“Z Medyki” to zapis świata, który już nie wróci. Kasper Pawlikowski umieścił w centrum opowieści osoby z kręgu rodzinnego należące do kilku generacji.


Z MedykiWśród nich tak znaczące dla polskiej kultury, jak poetki Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i Beata Obertyńska czy prekursor polskiej ekologii Jan Gwalbert Pawlikowski.

Tym, co było siłą spajającą członków rodu Pawlikowskich, a co jest też spoiwem każdej z historii opowiedzianych na kartach tej książki, jest pasja, umiłowanie kultury, natury i życia w każdym jego aspekcie.

***

“Pawlikowski umieścił w centrum opowieści osoby z kręgu rodzinnego należące do kilku generacji, stworzył portrety miejsc – dworów, domów, mieszkań w miastach, opisał – tak ważne w utworze pamiętnikarskim – relacje międzyludzkie, uchwycił obyczajową aurę, odniósł się do poglądów, przeświadczeń, pasji i powinności tworzących tradycje rodu, zarysował tło wielkiej historii, skradającej się, osaczającej, niweczącej budowany przez pokolenia ład. (…)
Meandryczny, przeplatany dygresjami opis zdarzeń porządkowany wedle rytmu upływających lat, zderzony zostaje z historią krystalizowania się osobowości opowiadającego, przechodzenia od odbioru świata przez dziecko – do młodzieńczych, a później dorosłych wtajemniczeń.
W tym pamiętniku istotne są kwestie tożsamości – tworzonej i odkształcanej przez Innych. Każda międzyludzka relacja okazuje się unikatowa, dlatego zmieniamy sposoby zachowania, niejako kształtujemy siebie od nowa. Jakaś wybrana strona osobowości, każdorazowo inna, ujawnia się w spotkaniu z drugim człowiekiem”.
Wojciech Ligęza

Kasper Pawlikowski
Z Medyki. Wspomnienia rodzinne Kaspra Pawlikowskiego
Wydawnictwo Znak
Premiera: 25 października 2017
 
 

Z Medyki


W pierwszych sześciu latach życia za kompanię miałem starszą o dwa lata siostrę oraz kuzynkę Iwę mieszkającą w Kniażycach za Przemyślem. W Medyce nie miałem żadnych kolegów do towarzystwa i zabawy. Natomiast do Nowostawów, w naszym niedalekim sąsiedztwie, do państwa Rozwadowskich, zjeżdżał się w lecie tabun dzieci w moim i starszym wieku. Razu któregoś zostałem tam zaproszony na kilka dni. Nie chciałem potem wracać do domu, w którym nie miałem rówieśników. Pamiętam wyraz zawodu w oczach mamy z tego powodu.
Nim nadciągnęło młodsze rodzeństwo, byłem już „zdefiniowanym” chłopcem. Rodzice, zdając sobie sprawę z moich chłopięcych potrzeb, angażowali na lato studentów, którzy odgrywali rolę starszych braci. Kilku z nich istotnie było miłymi kompanami. Jeździłem z nimi konno, wałęsałem się po lasach, wyprawiałem się na pikniki do sąsiedztwa i czytałem lektury. Był jednak wśród nich jeden, o pamiętnym dla mnie do dziś nazwisku, który znęcał się nade mną i kazał mi klęczeć albo stać w kącie za błahostki. Nie mając zaufania do ojca, oczywiście nic mu o tym nie powiedziałem. Uczyłem się twardej szkoły znoszenia trudnych chwil w samotności, ale wobec „oprawcy” żywiłem uczucia nienawiści: chciałem, żeby nie był, życzyłem mu śmierci. Odbiło się to jednak na mnie fatalnym rykoszetem. Niedługo później, w pierwszych dniach wojny ów młody człowiek poległ w obronie ojczyzny. Na długie lata pozostało mi przejmujące wrażenie, że to ja go zabiłem.
Po osiągnięciu siódmego roku i przejściu rytuału postrzyżyn chłopak puszczał fartuch matki, zostawiał młodsze rodzeństwo obojga płci i przechodził pod opiekę ojca i męskich wychowawców. Ci wdrażali go w arkana przystałe mężczyźnie, jak konna jazda w siodle, doznawanie niewygód, noce pod gołym niebem, przyjmowanie odpowiedzialności i udział w polowaniach z dorosłymi myśliwymi. W Medyce zaczęło się od towarzyszenia ojcu w strzelaniu do wron, których stada gnieździły się na pobliskich topolach. Ponieważ wydzierżawiony folwark był znacznie oddalony od dworu, mój kontakt z gospodarstwem rolnym pozostawał ograniczony. Natomiast wizyty w sąsiedztwie dawały mi szersze ziemiańskie i rolnicze doświadczenie.
Od wczesnych lat ojciec starał się wpajać w nas wiedzę o naszych przodkach i o rozległych powinowactwach, o bohaterach narodowej historii i ludziach zasłużonych dla Polski. Niemałą niespodziankę, która mi z czasem spowszedniała, stanowiło odkrywanie w podręcznikach szkolnych postaci z rodzinnej orbity. Niestety, ojciec swoje próby wyrabiania we mnie wiedzy o grzybni koligacji zaczął nieco za wcześnie i zbyt natarczywie, tak iż wiele przysłowiowych pereł rozsypało się bezpowrotnie. Lata później starałem się zebrać ich potłuczoną miazgę.
(…)

