Postępująca urbanizacja, a także rosnące zainteresowanie cyfrową rzeczywistością oddaliło ludzi od obcowania z przyrodą szybciej i bardziej, niż miało to miejsce kiedykolwiek w przeszłości. Dziennikarka Florence Williams w swojej książce „Natura leczy” przedstawiła czytelnikom wysiłki podejmowane przez naukowców w całego świata nad zbadaniem konsekwencji tej spektakularnej zmiany.


Florence Williams, autorka książki „Natura leczy czyli co sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi, zdrowsi i bardziej kreatywni” postawiła sobie za cel dotarcie do najistotniejszych teorii naukowych dotyczących wpływu natury na fizyczne i psychiczne samopoczucie człowieka. „Nie doświadczamy otoczenia przyrody na tyle często, żeby zdawać sobie sprawę, jak regenerująco na nas działa, do tego nie znamy wyników badań, które świadczą o tym, że natura czyni nas zdrowszymi, kreatywniejszymi, bardziej empatycznymi i skłonnymi do nawiązywania kontaktu ze światem i z innymi” – pisze Florence Williams.

Tylko czy to cokolwiek nowego? Przecież już w starożytności zdawano sobie sprawę z walorów zdrowotnych natury, przez kolejne stulecia i epoki niewiele się w tej sprawie zmieniało, a w XIX wieku, naznaczonym silnym rozwojem przemysłowym, lekarze masowo zalecali pacjentom obcowanie z przyrodą, wyjazdy do wód i w góry, czego dobrym przykładem jest chociażby wybitny polski lekarz Tytus Chałubiński, wielki popularyzator walorów górskiego powietrza w leczeniu chorób płuc.

Florence Williams skupia się jednak na czymś innym: zagląda do laboratoriów neuronaukowców i gabinetów psychologów, by zobaczyć co się dzieje z naszą duszą kiedy zamykamy ją w czterech ścianach i faszerujemy przede wszystkim kontaktem z różnego rodzaju urządzeniami elektronicznymi. Williams przekonuje, że to właśnie teraz musimy zdać sobie sprawę z tego, czym jest dla człowieka natura, zanim będzie za późno. Nadeszły bowiem czasy, gdy według danych Światowej Organizacji Zdrowia większość ludności świata mieszka na obszarach miejskich, a w najbliższych latach urbanizacja będzie tylko postępować. Łączy się z nią rosnące zainteresowanie rzeczywistością cyfrową, także oddalające nas od przyrody. Częściej oglądamy ją na ekranie komputera niż na żywo.

miejskie siedliska, autorski pomysł rasy ludzkiej, nie są zgodne z potrzebami organizmu człowieka, który wyewoluował w naturze i to właśnie z niej może czerpać siłę

Tymczasem wyniki badań, obficie przywoływane w książce przez Florence Williams, nie pozostawiają cienia wątpliwości: miejskie siedliska, autorski pomysł rasy ludzkiej, nie są zgodne z potrzebami organizmu człowieka, który wyewoluował w naturze i to właśnie z niej może czerpać siłę i dzięki niej regenerować nadwątlone zdrowie. Natomiast wszelkie elektroniczne urządzenia mające ułatwić i uprościć nam życie, ewentualnie zapewnić rozrywkę i relaks, w większości dają rezultat zupełnie odwrotny od zamierzonego – pochłaniając uwagę i czas, odciągają od zajęć na świeżym powietrzu, na długie godziny zatrzymując w męczących ciało pozycjach, z czego przeważnie nawet nie zdajemy sobie sprawy.

