W książce “Droga Smoczych Źródeł” Janie Chang snuje intrygującą opowieść, precyzyjnie osadzoną na tle chaotycznych wydarzeń targających Chinami na początku dwudziestego wieku.


Droga Smoczych ŹródełTamtej nocy śniłam, że samotnie błąkam się po Drodze Smoczych Źródeł ogarnięta przerażającą pewnością, iż matka odeszła na zawsze.

W 1908 roku siedmioletnią Jialing matka porzuca na dziedzińcu niegdyś wspaniałej posiadłości pod Szanghajem. Jialing jest zazhong, Euroazjatką, i musi stawić czoło życiu w pogardzie – zarówno ze strony Chińczyków, jak i Europejczyków. Bez opieki matki przetrwa tylko wtedy, gdy nowi właściciele nieruchomości, rodzina Yangów, przyjmie ją do siebie.

Jialing znajduje sojuszniczki w Anjuin, najstarszej córce Yangów, oraz w Lisicy, zwierzęcym duchu, który od stuleci zamieszkuje nawiedzony dziedziniec. Jej życie jako niewolnicy Yangów zmienia się nieoczekiwanie, kiedy zaprzyjaźnia się z angielską dziewczynką, która potem w tajemniczych okolicznościach znika.

Nigdy nie tracąc nadziei na odszukanie matki, Jialing dorasta podczas burzliwych pierwszych lat republiki chińskiej, prowadzona przez Lisicę i własną siłę duchową, z dala od cieni przeszłości. Wplątuje się jednak w morderstwo na obrzeżach intrygi politycznej, wchodzi w związek, który naraża na szwank jej przyjaźń z Anjuin, i nawiązuje zakazany romans zagrażający ukochanemu mężczyźnie.

***

To niezwykła lektura, przepełniona magią, a zarazem realizmem… Tą powieścią Chang zapewnia sobie pozycję interesującej, budzącej emocje narratorki… która każe nam na nowo przemyśleć nasze związki z miejscem, tożsamością i przodkami.
“Quill & Quire”

Chang snuje intrygującą opowieść, precyzyjnie osadzoną na tle chaotycznych wydarzeń targających Chinami na początku dwudziestego wieku. Bogata w szczegóły, z fascynującym przeplataniem się dziedzin duchowych i ziemskich, druga powieść Janie Chang próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy możliwe jest przezwyciężenie własnej przeszłości.
“Booklist”

Liryczna i magiczna… Cudownie skomponowana powieść Janie Chang pozostanie z czytelnikiem na długo po zakończonej lekturze.
“Rt Book Reviews”

Janie Chang ma bystre oko do szczegółów i nasyca nimi tę magiczną opowieść mistrzowsko osadzoną w pierwszych latach republiki chińskiej, z bohaterkami, dzięki którym prezentuje ograniczenia pętające dziewczęta, i mistycznym dobrym duchem. Rezultat jest czarujący.
Shilpi Somaya Gowda, autorka “Sekretnej córki” i “Ukochanego syna”

“Droga Smoczych Źrodeł” to po prostu jedna z najlepszych powieści, jakie od długiego czasu czytałam. Z lirycznym, serdecznym portretem świata, który już nie istnieje… Janie Chang stworzyła czarującą, wbijającą się w pamięć książkę. Polecam ją bez zastrzeżeń.
Jennifer Robson, bestsellerowa autorka “Francuskiego romansu”

Janie Chang to kanadyjska powieściopisarka, w swojej twórczości czerpiąca z historii rodzinnych. Dorastała, słuchając opowieści o przodkach, którzy spotkali smoki, duchy i nieśmiertelnych, a także o życiu rodzinnym w małym chińskim miasteczku przed II wojną światową. Jest absolwentką Writer’s Studio na Simon Fraser University.
Urodzona na Tajwanie, Janie mieszkała na Filipinach, w Iranie, Tajlandii i Nowej Zelandii. Obecnie mieszka w Vancouver w Kanadzie.

