“Wywiad z wampirem” to pierwsza część „Kronik wampirów” – bestsellerowy debiut Anne Rice, który zapoczątkował jej karierę literacką.


Wywiad z wampiremLouis de Pointe du Lac, arystokrata z Luizjany, opowiada dziennikarzowi o swojej podróży przez życie i nieśmiertelność.

Zmieniony w wampira przez ponurego Lestata, wiedzie egzystencję, której nie rozumie i do końca nie akceptuje. Jedyną jego towarzyszką jest Claudia – ukochana kobieta zaklęta w ciele dziecka. Łączy ich chęć poznania podobnych sobie istot i zajadła nienawiść do własnego stwórcy – Lestata.

Nasyciwszy się zemstą, Louis i Claudia wyruszają na wyprawę do Europy, by znaleźć swoje miejsce i odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Spotkany w Paryżu Armand wprowadza ich w społeczność wampirów.

Anne Rice to mistrzyni powieści grozy. Polskiemu czytelnikowi doskonale znana za sprawą tak popularnych cykli, jak m.in. „Opowieści o czarownicach z rodu Mayfair” czy „Nowe opowieści o wampirach”. Na podstawie jej książek powstało kilka filmów: “Królowa potępionych”, “Ucieczka do Edenu” i – najsłynniejszy – “Wywiad z wampirem”. W tym ostatnim, wyreżyserowanym przez Neila Jordana, zagrali tak znani aktorzy, jak Tom Cruise, Brad Pitt, Kirsten Dunst, Stephen Rea, Antonio Banderas czy Christian Slater.

Anne Rice
Wywiad z wampirem
Przekład: Tomasz Olszewski
Kroniki wampirów |1
Dom Wydawniczy Rebis
edycja na 70 lecie Empiku
wydanie 15
Premiera w tej edycji: 9 października 2018
 
 

