Powieść “Ptaki padały deszczem” to zapadająca w pamięć refleksja nad przemijaniem i dążeniem do samookreślenia. Uhonorowana dziesiątkami nagród i doceniona przez krytyków z całego świata.


Ptaki padały deszczemTom i Charlie, mocno już posunięci w latach, postanowili wycofać się z normalnego życia. Żyją teraz w oddaleniu, w środku lasu, gdzie szukają prawdziwej wolności. Wszystko zmienia się, gdy pewnego lata przybywają do nich dwie kobiety.

Jedna z nich to młoda fotografka dokumentująca serię katastrofalnych pożarów lasów, które spustoszyły północne Ontario na początku XX wieku. Kobieta szuka Teda Boychucka, ocalałego z pożarów. Druga to starsza kobieta, która w tym samym czasie opuszcza szpital psychiatryczny, w którym przebywała od szesnastego roku życia. Osiemdziesięciodwulatka dołącza do mężczyzn i jako Marie-Desneige zaczyna nowe życie. Z pomocą fotografki grupa znajduje serię obrazów zmarłego Teda, naznaczonych Wielkimi Pożarami, i zaczyna rozszyfrowywać historię artysty.

***

[…] pisarka pokazuje, że miłość, podobnie jak nadzieja i pragnienie wolności, nie zważa na wiek. Prawdziwe cudo.
„Voir Montréal”

W tym dziele Jocelyne Saucier po raz kolejny demonstruje przejmujące piękno swojego pisarskiego stylu.
„Le Libraire”

Jocelyne Saucier ukończyła studia w zakresie politologii i dziennikarstwa regionalnego. “Ptaki padały deszczem” to jej czwarta powieść. Przyniosła jej wiele nagród, między innymi: Nagrodę Pięciu Kontynentów Frankofonii, Prix Ringuet przyznawaną przez Quebecki Uniwersytet Humanistyczny, Prix littéraire des collégiens, nagrodę słuchaczy Radio-Canada, Prix France-Québec oraz nagrodę publiczności na imprezie Salon du livre de Montréal / La Presse. Była finalistką Grand Prix du livre de Montréal, Prix des libraires 2011, Prix Antonine-Maillet, nagrody francukich liceów Ameryki Północnej, a w marcu 2013 roku zyskała rozgłos dzięki pojawieniu się w programie Combat des livres nadawanym przez Radio-Canada. Najnowsza powieść Jocelyne Saucier została entuzjastycznie przyjęta zarówno przez krytyków, jak i czytelników na całym świecie. “Ptaki padały deszczem” przetłumaczono na angielski i szwedzki, wytwórnia Outside Film przygotowuje adaptację filmową, a we Francji książka ukazała się nakładem prestiżowego wydawnictwa Denöel.

Jocelyne Saucier
Ptaki padały deszczem
Przekład: Elżbieta Janota
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 14 listopada 2018
 
 

Ptaki padały deszczem

Spis treści

Fotografka
Bruno
Steve
Wielkie Pożary
Społeczność nad jeziorem
Trzecie życie Charliego
Młode dziewczęta o długich włosach
Kolekcja niemożliwych miłości
Wilk pośród nocy
Dwa groby
Ptaki padały deszczem
Ogromne podziękowania

Gdzie będzie mowa o wielkich zaginionych, o pakcie śmierci, który jest solą życia, o potężnym zewie lasu i o miłości, która również nadaje życiu znaczenie. Historia jest mało prawdopodobna, ale ponieważ istnieją świadkowie, nie wolno w nią nie wierzyć. Pozbawilibyśmy się w ten sposób tych niezwykłych ustroni, które udzielają azylu wyjątkowym istotom.
Jest to historia trzech starców, którzy postanowili zniknąć w lesie. Trzech istot zakochanych w wolności.
– Wolność to możliwość wyboru swojego życia.
– I swojej śmierci.
Tak Tom i Charlie powiedzą swojemu gościowi. We dwóch mają prawie dwa wieki. Tom ma osiemdziesiąt sześć lat, a Charlie – o trzy więcej. Uważają, że zdolni są przeżyć ich jeszcze wiele.
Trzeci już nie mówi. Niedawno umarł. Martwy i pochowany, powie Charlie kobiecie, która złoży im wizytę, a ona nie będzie chciała mu uwierzyć, tak długa była droga wiodąca do Boychucka, Teda albo Eda, albo Edwarda, różnorodność imion tego człowieka i niezgodności dotyczące jego losów prześladować nas będą przez całą tę opowieść.
Odwiedzająca jest fotografką i nie ma jeszcze imienia.
A miłość? No cóż, na miłość trzeba będzie poczekać.

