Podobno prawda wyzwala. Ale czy odkrycie prawdy o samym sobie może nastroić duszę, tak jak stroi się gitarę, kiedy jej brzmienie odbiega od harmonii świata?


Stroicielka duszJulita, Dagmara, Eliza i Łucja – cztery kobiety, których życiowe ścieżki biegną nie do końca tam, gdzie chciałyby dotrzeć. Czy poznanie swoich pragnień pozwoli im wrócić na właściwe tory?

Mała podwarszawska miejscowość. Na lokalnym forum internetowym pojawia się oferta dostrajania duszy do harmonii wszechświata. Z nietypowej usługi korzystają cztery kobiety, które postanawiają się spotkać i omówić efekty „terapii”.

Cztery różne osobowości i cztery odmienne historie. Czy prawda o sobie samym może uleczyć serce?

 
Aldona Bognar
Stroicielka dusz
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 22 sierpnia 2018
 
 

Stroicielka dusz

Julita

Szlag by to trafił. Kolejna kłótnia z Arkiem. Przez Igora tym razem, ale skąd Igor miał wiedzieć? Powiedział, że mam świetną pracę kolan w sambie, a Arek ma zwracać uwagę na układ stóp. Igor lubi nam pokazywać, co robimy źle; na każdym treningu Igor znajduje jakąś ofiarę, na której demonstruje, czego nie należy robić. Pokazał Arkowi, jak wyglądają jego stopy, jak je stawia do środka zamiast na zewnątrz. Arek się uśmiechnął, nie będzie margał trenerowi, nie? Ja też się uśmiechnęłam. No. A potem się nasłuchałam. Wywyższam się, pozuję na gwiazdę, a wcale nie jestem taka dobra, trochę pokory by się przydało. No kurwa, jak się wywyższam? Moja wina, że Arek ma krzywe nogi? Przecież ja się tylko uśmiechnęłam. I nie dlatego, że Igor nabijał się z Arka, tylko dlatego, że się ucieszyłam z pochwały. A ten od razu: „Trochę pokory”. Miałam się spierać z trenerem? Miałam mówić, że skąd, jestem beznadziejna, w naszej parze wszystko dzięki Arkowi. To by się Igor popukał w czoło. Albo by się wkurzył i nie wystawił nas w Częstochowie. A w Częstochowie jest szansa na klasę A. Kurwa, zajebiście by było. Z A-klasą mogłabym dawać lekcje, prowadzić kurs dla dzieci albo nawet dorosłych. Zostawiłabym pieprzoną drogerię i robiłabym to, co naprawdę chcę robić. A potem „eska” i zawodowstwo. Dobra, nie ma co jęczeć. Arkowi przejdzie do jutra, zresztą i tak nie ma wyjścia. Wszystkie partnerki chwilowo zajęte, na nikogo mnie nie zamieni.
Muszę znaleźć plaster. Wzięłam nowe buty do łaciny, żeby je trochę rozdeptać przed turniejem i zrobił mi się koszmarny pęcherz na palcu. Ale przecierpieć cały trening w nowych butach to najlepszy sposób, żeby na zawodach były wygodne. Poprzednio standard tańczyłam w nówkach, cały turniej miałam zaciśnięte zęby z bólu. Arek się cieszył, bo wreszcie byłam uśmiechnięta przez wszystkie tańce. Tak, szczególnie w tangu ten uśmiech był potrzebny. Igor zawsze powtarza: walce łagodnie, quickstep frywolnie, fokstrot tajemniczo, a tango musi być drapieżne, z pazurem. No, pazur jak cholera. Idiotyczny uśmiech przyklejony do twarzy, zęby wyszczerzone jak u trupiej czaszki. Ale nie dało się inaczej. Albo uśmiech, albo gęba krzywa z bólu.
