“Z zimną krwią” to arcydzieło, obok którego nie można przejść obojętnie, traktujące o odwiecznym problemie ludzkości – starciu dobra ze złem.


Z zimną krwią“Z zimną krwią” to pionierska próba nowego pisarstwa, dokument zbrodni popełnionej przez dwóch recydywistów na czteroosobowej rodzinie farmera z Kansas.

Wydarzenie to zostało szczegółowo opisane, podobnie jak śledztwo, pościg za mordercami, proces i zachowanie przestępców w sądzie i więzieniu aż po egzekucję.

Capote po mistrzowsku przedstawia godny Ajschylosa motyw zbrodni i kary, zmuszając czytelnika do refleksji na temat źródeł zła.

Truman Capote (właśc. Truman Streckfus Persons, 1924-1984) wybitny prozaik amerykański. Debiutował zbiorem “Zatrzaśnij otwarte drzwi”, po którym opublikował jeszcze kilka tomów opowiadań. Uznanie zdobył dzięki dwóm powieściom: “Inne głosy, inne ściany” (1948) i “Harfa traw” (1951). W 1958 roku ukazało się słynne “Śniadanie u Tiffany’ego”. Wydana w 1966 roku dokumentalna “Z zimną krwią” odniosła międzynarodowy sukces, podobnie jak jej ekranizacja z 1967 roku, w reżyserii Richarda Brooksa, która doczekała się czterech nominacji do Oscara.

Truman Capote
Z zimną krwią
Przekład: Krzysztof Filip Rudolf
Dom Wydawniczy Rebis
Edycja na 70 lecie Empiku
Premiera w tej edycji: 9 października 2018
 
 

Z zimną krwią

I
OSTATNI, KTÓRZY WIDZIELI ICH ŻYWYCH

Na pszenicznych równinach zachodniego Kansas, „gdzieś tam” – jak mówią mieszkańcy innych części tego stanu – w odludnych rejonach, leży miasteczko Holcomb. Mniej więcej na wschód od granicy z Kolorado, gdzie niebo jest jaskrawobłękitne, a powietrze czyste jak na pustyni, okolica bardziej przypomina Daleki aniżeli Środkowy Zachód. Miejscowi mówią z ciężkim akcentem, przeciągając nosowo wszystkie samogłoski, a większość mężczyzn paraduje w wąskich skórzanych spodniach, stetsonach i kowbojkach – wysokich butach na obcasach z ostrymi czubkami. Teren jest płaski, a widoczność wręcz nieprawdopodobna: konie, stada bydła i kompleks białych elewatorów wznoszących się wdzięcznie niczym greckie świątynie doskonale widać nawet z bardzo dużej odległości.
Podobnie też rzecz się ma z miasteczkiem Holcomb, choć nie ma tam wiele do oglądania prócz bezładnej zbieraniny budynków rozciętych głównymi torami kolei Santa Fe. Tę przypadkowo powstałą osadę zamyka od południa brązowa smuga rzeki Arkansas, od północy szosa numer 50, a od wschodu i zachodu preria i pola pszenicy. Gdy spadnie deszcz albo stopnieją śniegi, masy pyłu zalegającego na pozbawionych nazw, cienia i bruku ulicach zmieniają się w najohydniejsze błoto. Na jednym końcu miasteczka wznosi się ponura, stara, stiukowa budowla, której dach wieńczy neon z napisem TANIEC, choć od dawna nikt tam nie tańczy, a neon nie jest używany od kilku lat. W pobliżu stoi inny budynek, gdzie złote, łuszczące się litery na brudnych szybach tworzą nazwę BANK HOLCOMB. Instytucję tę zamknięto w roku 1933, a z jej biur zrobiono mieszkania, tworząc jedną z dwóch miejskich „kamienic”. Drugą stanowi rozsypująca się rezydencja, która funkcjonuje pod nazwą Nauczycielówki, ponieważ zamieszkuje ją znaczna część ciała pedagogicznego miejscowej szkoły. Jednak większość domów w Holcomb to zwykłe, parterowe budynki z białymi gankami od frontu.