Fotografka

Pokonałam niezliczone kilometry drogą pod burzowym niebem, zastanawiając się, czy znajdę prześwit w lesie przed nocą, a przynajmniej zanim rozpęta się burza. Przez całe popołudnie podążałam gąbczastymi drogami, które prowadziły mnie jedynie do plątanin tras dla rowerów górskich, leśnych ścieżek holowniczych, a później już tylko do łóż torfu, ścian kolców, czarnych fortec, które coraz bardziej gęstniały. Las miał się wkrótce nade mną zamknąć, a tymczasem ja nie położę łapy na Tedzie czy Edzie, czy Edwardzie Boychucku, imię się zmieniało, lecz nazwisko pozostawało to samo, znak, że w tym, co mi opowiedziano na temat jednego z ostatnich ocalałych z Wielkich Pożarów, znalazło się kilka ziaren prawdy.
Wyruszyłam z wytycznymi, które zdawały mi się wystarczające. Po pokonaniu drogi, która ciągnie się wzdłuż rzeki, skręcić w prawo i jechać około piętnastu kilometrów, aż do jeziora Perfection, łatwego do rozpoznania dzięki zielonym, jadeitowym wodom, wodom lodowca z czwartorzędu, i krągłości talerza, doskonałej krągłości, stąd jego nazwa, a po kontemplacji jadeitowego talerza skręcić w lewo, znajduje się tam pokryta rdzą wieża szybowa, pokonać jakieś dziesięć kilometrów w linii prostej, w żadnym razie nie jechać na skróty, aż znajdziesz się na starych leśnych ścieżkach, a potem już nie sposób się pomylić, jest tylko ta droga, która donikąd nie prowadzi. Jeśli spojrzysz w prawo, zobaczysz strumień, który kaskadą spada na bazalt, to tam Boychuck ma swoją chatę, ale od razu ci powiem, że nie lubi gości.
Rzeka, jadeitowe jezioro, stara wieża szybowa, postępowałam zgodnie ze wszystkimi wskazówkami, ale nigdzie nie dostrzegłam spadającego kaskadą strumienia ani chaty, a dotarłam do końca drogi. Dalej była zarośnięta ścieżka, świetnie nadająca się dla quada, nic, z czym poradziłby sobie mój pick-up. Zastanawiałam się właśnie, czy powinnam zawrócić, czy rozłożyć się na noc na tylnym siedzeniu auta, kiedy u podnóża pagórka zauważyłam dym tworzący chudą wstążkę, która huśtała się leciutko nad wierzchołkami drzew. Zaproszenie.
Oczy Charliego, gdy tylko dostrzegły mnie w prześwicie okalającym skupisko chat, rzuciły mi ostrzeżenie. Nie wkracza się na ten teren nieproszonym.
Pies zapowiedział mnie na długo przed moim przybyciem i Charlie czekał na mnie, stojąc przed tym, co musiało być jego chatą mieszkalną, bo to z niej unosił się dym. Trzymał naręcze polan, pewnie planował akurat przygotować kolację. Przyciskał swój ładunek do piersi przez cały czas trwania rozmowy, którą odbyliśmy krok od drzwi. Wyraźnie nie zamierzał ich przede mną otworzyć. Były to drzwi z siatki na komary. Drugie, główne drzwi, zostawiono otwarte do środka, aby wypuścić gorąco powstałe przy rozpalaniu ognia. Nie potrafiłam niczego rozróżnić we wnętrzu chaty, było ciemne i poplątane, ale woń, która stamtąd dochodziła, wydawała mi się znajoma. Woń mężczyzn z lasu, którzy od lat żyją samotnie w intymności tych wszystkich rodzajów marynowania. Woń źle umytego ciała, w żadnej z chat mieszkalnych moich starych przyjaciół z lasu nie widziałam prysznica ani wanny. Woń smażeniny, żywią się głównie mięsem z patelni, gęstymi potrawkami, dziczyzną, która wymaga pokaźnego dodatku tłuszczu. Woń kurzu osiadłego zmumifikowanymi warstwami na wszystkim, co się nie rusza. I sucha woń tytoniu, który jest ich podstawowym narkotykiem. Kampanie antynikotynowe do nich nie dotarły, niektórzy wciąż żują tytoń i nabożnie wciągają copenhagen. Nie mamy pojęcia, ile to dla nich znaczy.
