Książka François Noudelmanna “Geniusz kłamstwa” to opowieść zarówno dla rozmiłowanych w filozofii, jak i dla tych, którzy kojarzą ją z nudnymi i niezrozumiałymi traktatami – ci pierwsi docenią, drudzy będą mieli okazję odkryć i pokochać.


Geniusz kłamstwaRousseau, który pisze traktat o wychowaniu, porzuca piątkę swoich dzieci; Kierkegaard, który tworzy teksty religijne, prowadzi równocześnie życie libertyna; kładącą podwaliny pod filozofię feminizmu Simone de Beauvoir łączy pełna uległości relacja z amerykańskim kochankiem; Foucault, który wychwala odwagę prawdy, utrzymuje w sekrecie swoją chorobę na AIDS; wreszcie nienawidzący podróży Deleuze, który staje się filozofem nomadyzmu.

“Geniusz kłamstwa” to esej filozoficzno-literacki, w którym autor prezentuje sylwetki najsławniejszych filozofów francuskich, ale przygląda się im od strony, której sami ci filozofowie być może ujawniać by nie chcieli – od strony kłamstwa.

Wszystko to składa się na pasjonującą opowieść – pełną sympatii, ciepła i przyjaznej krytyki, która jednakowoż nigdy nie przesłania precyzji analizy – o tym, jak życie umysłu odpowiedzialnego za tworzenie filozoficznych konceptów łączy się z jednostkowym życiem psychicznym. Zasadnicza korzyść takiego przedsięwzięcia ma bardzo duży walor poznawczy: pozwala ono bowiem zobaczyć w zupełnie nowym świetle abstrakcyjne pisma i pojęcia filozofów i lepiej – by nie powiedzieć: wreszcie – je zrozumieć.

Heidegger zapytany o życie Arystotelesa miał odpowiedzieć: „Urodził się, myślał i zmarł. A cała reszta jest tylko czystą anegdotą”. O tym, jak ogromną wagę ma owa „anegdota”, zaświadcza najlepiej sam Heidegger…

François Noudelmann jest profesorem na Wydziale Literatury Francuskiej i Frankofońskiej w Université Paris-VIII. W latach 2001–2004 był dyrektorem założonego między innymi przez Derridę Collège international de philosophie. Prowadził wiele audycji filozoficznych na antenie radia France Culture. Jego wiele prac z pogranicza filozofii i literatury, poświęconych między innymi Sartre’owi, Beckettowi, Nietzschemu i Barthes’owi, zostało przetłumaczonych na dziesiątki języków.

François Noudelmann
Geniusz kłamstwa
Przekład: Magdalena Łachacz, Michał Krzykawski
Wydawnictwo Naukowe PWN
Premiera: 13 września 2018
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Geniusz kłamstwa


A wreszcie tak ukształtowana jest dusza ludzka, że raczej do łudzenia się jest skłonna niż do zobaczenia prawdy.
Erazm z Rotterdamu, Pochwała głupoty

Nie trzeba się obrażać, że inni skrywają nam prawdę, skoro my skrywamy ją tak często samym sobie.
La Rochefoucauld, Maksymy i rozważania moralne

