W prozie Wojsława Brydaka każde zdanie przesycone jest znaczeniem. Jego debiutancka powieść „Poste restante” to wysublimowana lektura dla osób lubiących delektować się słowem. Opowiada o trudzie codziennego budowania życia na nowo i tęsknocie za małymi ojczyznami, których każdy z nas ma w swoim życiu kilka.


Bohaterowie Brydaka są zmęczeni życiem. Przeprowadzkami, tułaczką po służbowych mieszkaniach, doświadczeniami wyniesionymi z II Wojny Światowej, pozostawiającymi na człowieku niezatarte piętno. Z wysiłkiem podejmują trud odnalezienia się w zupełnie nowym ustroju, tak radykalnie różniącym się od realiów świata pamiętanego sprzed wojny. Zmienne koleje losu znoszą jednak z pokorą.

Ojciec Jarka, głównego bohatera i narratora tej opowieści, to pragmatyczny Rzeszowianin, dostosowujący się szybko do nowych miejsc, radzący sobie lepiej niż matka żyjąca przeszłością i wspomnieniami młodości w Krakowie, nie potrafiąca odnaleźć się w nowym otoczeniu, zatracająca się w pogoni za tym, co odeszło. W tle, przywoływane we wspomnieniach i snach, lśni jej ukochane miasto, zmienione przez wojnę, tak jak ona sama.

Jarek, alter ego autora, młodzieniec wrażliwy, inteligentny i niepozbawiony poczucia humoru, odmalowuje przed czytelnikami historię rodzinną, sięgającą lat międzywojennych, czasów młodości rodziców. Wędruje przez przedwojenny i powojenny Kraków, wspomina krótkie epizody pobytu w Zakopanem i Katowicach, przywoływany przez przeszłość wraca do Rzeszowa, kieruje się do Sopotu lat powojennych. Miasta i miejsca Brydak opisuje z wielką dbałością o szczegóły, znakomicie oddając jakże różny klimat miejsc i społeczności. Senne Zakopane, gdzie niewiele się dzieje kontrastuje z tętniącym życiem przedwojennym Krakowem. Prowincjonalny, smętny i siermiężny powojenny Rzeszów staje naprzeciw Sopotu, jawiącego się jako miejsce pulsujące energią, zaludnione przez bywałych w świecie marynarzy, artystów i dziwaków, gdzie rodzą się nowe idee i wieczorami na każdym kroku słychać jazz.

Dla Jarka Sopot wydaje się jego ziemią obiecaną, spełnieniem marzeń i drogą ku przyszłości, zaciera w pamięci wspomnienia dzieciństwa, daje szansę by rzucić się w wir rodzącego się na Wybrzeżu nowego życia. “Pochód sopocki mógł kroczyć pod takim czy siakim sztandarem, byle nie oficjalnym ani tym bardziej czerwonym, zresztą pod poświęcanym też nie; ani myślał nadrabiać miną. Zdążał ku przeistoczeniu, ku staniu się czymś innym, fajniejszym – by dopiero na koniec, u celu, sięgnąć po stare rekwizyty, rozwinąć stare chorągwie, ale już z dumą, kiedy sami ludzie nadadzą im wartość większą niż wcześniej” – pisze autor.

Brydak, człowiek wielu talentów, zawarł w powieści piękny język, dbałość o detale i melancholijny urok meandrowania po ścieżkach przeszłości

Wieczna droga do małych ojczyzn, tych utraconych i tych, które dopiero przed nami stanowi sedno powieści „Poste restante”. Brydak, człowiek wielu talentów, zawarł w niej piękny język, dbałość o detale i melancholijny urok meandrowania po ścieżkach przeszłości, zaś losy bohaterów układają się w mozaikę uzmysławiającą czytelnikowi, jak ważne jest życie tu i teraz. Zatracając się w przeszłości lub żyjąc marzeniami o tym, co dopiero ma nadejść, tracimy to, co jest i to, na co miewamy jakikolwiek wpływ – o ile okoliczności dziejowe nam na to pozwolą. Okoliczności albo miłość, bo ta znacząco wpływa na sposób postrzegania otaczającego nas świata i szans w nim dostrzeganych. Brydak pokazuje jak niszczącą siłą, odbierającą zdolność racjonalnej oceny sytuacji, potrafi być niespełnione uczucie.