Nieco dalej, przy stacji kolejowej, stoi rozsypująca się poczta, gdzie urzęduje poczmistrzyni, wychudzona kobieta w skórzanej kurtce, drelichowych spodniach i kowbojskich butach. Równie melancholijnie prezentuje się sam budynek stacyjny, z którego ścian odłażą całe płaty żółtej farby; słynne ekspresy o nazwach „Chief”, „Super Chief” i „El Capitan” przejeżdżają tędy co dnia, nigdy się nie zatrzymując, podobnie zresztą jak inne pociągi pasażerskie – tutejszą stację zaszczycają tylko od czasu do czasu pociągi towarowe. Przy szosie stoją dwie stacje benzynowe, z których jedna dodatkowo pełni funkcję sklepiku spożywczego (o dość ubogim asortymencie), podczas gdy druga jest również kafejką – Hartman’s Café – gdzie pani Hartman, właścicielka, sprzedaje kanapki, kawę, napoje oraz 3,2-procentowe piwo. (Podobnie jak reszta stanu Kansas, Holcomb jest „suche”.)
I, prawdę mówiąc, to już wszystko. Oczywiście jeśli wyłączymy z tego szkołę w Holcomb, solidny budynek, świadczący o czymś, czego trudno by się było domyślić, sądząc po wyglądzie miasteczka: otóż rodzice, którzy wysyłają swoje pociechy do tej nowoczesnej i doskonale obsadzonej „zbiorczej” szkoły – kształcącej zwykle około trzystu sześćdziesięciorga dzieci od przedszkola aż do końca szkoły średniej, dowożonych tutaj przez sznury autobusów z odległości nawet szesnastu mil – są ludźmi zamożnymi. Ci farmerzy, spędzający większość życia na otwartym powietrzu, stanowią wielobarwną mieszankę Niemców, Irlandczyków, Norwegów, Meksykanów i Japończyków. Hodują bydło i owce, uprawiają pszenicę, sorgo, nasiona traw i buraki cukrowe. Uprawa jest ryzykiem bez względu na szerokość geograficzną, lecz ci, którzy zajmują się nią w zachodnim Kansas, uważają się za „urodzonych hazardzistów”, ponieważ toczą zmagania z niewiarygodnie skąpymi opadami (średnio czterdzieści pięć centymetrów rocznie) i stają twarzą w twarz z bolesnym problemem irygacji. Jednak ostatnie siedem lat było okresem bezsuszowego dobrostanu. Dla ranczerów z okręgu Finney, do którego należy Holcomb, były to lata tłuste, a pieniądze, które zarobili, pochodziły – oprócz rolnictwa – także z wykorzystania obfitych zasobów gazu ziemnego. Za dowód ich siły nabywczej służyć mogła nowa szkoła, wygodnie urządzone wnętrza farmerskich domów i pękające w szwach elewatory zbożowe.
Wystarczył tylko jeden listopadowy poranek 1959 roku, by Amerykanie, a także wielu mieszkańców stanu Kansas, dowiedzieli się o istnieniu miasteczka Holcomb. Podobnie jak nurty płynącej rzeki, jak pędzący szosą kierowcy i jak żółte pociągi mknące po torach kolei Santa Fe, tak i dramat – w postaci niezwykłych wydarzeń – nigdy tam nie zawitał. Mieszkańców, w liczbie dwustu siedemdziesięciu, całkowicie zadowalał ten stan rzeczy i cieszyli się, że mogą żyć tak po prostu – pracując, polując, oglądając telewizję, chodząc na szkolne uroczystości, próby chóru i spotkania klubu GSRZ. Lecz właśnie wówczas, owego niedzielnego, listopadowego poranka, w znaną wszystkim symfonię miasteczkowych odgłosów – histeryczne wycie kojotów, suchy chrobot suchorośli szarpanych przez wiatr i cichnący gwizd lokomotywy – wdarły się jakieś obce dźwięki. Akurat wtedy całe miasteczko Holcomb pogrążone było w głębokim śnie, dlatego nikt nie usłyszał czterech strzałów karabinowych, które – jak mówią – położyły kres sześciu ludzkim żywotom. Jednak po tym wydarzeniu mieszkańcy, dotychczas nie czujący lęku przed sobą i nie zadający sobie nawet trudu, by zamykać drzwi swoich domów, ciągle odtwarzali w myślach te ponure wystrzały, które roznieciły wśród nich ogień nieufności. W jego blasku starzy sąsiedzi niejednokrotnie spoglądali na siebie dziwnie i obco.