Papieros Charliego wędrował z jednego końca ust do drugiego, niczym oswojone zwierzątko, a kiedy się wypalił, pozostał w ich kąciku. Mężczyzna w dalszym ciągu nie powiedział ani słowa.
Na początku myślałam, że to on, Ed Boychuck, albo Ted, albo Edward, człowiek, który przetrwał Wielkie Pożary i uciekł przed życiem do lasu. Tylko okazjonalnie widywano go w hotelu, w którym spałam poprzedniej nocy. Hotel był absurdem, olbrzymią budowlą w samym środku niczego, trzy piętra czegoś, co prawdopodobnie oznaczało kiedyś wielką klasę, a teraz było jedynie okruchem cywilizacji w szczerym lesie. Ten, którego wzięłam za właściciela, a który okazał się tylko zarządcą – mów mi Steve, rozkazał po wstępnej rozmowie – wyjaśnił, że hotel zbudował śpiący na forsie ekscentryk, Libańczyk, który zbił fortunę na podrabianym alkoholu i zabawiał się jej trwonieniem na megalomańskie budowle. Sądził, że linia kolei żelaznej zahaczy o miejsce zapowiadające się na nowe Klondike, a on chciał być pierwszym, który zgarnie napływającą klientelę. Jego ostatni kaprys, powiedział Steve. Sprawa z nowym Klondike okazała się olbrzymim oszustwem, żaden pociąg nie przyjechał pluć dymem przed wielkim, luksusowym hotelem Libańczyka i mężczyzna wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie stworzył sieć moteli dla kierowców.
Lubię miejsca, które porzuciły kokieterię, całą tę afektację, i czepiają się jakiejś idei, czekając, aż czas przyzna im rację. Prosperity, kolej żelazna, dawni znajomi, nie wiem, co z nimi będzie. W tym regionie jest wiele takich miejsc, które opierają się własnemu zużyciu i czerpią przyjemność z podupadłej samotności.
Mój gospodarz przez cały wieczór zabawiał mnie nieszczęściami, których się tu doświadcza, ale nie dałam się zwieść. Był dumny, opowiadając mi historie o zżeranych przez kleszcze niedźwiedziach i o głodzie, który czeka tuż za progiem, o nocnych jękach i skrzypieniach niesionych przez wiatr, o komarach. Nie wspominałem ci o robactwie, w czerwcu jest tu wszystko, komary, ścierwice, kuczmany, bąki, lepiej się nie myć, nie ma nic bezpieczniejszego niż gruba skóra, żeby chronić się przed tymi małymi bestiami, a styczniowe mrozy, ach! styczniowe mrozy, na Północy nie ma większego obiektu dumy, i mój gospodarz nie zamierzał odmówić sobie poskarżenia się na nie, żebym mogła dyskretnie popodziwiać jego odwagę.
– A Boychuck?
– Boychuck to otwarta rana.
Niemy i nieruchomy mężczyzna stojący o krok od drzwi chaty nie mógł być tym, którego szukałam. Zbyt spokojny, zbyt solidny, niemal dobroduszny, pomimo tego spojrzenia, które szperało w moim w poszukiwaniu tego, co się tam ukrywało. Zwierzęce, właśnie to słowo przyszło mi do głowy. Miał zwierzęce spojrzenie. Nic drapieżnego czy groźnego, Charlie nie był dziką bestią, był po prostu czujny, niczym zwierzę, zawsze się zastanawiał, co kryje się za ruchem, za rozbłyskiem światła, za zbyt wymuszonym uśmiechem, za zbyt płynnymi słowami. A moje, moje słowa, mimo przekonania, jakie w nie wkładałam, wciąż nie zdołały go przekonać, żeby otworzył mi drzwi.
