“Cztery sztandary, jeden adres”, reporterska książka Ludwiki Włodek, to kopalnia fascynujących opowieści ze Spisza. Autorka opisała w niej obszar, na którym mieszkali obok siebie Węgrzy, Słowacy, Polacy, Niemcy, Rusini, Żydzi i Cyganie.


Cztery sztandary, jeden adresPośród zdjęć zamieszczonych w książce „Cztery sztandary, jeden adres” jest jedno zatytułowane: „Widok na Tatry z okna naszego domu w Rzepiskach”. Przedstawia sylwetkę jeźdźca na koniu uchwyconego na tle górskiego pejzażu. To nie jest jednak żaden z uroczych, pocztówkowych widoczków o nasyconych barwach i przewidywalnej kompozycji. Rzeczona fotografia tchnie dzikością, wolnością i tajemnicą, stanowiąc dobitne, wizualne podsumowanie tego, o czym mowa w książce. Ludwika Włodek zajmuje się w niej obszarem o złożonej i zagmatwanej historii, zwanym niekiedy „krainą siedmiu kultur”.

Dziś niewiele się o nim mówi, bo nie ma tutaj ani żadnych popularnych zabytków, ani dużych miast, ani przemysłu czy innych istotnych ze współczesnego punktu widzenia gałęzi biznesu. Zajmujących perspektyw na przyszłość też nie ma, dlatego Spisz pozostaje poza granicą powszechnego zainteresowania, a to wielka strata, bo tutaj ostały się jeszcze skrawki kulturowego tygla Europy Środkowej, umożliwiając zrozumienie, czym jest, i czym było przez wieki, współistnienie na jednym obszarze ludzi różnych wyznań i narodowości.

Z pogranicznym rejonem Spisza Ludwika Włodek zetknęła się już jako dziecko i od tego pierwszego kontaktu zaczyna swą reporterską opowieść. Lato 1981 roku. Podróż z Warszawy do domu na Grocholowym Potoku, poznawanie domostwa, jego skarbów, szpargałów pozostawionych przez poprzednich właścicieli – wszystko to oddziaływało na jej dziecięcą wyobraźnię. Nieodgadniona kraina odwiedzana podczas wakacji wzbudzała fascynację. Tego, że nadal wzbudza, książka „Cztery sztandary, jeden adres” jest doskonałym dowodem.

To publikacja przedstawiająca Spisz z nadzwyczajną wnikliwością dostępną tylko komuś, kto jest trochę swój, otwierają się więc przed nim drzwi zwyczajowo zamknięte przed ludźmi z zewnątrz, a trochę obcy – co pozwala na zachowanie dystansu niezbędnego do tego, by dociekać prawdy. W tym drugim Ludwice Włodek pomaga także wykształcenie – jest ona socjolożką, pracuje jako adiunkt w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Rezultatem jej dziennikarskiej pracy jest reportaż stanowiący portret regionu, złożony z indywidualnych portretów jego mieszkańców naszkicowanych na tle historycznej panoramy Spisza.

Rezultatem dziennikarskiej pracy Autorki jest reportaż stanowiący portret regionu, złożony z indywidualnych portretów jego mieszkańców.

Każdy z osiemnastu rozdziałów to osobna, zamknięta historia. Szczególnie poruszający – symbolicznie najkrótszy, jest ten, poświęcony zagładzie spiskich Żydów, skrzętnie wypieranej ze świadomości współczesnych mieszkańców regionu. „Przed wojną w każdym spiskim miasteczku mieszkało od kilkunastu do kilkudziesięciu procent Żydów, a i każda wieś miała od kilku do kilkunastu rodzin żydowskich” – pisze Ludwika Włodek. Teraz przypominają o nich tylko rozsiane po lasach kirkuty. Jednak nieobecność dotyczy na Spiszu nie tylko ludności żydowskiej. W ogóle wiele jej w książce: zanika różnorodność, zwyczaje, odchodzą do historii barwne, arystokratyczne rody, z których ostatnimi potomkami starają się, bez specjalnych sukcesów, nawiązać kontakt pracownicy muzeów utworzonych w ich dawnych włościach.

Wieje pustką, lecz natura nie znosi próżni. Miejsca po nieobecnych coraz liczniej zajmują na Spiszu Cyganie. „Bardzo mnie ci Cyganie fascynowali. Żyli tak blisko, ale jakby w kompletnie innym świecie. Mieszkali inaczej, wyglądali inaczej” – wspomina swoje dziecięce reakcje z lat osiemdziesiątych Ludwika Włodek. Już jako reporterka zgłębia kwestię tej niewidzialnej bariery istniejącej pomiędzy światami: góralskim i cygańskim. „Żyliśmy niby razem, ale osobno” – mówi jedna z jej rozmówczyń, Teresa Mirga, popularna cygańska pieśniarka.

Barier, podziałów i waśni na tle pochodzenia etnicznego, języka czy religii było w historii Spisza oczywiście więcej i w zależności od okresu dotyczyły różnorodnych grup społecznych. Reporterka stara się omówić je wszystkie naprzemiennie, sięgając do źródeł historycznych i oddając głos swoim rozmówcom. Wielu z nich czytelnik może zobaczyć na zdjęciach fotoreporterki Marzeny Hmielewicz. Wykonane przez nią portrety także znalazły się w książce. Nikodem Maraszkiewicz

Ludwika Włodek, Cztery sztandary, jeden adres, Historie ze Spisza, Wydawnictwo Literackie, Premiera: 11 maja 2017
 
 

Cztery sztandary, jeden adres

Ludwika Włodek
Cztery sztandary, jeden adres
Historie ze Spisza
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 11 maja 2017
 