Właściciel farmy River Valley, Herbert William Clutter, miał czterdzieści osiem lat i po niedawnych badaniach lekarskich, którym musiał się poddać w związku z ubezpieczeniem, wiedział, że stan jego zdrowia nie budzi najmniejszych zastrzeżeń. Mimo średniego wzrostu – niecałych stu osiemdziesięciu centymetrów – i okularów imponował męską posturą. Miał szerokie ramiona, włosy bez śladu siwizny i mocno zarysowaną, kwadratową szczękę. Z jego młodzieńczej twarzy biła pewność siebie, a każdy uśmiech odsłaniał garnitur zdrowych, mocnych zębów, zdolnych chyba nawet do miażdżenia orzechów. Ważył siedemdziesiąt kilogramów – tyle samo co w dniu ukończenia studiów rolniczych na Kansaskim Uniwersytecie Stanowym. Nie mógł się wprawdzie równać pod względem zamożności ze swoim sąsiadem, panem Taylorem Jonesem, najbogatszym mieszkańcem Holcomb, lecz był najbardziej znanym członkiem swojej społeczności. Udzielał się zarówno lokalnie, jak i w Garden City, stolicy okręgu, gdzie stał kiedyś na czele Komitetu Budowy Pierwszego Kościoła Metodystów, oddanego niedawno do użytku wiernych. Obecnie przewodniczył Kansaskiej Konferencji Organizacji Farmerskich, a jego nazwisko było wymieniane z szacunkiem przez wszystkich rolników ze Środkowego Zachodu. Podobną estymą cieszył się w niektórych urzędach w Waszyngtonie, gdzie za prezydentury Eisenhowera zasiadał w zarządzie Federalnych Kredytów Rolnych.
Pan Clutter miał wyraźnie sprecyzowane oczekiwania wobec życia i zazwyczaj otrzymywał to, czego chciał. Na kikucie palca lewej ręki, zmiażdżonego kiedyś przez maszynę, nosił prostą, złotą obrączkę – symbol dwudziestu pięciu lat małżeństwa z osobą, którą bardzo pragnął poślubić – Bonnie Fox, siostrą kolegi z klasy, dziewczyną pobożną, cichą, delikatną i młodszą od niego o trzy lata. Urodziła mu czworo dzieci – trzy córki, a na koniec syna. Najstarsza z córek, Eveanna, mężatka i matka dziesięciomiesięcznej dziewczynki, mieszkała w północnym Illinois, lecz często odwiedzała Holcomb. Nawiasem mówiąc, spodziewano się jej wraz z rodziną za dwa tygodnie, gdyż jej rodzice planowali uczcić Święto Dziękczynienia walnym zlotem klanu Clutterów (pochodzącego z Niemiec; pierwszy imigrant nazwiskiem Clutter – lub Klotter, jak to się wtedy pisało – przybył tutaj w roku 1880). Zaproszono ponad pięćdziesiąt osób, niektóre z bardzo daleka (na przykład z miejscowości Palatka na Florydzie). Następna córka po Eveannie, Beverly, również nie mieszkała już na farmie River Valley; uczyła się w szkole pielęgniarskiej w Kansas City. Beverly była zaręczona z młodym studentem biologii, otrzymawszy ojcowskie błogosławieństwo; zaproszenia na ślub – planowany na Boże Narodzenie – były już wydrukowane. Pozostała dwójka wciąż mieszkała z rodzicami: Kenyon, który mając piętnaście lat, zdążył już przerosnąć ojca, oraz ulubienica miasteczka, szesnastoletnia Nancy.