***

Pradziadek Mieczysław jako pierwszy z Pawlikowskich przejęty był odkrywczą pasją gór. Pasję tę, którą przejął jego syn, podzielały wszystkie następne pokolenia. Jakkolwiek Medyka była siedzibą rodziny, Jan Gwalbert, syn Mieczysława, znamiennie dla swojego przywiązania do Tatr, założył grób rodzinny w Zakopanem. Nie mógł przewidzieć, że zaledwie kilka lat po jego śmierci zwłoki ojca Mieczysława i całej rodziny, pochowane do tego czasu w medyckim grobowcu, zostaną brutalnie wywleczone z trumien przez barbarzyńskiego najeźdźcę. Tylko dzięki samarytańskiej ofiarności obywateli Medyki zostały później zebrane i przechowane.
Rytm życia w Zakopanem był zgoła inny niż w Medyce. Zauroczenie przodków górami nie miało nic wspólnego z rekordami w zdobywaniu niedostępnych szczytów i skalnych ścian. Ani dziadek, ani ojciec nie byli alpinistami, mieli natomiast uczuciowy stosunek do Tatr i duchową z nimi łączność. Ich młodzieńcze osiągnięcia wspinaczkowe łączyły się ze znawstwem przyrody i filozoficzną refleksją. Dzieło Jana Gwalberta o ochronie przyrody1 tu się zrodziło. Gdy zaś pojawił się pomysł ekspedycji z włoską ekipą na Ruwenzori, Michał z typowym dla siebie entuzjazmem zapałał chęcią do wzięcia w niej udziału.
W Zakopanem ojciec nie miał pod ręką swojego warsztatu archiwalnego, zatem jego zajęcia rozkładały się między pomoc żonie w jej twórczości artystycznej, wycieczki w Tatry, goszczenie znajomych i debatowanie z odwiedzającymi oraz lekturę. Lubił chodzić w góry, zwłaszcza prowadząc tam gości, ale mimo członkostwa w Polskim Związku Narciarskim i Polskim Klubie Automobilowym mianowanie go sportowcem byłoby mocno przesadzone.
Nieodzowną instytucją w rodzinie, czy to w Medyce, czy w Domu pod Jedlami, były bony, które zmieniały się co jakiś czas. Odkąd pamiętam, zawsze w domu były kolejne frankofońskie mesdames, których obecność miała zapewnić nam znajomość języka i kultury galijskiej, a starszym oderwanie od rodzicielskich obowiązków. Osoby te miały indywidualne profile, ale wspominam je wszystkie z sympatią. Obecność zagranicznych dames de compagnie była utartym zwyczajem w wielu rodzinach. Jedna z takowych, nieobznajomiona z polskim kodeksem wychowawczym, za jakąś krnąbrność uderzyła mojego siedmioletniego kuzyna w policzek. Ambitny chłopiec – znając ów kodeks – wdrapał się z trudem na stołek i odpłacił Francuzce pięknym za nadobne. Oczywiście odeszła niezwłocznie. Niektóre bony na przestrzeni lat zrastały się z rodzinami niemal integralnie, inne zatrudniane były sezonowo. Były to przeważnie zrównoważone i odpowiedzialne panie towarzyszące dzieciom, mówiąc po francusku w ich codziennych zajęciach.
Przy tym podłoże polskości było w nas wkładane na wielu poziomach. Najwcześniejszy był ustny przekaz rodziców i starszych, opowiadania o bohaterach, o udziale członków rodziny w zrywach niepodległościowych i oporze wobec wrogów. Gdy posiedliśmy umiejętność czytania, przejęły ową rolę książki, zwłaszcza ilustrowane. Boże Narodzenie, imieniny i podróżne „gościńce” były okazjami do propagowania patriotyzmu i polskiej świadomości. Należy pamiętać, że jeszcze kilkanaście lat wcześniej Polska nie istniała na mapach Europy. Orientacja narodowa naszej rodziny miała w