Do ludzi, którzy mają za sobą prawie wiek, nie dociera się przez modną reklamową gadkę. Potrzeba taktu, zręczności, ale nie za wiele, staruszkowie znają się na sztuce konwersacji, w ostatnich latach życia nic innego im nie pozostaje, więc zbyt wypolerowane tezy wzbudzają ich nieufność.
Zaczęłam od kilku słów skierowanych do jego psa, wspaniałego zwierzęcia, mieszanki nowofundlanda z labradorem, który przestał szczekać, lecz nie spuszczał ze mnie wzroku. Piękny zwierzak, powiedziałam zarówno po to, by pogratulować psu, jak i jego panu. Labrador? Za jedyną odpowiedź otrzymałam skinięcie głową i spojrzenie, które wskazywało, że mężczyzna czeka na ciąg dalszy. W końcu nie przejechałam takiego kawału drogi, żeby rozmawiać z nim o jego psie.
Jestem fotografką, powiedziałam natychmiast. Należało zapobiec wszelkim nieporozumieniom. Nie miałam nic do sprzedania, żadnej złej wieści do przekazania, nie byłam pracownicą socjalną ani pielęgniarką, zwłaszcza zaś nie reprezentowałam rządu, najgorszej szarańczy, o czym mogłam się przekonać u wszystkich starców, których odwiedziłam. Nie pracuje pani dla rządu, mam nadzieję? To pytanie, jeśli wyjaśnienie mojej obecności zajmuje zbyt dużo czasu, pada bardzo szybko. Nikt nie chce urzędnika, który przychodzi oznajmić, że w naszym życiu coś nie gra, tutaj w papierach są litery, cyfry, które się nie zgadzają, dokumenty cierpią z powodu tych nieścisłości. A ja, myśli pani, że ja nie cierpię? Won, rządzie, poszedł precz!
Jestem fotografką, powtórzyłam, robię zdjęcia osobom, które przeżyły Wielkie Pożary.
Boychuck stracił całą rodzinę w Wielkim Pożarze z tysiąc dziewięćset szesnastego, dramat, który nosił w sobie wszędzie, gdzie próbował ułożyć sobie życie.
Mężczyzna, którego miałam przed sobą, nie nosił w sobie rany, był gładki i zwarty, kamienny buddyjski mnich, nic nie mogło go dosięgnąć, tak mi się wydawało aż do chwili, kiedy ujrzałam, jak wznosi oczy do nieba, posępnieje na groźbę chmur, coraz cięższych, coraz bardziej brzemiennych, a jego spojrzenie, gdy wróciło do mnie, kryło w sobie błyskawicę zapowiadającej się burzy. Zwierzę, pomyślałam ponownie, reaguje jedynie na naturę.
Wyjaśniłam, co mnie sprowadza, pamiętając, by podawać nazwiska. Taki a taki, którego spotkałam i który opowiedział mi o innym, który znał jeszcze innego. Przedłożyłam mu trasę, którą przebyłam, wszystkie stare znajomości, które, jedna po drugiej, służyły mi za listy żelazne i doprowadziły mnie tutaj, w bardzo piękne miejsce, rozumiem, że zdecydował się pan tu zamieszkać, panie Boychuck, z tym wspaniałym jeziorem u stóp i całą tą niewiarygodną przyrodą, która pana otacza, ale jeśli ma pan kilka minut, chciałabym spokojnie pogawędzić z panem o tym wszystkim.
To było nieuczciwe, wiedziałam, że nie mam do czynienia z Boychuckiem, lecz drobny podstęp jest czasem niezbędny.
Nazwisko Boychucka poruszyło mężczyznę bardziej, niż chciałby okazać. Widziałam, jak jego spojrzenie migocze, a później niebo pociemniało, ziemia położyła się płasko, burza szalała z niecierpliwości i w końcu dał się słyszeć głos Charliego.