Książka ta może budzić zaciekawienie także i z tego powodu, że Wojsława Brydaka miłośnicy literatury znają już jako tłumacza prozy anglojęzycznej – przekładał powieści Johna Updike’a, Kena Keseya, Salmana Rushdiego, Woody Allena i Francisa Scotta Fitzgeralda. Natomiast osoby pasjonujące się sztuką mogą pamiętać jego dokonania w roli reżysera i autora dramatów teatralnych, muzyka i fotografika. Udany debiut prozatorski, jakim „Poste restante” bez wątpienia jest, budzi podziw, będąc zwiastunem kolejnego talentu tego urodzonego w Krakowie artysty i stwarza szansę na kolejne literackie przyjemności ze strony rodzimego twórcy. Tomasz Orwid

Wojsław Brydak, Poste restante, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 2 października 2018
 

konkurs

 

Wojsław Brydak
Poste restante
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 2 października 2018
 

1

Pamięć?
Proszę.
Oto babka pluje na podłogę i rozciera plwocinę podeszwą czarnego trzewika sznurowanego za kostką. Widzę w tym nie tylko niechlujstwo. Babka podłogę lekceważy. Podłogi może nie być. Nie w takich chatach ludzie mieszkali, komunikuje babka pluciem, a szli do nieba. Z drugiej strony, co sobotę ktoś tę podłogę szoruje ryżową szczotką, nie żałuje ciepłej wody z mydlinami, potem ściera do czysta i prawie do sucha; sama babka już nie, robi to któraś z córek lub synowych, czasami padnie na wnuka. Bo babka podłogę docenia, wie, że teraz domy są z podłogami, lecz bez przesady, niech się komuś nie wydaje, że niby babce zależy.
To demonstracja adresowana do dziadka. Przede wszystkim do niego, bo dziadek dba o rzeczy niekonieczne, o kant na spodniach, kapelusz, łańcuszek od zegarka, dziadek nie chlipie głośno rosołu, co to, to nie, czyta książki, chociaż już oczy nie te, wciąż Kaczkowskiego, Łozińskiego, Bałuckiego.Różni się pod tym względem od Stacha, swego ciotecznego, który w oborze przy krowach zbudował sobie maleńki kantorek; pochłania tam książki Biblioteki Polsko-Indyjskiej, grożące pobożnemu czytelnikowi potępieniem. Stacha coś takiego pociąga. Dziadka nie.
Można zająć się teraz zapachami: dziadek sam klei papierosy, nosi przy sobie mieszankę, gilzy, maszynkę; marynarki i kamizelki dziadka zioną tytoniem, są nim przesiąknięte na amen. Można też zająć się socjologią, bo rodzicami i dziadka, i babki byli wprawdzie chłopi, lecz w podrzeszowskim Staromieściu inaczej patrzono na rodzinę dziadkową, inaczej na babczyną.
Można rzucić się na opisy, na szeroki babczyny policzek z paskudną brodawką czy na dbałość dziadka, by się jakoś upodobnić do Daszyńskiego.
Można tak, można siak, można jeszcze inaczej, ale przypomnienie, ciąg obrazów i różnych namysłów – ten cały łańcuszek dociekań – zaczyna się od babczynego plucia.