Dobra, spać. Jutro na ósmą, trzeba wstać rano, dojechać, przed otwarciem przetrzeć półki, zamieść, towar poprawić. Bez sensu, sprzątać powinna sprzątaczka, nie my. No ale – oszczędności. Pensja dla sprzątaczki to mniej kasy dla nas. Do dupy. Biorę się do ścielenia łóżka, potem zajmę się palcem. Ciasny ten mój pokój, najmniejszy w całym mieszkaniu. Przynajmniej wysoki, stare budownictwo to jednak coś. Człowiek nie ma wrażenia, że jak się porządnie wyprostuje, to zawadzi głową o żyrandol. Jakoś się tu mieszczę, ale z trudem. Może to i lepiej, że prawie cała pensja idzie na treningi, prywatne lekcje i stroje turniejowe. Inaczej nie wiem, gdzie upchnęłabym stertę ciuchów. Całe szczęście, że w przedpokoju jest gigantyczna szafa, w której trzymamy kurtki i buty.
Tu, u babki, każdy pokój ma swoją nazwę. Jeszcze przedwojenna tradycja. Kiedy się przeprowadziłyśmy z Sandrą, babka na stałe przeniosła się do sypialni. To podłużne pomieszczenie z dużym łóżkiem, dwuosobowym, ale babka nie ma serca wymienić na mniejsze, bo jej przypomina dziadka. Sandra dostała gabinet, bo musi mieć dużo półek na książki. Ja zajęłam pokoik. Gdyby mieszkali tu jacyś bogaci państwo, to pewnie byłby kanciapą dla służącej. Taki mały. Jest wąskie łóżko, nad nim półeczka na duperele, ale najfajniejszy jest kufer. Ma styl. Trzymam w nim sukienki do łaciny, bo ta do standardu jest za duża i wisi na kołku. Oprócz tego w mieszkaniu jest jeszcze stołowy. Babka upiera się, że posiłki mają być wspólne i zawsze tam jemy.
U Sandry jeszcze się świeci. Nie chce mi się z nią gadać. Zresztą pewnie wkuwa matmę. Sprawdzian ma chyba czy coś tam. Kujonica jedna. Maturę musi zdać. Na studia musi iść. Studia do przyszłość. Medycyna, może weterynaria, bo Sandrunia taka mądra i dobra. Zwierzątka kocha i ludzi. Pieskami i kotkami w schronisku się opiekuje. Sandrunia nie lubi swojego imienia. Jak ona mówi? Pretensjonalne. Że niby na siłę wydziwione, miało być oryginalnie, światowo, a wyszło śmiesznie, mówi moja mądra siostra. Jeśli już, to Aleksandra, i wtedy Ola do niej. Albo Olka. Ostatecznie Ala. Ala ma kota. Sandra też ma kota na punkcie własnej inteligencji. Zresztą, co jej zostaje? Wyglądem się nie pochwali. Durna ciotka Wieśka, stara panna, ostry syndrom niedopchnięcia, powiedziała kiedyś: „W tej rodzinie dobra rozdzielono między was dwie. Julita dostała urodę, Sandra rozum”. Jakby taka mądra była, toby nie musiała tyle zakuwać, tak? A jakby się wzięła za siebie i schudła parę kilo, to i wyglądałaby lepiej.
– O, Julitko, wróciłaś. – Babka weszła do mnie. – Co z twoją stopą? Przemyłaś to? Czym? Ola ostatnio mówiła, że woda utleniona uszkadza tkanki, wiesz? Lepsze podobno mydło.
Ola mówiła, kurwa. Sandra mówiła, żadna Ola, ale babka nazywa ją nowym imieniem. Sandra mówiła, znaczy się: święta prawda. Trzeba słuchać. Mnie nie trzeba. Jak tydzień temu przywaliłam siostrzyczce w twarz, to nikt nie pytał, dlaczego. A miałabym coś do powiedzenia. Powiedziałabym, że osiemnastoletnia gówniara nie będzie naszej matki obrażać.
– Julita – Sandra popatrzyła na mnie jak na coś, co się psu do łapy przykleiło – to, że rodzice nie żyją, nie znaczy, że byli święci. Ta cała zasada: „o zmarłych dobrze albo wcale” to jakiś zabobon. Już zapomniałaś, jak ojciec nas bił za najmniejsze przewinienie? A matka ani słowem mu się nie sprzeciwiła.