tym swoje niewątpliwe źródło. Wpajając nam patriotyzm, dbano jednak, by nasza edukacja była jednocześnie oknem na szeroki świat. Znajomość obcego języka była tu zasadnicza. Akcent padał na wartości i związki kulturalne bardziej niż na zabarwienia polityczne czy styl życia. W tym kontekście kultura francuska u nas, jak i na dalszym wschodzie Europy była głęboko zakorzeniona. Język francuski stanowił lingua franca we dworach, w dyplomacji i w domenie kultury. Trudno mi było natomiast pogodzić patriotyczne wychowanie, które odbierałem, z częstotliwością, z jaką język niemiecki pojawiał się między dorosłymi i zachwaszczał słownictwo. Jako dzieci mieliśmy za krótką perspektywę, by zrozumieć, że poprzednie pokolenia zostały wychowane pod zaborami, wykształcone zawodowo i naukowo w kulturze germańskiej. Dla nas, małych, troje zaborców było wrogami, tak zbiorowo, jak – niestety – indywidualnie.
(…)
Jan Gwalbert Henryk Pawlikowski żył w latach 1891–1962. Był trzecim z czworga dzieci Jana Gwalberta i Wandy Pawlikowskich, po Michale i Halci (zmarłej w dzieciństwie), a przed Wandą Janiną, czyli Nusią. Jego biogram w Polskim Słowniku Biograficznym stanowi jakby zestawienie oderwanych segmentów, tak jak jego życie. Po krakowskim gimnazjum i maturze we Lwowie w 1909 roku studiował dwa lata agronomię w Dublanach, gdzie jego ojciec był profesorem. Studiował również przyrodę na lwowskim Uniwersytecie Jana Kazimierza, ale powab życia pociągał go bardziej niż studia, a wydaje się, że wytrwałość, także w tych zamierzeniach, nie była jego dominującą cechą. Takoż wczesne sukcesy literackie nie były dla niego wystarczającą podnietą, by zająć się poważnie twórczością pisarską.
Obdarzony był talentami zasobnie, ale ich kombinacja z temperamentem i cechami charakteru nie ułożyła się na tyle korzystnie, by mogły się one w pełni rozwinąć, o ile pełnia w ogóle jest możliwa. Życie wagabundzkie zawładnęło jego fantazją i wciągnęło go na wiele lat. Chyba miał to we krwi. Podczas wojny, pod nieobecność ojca i brata (1916) objął nadzór majątku w Medyce. Nie mieszkał tam jednak na stałe, spędzając czas w mieszkaniu rodziców we Lwowie i w Domu pod Jedlami. Wcześniejsza służba w wojsku austriackim, do którego w 1915 roku wstąpił na ochotnika, wskazuje, że rwał się do świata w poszukiwaniu wrażeń. Także małżeństwo z Marią Kossakówną-Bzowską w 1919 roku nie zdołało go zakotwiczyć i ustabilizować.
Dwa lata później, w 1921 roku, Jaś przyłączył się do zespołu teatralnego znanej tancerki i aktorki Rity Sacchetto, podówczas żony jego przyjaciela, rzeźbiarza Augusta Zamoyskiego. Jaś przez rok występował z nią po świecie jako wykonawca groteskowych tańców. Okres od 1922 do 1929 roku to czas spędzony głównie w domu rodzinnym w Zakopanem wśród artystyczno-sportowej cyganerii. Zajmował go wtedy alpinizm, narciarstwo, bliższe i dalsze podróże zagraniczne, uczestnictwo w życiu Zakopanego, które tchnęło jeszcze duchem odkrywczym z czasów Jana Sabały, księdza Józefa Stolarczyka, Tytusa Chałubińskiego i żyjących naonczas Kazimierza Tetmajera i Jana Kasprowicza, Malczewskich, Witkiewiczów. Ten znamienny okres jego życia, nim jego i moje lata się zazębiły, ujęty jest bogato na zbrązowiałych stronach albumów i w wycinkach z pism.