2

Mama rozpoczynała dzień płaczem.
Nie od razu.
Umyta, ubrana, uczesana, sadowiła się przy stole w pokoju.
Na złożonym w ośmioro obrusie okrywającym zaledwie spłachetek rozległego blatu czekały kubek z kawą zbożową, talerz z pokrojoną bułką, maselniczka, słoik z dżemem i cukiernica, nóż i łyżeczka, a obok książka obłożona w szary papier, na której grzbiecie widniały numer wypisany niebieskim atramentem i fi oletowa pieczątka wypożyczalni. Z wysoka spod lampy patronował temu lep na muchy. Ze ściany uroczyście świadkowała kopia Madonny z Dzieciątkiem Rafaela. Z dalszej ściany zalotnie strzygła okiem młoda kobieta, z której nieomal spada szlafroczek, zaszkicowana pastelami przez Jaxę. Mama sięgała najpierw po książkę i otwierała na zakładce.
Ten skrawek stołu – ze skromniutką zastawą, kubkiem, nożem czy talerzem (nierzadko wyszczerbionym) i książką wspartą na cukiernicy – wydawał się jakąś nieudolną kopią ołtarza, jak z dziecięcej zabawy. Lep na muchy i dwa obrazy grały rolę barokowej dekoracji. Brakowało tylko świec i kadzidła.
Najpierw mama wpatrywała się w kubek i talerz. Wrogo. Zamiast sięgnąć po nóż czy bułkę, tkwiła w bezruchu. Pauza przeciągała się i obracała w dziwność. Potem w zagadkę. Wreszcie wydatny maminy brzuch zaczynał drgać, po chwili trząsł się jak przed napadem śmiechu. W ślad za brzuchem trzęsły się bezgłośnie głowa, szyja i piersi. Potem pełne usta mamy rozciągały się i wykrzywiały. Za moment – wciąż w ciszy – po twarzy ciekły już łzy.
Miały którędy.
Bruzd na maminych policzkach nie brakowało.

Wraz ze łzami wzbierało ciche kwilenie. Mamę zdumiewał ten odgłos, płoszył, zawstydzał. Kwilenie narastało, ale mama sięgała już do rękawa po chusteczkę. Strumyki na policzkach obsychały.
Krztusząc się, pociągając nosem, sięgała po nóż. Jakby nie było wyjścia.
Je się.
Dlaczego?
Bo się je. Tak już jest. Ludzie jedzą. Czy wiedzą, po co, czy nie – jedzą.
Jedzenie to zgoda na to, co otacza.
A kiedy zgody brak?
Pierwszym sięgnięciem po bułkę kapitulowała. Wszystko zostaje po staremu. Żadnej odmiany. Cudu. Żadnych widoków. Smarowanie, słodzenie, mieszanie, jak zawsze. To jeszcze podsycało płacz. Jemy, żeby żyć. A jeśli tego nie chcemy? Pachnie lipowy miód, pachnie kawa, i co z tego?
Czy w życiu chodzi o zapachy?
Czasami mamę przyprawiały o płacz dopiero pierwsze kęsy. Rosły w ustach, dławiły, żucie po chwili ustawało, z gardła dobiegał odgłos przypominający cichutki psi skowyt, z kącika ust ciekło pasemko śliny, z nosa śluz. Potem rozlegał się niegłośny szloch. Ale żadnych pocieszań.
Zrośnięte brwi nakazywały dystans.
Za parę minut było po wszystkim.
Kiedy mama otarła resztki łez, wysiąkała nos i westchnęła, zaczynało się właściwe śniadanie. Czytała przy jedzeniu. I oto po paru minutach maminy brzuch znowu zaczynał się trząść, w ślad za nim szyja, głowa, piersi – lecz już z innego powodu. Inaczej lśniły oczy, spomiędzy zrośniętych brwi ulatniała się groźba, mama zaczynała się głośno śmiać. Była u siebie. Oto kawa, ranek, książkowe historie sprzed wojny i pierwszej wojny, spisane przez autorów ciekawe sytuacje, o których podobieństwie do życia i głębszym znaczeniu mogła w Krakowie rozprawiać z przyjaciółkami, Ludką, Stefą czy Ziutą; oto ożywał świat, któremu zawdzięczała kiedyś olśnienia i ziemie obiecane.
W takiej chwili mamie nie przeszkadzało, że ktoś patrzy, ja, Marcysia, furman Ignac czy ojciec albo przypadkowi goście, zwykle sąsiedzi: pan Tolo z panią Romą i wyżłem Lotem, mleczarniany kierowca Mietek ze swoją Baśką, nie przeszkadzał nawet błogosławiony Jan z Dukli, którego kamienna postać za oknem zezowała ku mamie znad ogrodzenia.
Po porannym napadzie płaczu stawała się niedosiężna.
Przenosiła się w inny wymiar jak monarchini, na której połóg, a nawet miłość mogą sobie patrzeć pomniejsi. Niechże się gapią. Teraz zdawało się, że śmiejąca się mama wraz ze spłachetkiem stołu nakrytym złożonym w ośmioro obrusem, z talerzem, okruchami bułki, kawą zbożową, cukiernicą, wyszczerbionym nakryciem, obrazami na ścianie i lepem na muchy odrywa się od zakurzonego wnętrza i odfruwa – świetlista, nienaruszalna, pod niewidzialnym kloszem. Nie zdziwiłbym się, gdyby w którymś z okazałych kontrreformacyjnych kościołów Rzeszowa w tym właśnie momencie mama, natchniona, objawiła się na sklepieniu w wieńcu barokowych chmur.