Nie, nie zapomniałam, siostrzyczko. Za to ty chyba zapomniałaś, kto się ojcu podkładał, żeby ciebie oszczędził. Chronić młodszą siostrę to obowiązek starszej, a tyłek boli, kurwa.
Ale na matkę nie będziesz pyszczyć. No i co, że się ojcu nie postawiła? Też by oberwała i tyle by z tego było. A ty masz ją kochać i szanować, smarkulo. I nie zmieniać imienia na nowe, bo to, które masz, dostałaś od matki. Nic innego ci po niej nie zostało, więc nie kombinuj.
– Właśnie – powiedziała Sandra – tylko imiona nam po niej zostały. Brzydkie, wymyślone. Niczego nas nie nauczyła, nic nie przekazała. A potem wsiadła z pijanym ojcem do samochodu i pozwoliła obojgu się zabić.
Wtedy ją walnęłam. Nie jakoś mocno. Raz z liścia dałam i po krzyku. W porównaniu z ojcem ledwie ją musnęłam. Rozryczała się, weszła babka i zebrałam opierdziel. Babka udaje, że kocha nas po równo. Ale to nieprawda. Woli Sandrę. Sandra zjada całe obiadki i nie wybrzydza, że tłuste. Sandra się uczy. Sandra jest uprzejma. Ja pyskuję, pilnuję diety, wracam późno.
Odstawiłam wodę utlenioną na szafkę, wacik wyrzuciłam do kosza, palec owinęłam plastrem.
– Przemyłam – powiedziałam, bo nie chciałam zaczynać kłótni. Nie miałam siły, padałam na pysk. – Kurewsko piekło.
Babka skrzywiła twarz. No tak, Sandra powiedziałaby: „Bardzo piekło, babuniu kochana, ale już mi lepiej, gdy patrzę na twoją miłą buzię”. Ale jak przynoszę kremy od nas z drogerii albo żele pod prysznic za grosze, za zniżkę pracowniczą, to bierze i się uśmiecha. Wtedy jestem miła. Wtedy się mnie lubi.
– Idę spać – rzuciłam. – Jutro mam na ósmą.
Babka wycofała się z pokoju. No i dobrze. Niech ucałuje Sandrunię na dobranoc, żeby miała kolorowe sny. Ja mogę mieć bure.

Łucja

Dziś był dobry dzień. Wart odnotowania w pamięci. Najpierw Zosia tak ładnie postarała się rano. Wstała bez protestów, zjadła śniadanie, choć do kanapek miałam jedynie biały ser. Zosia nie tylko nie marudziła, ale jeszcze spacyfikowała Marysię, która biały ser uważa za najgorszą z kar.
– Dajmy jej miodu do tego – powiedziała i Marysia od razu się rozpogodziła.
Przy ubieraniu się Zosia też była pomocna. Szybciutko się ogarnęła i poszła pilnować Marysi. Słyszałam ją z pokoju.
– Marysiu – mówiła moja starsza córka tonem łagodnej nauczycielki – musisz włożyć spodenki, bo jest chłodno na dworze. Wiesz, jak mama się martwi, gdy chorujemy. Wybierz sobie, które wolisz.
Zosia ma podejście. Mogłabym się od niej uczyć. Zapominam się czasami, złoszczę się na Marysię, każę założyć spodnie, już, bez gadania, bo nie zdążymy do przedszkola i do szkoły. Marysia płacze, buntuje się, wyjście zamienia się w koszmar, a potem wpadamy spóźnione do szatni w przedszkolu i nawet nie mam czasu na całuska dla małej. Zostawiam ją, a przez resztę dnia mam w pamięci jej smutną buzię.