Wprowadzenie
Amoralne podejście do kłamstwa

Moralne potępianie kłamstwa uniemożliwia ocenę jego złożoności. Gdy tylko udaje nam się zawiesić sąd nad osobą, która kłamie, obserwowanie pobudek postawy kłamliwej w całej jej zasobności staje się zajęciem pasjonującym i pouczającym. Niczym Darwin uważnie wypatrujący oznak radości i bólu na twarzy swojego dziecka po to, by poczynione obserwacje zawrzeć w studium o emocjach zwierząt, odkrywamy wówczas rozpiętość znaków i języków, które są właściwe kłamstwu. Życie codzienne zaś dostarcza nam jego licznych odmian w postaci scen dotyczących zarówno sfery osobistej, jak i zbiorowej. Niewierność małżeńska od dawien dawna stanowi pole doświadczalne, które pokazuje, jak osoba niewierna wymyśla scenariusze, nagina słowa i wykonuje bardziej lub mniej zręczne manewry. Podobnie jest ze spektaklem politycznym, gdy jakiś skorumpowany urzędnik zaklina się na wszystkie świętości, że jest niewinny. Oczywiście z trudem powściągamy wówczas wzbierające w nas uczucia – zazdrość lub pogardę – tak bardzo bowiem urąganie prawdzie nas szokuje. Niemniej jednak odrobina trzeźwości dotycząca natury ludzi i ich wypowiedzi pozwala dostrzec niewiarygodną zasobność kłamstwa, która kryje się za jego niezliczonymi figurami.
Zdolność do mówienia nieprawdy fascynuje i niepokoi. Zdemaskowanie kłamcy wiąże się z jego natychmiastową i długotrwałą dyskredytacją. Wszystkie jego wypowiedzi stają się z miejsca podejrzane, nawet wówczas, gdy mówi prawdę – niczym dziecko, które krzyczy: „Uwaga, wilk!” i któremu nikt już nie wierzy, ponieważ skłamało za pierwszym razem. Ludzka skłonność do kłamstwa rzuca podejrzenie na wszystkich mówców i rozmówców. W jaki sposób wychwycić więc w klarownie brzmiącym głosie lub szczerym spojrzeniu zwodnicze zamiary? Jaka nauka mogłaby pomieszać szyki najbardziej zaprawionemu w bojach kłamcy? Liche mitologie pozwalają żywić nadzieję, że fałszywe wypowiedzi można odeprzeć dzięki technikom policyjnym i psychologicznym. Ich przykładem jest „wykrywacz kłamstw” – ów zbanalizowany rekwizyt z amerykańskich filmów, który przepisuje emocje osoby poddanej badaniu i przedstawia je w formie wykresu graficznego. Poligraf, jak sama nazwa wskazuje, sporo zapisuje na podstawie mowy i niewerbalnego języka ciała. Przywraca to, co zostało przemilczane, ukryte – wyjawia sekret. Aparatura podłączona do ciała człowieka poddanego badaniu mierzy reakcje na rozliczne pytania i rejestruje odpowiedzi, które wywołały w przesłuchiwanym poruszenie, pocenie się lub przyspieszenie rytmu pracy serca. Zresztą dzięki analizie mikroekspresji czy obrazowania czynnościowego, lokalizującego aktywujące się strefy mózgu u osoby, która kłamie, techniki wykrywania kłamstwa stały się o wiele bardziej wyrafinowane. Serial Magia kłamstwa odniósł nawet spory sukces za sprawą występującej w nim ekipy pseudonaukowców, których uwadze nie umyka nawet najmniejszy ruch mięśni twarzy, skinienie palcem, rozszerzona źrenica czy tembr głosu. W służbie policyjnej prawdy przedzierają się oni do głębi dusz i demaskują najpodstępniejsze kłamstwa. Abstrahując od tego, czy ich badania są wiarygodne, czy nie, owi specjaliści pozostają wierni od dawna sprawdzonej idei: ciało wyjawia prawdę, gdy dusza ją ukrywa. Postacie największych psychologów pokroju Racine’a czy Prousta zdradzają swe intencje i uczucia poprzez ton, drżenie lub barwę głosu. Kłamstwa Odety wobec Swanna można poznać po pełnym bólu spojrzeniu, a także pełnym skargi głosie, które jej smutkowi przydają zbyt wiele ekspresji.