Ojciec miał trzydzieści dwa lata, kiedy poszedł na wojnę. Wrócił po paru tygodniach. Wrześniowa kampania Armii „Kraków” nie trwała długo.
Wrócił i zorientował się, że świat już nie jest ten sam.
Mieszczański ład Krakowa, ku któremu ojciec zdążał nieśpiesznie a konsekwentnie – a w którym mógłby się zagnieździć raczej jako aspirant i w którym małżeństwo z mamą, owszem, uchodziło, ale nie otwierało żadnych drzwi; w którym mógł liczyć na zadomowienie dopiero w drugim, a nawet trzecim pokoleniu – otóż ten powabny ład mieszczański, wyposażony zdaniem ojca w pożądane potencjały, nagle stracił moc i blask.
Stracił zdolność stanowienia reguł. Kanony ładu okazały się bezzębne, egzekutorzy bezsilni. Uświęcone miary zwietrzały w mgnieniu oka. Wydały się znienacka zbiorem nie praw, lecz gestów. Procedury przypisane ładowi tej społeczności, czy to wynoszenia, czy odtrącania, ceremonie namaszczania lub ekskomunikowania, można było nagle zbyć wzruszeniem ramion, ba, wyśmiać. Jeżeli ojca wabiły smokingi albo koronki, na których stała porcelana, bądź wabił indeks wydziału filozofii UJ, to po tych kilku tygodniach wojny znów sobie uświadomił, że na zakrwawionej koronce przede wszystkim widać krew, a nie wzór i robotę, że w przestrzelonym smokingu ważniejsza jest osmalona dziura niż metka krawca, natomiast w porcelanowej filiżance, niechby nawet saskiej, mało się liczą porcelanowość i saskość, jeśli do filiżanki nie ma co wlać.

Wszyscy czterej pradziadkowie ojca byli chłopami.
Z dwóch dziadków ojca chłopem był tylko jeden. Ten drugi już handlował wędrownie winem. Jeździł na ówczesne Górne Węgry aż za Koszyce (zwane z węgierska Kassa, a z wiedeńska Kaschau), skąd do Gór Tokajskich (Tokaji-hegység) blisko jak splunąć; przyczyną owej odmiany losów ojcowego dziadka okazał się – nie od razu – udział w zwariowanej wyprawie do powstania Kossutha.
Ojciec ojca nie był chłopem. Wpierw murarz, po trosze sztukator, nawet rzeźbiarz, potem maszynista kolejowy, ożeniony z chłopską córką doczekał się ośmiorga dzieci, z których każde zdało maturę, a parę zaszło wyżej.
Osnową rodzinnej legendy ojca stał się ów dziadek wożący wino. Jego wyprawy wypadało uznać za awans. W drodze powrotnej zza Koszyc przez Preszów (po węgiersku Eperjes, a po cygańsku Perieszys) zamroczony maślaczem chrapał w najlepsze na wozie już od Tyczyna, ufny w topografi czne kompetencje koni. Zasypianie umilała mu myśl, że tam, dokąd zdąża – we wsi Staromieście pod Rzeszowem – jego sąsiedzi pod wieczór padają ze zmęczenia na polu czy w obejściu, trzeźwi jak zwierzęta.