Potem Zosia dopilnowała, żeby Marysia zapięła kurtkę i założyła szalik, sprawdziła, czy czapka nie zsunęła się z uszu siostry. Znów zapomniałam kupić jej taką z nausznikami. Często zapominam o różnych rzeczach. Mama powtarza w nieskończoność:
– Ogarnij się, Łucja, już prawie rok, a ty ciągle jak na początku. Nie można tak. Płaczesz przy dziewczynkach. Zamiast ugotować, kupujesz jakieś dania, nie wiadomo, co w nich jest. Zosia musi ci przypominać o chlebie, o pomidorach, o wszystkim. To nienormalne, że ośmiolatka ma więcej rozumu niż dorosła kobieta. Ciesz się, że taka mądra, bo inaczej obie żywiłyby się tylko zapiekankami i słodyczami. A ty chyba powietrzem byś żyła.
Mama, teściowa tak naprawdę, ale mówię i myślę o niej mama, przyjęła mnie do rodziny, traktowała i nadal traktuje jak córkę. Wreszcie poznałam, co to znaczy być kochaną przez matkę. Kiedy trzeba było mną potrząsnąć, potrząsała, jednak nigdy nie zostawiła mnie samej z problemem, zawsze starała się pomóc, pocieszyć. Gdy nic nie można było zrobić, po prostu mnie przytulała i pozwalała się wypłakać.
Mama ma rację. Zosia nie powinna być taka odpowiedzialna. Powinna domagać się budyniu na obiad i czekolady na deser. Powinna złościć się na Marysię za każdym razem, gdy ta ruszy jej rzeczy. A Zosia tylko mówi: „Jest jeszcze mała, nie rozumie. Nie trzeba na nią krzyczeć”. Tak jak wtedy, gdy Marysia pokolorowała pracę domową Zosi. Biedna Zosia cały wieczór pisała równania, a Marysia ozdobiła to potem kredkami. Zosia zobaczyła, odetchnęła parę razy, odgarnęła rudą grzywkę z oczu i powiedziała spokojnie:
– Marysiu, to moja praca domowa. Bardzo ważne. Pani zwróci mi uwagę, że pomazana. Co mam jej powiedzieć? Że mam pięcioletnią siostrę i ona nie wie, że nie można?
A Marysia popatrzyła na nią jak mały chochlik. Są do siebie bardzo podobne, obie mają rdzawomiedziane włosy, taki piękny odcień jak u Roberta, jasną cerę i odrobinę piegów, które tylko dodają im uroku.
– Tak powiedz – zdecydowała. – I powiedz, że nam smutno, bo nie ma taty.
Momentalnie przestała być zadziorna, rozpłakała się. Wyszłam wtedy z pokoju, żeby nie widziały, że i ja mam łzy w oczach. Usłyszałam jeszcze Zosię.
– Nie płacz, nie wolno. Musimy być dzielne, nie wiesz?
Marysia nie wiedziała. Nie chciała być dzielna. Rok temu straciła ojca i nie potrafiła jak Zosia radzić sobie z tęsknotą. Z nas wszystkich Zosia była najdzielniejsza. Podczas choroby Roberta wspierała mnie, jak umiała najlepiej, a od jego śmierci zachowuje się jak dużo starsza osoba. Podobno tak jest, że dzieci dojrzewają w przyspieszonym tempie pod wpływem trudnych wydarzeń. Marysia nadal jest malutką dziewczynką, ale Zosia stała się bardziej moją partnerką niż córką.
Miało być o dobrym dniu.
Dziewczynki bez ekscesów zdążyły na swoje zajęcia, ja nie spóźniłam się do pracy. Nie miałam dziś wielu obowiązków, musiałam przygotować parę wypisów, uporządkować historie choroby i zamówić środki opatrunkowe w magazynie. Dwie godziny pracy, które trzeba było rozciągnąć do ośmiu, żeby ordynator nie mówił, że sekretarka nic nie robi.
Później nawet trochę się pośmiałam. Monika odstawiła parodię doktora Zacharskiego. Wiekowy dermatolog z drugiego piętra ma podobno takie zużycie rękawiczek, że sam mógłby wspomagać polski przemysł gumowy. Monika stanęła na środku pokoju lekarskiego, pochyliła się, oparła o szafę z historiami chorób i drżącymi rękami wyciągała z pudełka jedną rękawiczkę za drugą.