– Boychuck jest martwy i pochowany.
Nie zamierzał powiedzieć nic więcej. W jego postawie wyczułam, że rozmowa dobiegła końca i powinnam wracać tam, skąd przyszłam, z tą odrobiną, której się właśnie dowiedziałam. Zamierzał odwrócić się do mnie swoimi wielkimi plecami źle wylizanego niedźwiedzia, kiedy niebo otwarło się i wylało swe wody. Lunęło jak z cebra. Charlie wepchnął mnie do środka. Ruchem, który ledwie poczułam, gestem naturalnej władczości, otworzył drzwi z siatki na komary i z ręką na moich plecach, ciężką i lekką zarazem, wepchnął mnie do środka.
– Wejdź, zmokniesz.
Głos nie był przyjaźniejszy niż cała reszta. Mężczyzna ruszył prosto do pieca, kuchenki na drewno, miniaturowego modelu, nigdy nie widziałam tak maleńkiej, i zajął się ogniem, zupełnie nie troszcząc się o mnie. Ogień dogasał. Musiał na nowo ustawić małe drewienka, podmuchać na poczerniały żar, dorzucić kory, znowu podmuchać, a kiedy płomienie wystrzeliły, zamknął drzwiczki kuchenki, odciął dopływ powietrza i podszedł do czegoś, co na moje oko wyglądało w półmroku na blat kuchenny, a po liczbie ziemniaków, które zaczął obierać, poznałam, że jestem zaproszona na kolację.
Deszcz z wielkim hałasem lał się na dach, nabrał obfitości, momentami w ogóle się nie słyszeliśmy, a później wmieszał się do tego wiatr, były porywy, potopy, wycia i grzmoty, błyskawice, oboje wiedzieliśmy, że nie mogę wrócić do mojego pick-upa.
– Trzeba, żebyś tu spała.
Spałam w łożu z futer niczym księżniczka ze starodawnych baśni. Miękkie okrycie z baribala, z lisa srebrnego, z popielatego wilka, a nawet z rosomaka, głęboki brąz, który przechodził w lśniącą czerń w moim kuśnierskim łóżku. Charlie był pod wrażeniem, że potrafię zidentyfikować te zwierzęta, zwłaszcza rosomaka, który jest rzadkim okazem, jeszcze rzadszym w postaci wyprawionej skóry, gdyż cieszy się reputacją agresywnego i inteligentnego, trudnego do schwytania w pułapkę. Ale wykopanie wilczego dołu, powiedział, biorąc pod uwagę cenę, jaką dostaje się za skóry, warte jest zachodu.
W ciągu wieczoru zaimponowałam mu niejednokrotnie. W temacie paproci, porostów, krzewów, których nazwy znałam, podczas gdy on, który zawarł z nimi intymną znajomość, nie umiał ich nazwać. Potrafił opisać roślinę z poszycia z precyzją niedościgłego botanika, jej otoczenie, życiowe zwyczaje, sposób zbierania rosy, chronienia się przed suszą i palącymi wichrami, wiedział to wszystko, ale nie umiał jej nazwać. Konwalijka kanadyjska, oznajmiłam mu po tym, jak zastanawiał się na głos, czy owoce tej rośliny naprawdę są trujące. Trucizna na kuropatwy, tak nazywał konwalijkę kanadyjską, okaz z rodziny liliowatych rosnący w poszyciu. Owoce są jadalne, wyjaśniłam, ale z umiarem, jeśli zje się za dużo, można dostać biegunki.
– Skąd ty to wiesz?
Nie jestem botaniczką, naturalistką, niczym takim, ale dwadzieścia lat włóczęgi pozwoliło mi poznać las. Uczyniłam z tego swoją specjalność, fotografka wegetacyjna, tak się nazwałam z powodu wszystkich tych unerwień liści, nad którymi się pochylałam, oraz kontemplacyjnego życia, jakie wiodłam. W pewnym momencie miałam tego dość, chciałam się zhumanizować, chciałam twarzy, dłoni, spojrzeń, nie mogłam już dłużej godzinami podglądać pająka, który zaraz schwyta ofiarę, i przypadek skierował mnie na trop Wielkich Pożarów i tych, którzy z nich ocaleli, wszyscy to, siłą rzeczy, ludzie bardzo posunięci w latach, gdyż pierwszy Wielki Pożar miał miejsce w tysiąc dziewięćset jedenastym roku, i to tutaj rozmowa zabrnęła w ślepy zaułek. Gdy tylko poruszałam ten temat, Charlie nie godził się iść dalej.