Janie Chang
Droga Smoczych Źródeł
Przekład: Alina Siewior-Kuś
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 7 czerwca 2018
 
 

Droga Smoczych Źródeł


ROZDZIAŁ 1

Listopad 1908 roku, Rok Małpy

Rano, zanim odeszła, moja matka zapaliła kadzidełko przed ołtarzykiem Lisa.
W tamtym tygodniu umarli cesarz Guangxu i cesarzowa wdowa. Matka powiedziała, że nowy cesarz to mały, niespełna trzyletni chłopiec imieniem Puyi. Dziecko dwa razy młodsze ode mnie władało Chinami i matka modliła się za niego. I za nas.
Z zamkniętymi oczami i złożonymi dłońmi klęczała, kołysząc się w przód i w tył. Nie słyszałam modlitw, które mruczała, starałam się tylko ją naśladować, choć nie mogłam się powstrzymać przed zerkaniem na obrazek przyklejony do ceglanej ściany: barwną odbitkę przedstawiającą kobietę w powłóczystych jedwabiach, z twarzą słodko pustą, z jedną ręką uniesioną w geście błogosławieństwa. U jej stóp siedział wielki czerwony lis. Duch Lisa, wyobrażony pod postacią ludzką i zwierzęcą.
Ołtarz był zwykłym niskim stołem przysuniętym do kuchennej ściany. Na popękanym drewnianym blacie stał gliniany dzban wypełniony piaskiem. Matka pozwoliła mi wetknąć weń ostatnią garść kadzidełek, a nawet zapalić zapałkę. Tamtego ranka nie miałyśmy żadnego jedzenia na ofiarę poza kilkoma wysuszonymi śliwkami.
Lis przyglądał mi się ze swym namalowanym uśmiechem.
Po odmówieniu modlitwy matka założyła mi nową zimową tunikę.
– Zostań tu, Jialing – powiedziała, przepychając ostatni sznurkowy guzik przez pętelkę. – Bądź cicho i nie pozwól, żeby ktokolwiek się dowiedział, że tu jesteś. Zostań w Zachodnim Domostwie, dopóki mama nie wróci.
Minęły jednak trzy dni, a ona nie wróciła.
Mieszkałyśmy tylko we dwie w głównym domu Zachodniego Domostwa. Zwykle spałam z mamą w jej łóżku, ale byłam też przyzwyczajona do spędzania nocy w pokoju zabaw. Mieścił się w erfangu, parterowym skrzydle złożonym z pięciu pomieszczeń. Drzwi wychodziły na werandę biegnącą wzdłuż frontu, z niej zaś schody prowadziły na brukowany dziedziniec. Naprzeciwko znajdował się drugi erfang, ale ten był zrujnowany, z zawalonym dachem.
Kiedy Szlachetny Wujek odwiedzał moją matkę, musiałam opuszczać główny dom. Matka wysyłała mnie do pokoju zabaw, skąd zabierała mnie rano po jego odejściu. Wówczas nasze spokojne życie wracało do normy.
Czasami wyjeżdżała ze Szlachetnym Wujkiem na dzień lub dwa, ale nigdy na tak długo.