Rozdział XIII


Czyli o trudach zawodu druciarza i o tym, że dla Rusina rosyjska niewola może być całkiem przyjemna, a także o tym, że na Spiszu jest osiem kultur, a nie tak jak wszyscy do tej pory sądzili, tylko siedem

(…)
Tak jak Cyganie, Rusini rozsiani są po całym byłym imperium austro-węgierskim. Nawet uprawiali kiedyś podobne do Cyganów zawody. Tak jak oni bywali druciarzami.
Z polecenia Mikuláša Konevala spotkałam się z profesorem Jozefem Sipko. Sipko mieszka w Preszowie, stolicy słowackich Rusinów i wykłada na tamtejszym uniwersytecie, ale urodził się w Kamience, a właściwie w Kamjunce, bo tak mówią Rusini, i jest dobrym kolegą pana Mikuláša.
Na drutarkę chodził jeszcze ojciec profesora Sipki i przekazał mu wiele z etosu tego dawno już wymarłego zawodu. Druciarze zajmowali się naprawą ceramicznych naczyń za pomocą drutu. Pewnie każdy kojarzy z targów ze starociami widok obszczerbionych dzbanków czy misek oplecionych metalową siateczką – to właśnie dzieło druciarzy. Czasem robili też z drutu lub z blachy, zależnie od specjalizacji, całe, niezwykle delikatne i kunsztownie zdobione naczynia. Mogły to być koszyczki na chleb czy owoce, puzderka, lichtarze, co kto sobie wymarzył. Druciarstwo było dla Rusinów dodatkowym źródłem dochodu. W lecie pracowali na roli, obrabiali pole, wypasali bydło, ale gdy nachodziła jesień, pakowali swoje przenośne druciarskie warsztaciki i wyruszali w świat. Na Spiszu ze świetnych druciarzy słynęła właśnie Kamjunka i sąsiednia Jarabina, po rusińsku Orjabina. Wyprawy odbywały się zgodnie z odwiecznym rytuałem. Zaczynały się we wrześniu, kończyły najczęściej tuż przed Bożym Narodzeniem. Na kilka dni przed świętami kobiety zaczynały wyglądać swoich chłopów. Gdy pierwszy wracał do wsi, inne wiedziały, że tylko patrzeć, a i ich chłopy zawitają lada dzień do domu. Kiedy już wszyscy bezpiecznie powracali, we wsi robiła się wspaniała atmosfera. Baby się cieszyły. No i dzieci, że wreszcie wrócił ich nianio, czyli tata.
O przygodach druciarzy krążyło mnóstwo ludowych opowieści i przyśpiewek. Na przykład taka, którą zanucił mi profesor Sipko:
 
Ked povandryjeme, ked povandryjeme
Z Peštu do Budina, z Peštu do Budina
Dame sy nal’aty, dame sy nal’aty
Do pohara vyna, do pohara vyna.
 
A toto vinečko, a toto vinečko
Po pohari skače, po pohari skače
Nejedna divočka, nejedna divočka
Za drytariom plače, za drytariom plače
Ne plačte divčata, ne plačte divčata
Ne plačte za namy, ne plačte za namy
Bo my sia verneme, bo my sia verneme
Z Peštu z grajcariamy, z Peštu z grajcariamy.
 
Gdy syn z chłopca zmieniał się w młodzieńca, szedł na pierwszą wyprawę z ojcem i przyuczał się do zawodu. Jednocześnie poznawał nowe kraje, dowiadywał się wiele o świecie, zdobywał pierwsze doświadczenia. – We wsi mówiło się, że kto nie był druciarzem, nie jest mężczyzną – opowiadał profesor.
Wyprawy bywały ciężkie i niebezpieczne. Zdarzało się, że druciarzy okradli, a czasem nawet zabili. Nie wszędzie przyjmowano ich z otwartymi rękoma, gdzieniegdzie przepędzano jak zwykłych włóczęgów. Trudno było o nocleg. Byli zadowoleni, jeśli im gospodarz pozwolił spać w stodole między bydlętami (bo cieplej), ale nierzadko przychodziło nocować w jakiejś szopie albo w ogóle pod gołym niebem.
– Mój nianio najlepiej wspominał wyprawy druciarskie do Serbii – opowiadał profesor. – Z domu do Budapesztu szli pieszo, a potem płynęli łodzią po Dunaju aż do ujścia Sawy. Na Sawie był port, w którym przybijali do brzegu i tak znajdowali się w Belgradzie. Kiedyś szli po głównej ulicy Belgradu, bulwarze Króla Aleksandra. Przyzwyczajeni do złego traktowania, a nierzadko wyzwisk kierowanych pod swoim adresem, szli ze skromnie spuszczonymi głowami. Nagle rozległ się okrzyk: „Odi vamo, mastore!”. Nianio na początku w ogóle nie pomyślał, że to do niego. „Chodź tu mastore – majstrze”. Na Węgrzech nikt tak elegancko się do niego nie zwracał. Ale to było do niego, w kawiarnianych ogródkach przy stolikach siedzieli Serbowie i wołali go, żeby do nich dołączył. Podszedł nieśmiało, a ci od razu nalali mu rakiji albo winka. Tacy to byli dobrzy ludzie, ci Serbowie, serdeczni, gościnni, nie wywyższali się nad Rusinów, których bieda wygnała z domów.
Profesor Sipko postanowił przy okazji jakiejś konferencji powtórzyć trasę, jaką w młodości przebywał jego ojciec druciarz. W Belgradzie przechadzał się z kolegami po tym samym bulwarze Króla Aleksandra. I znów od kawiarnianego stolika ktoś ich zawołał: „Wy jesteście Słowacy? Jesteście naszymi przyjaciółmi, też nie uznaliście Kosowa”