Naukowcy potrafią precyzyjnie zmierzyć, jak bardzo szkodzą człowiekowi konkretne czynniki – służy temu chociażby pomiar stężenia odpowiednich hormonów we krwi albo najzwyklejszy pomiar ciśnienia. I wyniki tych badań są druzgocące: pędzimy ku temu, co bardzo nam szkodzi. Najbardziej zatrważające jest jednak to, jak szybko. Przykład? Poziom hałasu wytwarzany przez różnorodną działalność wzrasta szybciej niż przybywa ludzi na świecie. Chociażby „Ruch na ulicach Stanów Zjednoczonych potroił się między 1970, a 2007 rokiem. Według Amerykańskiej Agencji Parków Narodowych 83 procent powierzchni kontynentalnych USA znajduje się w odległości 5600 metrów od drogi, wystarczająco blisko, żeby było słychać samochody”. Do tego z badań waszyngtońskiego inżyniera dźwięku Gordona Hemptona wynika, że „w całych kontynentalnych Stanach Zjednoczonych jest mniej niż dwanaście punktów, w których o świcie przez co najmniej piętnaście minut nie słychać hałasu wytwarzanego przez człowieka”. Straszne? Łatwo wyobrazić sobie jak, proporcjonalnie, mogą prezentować się dane dla państw europejskich, znacznie gęściej zabudowanych niż przeciętny stan USA.

Tymczasem, jak dowodzą badania i obserwacje poczynione przez różnorodnych specjalistów, już sam widok dorodnego drzewa czy jakiejkolwiek przyjemnej, naturalnej scenerii ma realny wpływ na szybkość powrotu do zdrowia pacjentów, którzy patrzą na nie przez szpitalne okna, sprawia, że życiowe problemy sprawiają wrażenie mniej przytłaczających, a mieszkańcy lokali komunalnych są statystycznie mniej skłonni do agresji i przemocy od osób mieszkających w tym samym budynku lecz po stronie wymuszającej codzienne patrzenie na asfalt. Dwa lata badań nad budynkami komunalnymi w Chicago nie pozostawiło wątpliwości: „W budynkach z najzieleńszymi widokami dochodziło do 48 procent mniej przestępstw związanych z mieniem i 56 procent mniej aktów przemocy niż w budynkach otoczonych mniej bujną zielenią”. Wyniki tego badania potwierdziło kolejne, tym razem przeprowadzone na 10 tysiącach domostw w Holandii.

Brzmi to jak baśniowe fantazje, ale, jak łatwo sprawdzić, ma potwierdzenie w wynikach badań, a co za tym idzie – niekiedy także w praktyce: jeśli natknęliście się na zdjęcie naturalnego pejzażu na suficie albo na ścianie gabinetu dentystycznego, to macie przed oczami dowód na to, że wasz stomatolog zapoznał się z odkryciami Roberta Ulricha, który już w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku zgromadził wystarczająco dużo danych, by potwierdzić, że dzięki patrzeniu na taki obraz pacjent lepiej zniesie bolesne i stresujące zabiegi. Równie zdumiewające wydają się inne wyniki badań przytaczane przez Florence Williams, a dotyczące postępów w szkolnej nauce: okazuje się, że dzieci narażone na stały hałas, mieszkające w sąsiedztwie portów lotniczych, radzą sobie gorzej niż ich rówieśnicy nie doświadczający takich niedogodności. Bo, to również opinia fachowców – nie jest prawdą obiegowe przekonanie, że negatywne czynniki przestają nam dokuczać, gdy jesteśmy nimi otoczeni przez dłuższy czas. To co nazywamy przyzwyczajeniem jest w rzeczywistości wynikiem intensywnej pracy mózgu nad odsianiem negatywnego bodźca i ta praca zawsze będzie dla organizmu męcząca, choć z czasem przestajemy zauważać, że ona się dokonuje.

Takich fascynujących przykładów Florence Williams podaje w swojej książce mnóstwo. Są znakomicie udokumentowane: dziennikarka w każdym przypadku podaje wszelkie dane dotyczące badania i jego wyników, lecz przystępny język i dynamiczny sposób narracji sprawiają, że książkę „Natura leczy” czyta się błyskawicznie i z ogromnym zainteresowaniem. A chwilami z prawdziwą zgrozą, gdy staje się jasne, że szukając nowoczesnych udogodnień, tak naprawdę odbieramy sobie to, co najcenniejsze. Agnieszka Kantaruk

Florence Williams, Natura leczy, czyli co sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi, zdrowsi i bardziej kreatywni, Przekład: Andrzej Homańczyk, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Premiera: 16 maja 2018
 