Ciało ukazuje konflikt między prawdą a kłamstwem, nadaje wyrazu zawinieniu względem tego, co prawdziwe. Zmiany fizyczne, dyskretne lub wyraźne, pokazują, do jakiego stopnia kłamstwo, zamiast pozostać utajone we wnętrzu złośliwej duszy, wywołuje zaburzenie porządku na zewnątrz. Wytwarza ono szczególny rodzaj ciała, które staje się niewierne względem tego, co miało przekazać. Tym samym kłamstwo wypracowuje własną substancję, z trudem poddającą się kontroli, pomiędzy ropą a cystą, potliwością a histerią. W owej dynamice uczestniczą zarówno materialności cielesne, jak i wymyślone figury, choreografie, scenariusze i wypowiedzi, które wymykają się świadomej kontroli. Analiza tego typu produktywności ciała prowadzi do zrelatywizowania dualizmu, który tkwi w istocie nauk zajmujących się wykrywaniem kłamstwa. Nie istnieje bowiem z jednej strony wewnętrzna, właściwa myśli strefa, w której wykuwałoby się[1] kłamstwo, a z drugiej – cielesna powłoka, której ułomność pozwalałaby ukazać najgłębsze zaplecze owej kuźni. Ciało nie jest przenośnikiem, który fałszywa mowa wprawia w drżenie, ani też przejrzystą powierzchnią konfliktu pomiędzy fortelem a prawdą. Uczestniczy ono raczej w konstytuowaniu się niestabilnej całości, na którą składają się słowa i gesty, różnego rodzaju alibi i odstawiane komedie. Kłamstwo pociąga więc za sobą zachowanie zintegrowane i metamorficzne, a kłamanie łączy w sobie namiętności i pobudki, pobudza energię intelektualną i popędową.
Mówienie, pisanie, sądzenie, odczuwanie, lubienie i kochanie – wszystkie te czynności mogą być wynikiem procesu fabrykacji opartej na kłamstwie, aktywnej lub biernej, duchowej lub cielesnej.
Próba wykrycia kłamstwa napotyka na wiele trudności, z których najbardziej znaną jest opanowanie doświadczonego kłamcy. Rzecz jasna parametry określonego badania są dostosowywane do poszczególnego indywiduum, którego emocje mierzone są podług miary jego własnych kłamstw, podczas gdy wszelkie odchylenia w jego reakcjach pozwalają na ustalenie indywidualnej skali. Niemniej jednak niektórym osobowościom udaje się zachować samokontrolę, często za pomocą środka uspokajającego, dzięki czemu wymykają się próbom wykrycia. Kłamca, perfekcyjnie odgrywając komedię, wciela się w postać, która mówi prawdę.
Jednak w przypadku tego rodzaju technik największą wątpliwość budzi zakładany z góry intencjonalny charakter kłamstwa. Zwyczajowa definicja pozwala sądzić, że dana osoba kłamie, będąc w pełni świadoma faktów: zna prawdę i decyduje się ją zamaskować, tudzież powiedzieć nieprawdę. Kłamie umyślnie. Tymczasem istnieje cały szereg sytuacji, w których kłamstwa nie da się jasno zidentyfikować. Zwodnicze przedstawienie faktów i przeinaczenie sensu słów autoryzują kilka „wersji” prawdy. W obliczu pytań: „Czy zdradził pan żonę?” lub „Czy otrzymał pan pieniądze w nielegalny sposób?” wiele odpowiedzi i postaw świadczy o tym, że granica pomiędzy tym, co prawdziwe, a tym, co fałszywe, przebiega przez językowe i prawnicze subtelności. Słowa wypowiedziane przez prezydenta Billa Clintona, po tym jak zmieszał się, gdy zeznał nieprawdę pod przysięgą, stały się przedmiotem godnych iście biblijnej egzegezy komentarzy, w których usiłowano ustalić, czy fellatio ze stażystką należy postrzegać jako występny akt seksualny.
Niemożność wejrzenia w lędźwie i serca powoduje, że obnażenie kłamstwa jest trudne, gdyż próba taka napotyka na niejasne, by nie powiedzieć spowite mrokiem intencje. Czy kłamca zawsze kłamie rozmyślnie? W jakim stopniu jest świadomy swojego kłamstwa? W subtelnej analizie pobudek lub uwikłania kłamcy w swoje wypowiedzi nie sposób rozstrzygać jednoznacznie, ucinając kwestię ostrzem pryncypiów moralnych. Zresztą kłamca, sam nie stając się typem psychotycznym, może czasem przekonać samego siebie do własnych kłamstw i w końcu w nie uwierzyć. Dziecko, które zaprzecza, że stłukło czajniczek do herbaty, tudzież zabójca, który twierdzi, że to nie on wbił nóż w serce ofiary, zostaną wprawieni w stan zmieszania w obliczu dowodów. Niemniej jednak prawda nie zawsze leży w faktach, których prawdziwości można by dowieść. Sposób, w jaki kłamca postrzega własne kłamstwa, może ulegać zmianie do tego stopnia, że sama prawda przybiera różne rozmiary i kolory: półprawdy, małe kłamstewka lub półkłamstewka, określane po angielsku jako białe kłamstwa (white lies), a więc kłamstwa, które zdają się nie mieć konsekwencji i nie wywołują poczucia, że oto dopuszczono się zdrady lub przewinienia. Zwyczajne życie zmusza do tego, by trochę kłamać, a nawet tego od nas wymaga, aby nie urazić innych. Domaganie się prawdy bez względu na okoliczności, tak jak domagał jej się Alcest w Mizantropie, prowadzi do samotności lub szaleństwa. Zresztą ci, których demaskuje Molierowski bohater – kłamcy z towarzyskiej wygody – nie są przekonani co do tego, że kłamią. Jako że świadomość kłamstwa zależna jest od jego definicji i poczucia, którymi kieruje się każdy i każda[2] z osobna, intencji wypaczenia prawdy nie można uznać za kryterium absolutne. Niektórzy wszak układają się z prawdą, podczas gdy inni mają przed kłamaniem silne skrupuły. Z kłamstwem jest jak z acting out: ludzie nie są równi w obliczu możliwości uchybienia prawu moralnemu.
