – poprzez oferującą prawdziwe poznanie lekturę – mogą się dogrzebać do ukrytej rzeczywistości i spróbować zadać autorowi pytanie: Kim pan jest, panie Dick?
Co niniejszym gorąco polecam. Czas poza czasem to bardzo dobry punkt wyjścia do dalszej podróży.

Jest 16 grudnia. Gdyby żył, Philip K. Dick zdmuchiwałby dziś z urodzinowego tortu osiemdziesiąt cztery świeczki. I akurat tego dnia, całkiem niezamierzenie, przyszło mi pracować nad przedmową do jego powieści. Nie planowałem tego, po prostu tak mi się ułożyła praca. Ale czy na pewno?
Gdybym był bohaterem powieści Dicka, właśnie otrzymałbym pierwszą wskazówkę, że coś jest nie tak. Obudziłaby się we mnie podejrzliwość. Tłumiona nieufność do innych, do wszystkiego, do rzeczywistości, trafiłaby na podatny grunt i zaczęła kiełkować. Powinienem zakleić czymś kamerkę w laptopie, wyłączyć telefon komórkowy, zasłonić okna i sprawdzić, czy zamknąłem drzwi. A potem szukać kolejnych wskazówek.
Mogłoby to być cokolwiek: dziwny tytuł artykułu w internetowym serwisie, nie pasująca do kontekstu wypowiedź telewizyjnego prezentera, jakiś nieznajomy dobijający się do domofonu i gadający od rzeczy. Powinienem też bacznie przyglądać się żonie.
Gdybym był bohaterem powieści Dicka.
Zachowam się jednak jak każdy z was na moim miejscu – uśmiechnę się do zabawnego zbiegu okoliczności i uwierzę, że to najzwyczajniejszy w świecie przypadek.
Dick by nie uwierzył.
Marcin Zwierzchowski