 

Florence Williams
Natura leczy
czyli co sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi, zdrowsi i bardziej kreatywni
Przekład: Andrzej Homańczyk
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 16 maja 2018
 

Kiedy wyobrażałam sobie shinrin-yoku, „leśną kąpiel”, przywoływałam obraz Śpiącej Królewny na etapie zwłok, otoczonej prastarymi drzewami, ćwierkającymi ptakami i snopami słonecznego światła. Po prostu było wiadomo, że w jakiś sposób ona to wszystko wchłania i obudzi się odświeżona, oświecona i gotowa na swojego przystojnego księcia. Myliłam się pod tak wieloma względami. Po pierwsze, w Japonii nie ma już zbyt wielu pierwotnych puszcz, a po drugie – trzeba się trochę przy takiej kąpieli napracować, choć chwilowe obumarcia nie są odradzane. W Parku Narodowym Chichibu-Tama-Kai, półtorej godziny pociągiem od Tokio, miałam się skupić na cykadach i dźwięku płynącego strumienia, kiedy nagle tuż obok mnie przejechał z warkotem bus marki Mitsubishi. Wypluł z siebie kolejnych biwakowiczów, którzy wysypali się z niego na skraju miasteczka namiotowego; wokół biegały dzieciaki z wędkami i różowymi poduszkami. To właśnie była przyroda w japońskim stylu.

Zamieszanie najwyraźniej nie przeszkadzało pozostałym kilkunastu uczestnikom mojej wyprawy shinrin-yoku. Japończycy mają bzika na punkcie tego rozwiązania, które jest tutaj standardowym środkiem profilaktycznym. To doskonalenie zmysłów w taki sposób, aby otwierały się na otaczający człowieka las. Nie chodzi o zupełnie dzikie miejsca, lecz o hybrydę przyrody i cywilizacji, którą Japończycy tworzą od tysięcy lat. Można się przespacerować, napisać haiku, przełamać gałązkę lindery trójklapowej i wdychać jej leśny, elegancki zapach. Cała koncepcja opiera się na pradawnej więzi, którą można wydobyć na światło dzienne za sprawą kilku sensorycznych trików.

„Ludzie wyjeżdżają z miasta i dosłownie kąpią się w zieleni” – wyjaśnił mi Kunio, nasz przewodnik. „W ten sposób stają się zdolni do odprężenia”. Żeby nam w tym pomóc, Kunio – leśnik-ochotnik – ustawił nas na wzgórzu, twarzą do strumienia, z opuszczonymi po bokach rękami. Rozejrzałam się dokoła. Wyglądaliśmy jak Ziemianie porażeni światłami statku-matki. Kunio, ogorzały i radosny, polecił nam wdychać powietrze przez siedem sekund, wstrzymać na pięć, wypuścić. „Skupcie się na swoich brzuchach” – doradził.

Potrzebowaliśmy tego. W większości byliśmy miastowymi ujeżdżaczami biurek. Wyglądaliśmy jak słabe, obrane nasiona soi, tacy zmęczeni i bladzi. Obok mnie stał Ito Tatsuya, czterdziestojednoletni biznesmen z Tokio. Podobnie jak wielu innych tamtejszych uczestników jednodniowych wycieczek niósł ze sobą nadmiernie dużo sprzętu, którego znaczna część dyndała mu u pasa: telefon komórkowy, aparat fotograficzny, butelka na wodę, komplet kluczy. Japończycy byliby świetnymi skautami i prawdopodobnie dlatego są świetnymi pracownikami biurowymi. Pracują więcej niż ktokolwiek inny w krajach o wysokim poziomie rozwoju. Zaszli już tak daleko, że ukuli termin karōshi – śmierć z przepracowania. Zjawisko to odkryto w okresie bańki ekonomicznej lat osiemdziesiątych, kiedy pracownicy w sile wieku zaczęli padać jak muchy, a w następnych latach w krajach rozwiniętych szerzyła się wieść: cywilizacja może nas zabić. Wraz z Ito odetchnęliśmy sosnami, a potem zanurkowaliśmy w pudełka z bentō, pełne ośmiornic i marynowanych warzyw korzeniowych. Kunio chodził między nami i pokazywał zdumiewająco gałązkowatego patyczaka. Wydawało się, że barki Ito rozluźniają się z minuty na minutę.