Wywiad z wampirem


CZĘŚĆ I

– Rozumiem – powiedział wampir z namysłem i powoli podszedł do okna. Przez dłuższy czas stał tam na tle przyćmionego blasku Divisadero Street i snopów świateł przejeżdżających samochodów. Teraz chłopak mógł lepiej dostrzec umeblowanie pokoju, okrągły dębowy stół, krzesła, pod ścianą umywalkę z lustrem. Postawił swoją aktówkę na stole i czekał.
– Ile właściwie masz ze sobą taśmy? – zapytał wampir, obracając się tak, że chłopak widział teraz jego profil. – Wystarczy, aby nagrać historię życia?
– Jasne, jeśli to interesujące życie. Czasami, jeśli mam szczęście, w ciągu jednej nocy przeprowadzam wywiad z trzema lub czterema osobami. Ale to musi być ciekawa historia. Tylko wtedy ma to sens, prawda?
– Najzupełniej – odpowiedział wampir. – Chciałbym zatem opowiedzieć historię mojego życia. Zależy mi na tym.
– Wspaniale – powiedział chłopak i wyciągnął niewielki magnetofon z aktówki. Szybko sprawdził kasetę i baterie. – Ciekaw jestem, dlaczego w to wierzysz, dlaczego uważasz…
– Nie – przerwał nagle wampir. – Tak nie możemy zaczynać.
Sprzęt gotowy?
– Tak – odrzekł chłopak.
– To siadaj. Zaraz włączę światło u góry.
– Sądziłem, że wampiry nie lubią światła – powiedział chłopak. – Jeśli myślisz, że ciemność dodaje atmosfery… – Umilkł. Wampir patrzył na niego, obrócony plecami do okna. Chłopak nie mógł dostrzec jego twarzy, a coś w tej nieruchomej postaci go zaniepokoiło. Chciał znowu się odezwać, ale nie zdołał. Odetchnął z ulgą, gdy wampir ruszył w kierunku stołu i sięgnął po zwisający nad nim włącznik lampy.
Natychmiast pokój zalało ostre, żółte światło. Chłopak, ujrzawszy wampira, nie mógł się powstrzymać od gwałtownego wdechu. Jego palce automatycznie przesunęły się po blacie i zacisnęły na krawędzi stołu.
– Wielki Boże! – wyszeptał, a potem oniemiały przypatrywał się wampirowi.
Wampir był zupełnie biały i gładki, jakby wyrzeźbiony z kości, a jego twarz pozostawała nieruchoma, posągowa, z wyjątkiem błyszczących zielonych oczu, które bacznie spoglądały w dół na siedzącego młodego człowieka, podobne do dwóch płomieni umieszczonych w czaszce. Ale potem wampir uśmiechnął się niemal tęsknie, a gładka biała powłoka twarzy drgnęła elastycznie, choć nieznacznie, jak u postaci z kreskówki.
– Widzisz? – zapytał cicho.
Chłopak wzdrygnął się, podnosząc rękę, jakby w geście obronnym przed silnym światłem. Jego wzrok przesunął się wolno po eleganckiej, szytej na miarę czarnej marynarce, którą widział tylko przelotnie w barze, po długich fałdach peleryny, czarnym jedwabnym krawacie zawiązanym pod szyją i błyszczącym białym kołnierzyku, białym jak skóra wampira. Spojrzał na gęste czarne włosy, fale zaczesane za uszy, loki niemal dotykające śnieżnobiałego kołnierzyka.
– A więc nadal chcesz tego wywiadu? – zapytał wampir.
Chłopak rozdziawił usta, ale nie wydobył z nich głosu. Pokiwał głową. Wreszcie wydusił.
– Tak.
Wampir niespiesznie usiadł naprzeciwko chłopaka i pochylając się do przodu, rzekł cicho, niemal konfidencjonalnie:
– Nie bój się. Włącz tylko magnetofon.
I nagle nad stołem wyciągnął do niego rękę. Chłopak odsunął się odruchowo, pot wystąpił mu na czoło. Wampir położył dłoń na ramieniu chłopaka i powiedział:
– Uwierz mi, nie zrobię ci krzywdy. Chcę wykorzystać tę okazję. To dla mnie ważniejsze, niż możesz sobie wyobrazić. Chcę, żebyś zaczął. – Cofnął rękę. Siedział spokojnie i czekał.
Dopiero po chwili chłopak przetarł czoło i wargi chusteczką, wyjąkał, że mikrofon wbudowany jest w magnetofon, wcisnął klawisz nagrywania i oznajmił, że urządzenie ruszyło.
– Nie zawsze byłeś wampirem, prawda? – zaczął.
– Nie – odpowiedział wampir. – Stałem się nim, gdy miałem dwadzieścia pięć lat, a było to w roku tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym pierwszym.
Chłopak był zaskoczony dokładnością tej daty i powtórzył ją raz jeszcze, zanim zadał drugie pytanie:
– Jak do tego doszło?
– To proste, ale nie chcę udzielać prostych odpowiedzi – rzekł wampir. – Chcę raczej opowiedzieć prawdziwą historię…