Rozdział pierwszy

Victor Nielson pchnął wózek wyładowany po brzegi ziemniakami. Gdy zamknęły się drzwi chłodni, wjechał do działu warzywnego, przystanął przy piramidzie prawie pustych skrzynek i zaczął rozładowywać ziemniaki, odrzucając nadgniłe i uszkodzone. Dorodna bulwa wymknęła mu się z ręki. Schylił się, aby ją podnieść, i przez szklane drzwi spojrzał na ulicę. Kilku przechodniów minęło sklep, od wypolerowanych zderzaków zjeżdżającego z parkingu volkswagena odbiło się letnie słońce.
– Czy to była moja żona? – zapytał Liz, budzącą respekt kasjerkę rodem z Teksasu.
– O ile wiem, nie – odpowiedziała, kasując dwa kartony mleka i funt chudej wołowiny. Starszy jegomość stojący przy kasie obmacywał się po kieszeniach w poszukiwaniu portfela.
– Chciała tu wpaść – ciągnął Vic. – Zawołaj mnie, kiedy przyjedzie.
Margo miała dzisiaj zabrać Sammy’ego na prześwietlenie zęba. Był kwiecień. Gdy Vic patrzył w kalendarz, nie mógł się uwolnić od myśli o podatku dochodowym. Zbliżał się termin płatności, a stan konta niepokojąco opadł.
Nie mógł znieść przeciągającego się oczekiwania. Podszedł do automatu obok półki z zupami w puszkach. Wrzucił dziesiątaka.
– Halo – zgłosiła się Margo.
– Już go zaprowadziłaś na prześwietlenie?
Margo była zdenerwowana.
– Musiałam zadzwonić do doktora Milesa i przesunąć wizytę. W południe przypomniałam sobie, że właśnie dzisiaj z Anne Rubenstein miałyśmy pójść do Wydziału Zdrowia i zanieść naszą petycję. Musimy to zrobić dzisiaj, bo jak słyszałam, magistrat właśnie zawiera umowy na takie prace.
– Jaką petycję? Jakie prace?
– Chcemy zmusić magistrat do uprzątnięcia ruin tego starego domu. Bawią się w nich dzieci, a przecież nietrudno o wypadek. Pełno tam przerdzewiałego żelastwa, betonowych bloków i…
– Nie możecie tego wysłać pocztą? – zapytał zniecierpliwiony, lecz jednocześnie poczuł ulgę. – Jak długo zamierzasz tam siedzieć? Czy to znaczy, że nie przyjedziesz po mnie?
– Nie wiem. W domu mam teraz zebranie sąsiadek. Nanosimy ostatnie poprawki. Jeśli nie będę mogła cię odwieźć do domu, zadzwonię, dobrze? Pa, kochanie, muszę już lecieć.
Odwiesił słuchawkę i powlókł się do kasy. W sklepie było pusto. Liz miała czas na szybkiego papierosa. Uśmiechnęła się współczująco.
– Jak z małym? – zapytała.
– W porządku. Pewnie się cieszy, że wizyta się odwlokła.
– Znam takiego starszego, miłego dentystę – zaszczebiotała Liz. – Ma chyba ze sto lat. Ale jaki zręczny: nigdy mnie nie bolało. Ot, po prostu wyrywa ząb i po strachu. – Polakierowanym na czerwono paznokciem uniosła górną wargę. Z lewej strony błysnęła złota koronka. Vica owionęła chmura dymu tytoniowego i woń cynamonu. – Widzisz? Był taki wielki, a nic nie bolało. W ogóle!
Ciekawe, co powiedziałaby na to Margo, pomyślał. Jak by zareagowała, gdyby weszła teraz przez automatycznie rozsuwające się szklane drzwi i zobaczyła, jak wiszę przy ustach Liz. Przyłapany na gorącym uczynku… Cóż to za osobliwa podnieta… Zaglądać kobiecie w zęby.
Po południu sklep się wyludnił. Na ogół o tej porze klienci tłoczyli się przy kasach, lecz dzisiaj było prawie pusto. Recesja, uznał Victor. W lutym było pięć milionów bezrobotnych. To się daje odczuć.
Podszedł do wyjścia i spojrzał na przechodniów. Z pewnością dzisiaj jest mniej ludzi niż zwykle, pomyślał. Wszyscy siedzą w domach i gorączkowo przeliczają oszczędności.
– Nie ma co liczyć na prosperitę. – Odwrócił się w stronę kasy.
– Czym się przejmujesz? – odpowiedziała Liz. – W końcu to nie twój sklep. Jesteś tylko pracownikiem, jak cała reszta. Poza tym mamy mniej roboty.
Jakaś klientka zaczęła wykładać zakupy. Liz przebierała palcami po klawiszach kasy, nie przerywając rozmowy.
– Nie wierzę w żaden kryzys – ciągnęła. – To tylko straszenie nas przez demokratów. Nie śpiewaliby tak ponuro, gdyby gospodarka znowu wpadła im w łapy.
– Nie jesteś demokratką? – zdziwił się. – Pochodzisz z Południa i nie jesteś demokratką?
– Mam ich dosyć. Odkąd tu zamieszkałam, zerwałam z nimi. To stan republikanów, więc i ja jestem republikanką.
Zadźwięczał dzwonek kasy, Liz oderwała paragon, wydała resztę i zaczęła wkładać towary do papierowej torby. Reklama American Diner Café z naprzeciwka przypomniała Vicowi, że pora na filiżankę kawy. Teraz był na to odpowiedni czas.
– Wrócę za dziesięć minut. Poradzisz sobie sama?
– Och, jasne… – Liz ciągle zmagała się ze stosem zakupów, które upychała w firmowej torbie. – Tylko tak się uwiń, żebym i ja mogła się później urwać. Chcę się jeszcze przejść po sklepach. Idź już.
Wyszedł ze sklepu z rękoma w kieszeniach. Przez chwilę stał na chodniku, wypatrując jakiejś przerwy w sznurze samochodów.
Nigdy nie szedł do przejścia dla pieszych, lecz przekraczał jezdnię naprzeciwko baru. Nie oszczędzał czasu, gdyż długo musiał czekać na jakąś przerwę w ruchu, lecz należało to do poobiedniego rytuału i, jak uważał, świadczyło o męskości.