Zakopane w tym czasie było nadal silną atrakcją dla ludzi o zmyśle odkrywczym, przyciąganych egzotyką gór i ich ludu, bogactwem sztuki zdobniczej, architekturą, zdrowym klimatem i napływem cyganerii. Przybysze dojeżdżali sezonowo albo budowali sobie stylowe domy, tworząc swoistą zakopiańską socjetę. Jaś, mając w Zakopanem zakotwiczenie rodzinne, spędzał czas na wyprawach górskich, wyczynach sportowych, spotkaniach towarzyskich, turystyce automobilowej.
(…)
Obdarzony był talentami zasobnie, ale ich kombinacja z temperamentem i cechami charakteru nie ułożyła się na tyle korzystnie, by mogły się one w pełni rozwinąć, o ile pełnia w ogóle jest możliwa. Życie wagabundzkie zawładnęło jego fantazją i wciągnęło go na wiele lat. Chyba miał to we krwi. Podczas wojny, pod nieobecność ojca i brata (1916) objął nadzór majątku w Medyce. Nie mieszkał tam jednak na stałe, spędzając czas w mieszkaniu rodziców we Lwowie i w Domu pod Jedlami. Wcześniejsza służba w wojsku austriackim, do którego w 1915 roku wstąpił na ochotnika, wskazuje, że rwał się do świata w poszukiwaniu wrażeń. Także małżeństwo z Marią Kossakówną-Bzowską w 1919 roku nie zdołało go zakotwiczyć i ustabilizować.
Dwa lata później, w 1921 roku, Jaś przyłączył się do zespołu teatralnego znanej tancerki i aktorki Rity Sacchetto, podówczas żony jego przyjaciela, rzeźbiarza Augusta Zamoyskiego. Jaś przez rok występował z nią po świecie jako wykonawca groteskowych tańców. Okres od 1922 do 1929 roku to czas spędzony głównie w domu rodzinnym w Zakopanem wśród artystyczno-sportowej cyganerii. Zajmował go wtedy alpinizm, narciarstwo, bliższe i dalsze podróże zagraniczne, uczestnictwo w życiu Zakopanego, które tchnęło jeszcze duchem odkrywczym z czasów Jana Sabały, księdza Józefa Stolarczyka, Tytusa Chałubińskiego i żyjących naonczas Kazimierza Tetmajera i Jana Kasprowicza, Malczewskich, Witkiewiczów. Ten znamienny okres jego życia, nim jego i moje lata się zazębiły, ujęty jest bogato na zbrązowiałych stronach albumów i w wycinkach z pism.
Zakopane w tym czasie było nadal silną atrakcją dla ludzi o zmyśle odkrywczym, przyciąganych egzotyką gór i ich ludu, bogactwem sztuki zdobniczej, architekturą, zdrowym klimatem i napływem cyganerii. Przybysze dojeżdżali sezonowo albo budowali sobie stylowe domy, tworząc swoistą zakopiańską socjetę. Jaś, mając w Zakopanem zakotwiczenie rodzinne, spędzał czas na wyprawach górskich, wyczynach sportowych, spotkaniach towarzyskich, turystyce automobilowej.
Dopiero drugie małżeństwo z Walerią Kontschinsky w roku 1929 osadziło go w jego leśnym dworku w Kniażycach, gdzie zakosztował egzystencji bardziej osiadłej. Gwaś, jak go nazywała jego pierwsza żona, miał burzliwe życie, ale w latach trzydziestych szum owych burz już był ucichł. Ograniczał się teraz do rewiru Kniażyc, Domu pod Jedlami i do wypadów turystycznych za granicę.
Można spekulować, czy ta osiadłość była wynikiem cezury życiowej oznaczającej wejście w dorosłość, zmęczenia bezdomnością czy brakiem innych opcji. „Ustatkował się i gospodarował rzetelnie”, stwierdził jego brat Michał. Niedługo się jednak przyszło mu się tym delektować, bo jak dla wszystkich, i dla niego ponura kurtyna zapadła w 1939 roku.