– Tak – rzucił szybko chłopak. Cały czas zwijał i rozwijał w zdenerwowaniu chusteczkę. Znowu przetarł nią usta.
– Wydarzyła się tragedia… – zaczął wampir. – Mój młodszy brat… umarł.
Przerwał. Chłopak odchrząknął i raz jeszcze wytarł twarz, nim nerwowo wepchnął chusteczkę do kieszeni.
– To nie jest bolesne, co? – zapytał bojaźliwie.
– Czy tak to wygląda? – powiedział wampir. – Nie. – Potrząsnął głową. – Po prostu wcześniej opowiedziałem tę historię tylko jednej osobie. I było to tak dawno temu. Nie, to nie jest bolesne…
Mieszkaliśmy wtedy w Luizjanie – podjął. – Mieliśmy kawałek ziemi i założyliśmy dwie plantacje indygowców nad Missisipi, bardzo blisko Nowego Orleanu…
– A, stąd ten akcent… – wtrącił cicho chłopak.
Przez moment wampir patrzył bez wyrazu w przestrzeń.
– Mówię z akcentem? – Zaczął się śmiać.
Spłoszony chłopak dodał szybko:
– Zwróciłem na to uwagę w barze, gdy zapytałem, jak zarabiasz na życie. Taka lekka ostrość spółgłosek, to wszystko. Nigdy nie domyśliłbym się jednak, że to wpływ francuskiego.
– W porządku – zapewnił go wampir. – Nie jestem wcale taki zdziwiony, jak się wydaje. Tylko od czasu do czasu o tym zapominam. Ale wróćmy do rzeczy…
– Proszę… – powiedział chłopak.
– Mówiłem o plantacjach. Tak naprawdę miały one wiele wspólnego z moim przeistoczeniem się w wampira. Ale dojdziemy do tego. Wiedliśmy tam życie i luksusowe, i prymitywne. Sami jednak uważaliśmy je za nadzwyczaj atrakcyjne. Widzisz, mieliśmy tam o wiele lepiej, niż moglibyśmy kiedykolwiek mieć we Francji. Może dzikość Luizjany sprawiała, że tak to widzieliśmy, a może rzeczywiście tak było. Pamiętam przywiezione z Europy meble, które stały w bezładzie w naszym domu. – Wampir uśmiechnął się. – I klawesyn, ten był śliczny. Grała na nim moja siostra. W letnie wieczory siadała przy klawiaturze, zwrócona plecami do otwartych drzwi balkonowych. Nadal pamiętam tę delikatną, szybką muzykę i obraz grzęzawisk rozciągających się za nią, omszone cyprysy, odcinające się na tle nieba. Do tego dobiegające z bagien odgłosy, chór owadów, krzyk ptaków. Myślę, że to kochaliśmy. W tej atmosferze nasze meble z palisandru wydawały się cenniejsze, muzyka zdawała się jeszcze delikatniejsza i bardziej potrzebna. Nawet gdy gałęzie wistarii wyrwały okiennice na poddaszu i wcisnęły się pędami w bielone cegły po niecałym roku… Tak, kochaliśmy to. Wszyscy oprócz mojego brata. Nie pamiętam, by kiedykolwiek się skarżył, ale wiem, jak się czuł. Mój ojciec wtedy już nie żył i ja byłem głową rodziny, i to właśnie ja musiałem bronić go ciągle przed matką i siostrą. Na początku zabierały go z sobą na wizyty u znajomych i przyjęcia do Nowego Orleanu, ale on tego nienawidził. Chyba przestał na nie w ogóle chodzić, zanim skończył dwanaście lat. Dla niego liczyła się tylko modlitwa i oprawione w skórę żywoty świętych.
W końcu zbudowałem dla niego kaplicę z dala od domu i tam właśnie zaczął spędzać większość każdego dnia, a często i wieczory. To było naprawdę paradoksalne. Tak różnił się od nas, od wszystkich, a ja byłem takim zwyczajnym człowiekiem. Nikt nie zauważyłby we mnie niczego niezwykłego. – Wampir ponownie się uśmiechnął. – Czasami wieczorami wychodziłem do niego i zastawałem go w ogrodzie obok kaplicy, siedzącego spokojnie na kamiennej ławce. Opowiadałem mu o problemach, które miałem z niewolnikami, o tym, że nie dowierzam nadzorcy, o kłopotach z pogodą, o pośrednikach… o wszystkich tych sprawach, które wypełniały moje życie. Słuchał mnie, od czasu do czasu robiąc jakąś uwagę, zawsze życzliwie odnosząc się do moich problemów, tak że gdy go opuszczałem, miałem wrażenie, że wszystkie je dla mnie rozwiązał. Nie sądziłem, bym mógł mu czegokolwiek odmówić, i przyrzekłem sobie, że w stosownym czasie będzie mógł wstąpić do stanu duchownego, nawet jeśli rozłąka z nim miałaby złamać mi serce. Oczywiście myliłem się. – Wampir umilkł.
Przez chwilę chłopak wpatrywał się tylko w niego, a potem drgnął, jakby ocknął się z głębokiego namysłu, i zaczął się jąkać, jakby nie potrafił dobrać odpowiednich słów.