Ogólnie rzecz biorąc, jedyny powód zmartwień pana Cluttera – jeśli chodzi o rodzinę – stanowiło szwankujące zdrowie jego żony. Była „nerwowa”, miewała swoje „złe dni” – tak oględnych określeń używali jej bliscy, choć prawda dotycząca „przypadłości biednej Bonnie” była powszechnie znana. Otóż tajemnicą poliszynela był fakt, że od dobrych sześciu lat była okresową pacjentką szpitali psychiatrycznych. Jednakże nawet i wśród tych mroków zabłysnął niedawno promyk nadziei. Otóż w ubiegłą środę, po powrocie z dwutygodniowego leczenia w Wesley Medical Center w Wichita, gdzie zazwyczaj jeździła, pani Clutter przywiozła wręcz niewiarygodne wieści. Z nieskrywaną radością poinformowała męża, że według opinii lekarzy jej dotychczasowe nieszczęścia nie mają podłoża psychicznego, lecz fizyczne, a dokładniej mówiąc, spowodowane są przesunięciem kręgów. Jest rzeczą oczywistą, że musi poddać się operacji, ale potem – no cóż – znów będzie „dawną Bonnie”. Czy to możliwe, by wszystkie te okresy napięcia, oddalenia, zduszone łkania w poduszkę za zamkniętymi drzwiami wywołane były przez jakiś feler w kręgosłupie? Jeśli to prawda, to podczas uroczystej kolacji z okazji Święta Dziękczynienia pan Clutter, przepełniony wdzięcznością, będzie mógł odmówić modlitwę dziękczynną.
Dzień pana Cluttera zaczynał się o szóstej trzydzieści; zazwyczaj budził go brzęk baniek na mleko i ciche pogawędki noszących je chłopców, synów Vica Irsika, który u niego pracował. Dziś jednak nie śpieszył się ze wstawaniem i odczekał, aż chłopcy zrobią swoje i pójdą; poprzedni dzień, piątek trzynastego, był męczący, a zarazem radosny. Bonnie przeszła metamorfozę, stając się znowu taką osobą, jaką była dawniej, i jakby chcąc zasygnalizować powrót do normalności, pokazać ową energię, która niebawem miała jej wrócić, pomalowała usta szminką, uczesała włosy i włożywszy nową sukienkę, udała się razem z mężem, by oklaskiwać szkolne przedstawienie Przygód Tomka Sawyera, w którym Nancy grała Becky Thatcher. Pan Clutter patrzył z radością na Bonnie, która tutaj, w miejscu publicznym, nieco zdenerwowana, ale mimo to uśmiechnięta, normalnie rozmawiała z ludźmi. Oboje byli bardzo dumni z Nancy – wypadła doskonale, rolę pamiętała bezbłędnie i wyglądała cudownie, co zresztą usłyszała od ojca, gdy gratulował jej za kulisami: „Ślicznie, skarbie – prawdziwa południowa piękność”. Nancy zareagowała, jak przystało na piękność: dygnęła w swojej krynolinowej spódniczce i spytała, czy będzie mogła pojechać do Garden City. Otóż o dwudziestej trzeciej trzydzieści w teatrze stanowym miał się odbyć specjalny „Seans z duchami” (był to piątek trzynastego), na który wybierali się wszyscy jej koledzy i koleżanki. W innych okolicznościach pan Clutter niewątpliwie by się sprzeciwił. Ustalone przez niego zasady były niezmienne: w zwykłe dni Nancy, tak samo jak Kenyon, muszą być w domu przed dwudziestą drugą, a w soboty przed północą. Jednak atmosfera wieczoru sprawiła, że był bardziej skłonny do ustępstw. A Nancy wróciła do domu dopiero o drugiej w nocy. Słyszał, jak wchodzi, i zawołał ją do siebie, bo choć nie był człowiekiem, który podnosi głos, miał jednak kilka spraw do omówienia, spraw dotyczących nie tyle jej spóźnienia, ile raczej osoby młodzieńca, który odwiózł ją pod dom – szkolnej gwiazdy koszykówki, Bobby’ego Ruppa.