Od mojego zarania postać Gwasia owiana była nimbem reputacji niefrasobliwego sportowca i bon viveura. W owym pokoleniu był jedyną w rodzinie Pawlikowskich osobą zainteresowaną mechaniką i techniką optyczną. Amatorsko – jak i wszystkim innym – trudnił się filmem, fotografią, astronomią. Frywolny, o ruchach szybkich i młodzieńczych, podatny na spontaniczne, oryginalne pomysły, był błyskotliwy i czarujący. Posługiwał się swobodnie sześcioma językami, do których dochodziła doskonała znajomość gwary góralskiej. Stryj Jaś miał dla mnie powab człowieka nieskrępowanego konwenansami, wolnego od przymusów. Żył dla siebie. Jego obraz kojarzył mi się zawsze z zapachem wyprawionej skóry na obiciu siedzeń czy siodeł, naoliwionych mechanizmów samochodowych i z nienagannym ubraniem. Jednym z wyrazów jego techniczno-innowacyjnego zamiłowania było zelektryfikowanie za pomocą rotorów-wiatraków swojego leśnego dworu leżącego w środku lasu. Pamiętam dobrze te skomplikowane instalacje, których montaż dobiegł chwalebnego końca w 1939 roku. Miał też pomysł zrobienia na stokach góry przy domu otwartego basenu kąpielowego ze specjalnym systemem nawadniania, który ziścił w 1938 roku. W Kniażycach zobaczyłem też po raz pierwszy, jak się kopie cembrowane studnie głębinowe.
Jego stosunek do mnie był dorosło-nonszalancki, neutralny, bez objawów rodzinnego afektu. W tym ostatnim był również wielce powściągliwy, by użyć eufemizmu, nawet wobec własnej żony i córki. We mnie bawiło go to, że sobie jestem, jedyny syn w rodzinie, i że się gdzieś pętam. Podobało mu się moje zainteresowanie „mechaniką”, czyli jego pojazdami. Najlepiej pamiętam go z Zakopanego, chociaż bywałem często w Kniażycach. Żona Jasia, Vally, była zawsze wobec mnie poprawna, ale jej obraz zapamiętany z owych lat był pozbawiony kobiecego, a nawet macierzyńskiego ciepła. Miała za sobą trudne lata, które mogły odebrać jej joie de vivre, jeśli nawet, co wątpliwe, jej potencjał byłby w niej wcześniej zakodowany. Stryjenka była Austriaczką i mówiła po polsku płynnie, choć z zająknieniami i z trudnością wymowy, która ją łatwo identyfikowała jako germanojęzyczną. W naszej kulturowo jednolitej rodzinie Vally była wyraźnie obcym elementem. Ale była członkiem rodziny i to wystarczało.
Curriculum Jasia obejmowało mglistą przestrzeń, której zarysu nie potrafiłem objąć. Wyłaniały się z niej obrazy i opowiadania jego współczesnych oraz urywki rozmów starszych, które łowiłem zachłannie. Jaś pisywał, i na polu literackim był „zdolnym amatorem”, jak sam się określał, niemniej wiele lat później dało mu to członkostwo Związku Literatów. Był autorem wielu artykułów w czasopismach, napisał wspaniałą gwarą góralską legendę Bajda o Niemrawcu, za którą został nagrodzony honorowym członkostwem Związku Górali, a pisana przez wiele lat u schyłku życia powieść Cisonie, wydana po śmierci Jasia przez jego brata Michała, została uznana za jedno z najważniejszych dzieł poświęconych góralszczyźnie. Publikował reportaże sportowe i wypowiadał się sporadycznie na temat folkloru. Niemała część jego sztuki władania słowem wypływa w jego korespondencji. Był zapalonym piewcą Podhala, członkiem Klubu Wysokogórskiego i Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Organizował w Zakopanem zawody narciarskie, a gdy tylko stało się to możliwe, wstąpił do Wojska Polskiego i zajął się szkoleniem wysokogórskiego oddziału Brygady Strzelców Podhalańskich. Jako członek międzynarodowej komisji brał udział w nadzorowaniu plebiscytu na Spiszu i Orawie w 1920 roku.
Odkąd pamiętam, stryj łączył mi się nierozerwalnie z osobą Lilki, późnej Jasnorzewskiej. Lilka wyszła z naszej rodziny we wczesnych latach dwudziestych, ale z życia Jasia wychodziła dłużej i ociągliwie, a  jej ślad był wyczuwalny w Domu pod Jedlami przez długi czas. Za mojego pojawienia się wciąż był jeszcze bardzo świeży. W naszej tradycjonalnej, katolickiej rodzinie za sprawą Jasia stanąłem przed pierwszym etycznym dylematem dotyczącym kwestii małżeńskich i musiałem samotnie dać sobie z nim radę.