Jak wobec tego wychwycić kłamstwo, które nie jest przeżywane jako kłamstwo? Stawiając to pytanie, stajemy przed najbardziej rozpowszechnionym i interesującym kłamstwem, to jest kłamstwem, które każdy praktykuje w stosunku do siebie. Kłamstwo staje się w tym wypadku potężnym problemem, który dalece wykracza poza sferę sądów prawnych i moralnych. Konfrontacja z potęgą tego typu kłamstwa wymaga analizy jego skuteczności – mogącej równać się ze skutecznością wytwarzaną przez prawdę – przez pryzmat sposobów, w jakie jest wymawiane, fabrykowane, a także przez pryzmat jego autonomicznego istnienia. Do wykonania tego zadania nie wystarczy wykrywacz kłamstw. Potrzeba tu raczej tyleż nauki, co sztuki obserwacji, a więc „psychologii”, a przynajmniej tego, co przez nią rozumieli siedemnastowieczni moraliści, lub psychologii takiej, jaką praktykowali Nietzsche i Freud. Tysiąc i jeden sposobów, na które podmiot się oszukuje, wierzy w swe kłamstwa oraz wpada w sidła miłości własnej, skłaniają do wyprowadzenia analizy kłamstwa daleko poza intencjonalny akt. Kłamcy nie zawsze wiedzą, że kłamią, zwłaszcza że oprócz innych oszukują samych siebie. Wspomniane pojęcie intencji wydaje się zbyt proste, by zdać sprawę z licznych niuansów i pobudek, poprzez które podmiot udaje, przygotowuje i podrabia prawdę.
Amoralna analiza kłamstwa bada, bez osądzania, rodzaje wymyślnej logiki stosowanej przez podmiot, który konstruuje spójny oraz silnie oddziałujący świat, aby wabić innych. W zwyczajnej sytuacji kłamcy muszą wykazywać się dużym talentem, by podtrzymać kłamstwo, ponieważ wymaga ono karmienia pokaźną liczbą innych historii. O ile osoba mówiąca szczerze i bez ogródek nie odczuwa potrzeby dopełniania prawdy ozdobnikami, kiedy ta już została wyrażona i wszystko stało się jasne, o tyle kłamca układa przeróżne i niemające końca fikcje. Konfabuluje, splata ze sobą wiele opowieści i dorzuca bez przerwy nowe, w miarę jak wyłaniają się dowody, które zadają im kłam. Ta akumulacja szczegółów czy też wysiłek zmierzający do skontrowania prawdy stają się często dla kłamstwa znamienne. Przez opowiadanie nazbyt licznych historii kłamca „przesadza” i demaskuje samego siebie. Jednakowoż konstrukcje tego rodzaju są stawiane również przez kłamców nieintencjonalnych, tych, którzy kłamią niejako bez własnej wiedzy. Wówczas przedstawiają one zadziwiające bogactwo estetyczne i psychiczne przeinaczeń i językowej hipertrofii. W obliczu tak rozgadanych i podstępnych figur podejrzenie bierze się z natarczywości, którą podmiot przejawia, chcąc ogłosić pewną prawdę lub dać się poznać z pewnej strony.
Natarczywość, powtórzenia i nieustanne wracanie do jednej kwestii – oto podejrzane gesty językowe zdradzające niepokój, który jest odwrotnością pewności manifestowanej przez mówcę. Freud zauważył, że powtarzamy to, czego nie jesteśmy w stanie powiedzieć raz a dobrze. Według niego powtarzane zachowanie odsyła do przebytej traumy, której podmiot nie potrafi wyartykułować. Z językowego punktu widzenia powtórzenie wskazuje raczej na dysonans przeżywany obecnie bądź na współczesny konflikt pomiędzy wypowiedzią a jej znaczeniem. Dlaczego taki podmiot odczuwa nawracającą potrzebę mówienia o tym, że u niego wszystko w porządku, że się nie boi lub że wszystko mu się udaje? Czy nieprzerwane trąbienie o dobrym zdrowiu, nie sugeruje czegoś wprost przeciwnego? Wspomniana natarczywość może przejawiać się również w tonie, rytmie zdania, w paradoksalnie dodającej pewności siebie prędkości, z jaką się mówi. Czułe ucho będzie potrafiło wychwycić podtekst tych zjawisk, które, czasem ledwie zauważalnie, noszą ślad kłamstwa.