W pierwszy dzień nieobecności matki przekartkowałam kilka książek w pokoju zabaw, potem wyszłam na dziedziniec, żeby strząsnąć śliwki z drzew. Usuwałam wysuszony miąższ i chowałam pestki do kieszeni. Osmalonym końcem patyka z kuchennego pieca narysowałam szachownicę na bruku dziedzińca i w jej kratkach umieszczałam pestki. Rano i po południu trzęsłam drzewami w nadziei na nowy zbiór owoców, który pozwoli mi uzupełnić pionki w mojej grze.
Po dwóch dniach zaczęłam jeść śliwki, choć smakowały pleśnią.
Głównie jednak wypatrywałam i wyczekiwałam powrotu matki.
Frontowy dziedziniec był mniejszy, brama wychodziła na Drogę Smoczych Źródeł. Lata temu matka zepchnęła w kąt muru otaczającego dziedziniec połamane meble, po czym związała drewniane nogi i oparcia, tworząc w ten sposób stabilną platformę, na którą mogłyśmy się wdrapywać. Z tej grzędy szpiegowałyśmy zewnętrzny świat.
Wiciokrzew pnący się po szczycie muru nie miał liści, ale plątanina łodyg była dość gęsta, by zapewnić osłonę. Patrząc w dół na lewo, widziałam frontowy dziedziniec Środkowego Domostwa, domu Szlachetnego Wujka i jego rodziny. W murze oddzielającym dziedzińce była furtka, ale korzystał z niej jedynie Szlachetny Wujek.
Po prawej biegła ulica. Stojąc na palcach, zerkałam przez łodygi z nadzieją, że zobaczę matkę wysiadającą z lektyki albo rikszy, ale widziałam tylko naszych sąsiadów, nieświadomych mojej obecności, niedbających o mnie.
Wróciłam przed ołtarz Lisa i uklękłam do modlitwy. Kołysałam się na piętach ze wzrokiem utkwionym w obrazku przyklejonym do ściany. W nozdrza łaskotał mnie zatęchły zapach kadzidełka. Proszę, sprowadź z powrotem moją mamę. Ale kobieta wpatrywała się w dal, a zwierzę tylko się uśmiechało.
„Duchy Lisa niemal zawsze są kobiece”, powiedziała kiedyś matka. „Pojawiają się pod postacią lisa albo pięknych kobiet. Pomagają tym, którzy się z nimi przyjaźnią. Współczują zwłaszcza nieszczęśliwym niewiastom”.
Rozważałam teraz słowa matki. Modliła się do Lisa, ponieważ była nieszczęśliwa?
Tamtej nocy śniłam, że ogarnięta przerażającą pewnością, iż matka odeszła na zawsze, samotnie błąkałam się po Drodze Smoczych Źródeł. Strach wyrwał mnie ze snu w szare światło brzasku. Byłam zupełnie sama. Płakałam i płakałam, lecz nikt nie wysłuchał moich rozpaczliwych lamentów. Zwinęłam się w kłębek pod kołdrą i ukołysałam do snu szlochami.
Nazajutrz rano położyłam się kompletnie ubrana na wąskim łóżku, naciągnęłam kołdrę na głowę i próbowałam się rozgrzać. Talerz na podłodze drwił ze mnie resztkami kurczaka i ryżem w liściach lotosu, do których wciąż przywierał aromat czosnku i oleju sezamowego. Bolał mnie brzuch, mocny ucisk skręcał mi wnętrzności. Zaczęłam żuć liść lotosu, kiedy jednak próbowałam go przełknąć, twarde włókna wywołały odruch wymiotny i wyplułam je na podłogę.
Wreszcie wyszłam na dziedziniec napić się wody ze studni. Uklękłam przy niskiej cembrowinie i odepchnęłam drewniane wieko. Spuściłam metalowy kubek, a kiedy usłyszałam chlupot w mrocznej głębinie, zaczęłam ciągnąć linę, przekładając dłonie, tak jak uczyła mnie matka. Mając w pamięci jej przestrogi, pilnowałam, żeby nie przechylić się za mocno nad kamiennym brzegiem, i na powrót nałożyłam wieko. Nie chciałam skończyć jako duch topielicy, z mokrymi włosami przyklejonymi do twarzy, która wabi ofiary, by podzieliły jej los.
To nie potrwa długo, odezwał się ktoś za moimi plecami. Nadchodzą ludzie. Słyszę ich na drodze. Głos był wysoki, wymowa precyzyjna.
Okręciłam się na pięcie. Zwierzę z rdzawym futrem ziewnęło, pokazując różowy język i ostre białe zęby. Wyglądało jak jeden z bezdomnych psów włóczących się po Drodze Smoczych Źródeł, ale było smukłe, choć nie wychudzone, i miało puszysty ogon. Lis. Oczy lśniły mu bursztynową żółcią, w głębinach czarnych źrenic połyskiwały zielone cętki. Pysk miało długi i elegancki, łapy schludne, z czarnymi skarpetkami. A potem zniknęło.
Przestraszona, upuściłam kubek i opadłam na ziemię, przyciskając plecy do studni.