– Ach… nie chciał zostać duchownym? – zapytał.
Wampir przyglądał mu się, jakby próbował odgadnąć znaczenie tego zdania. Wreszcie odrzekł:
– Miałem na myśli to, że myliłem się co do siebie, co do mojej zgody na wszystko. – Przeniósł wzrok na ścianę po drugiej stronie pokoju, na szybę w oknie. – Zaczął mieć wizje.
– Prawdziwe wizje? – zapytał chłopak, ale znowu z wahaniem, jakby myślał o czymś innym.
– Nie sądzę – odpowiedział wampir. – Zdarzyło się to, gdy miał piętnaście lat. Był wtedy bardzo przystojny. Miał wyjątkowo gładką skórę i ogromne niebieskie oczy. Był zdrowy i silny, nie chudy, tak jak ja teraz czy wtedy… ale jego oczy… gdy patrzyłem w jego oczy, czułem się tak, jakbym stał samotnie na skraju świata… nad smaganym przez wiatr brzegiem oceanu. Nic poza łagodnym hukiem fal. No cóż – rzekł wampir, nadal wbijając wzrok w szybę – zaczął mieć wizje. Na początku tylko mi o tym napomknął i przestał przyjmować posiłki. Zamieszkał w kaplicy. Za każdym razem gdy go odwiedzałem, w dzień czy w nocy, klęczał na kamiennej posadzce przed ołtarzem. Sama kaplica była zaniedbana. Przestał się troszczyć o świece, zmieniać obrusy na ołtarzu, a nawet wymiatać liście. Któregoś wieczoru naprawdę się przestraszyłem. Obserwowałem go z różanej altany przez dobrą godzinę, podczas której ani razu nie powstał z klęczek ani nie opuścił ramion rozciągniętych jak do ukrzyżowania. Wszyscy niewolnicy już dawno uważali go za szaleńca. – Wampir uniósł brwi w zdziwieniu. – Ja byłem przekonany, że jest tylko… nadgorliwy. Że w swej miłości do Boga zaszedł być może za daleko. Potem opowiedział mi o swoich wizjach. I święty Dominik, i Najświętsza Maria Panna przychodzili do niego do kaplicy. Powiedzieli mu, że ma sprzedać całą naszą posiadłość w Luizjanie, wszystko, co mamy, a pieniądze przeznaczyć na dzieło boże we Francji. Mój brat miał zostać wielkim przywódcą religijnym, przywrócić krajowi dawną żarliwość, walczyć z ateizmem i rewolucją. Oczywiście nie posiadał żadnych pieniędzy. Ja miałem sprzedać plantacje i nasze domy w Nowym Orleanie, a pieniądze przekazać jemu.
Wampir ponownie umilkł. Zaskoczony chłopak siedział bez ruchu i patrzył na niego.
– Ach… przepraszam – wyszeptał. – I co powiedziałeś? Sprzedałeś plantacje?
– Nie – odpowiedział wampir ze spokojną twarzą, nieporuszoną od początku rozmowy. – Wyśmiałem go. A on… wpadł w szał. Utrzymywał, że polecenie pochodzi od samej Maryi. Kimże więc jestem, aby je lekceważyć? Kimże, doprawdy? – zapytał cicho, jak gdyby zastanawiał się nad tym raz jeszcze. – Kimże? Im usilniej próbował mnie przekonywać, tym bardziej go wyśmiewałem. To bzdura, powiedziałem mu, wytwór niedojrzałej, a nawet chorobliwej wyobraźni. Wreszcie oznajmiłem, że kaplica była błędem, i każę ją natychmiast zburzyć. On pójdzie do szkoły w Nowym Orleanie i zapomni o tych niedorzecznych pomysłach. Nie pamiętam teraz wszystkiego, co mu powiedziałem. Ale pamiętam emocje. Za całą tą pogardliwą odprawą z mojej strony krył się ogromny gniew i rozczarowanie. Byłem gorzko rozczarowany. W ogóle mu nie wierzyłem.
– Ale to zrozumiałe – wtrącił szybko chłopak, gdy wampir przerwał. Z jego twarzy znikał już wyraz zaskoczenia. – To znaczy, czy ktokolwiek by mu uwierzył?
– Zrozumiałe, doprawdy? – Wampir spojrzał na chłopaka. – Możliwe, że to był złośliwy egotyzm. Niech ci to wytłumaczę. Kochałem mojego brata, jak już ci powiedziałem, i czasami wierzyłem, że jest żyjącym świętym. Zachęcałem go do modlitwy i medytacji i gotów byłem go stracić, gdyby zdecydował się na stan duchowny. I gdyby ktoś opowiedział mi o jakimś świętym z Arles czy z Lourdes, którzy mieli wizje, uwierzyłbym mu. Byłem katolikiem. Wierzyłem w świętych. Zapalałem cienkie świeczki przed ich posągami w kościołach. Znałem ich obrazy, symbole, imiona. Ale nie wierzyłem, nie mogłem uwierzyć mojemu bratu. Nie tylko nie wierzyłem, że ma wizje, ale nawet nie brałem pod uwagę tej możliwości. Dlaczego? Ponieważ był moim bratem. Mógł być osobą, świętą, na pewno wyjątkową, ale nie mógł być Franciszkiem z Asyżu. Nie mój brat. Mój brat nie mógł taki być. To właśnie egotyzm. Rozumiesz?