Jednakże wieczór był przyjemny. Starzec cieszył się, że ma towarzystwo, to było widać, jego rysy się rozluźniły, ale nie było tego słychać, wciąż mówił tym mamroczącym, dźwięcznym głosem, który wywarł na mnie tak silne wrażenie, kiedy przyjechałam.
Mówiliśmy o naszych życiach, moim na drogach, w poszukiwaniu nowej twarzy, nowego spotkania, i jego, w jego chacie, spędzanym na patrzeniu, jak mija czas, bez żadnego innego zajęcia poza zmaganiem się z codziennością. To już było dużo, jego zdaniem, i bez trudu mu uwierzyłam, bo jest mnóstwo do zrobienia, żeby nie umrzeć z zimna i głodu, kiedy żyje się samemu w głębi lasu. Położyłam nacisk na słowo „samemu”, ale on uniknął pułapki. Był traperem, instynktownie wyczuwał niebezpieczeństwo i nie zamierzał wpaść w tak licho skleconą zasadzkę.
– Mam mojego Chummy’ego – oświadczył, przyzywając psa spojrzeniem.
Pies spał niespokojnym snem w pobliżu drzwi, każdy pomruk grzmotu jeżył mu sierść od ogona po głowę, później znów cisza na morzu, głęboki, regularny oddech, aż do kolejnego wstrząsu.
Gdy tylko usłyszał, jak Charlie wymawia jego imię, natychmiast się podniósł i przyszedł wyciągnąć się u stóp swojego pana.
– I co, Chummy, powiedz naszemu gościowi, że tworzymy wspólnie zgrany zespół, ty i ja.
Dłoń Charliego spacerowała wśród gęstej sierści zwierzęcia, zatrzymując się na karku, u podstawy uszu, gdzie wykrywała zbitki futra, które wyjmowała małymi wełnistymi kępkami, krążyła tam i z powrotem, delikatna i energiczna, wprawiona w drapaniu i masowaniu, po całym ciele zwierzęcia, które pomrukiwało z zadowolenia, podczas gdy jego pan kontynuował rozmowę, od czasu do czasu wtrącając słowa z myślą o psie.
– Co, mój Chummy, prawda, że jest nam razem dobrze?
Byłam pod wrażeniem tej grubej, gruzłowatej dłoni, zesztywniałej wiekiem, która okazywała się miękka i falująca pośród psiej sierści, i pod jeszcze większym wrażeniem tego głosu, który gdy kierował się do psa, obniżał się o ton, odziewał w welur, stawał się intymny. Tym niskim, pieszczącym głosem mężczyzna wyjaśnił mi, że jego Chummy boi się burzy. To grzmoty go przerażają, rzekł, trzeba go uspokajać, to dlatego zatrzymuję go w środku, kiedy szaleje burza, i głos wiolonczeli gdzieś się zgubił, a Charlie na nowo przyjął ton wielkiego pana z lasu, który nie da sobie w kaszę dmuchać.
Falująca dłoń i aksamitna intymność głosu powróciły nieco później, gdy rozwijał zrolowane futra, żeby pościelić mi łóżko.
Burza ani trochę nie straciła na sile. Z dachu kapało dokładnie pośrodku jedynej izby w chacie. Charlie wiedział o przecieku i postawił na podłodze garnek. Dźwięczenie wody w garnku, deszcz, który stukał w okna, trzaskanie ognia w kuchence i Chummy, który chrapał spokojnie pod pieszczotami swojego pana, chata rozbrzmiewała ciepłym i dodającym otuchy życiem. Byłam zachwycona zaproszeniem, by zostać na noc.