– Kiedy jestem tutaj, na świeżym powietrzu, nie myślę o rzeczach – powiedział, zręcznie zagarniając kawałki rzodkiewki, podczas gdy ja rozrzucałam je po opadłych liściach dookoła.
– Jak jest po japońsku „stres”? – zapytałam.
– „Stres” – odpowiedział.

Park, w którym się znajdowaliśmy, jest największym skupiskiem drzew-olbrzymów w Japonii. To idealne miejsce do wprowadzania w życie najnowszych reguł japońskiej nauki o „wellness”. W zagajniku prostych jak tyczki kryptomerii Kunio wyjął ze swojego niewielkiego plecaka termos i poczęstował nas zebraną w górach herbatą o smaku kory i chrzanu japońskiego. Istotą shinrin-yoku, koncepcji nazwanej tak przez rząd w 1982 roku, ale opartej na dawnych praktykach sintoizmu i buddyzmu, jest chłonięcie natury wszystkimi pięcioma zmysłami – w tej części chodziło o smak. Wyciągnęłam się na szczycie porośniętego mchem głazu. Zakwakała kaczka. Może nie była to odległa i skalista dzika okolica, jaką wolał John Muir, ale nie było takiej potrzeby. Czułam się całkiem odprężona, a wkrótce miały to potwierdzić naukowe testy: pod koniec wycieczki moje ciśnienie krwi było o kilka milimetrów słupa rtęci niższe niż na początku. W przypadku Ito spadek był jeszcze większy.

Wiemy o tym, ponieważ uczestniczyliśmy w czterdziestej ósmej oficjalnej wyprawie „Leśnej Terapii” przygotowanej z myślą o shinrin-yoku przez Japońską Agencję Leśną. Instytucja ta chciała przysłużyć się Japończykom i znaleźć sposób na nieinwazyjne wykorzystanie lasów, które pokrywają 68 procent powierzchni lądowej kraju. W tym celu od 2003 roku przeznaczyła na badania poświęcone leśnym kąpielom około czterech milionów dolarów i w ciągu dziesięciu lat zamierza wyznaczyć sto szlaków Leśnej Terapii. Gości rutynowo zaciąga się do chatki, gdzie wkładają ręce w aparaty do pomiaru ciśnienia krwi, co stanowi element dążenia do zwiększenia zasobu danych dotyczących projektu. Do finansowanych przez rząd badań i kilkudziesięciu specjalnych szlaków należy dodać także niewielką liczbę japońskich lekarzy, którzy uzyskali certyfikaty w dziedzinie medycyny leśnej. Trudno przecenić niezwykłość tej sytuacji.

„Japońskie prace są w mojej opinii kluczowe; to kamień z Rosetty” – powiedział mi Alan Logan, wykładowca z Uniwersytetu Harvarda, naturopata, członek rady naukowej Międzynarodowego Towarzystwa Medycyny Naturalnej i Leśnej (z siedzibą w Japonii, rzecz jasna). „Musimy potwierdzić te koncepcje naukowo przez fizjologię stresu albo nadal będziemy nad stawem Walden”.

Japończycy mają dobry powód, żeby badać sposoby na rozluźnienie. Długie dni spędzane w pracy wraz z presją oraz rywalizacją o szkoły i posady skutkują trzecim najwyższym odsetkiem samobójstw na świecie (po Korei Południowej i Węgrzech). Jedna piąta mieszkańców Japonii żyje w wielkim Tokio, a 8,7 miliona ludzi musi codziennie korzystać z metra. W godzinach szczytu tłok jest tak wielki, że specjalni funkcjonariusze w białych rękawiczkach pomagają upchnąć pasażerów w pociągu, co także ma swoją specjalną nazwę, tsukin jigoku – piekło dojeżdżania.