– Trzeba dbać o bezpieczeństwo i higienę pracy – recytowała skrzekliwym głosem.
Zgarnęła wszystkie do kieszeni fartucha.
– Doskonałe do zmywania – oznajmiła. Wyjrzała przez otwarte drzwi pokoju. – O, Teresa! – zawołała na widok starszej pielęgniarki – chodź na chwilę! Nie ma szefa, pogadamy szybciutko, co zrobić z panem Stryjczykiem z czwórki. Ciągle pali w łazience, nie sposób mu przetłumaczyć – wyjaśniła mi.
Teresa, okrągła pielęgniarka o ciepłym, łagodnym spojrzeniu, była wyjątkowo cięta na palaczy.
– Powiedz mu, że będzie miał codziennie lewatywę. W Szwejku była lekarstwem na wszystko, pomoże i Stryjczykowi, chociażby jako motywacja do rzucenia tych śmierdzących papierochów.
– A kto mu ją będzie robił? – zdumiała się Monika. – Ja?
– No a kto? Najmłodsi stażem odpracowują frycowe. – Teresa roześmiała się chrapliwie.
– Już i tak opatruję wszystkie odleżyny, dawno odpracowałam frycowe – stwierdziła Monika, ale bez złości.
– Wiem! – ucieszyła się nagle Teresa. – Wypożyczymy z prosektorium płuca palacza i przyniesiemy panu Stryjczykowi. Niech sam zdecyduje, czy oprócz raka wątroby pragnie także raka płuc.
– Teresa – włączyłam się do rozmowy. – Chcecie go tylko przestraszyć. Fundowanie mu zawału może się źle skończyć.
Roześmiałyśmy się wszystkie.
A potem miałam wyrzuty sumienia. Nie dlatego, że kpiłam ze starego lekarza i miałam zamiar przerazić pacjenta. Dlatego, że się śmiałam. Nie upłynął jeszcze rok od śmierci Roberta, a ja taka radosna. I z jakiego powodu? Bo koleżanki się wygłupiały. A jednak miałam dobry humor. Po pracy kupiłam schab na kotlety, dziewczynki ucieszyły się z domowego obiadu. Marysia nie lubi kupnych, choć Zosia każe jej jeść i nie wybrzydzać.
Takie są teraz moje dobre dni. Nie tak jak kiedyś, gdy musiało wydarzyć się coś ekstra, żeby wprawić mnie w pozytywny nastrój. Kwiaty od Roberta, komplement od kolegi, nowy płaszcz. Kwiatów od Roberta nigdy już nie dostanę, komplementującego kolegę zgasiłabym w ciągu paru sekund, a nowy płaszcz nie jest mi potrzebny. Teraz dobry dzień to taki, w ciągu którego nie płakałam.
Myśli też miałam dzisiaj dobre. Zwyczajne, codzienne. Ten kawałek schabu łykowaty, poproszę tamten drugi. Co na surówkę? Marchewka czy kiszona kapusta? Pomogłam Zosi z przyrodą, wyszukałam w internecie nazwy drzew rosnących w naszym parku, poczytałam dziewczynkom na dobranoc. Mała księżniczka – jak one lubią tę książkę, szczególnie Zosia. Już trzeci raz czytamy. Teraz siedzę z herbatą w fotelu i myślę o przemeblowaniu mieszkania. Cholera, a tak dobrze było, nie płakałam. Wstrzymuję oddech, nasłuchuję. Małe śpią, można. Szlocham prawie bezgłośnie. Zanoszę się cichym płaczem, bo pomyślałam, że czas, aby każda z nich miała swoją przestrzeń. A to oznacza spakowanie rzeczy Roberta, wyrzucenie mebli, które z taką radością wybierał, i urządzenie drugiego pokoju dziecięcego tam, gdzie do tej pory był jego gabinet do pracy. Mama mówi, że czas najwyższy zrobić z tego moje mieszkanie. Moje i córek. Na razie wciąż jest moje, Roberta i córek. Mama jest mądra, wiele przeżyła, dziesięć lat temu straciła męża, teraz syna. Przyszła kiedyś i powiedziała:
– Jesteś wciąż młoda. Trzydzieści parę lat, co to za wiek? Ułożysz sobie życie, ale musisz się do tego zabrać już teraz…
Wtedy się na nią wściekłam. To było parę miesięcy od śmierci Roberta, a ona mi o układaniu życia! Mam poderwać kogoś, umówić się na randkę? Teraz zastanawiam się, czy nie miała racji. Nie z randkami, ze sprzątaniem. Ona po swoim mężu od razu wszystko ogarnęła. Jego ubrania wywiozła do Caritasu, książki sprzedała jakiejś firmie, która skupuje całe księgozbiory. Dostała grosze, ale chodziło o to, żeby pozbyć się gratów. Mówiła, że gdyby miała czekać, nigdy by się do tego nie zabrała. Ja według niej niepotrzebnie zwlekam, będzie mi coraz trudniej.