Czy zasnęłam i wyśniłam sobie to stworzenie?
Później usłyszałam głosy. Obce głosy. Wykrzykujące polecenia i odpowiedzi.
Pobiegłam przez bambusowy zagajnik na frontowy dziedziniec i wdrapałam się na stos mebli. Brama sąsiedniego domu stała otwarta. Z ulicy dobiegały podniecone śmiechy i gwar, później rozległ się stanowczy kobiecy głos:
– Cisza! Okażcie szacunek duchom w naszym nowym domu!
Paplanina ustała jak nożem uciął.
– Wszystkie drzwi i okna są otwarte, Stara Pani. – Krępy mężczyzna w prostym niebieskim stroju służącego szedł przez dziedziniec w kierunku bramy. – Duchy, które nie chciały zostać, z pewnością już odeszły.
– Czy wszyscy coś niosą? – To był męski głos, niski i jowialny. – Nie możemy przekroczyć progu nowego domu z pustymi rękami.
Przez bramę wszedł mężczyzna ze stosikiem książek pod pachą. Jego okrągłą twarz rozjaśniał entuzjastyczny uśmiech, długi warkoczyk miał ten sam ciemny połysk co satynowa czapeczka.
Staruszka przy jego boku białe włosy uczesała w ciasny kok, czoło zaś przykryła szeroką opaską z czarnego jedwabiu. Niosła dwa zwoje i drobiła na maleńkich stópkach. Za nimi na dziedziniec weszła para młodszych kobiet. Jedna, z okrągłą roześmianą twarzą i zaokrąglonym brzuchem, o biodro opierała kosz z owocami. Druga była wysoka i blada, z mocno zaciśniętymi ustami, przez co wyglądała na skwaszoną; przez chude ramię miała przewieszony prostokąt haftowanej tkaniny.
Za kobietami podążali młody mężczyzna i dziewczyna. On niósł pudełko z laki, ona przykryty kosz. Była wysoka, wzrostem niemal dorównywała mojej matce, włosy miała splecione w dwa ciężkie warkocze związane wstążkami, błyszczące i gęste. Watowana zimowa tunika z granatowej flaneli sięgała jej do kostek.
Następna była służąca, która prowadziła za rękę małego chłopca. Orszak zamykały dwie kolejne służące; rozglądały się na wszystkie strony, patrzyły też w górę, ale nie dostrzegły mojej buzi między pnączami.
– Lao-er, gdzie jest nasze szczęśliwe drzewo pomarańczowe? – Jowialny głos należał do okrągłolicego mężczyzny. Stał na progu wewnętrznej bramy, gotów do wejścia na główny dziedziniec. – Rusz się, zasadź je!
Służący, który pierwszy się odezwał, otworzył szeroko bramę wejściową i wtoczył taczkę z narzędziami ogrodniczymi i małym drzewkiem pomarańczowym z korzeniami owiniętymi w zabłocony jutowy worek. Niewielka procesja przeszła przez wewnętrzną furtę na małe podwórze. Za nią kolejni robotnicy pchali taczki załadowane meblami i innym dobytkiem.
Mojej matki nie było pośród krążących tam i z powrotem ludzi.
Wróciłam na dziedziniec i potrząsnęłam śliwą rosnącą na skraju bambusowego zagajnika. Na ziemię spadły cztery pomarszczone owoce. Podniosłam je i zjadłam, nie przejmując się piaskiem, który je oblepiał. Wyplułam pestki i ułożyłam na szachownicy.
Nagłe skrzypnięcie kazało mi uciec do pokoju zabaw: ktoś otworzył furtkę łączącą dwa frontowe dziedzińce. Czekałam, klęcząc przy oknie. Przez ażurowe okiennice zobaczyłam wchodzącą postać. To była ta wysoka dziewczyna.
Na moment zniknęła mi z oczu, bo ścieżka prowadziła przez bambusowy zagajnik, potem znów się pojawiła, minęła skalniak, weszła pod ogrodowy łuk. Nie śpieszyła się, przystawała, by popatrzeć na głaz, obdarty z kory pień bambusa, rzeźbiony kamień łuku. Powiodła spojrzeniem po dziedzińcu i otaczających go zabudowaniach, piętrowym głównym domu na końcu, erfangu, w którym się ukrywałam, zrujnowanym erfangu naprzeciwko, po bambusowym zagajniku. Weszła po schodach na werandę głównego domu i przez ażurowe okna zajrzała do pokojów, gdzie mieszkałyśmy z matką. Wróciła na dziedziniec i zatrzymała się, by popatrzeć na pestki leżące na prowizorycznej szachownicy.
Pokaż się jej, powiedział głos.
Zamrugałam na widok Lisa, który pojawił się koło mnie. Wyciągnęłam rękę, by go dotknąć, sprawdzić, czy jest prawdziwy. Stworzenie lekko mnie polizało, dotyk jego szorstkiego języka dodał mi odwagi.
– Kim jesteś? – szepnęłam.
Twoja matka paliła kadzidełka dla ducha Lisa. Nie pamiętasz?