Natchniony przez mamę skrawek stołu z obrusem, kawą, cukiernicą i książką wzbijał się w rzeczywistość, o której niewiele już wiadomo. Przedwojenny Kraków – od Panieńskich Skał, Tyńca po Krzemionki i Podgórze, po Olszę i Grzegórzki – przypominał w maminych napomknieniach niekończące się słoneczne lato, przy czym w zimie też było lato, a letnie słońce świeciło nawet nocą. Słoneczna była Wisła z galarami, piaskarzami i wydobywanym z płycizn piaskiem, z bocznokołowcami płynącymi do Tyńca, a nawet Sandomierza, i z klubem wioślarskim na Zwierzyńcu, gdzie mama ścigała się na ósemce. Słoneczne były ścieżki w Lasku Wolskim. Słoneczni żebracy pod norbertankami. Przed barem Na Stawach słoneczni furmani urżnięci porterówką padali twarzą w kałuże słonecznego końskiego moczu, przy dobiegającym z knajpy słonecznym akompaniamencie harmonii. Nad Rudawą słonecznie spacerowały parami zadbane dziewczynki, a kołtun na głowach dziewczynek zaniedbanych (oczywiście nielicznych) śpiesznie strzygły słoneczne siostry felicjanki, by zaraz potem uczyć te dzieci szycia, etykiety, gotowania oraz stenografi i. Na wsi „na wycugu” słonecznie dogorywali starzy ludzie. Nawet w trumnach błąkała się po twarzach nieboszczyków czekających na pochówek jakaś słoneczność, przy czym należałoby jeszcze dowieść, że w Krakowie przed wojną ludzie umierali. W mamy przeświadczeniu nie było to takie pewne. A kiedy w letnią niedzielę jechała do Lasku Wolskiego nowiuteńką damką – prawdziwy peugeot, wolnobieżka – przy wejściu do zoo witał mamę radosny wrzask ary, z najprawdziwszym zwierzynieckim akcentem:
– Id-ze, id-ze, pieroński klarnecie!
Przed Bożym Ciałem paradowały po mieście młodziutkie komunikantki w białych sukienkach, przygotowane do procesji wokół któregoś z niezliczonych krakowskich kościołów; na wypadek odpytywania – a zwłaszcza żeby nie mieć grzechu – powtarzały katechizmowe aksjomaty: – Jest jeden Bóg, który stworzył niebo i ziemię. Jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre uczynki nagradza, a za złe karze.
Przedwojenny Kraków – słoneczny i sprawiedliwy.
Owszem, w konkretnych opowieściach mama napomykała a to o babci, że tak się roztyła, bo raz na zawsze poprzestawiał jej w głowie głód. A to o zmarnowanych oczach wuja Wita, który po nocach – przy świecy – uczył się na prawnika. Było też o szubrawym mężu cioci Agaty, niejakim Bukowskim, który zostawił tę Agatę z małym dzieckiem dla jakiejś siksy (później długo nie pożył, a męczył się, drań, przed śmiercią cały miesiąc jak potępieniec). Było nawet o krowach na Błoniach, a trzeba wiedzieć, że mama panicznie krów się bała.
Więc owszem, krakowskie przedwojnie miało blaski i cienie, lecz nawet jego cienie wygrzewały się w słońcu jak sierpniowy sad. Idylli przyglądały się pogodnie góry, z bliska te niższe, z oddali czasem te wysokie, odległe o parędziesiąt kilometrów, przy dobrej pogodzie widywane z Salwatora czy Wawelu.
Los wygnał mamę z raju.