Jak to okropnie brzmi. Sprzątnąć rzeczy męża, kiedy ma się na myśli wyrzucenie wszystkiego. To tak, jakbym sprzątnęła Roberta. Wyrzuciła go ze swojego życia, jakby nigdy nie istniał. To gorsze od zdrady. Nie jestem gotowa. Nie mogę. Może mamie szybkie usunięcie rzeczy po mężu pomogło, ale to nie dla mnie. Zajmę się tym, gdy przyjdzie czas. Patrzyłam na jego fotografię, która stoi na stoliku obok. Duże, ładne zdjęcie uśmiechniętego mężczyzny, oprawione w srebrną ramkę. Jaki był przystojny. Gęste włosy, wesołe oczy, uśmiech gwiazdora filmowego. Stracił później te włosy przez chemię i mówił, że jest jak Kojak. Cały czas starał się być silny, optymistyczny. Żartował z choroby:
– Rak? Raki, moja kochana, to ja chętnie jadam, ale żeby rak miał zjeść mnie? Niedoczekanie.
Śmiał się głośno, a ja razem z nim, choć gardło miałam ściśnięte.
Czasem chciał rozmawiać o tym, co będzie.
– Łucja – mówił – gdyby coś, gdyby mi się nie udało…
– Co ty opowiadasz? – przerywałam mu. – Jakie nie udało? Wszystko będzie dobrze. Jesteś Kojak, wygrywasz każdą sprawę. To ty jadasz raki, nie rak ciebie, pamiętasz? Sam mówiłeś.
Umierał, a ja zapewniałam go, że wyjdzie z choroby. Chyba dobrze, po co miał się denerwować? Nie, niedobrze. Teraz nie wiem, co robić.
– Robert – powiedziałam do zdjęcia. – Co mam zrobić? Dać Marysi twój pokój? Zosia ma teraz sporo prac domowych, a Marysia chce się bawić. Przeszkadza, nie pozwala się skupić. Zosia czasem chodzi do ciebie, siada przy twoim biurku i tam się uczy. Raz otworzyła szufladę, mówiła, że w środku pachnie tobą. Twoimi papierami, wodą po goleniu, która zawsze zostawała ci na rękach. Nie pozwalam jej otwierać szuflad, nie wolno grzebać w czyichś rzeczach.
Nagle poczułam złość. Bezsensowną złość na Roberta.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś, co robić? – syczałam przez zaciśnięte zęby. Szeptem, żeby nie obudzić dziewczynek. Szczególnie Zosia ma czujny sen. – Dlaczego nie wydałeś dyspozycji. Co z rzeczami, co z pokojem, które dokumenty zniszczyć, a które zachować?
Chwyciłam jego zdjęcie i potrząsałam nim, domagając się wskazówek.
Żadnych wskazówek. Tylko uśmiech, oczy, które tak kocham, a które teraz wydawały mi się puste, nieprawdziwe. Żadnych odpowiedzi.