Pan Clutter lubił Bobby’ego i był zdania, że jak na chłopca w jego wieku – to jest siedemnastoletniego – jest dobrze ułożony i godny zaufania. Gdy jednak po trzech latach „randek” okazało się, że mimo swojej popularności i atrakcyjności Nancy nie spotyka się z nikim innym, i gdy pan Clutter zrozumiał, że wśród młodych panuje obecnie zwyczaj tworzenia „stałych par” i noszenia „pierścionków zaręczynowych”, wyraził swój sprzeciw, zwłaszcza że całkiem niedawno zaskoczył córkę i Ruppa w trakcie pocałunku. Zasugerował, by Nancy przestała „tak często widywać się z Bobbym”, tłumacząc zarazem, że stopniowe oddalanie się od niego będzie z pewnością znacznie mniej bolesne niż nagłe zerwanie, które – jak przypomniał – prędzej czy później stanie się nieuniknione. Trzeba bowiem wiedzieć, że Ruppowie byli katolikami, a Clutterowie – metodystami, co samo z siebie stanowiło wystarczający powód, by wybić sobie z głowy jakiekolwiek mrzonki o przyszłym zamążpójściu. Nancy okazała się rozsądna – a w każdym razie nie próbowała się kłócić – i teraz, przed pójściem spać, przyrzekła ojcu, że zacznie powoli zrywać z Bobbym.
Po tym wszystkim zrobiło się niewiarygodnie późno – zwłaszcza dla pana Cluttera, który z reguły już o jedenastej udawał się na spoczynek. Nic więc dziwnego, że w sobotę 14 listopada 1959 roku obudził się później niż zwykle. Jego żona, zgodnie ze swoim zwyczajem, maksymalnie przedłużała pobyt w łóżku. Ponieważ nie musiał się obawiać, że zakłóci jej sen (nie sypiali razem), ze spokojem zaczął się golić, wziął prysznic, po czym włożył prążkowane wełniane spodnie, skórzaną farmerską kurtkę i miękkie buty do konnej jazdy. Już od kilku lat zajmował dużą sypialnię na parterze piętrowego domu, w którym znajdowało się czternaście pomieszczeń. Choć pani Clutter przechowywała część rzeczy w szafach w tym właśnie pokoju, a w przylegającej do niego łazience – wyłożonej błękitnymi i szklanymi kafelkami – ustawiła swoją skąpą kolekcję kosmetyków i przytłaczającą liczbę przeróżnych leków, w sposób niebudzący wątpliwości zaanektowała dawną sypialnię Eveanny, która – podobnie jak pokoje Nancy i Kenyona – znajdowała się na piętrze.
Dom ten – zaprojektowany w głównej mierze przez pana Cluttera, który tym samym udowodnił, że jest rozsądnym i spokojnym, choć może niespecjalnie pomysłowym architektem – został wybudowany w roku 1948 za sumę czterdziestu tysięcy dolarów. (Teraz jego wartość rynkowa wynosiła sześćdziesiąt tysięcy). Ten piękny biały budynek, otoczony ogromnym, równiutko przystrzyżonym trawnikiem i położony na końcu długiej, wąskiej alejki ocienionej dwoma szeregami chińskich wiązów, robił duże wrażenie na mieszkańcach Holcomb; był to temat wielu rozmów. W środku natomiast można było dostrzec wielkie, gąbczaste dywany o kolorze wątrobianym, zasłaniające raz po raz lśniące lakierowane podłogi, na których kroki domowników odbijały się głośnym echem, monstrualną modernistyczną kanapę w salonie, pokrytą supełkowatą tkaniną przeplataną lśniącymi kawałkami srebrnego metalu oraz wnękę śniadaniową, której główny element stanowiła ława obita niebiesko-białym plastikiem. Państwu Clutterom podobały się właśnie tego typu meble, tak samo zresztą jak i większości ich znajomych, których domostwa urządzone były w podobnym guście.