Chłopak zastanowił się nad odpowiedzią, po czym skinął głową i rzekł, że tak, chyba rozumie.
– Być może naprawdę miał wizje – stwierdził wampir.
– A więc… nie wiesz… teraz… czy miał czy nie?
– Nie, ale wiem, że ani trochę w to nie wątpił. Wiem to teraz i wiedziałem wtedy, tamtej nocy, kiedy wyszedł z mojego pokoju rozwścieczony i zrozpaczony. Ani przez chwilę nie wątpił. I parę minut później już nie żył.
– Jak to? – zapytał chłopak.
– Po prostu wyszedł przez drzwi balkonowe na galerię, przystanął na szczycie ceglanych schodów, a potem upadł. Nie żył, kiedy dotarłem do pierwszego schodka, skręcił kark. – Wampir potrząsnął głową w zamyśleniu, ale jego twarz była nadal nieporuszona.
– Widziałeś, jak spadł? – zapytał chłopak. – Stracił równowagę?
– Nie, nie widziałem, ale dwóch służących to widziało. Powiedzieli, że spojrzał do góry, jakby dostrzegł coś w powietrzu. Potem jego ciało poruszyło się do przodu, jak gdyby popchnięte wiatrem. Jeden z nich utrzymywał, że mój brat chciał właśnie coś powiedzieć, kiedy spadł. Ja też myślałem, że chce coś powiedzieć, ale akurat odwróciłem się od okna. Byłem odwrócony plecami, kiedy usłyszałem łoskot. – Wampir zerknął na magnetofon. – Nie mogłem sobie tego wybaczyć. Czułem się odpowiedzialny za jego śmierć. I wszyscy inni zdawali się uważać, że jestem za to odpowiedzialny.
– Jak mogli? Powiedziałeś przecież, że widzieli, jak spadł.
– To nie było bezpośrednie oskarżenie. Po prostu wiedzieli, że coś niedobrego zaszło między nami, że się kłóciliśmy parę minut przed jego upadkiem. Słyszała nas służba, słyszała nas moja matka. Nie przestawała mnie później wypytywać, co między nami zaszło i dlaczego mój brat, który zawsze był taki spokojny, wtedy krzyczał. Później dołączyła się siostra, a ja oczywiście odmawiałem odpowiedzi. Byłem tak wstrząśnięty i nieszczęśliwy, że nie miałem cierpliwości dla nikogo. Postanowiłem jednak, że nie dowiedzą się o jego „wizjach”. Nie dowiedzą się, że w końcu stał się nie świętym, lecz jedynie… fanatykiem. Moja siostra wolała położyć się do łóżka, niż wytrzymać katusze pogrzebu, a matka powiedziała wszystkim w parafii, że coś straszliwego wydarzyło się w moim pokoju, czego ja nie chcę ujawnić. Na życzenie mojej własnej matki przesłuchała mnie nawet policja. W końcu zjawił się u mnie ksiądz i zażądał, bym wyjawił, co między nami zaszło. Nikomu nic nie powiedziałem. To była tylko zwykła dyskusja, oświadczyłem. Nie było mnie na galerii, kiedy spadł, protestowałem, a oni wszyscy patrzyli na mnie tak, jakbym go zabił. I wydawało mi się, że rzeczywiście go zabiłem. Siedziałem w salonie obok jego trumny przez dwa dni i powtarzałem sobie w myślach, że go zabiłem. Wpatrywałem się w jego twarz, aż zaczęły mi latać plamy przed oczami i niemal zemdlałem. Roztrzaskał potylicę na bruku i jego głowa na poduszce miała dziwny kształt. Zmuszałem się, by patrzeć na nią, by się jej przyglądać, bo ledwo mogłem wytrzymać ból i zapach rozkładu. Cały czas odczuwałem nieodparte pragnienie, żeby otworzyć mu oczy. Wszystko to były szalone myśli, szalone impulsy. Główny wątek był taki: Śmiałem się z niego, nie wierzyłem mu, nie byłem dla niego dobry. Przeze mnie spadł ze schodów.
– To rzeczywiście się wydarzyło, tak? – wyszeptał chłopak. – Opowiadasz mi coś… co jest prawdą.
– Tak – odpowiedział wampir, spoglądając na niego bez wyrazu zdziwienia na twarzy. – Chcę opowiadać dalej.
Ominął wzrokiem chłopaka i ponownie spojrzał na okno. Nie interesował się zbytnio młodzieńcem, który wydawał się pogrążony w jakiejś rozterce.
– Ale powiedziałeś, że nic nie wiesz o tych wizjach, że ty, wampir… nie wiesz na pewno, czy…
– Chcę opowiedzieć wszystko po kolei – odrzekł wampir. – Tak jak to się wydarzyło. Nie, nadal nic nie wiem o tych wizjach. Do dzisiaj.
I ponownie czekał, a chłopak w końcu powiedział:
– Dobrze, proszę, mów dalej.