Matka lubiła opowiadać historie o duchach Lisa.
– Jesteś złym czy dobrym duchem?
Warknął lekceważąco.
Jak mogę powiedzieć, czy ktokolwiek jest naprawdę zły czy dobry? Jestem Lisem od setek lat i z tego, co widziałam, wiem, że trzeba wielu pokoleń, by konsekwencje do końca się wypełniły.
Odpowiedź wydała mi się bez sensu, choć jej następne słowa już nie. Idź do tej dziewczyny. Da ci coś do zjedzenia.
– Mama mówiła, żebym nikomu się nie pokazywała – powiedziałam, lecz mój protest zabrzmiał słabo. Pustka w brzuchu była ważniejsza.
W odpowiedzi Lisica popchnęła mnie w stronę drzwi.
Pierwszą rzeczą, którą dostrzegłam z bliska, były oczy dziewczyny. Jej wygląd nie przyciągał uwagi, rysy miała pospolite, gładkie i płaskie na zwyczajnej twarzy, za to oczy wielkie i głęboko osadzone, poważne i spokojne.
Przemówiła pierwsza:
– Sąsiedzi mówili, że po wyprowadzce rodziny Fong przez dwie noce słyszeli płacz. Według nich to zjawa konkubiny, która popełniła samobójstwo. Widziałaś taką zjawę?
Pokręciłam głową. Matka nigdy nie wspominała o żadnych zjawach.
– To ty płakałaś, prawda? – zapytała dziewczyna. – Tak myślałam. Wiedziałam, że ktoś tu jest, jak zobaczyłam pestki śliwek. Nadal są wilgotne.
– Widziałaś moją matkę? – Pytanie samo stoczyło się z mojego języka, ważniejsze niż jedzenie.
– Kto jest twoją matką?
– Na imię ma Mama. – Jak inaczej mogłaby się nazywać? Dziewczyna jednak patrzyła na mnie, jakby oczekiwała czegoś więcej. – Odjechała z tamtymi, ale wróci.
– Dlaczego nie pojechałaś z nią? – Od kilku dni sama zadawałam sobie to pytanie. Teraz mogłam tylko bez słowa umknąć spojrzeniem. – Jak się nazywasz?
– Jialing.
– Moje rodowe nazwisko brzmi Yang – powiedziała dziewczyna. – Yang Anjuin. A twoje?
– Zhu. Tak mi się wydaje. – Jak to możliwe, że nie znałam własnego nazwiska? Mama rzadko o nim wspominała, jakby nie było dla niej ważne. Zawsze nazywała mnie Jialing. „Moja mała Ling-ling”, czasami droczyła się ze mną, a brzmiało to jak dźwięk dzwonka.
– Chodźmy porozmawiać z moją babką, Jialing.
Anjuin wyciągnęła rękę, a ja ją ujęłam. Palce miałam zimne i dość lepkie, ale ona trzymała mnie mocno i patrzyła na mnie czystymi, wypełnionymi dobrocią oczami. Moja czujność się rozproszyła i kiedy ścisnęła mi dłoń, odwzajemniłam uścisk.
Gdy wychodziłyśmy, usłyszałam szelest w bambusach. W mojej głowie zabrzmiało ostrzeżenie, bym nikomu nie wspominała o duchu Lisa.
I bądź grzeczna, dodał głos. Bądź grzeczna i ułatw im decyzję, by pozwolili ci zostać.
– Musisz ją nazywać babką Yang – szepnęła Anjuin.
Z dziedzińca Środkowego Domostwa posłała służącego, żeby uprzedził jej babkę. W głównym domu weszłyśmy do pokoju na parterze. Domownicy już się tam zgromadzili i wszyscy wzajemnie się przekrzykiwali. Nigdy dotąd nie widziałam tylu osób w jednym miejscu. Przywarłam do dłoni Anjuin.
– Więc to jej płacz słyszeli sąsiedzi – powiedziała młoda kobieta z zaokrąglonym brzuchem. – Sama widzisz, Pierwsza Żono, nie ma żadnych duchów. Nasz nowy dom nie jest nawiedzony.
– Ona jest złym omenem – odparła druga kobieta. Wydawała się o wiele starsza, choć może powodem były jej chuda figura i skwaszona, niezadowolona mina. Gdy na nią zerknęłam, przeszyła mnie spojrzeniem.
Anjuin zaprowadziła mnie na drugi koniec pokoju, gdzie na leżance odpoczywała starsza kobieta. Okrągłolicy jowialny mężczyzna stał obok niej, ale to ona przyciągnęła moją uwagę. Dała mi znak dłonią i Anjuin lekko mnie pchnęła.
Babka Yang miała chudą twarz z papierową skórą naciągniętą ciasno na kości policzkowe i siateczką zmarszczek wokół oczu, takich samych jak u Anjuin, czujnych i głęboko osadzonych. Była ubrana w spodnie i tunikę z prostej tkaniny, rząd czarnych sznurkowych guzików stanowił jedyną ozdobę siwej jak gołębica bluzy, szerokich mankietów nie zdobił nawet najprostszy haft. Potem dostrzegłam buty na maleńkich stopach, które nie całkiem sięgały podłogi. Były z bogato wyszywanej czerwonej satyny.
Staruszka zmierzyła mnie spojrzeniem.