Ponieważ Clutterowie zatrudniali jedynie gospodynię, która przychodziła tylko w dni powszednie, pan Clutter – w związku z chorobą żony i wyprowadzką dwóch starszych córek – musiał nauczyć się gotować. Posiłki przygotowywał więc on sam albo Nancy, lecz najczęściej robiła to Nancy. Pan Clutter nawet zdołał to polubić, a wyniki miał rewelacyjne – żadna gospodyni w Kansas nie była w stanie upiec równie smakowitego solonego chleba, a jego słynne ciasteczka kokosowe rozchodziły się na aukcjach charytatywnych w błyskawicznym tempie. Jednakże sam ich twórca nie należał do amatorów jedzenia i w przeciwieństwie do swoich kolegów ranczerów jadał dość spartańskie posiłki. Tego ranka zadowolił się jedynie jabłkiem i szklanką mleka, a ponieważ nie pijał kawy ani herbaty, zwykł rozpoczynać dzień od czegoś zimnego. Prawda bowiem jest taka, że był wrogiem wszelkich – nawet najłagodniejszych – środków pobudzających. Nie palił papierosów i, rzecz jasna, nie pił alkoholu, ba, nigdy w życiu nie wziął go do ust i raczej unikał ludzi pijących, co, wbrew niektórym przypuszczeniom, wcale aż tak bardzo nie wpływało na zmniejszenie kręgu jego znajomych – w głównej mierze członków Pierwszego Kościoła Metodystów w Garden City, blisko siedmiusetosobowej kongregacji, której większość stanowili abstynenci w rodzaju pana Cluttera. Choć starał się nie narzucać nikomu ze swoimi poglądami i robił wszystko, by w kontaktach ze światem zewnętrznym robić wrażenie osoby tolerancyjnej, u siebie – zarówno wśród rodziny, jak i pracowników farmy River Valley – był bardzo wymagający. „Zaglądasz do kieliszka?” – takie pytanie zadawał każdemu, kto starał się u niego o pracę, a nawet jeśli ktoś taki odpowiadał przecząco, i tak był zmuszony zaakceptować zawartą w kontrakcie klauzulę, wedle której już samo posiadanie alkoholu powoduje automatyczne rozwiązanie umowy. Jego przyjaciel, pan Lynn Russell – jeden z pierwszych ranczerów w tych stronach – powiedział kiedyś: „Jak Boga kocham, Herb, ty masz chyba serce z kamienia; przyłapujesz człowieka na piciu i od razu wyrzucasz go z pracy. Nawet nie obchodzi cię to, czy ma za co wyżywić rodzinę”. Była to chyba jedyna uwaga krytyczna pod adresem pana Cluttera jako chlebodawcy. Poza tym słynął ze swej sprawiedliwości, dobroci oraz tego, że płaci uczciwie, a często nawet z nadwyżką. Ludzie przez niego zatrudnieni – a nierzadko była ich osiemnastka – naprawdę nie mieli się na co uskarżać.
Pan Clutter opróżnił kubek mleka, nałożył miękką czapkę i wziąwszy jabłko, wyszedł przed dom, by rozejrzeć się po otoczeniu. Pogoda była wręcz idealna na jedzenie jabłek – z błękitnego nieba lało się jaskrawobiałe światło słońca, a wschodni wiatr delikatnie szeleścił ostatnimi liśćmi chińskich wiązów. Jesień zwykle z nawiązką wynagradza mieszkańcom stanu Kansas wszystkie te okropności, które muszą znosić przez cały rok – smagające zimowe wiatry znad Kolorado i niemal metrowe, zabójcze dla owiec zaspy śniegu, wiosenną breję pod nogami i dziwne, niskie mgły, letnie skwary, kiedy nawet kruki rozpaczliwie szukają najmniejszego choćby skrawka cienia, oraz płową nieskończoność skoszonych, rozpalonych od słońca pól, jeżących się ostrą szczeciną rżyska. Pogoda zmienia się dopiero od października, ustępując babiemu latu, które czasami trwa aż do Bożego Narodzenia. Do pana Cluttera, rozkoszującego się smakiem produktu tej właśnie pory roku, przyłączył się kundel – mieszaniec z owczarkiem szkockim – i razem ruszyli nieśpiesznie w kierunku zagrody dla zwierząt, przylegającej do jednej z trzech wielkich stodół.