Cóż w tym dziwnego, że przed wojną mój ojciec zamyślał o zasileniu krakowskiego mieszczaństwa? Czemu nie? Po maturze skończył znaną szkołę mleczarską w Rzeszowie, potem pociągnął do Krakowa, gdzie zwierzchnicy z ruchu spółdzielczego nie mieli nic przeciw temu, że zapisze się na dalsze studia. Choćby i filozofi czne. Ożenił się z sekretarką wziętej kancelarii adwokackiej, wynajął mieszkanie niemal w centrum, dorobił garniturów z rapaportu, eleganckich wizytówek, modnych mebli, a nawet rządowych obligacji, co może odbiło się na uniwersyteckim zgłębianiu filozofii, niemniej polepszyło kontakty i perspektywy zawodowe. Bez ryzyka można było przewidzieć, że po parunastu latach ojciec wrośnie w krakowskie zacności, wpisze się w nie jak do klubu, chociażby jako kandydat.
To nie był krąg beznadziejnie zaklęty.
Niestety, wrześniowy upadek Armii „Kraków” unicestwił różne rachuby, także te. Elegancka wizytówka ojca nadal była elegancka, owszem, przedwojenne obligacje państwowe wciąż prezentowały się godnie w ojcowskim sekretarzyku. Ale czy coś z tego wynikało? Ważny był ausweis. Liczyć należało na siebie. Do tego zima za pasem.
To te ostatnie nauki zwyciężyły.

* * *

Po wojnie ojciec nadal dbał, żeby jesienią w piwnicy znalazły się dwa metry ziemniaków (najlepiej sokołów lub amerykanów), pół metra mąki kupowanej na wsi, ćwierć metra cukru, rzecz jasna węgiel (wtedy ważony już w tonach), żeby na półkach leżały zimowe jabłka, żeby też – szczęśliwym trafem – w zaprzyjaźnionym chlewie chrumkała świnia. Liczne przeprowadzki – podczas okupacji i po niej – uczyły takich starań. Ojciec do tego stopnia wdrożył się w okupacyjne zaradności, że przez wiele lat po wojnie sporządzał domowe mydło w blachach do pieczenia serników, a do obrzędu produkcyjnego zapraszał chętnie wuja Janka, maminego brata, ukochanego szwagra. Mydło jak mydło, mydliło się. Za to pracochłonną sesję z zasady wieńczył niebagatelny kac. Wliczany w trudy produkcji.
Na wieść, ba, cień wieści o politycznych niepokojach ojciec niezwłocznie organizował cukier. Na wszelki wypadek dbał o stan lamp naft owych, bańki paliwa, zapas szklanych kloszy „Hortensja”, o świece i zapałki. W pogotowiu czekały spirytusowy palnik i denaturat, i nawet szmaty na onuce, jak twierdził ojciec – bardziej praktyczne od skarpet, gdyby już przyszło co do czego.
W lokalach siadał plecami do ściany. Niewykluczone, że wiedział też, którędy do tylnego wyjścia, a pory spotkań przestrzegał co do minuty. Wpierw był to nawyk, potem już tylko fason. Nie on jeden hołdował takim rytuałom. Oplatał je ten sam refren: „gdyby przyszło co do czego”.
Tymczasem przedwojenne wizytówki żółkły. W skrytkach za lustrami maminej toaletki płowiał atrament na wpisach do przedwojennych książeczek oszczędnościowych. Tylko państwowe obligacje drukowane na lepszym papierze zachowywały kolor, przez co jeszcze bardziej tchnęły egzotyką, podobnie jak wciąż trzymane czasopisma i książki, pełne rozważań o bliskim zakupie przez Polskę kolonii, a w szczególności Madagaskaru.