“Runa”, debiutancka powieść niemieckiej pisarki Very Buck, to przejmująca historia zbudowana z faktów i fikcji, przybliżająca czytelnikowi mroczne czasy początków psychiatrii.


RunaDruga połowa XIX wieku w to w psychiatrii czasy mroczne: szeroko stosowane, niesprawdzone, eksperymentalne metody lecznicze, operacje i testy przeprowadzane na nieświadomych pacjentach, upokarzające, obojętne i okrutne traktowanie chorych z dolegliwościami psychicznymi – z dzisiejszej perspektywy budzą grozę i niesmak. W tym nieprzyjaznym środowisku Vera Buck umieściła akcję swej debiutanckiej powieści „Runa”, łącząc w fabule fakty i fikcję.

Większość wydarzeń z głównych wątków „Runy” rozgrywa się w 1884 roku i ma miejsce w słynnej w owym czasie klinice Salpêtrière, kierowanej przez charyzmatycznego doktora Charcota. Jego sława, wykłady i prezentacje przypadków chorobowych, konstruowane niczym przedstawienia cyrkowe, z narastającym napięciem i oszałamiającym widzów finałem, przyciągają uwagę mieszkańców całej Europy, a metody leczenia i wyniki badań nad funkcjami mózgu przyjmowane są z uznaniem przez świat medyczny. Przy tym mało kto zdaje sobie sprawę, co kryje się za naukowymi sukcesami i teatralnymi prezentacjami Charcota. To ból i cierpienie tysięcy pacjentów kliniki, określanej przez jej kierownika jako “żywe muzeum patologii”, traktowane jako nieograniczone pole do eksperymentów leczniczych, pod koniec XIX wieku określanych z uznaniem jako postępowe, z dzisiejszej perspektywy możliwych jedynie do określenia jako brutalne i nieludzkie.

Vera Buck wplotła losy fikcyjnych bohaterów w autentyczne wydarzenia z owych czasów, by móc opowiedzieć historię dotykającą problemów moralności i etyki badań medycznych, eksperymentów przeprowadzanych na ślepo na zasadzie “a nuż się uda coś odkryć” i ich konsekwencji dla osób będących królikami doświadczalnymi. Jej książka zawiera elementy powieści historycznej, thrillera, a nawet horroru – głównie za sprawą opisów terapii i eksperymentów medycznych niczym z komnaty tortur. Autorka opowiada historię z perspektywy trzech bohaterów, których losy za sprawą ciągu wydarzeń nieuchronnie zmierzają do punktu, w którym splotą się ze sobą. Jednym z nich jest pierwszoosobowy narrator Maxime, chórzysta, poeta i przyszły pisarz, którego rola w opowieści długo pozostaje niejasna, dwaj pozostali, przedstawieni z perspektywy trzecioosobowej – to Jori i Lecoq.

Młody lekarz Jori Hell, asystent doktora Charcota, przyjechał do Paryża ze Szwajcarii, z nadzieją na naukę u najlepszych profesorów i uzyskanie doktoratu, co pozwoli mu pomóc ukochanej osobie. Nowa pacjentka kliniki, Runa, może być szansą na spełnienie jego marzeń. Jori – idealista, wielbiciel doktora Charcota, zdeterminowany by osiągnąć upragniony cel, znajdzie się w sytuacjach konieczności dokonania niełatwych wyborów moralnych i etycznych.

Mężczyzna, którego poznajemy jako Monsieur Lecoqa, byłego policjanta, obecnie prywatnego detektywa, to zwolennik nauk Cesare Lombroso o fizjonomice, który ma rozwiązać zagadkę zniknięcia żony zleceniodawcy. Gdy jego śledztwo zatacza szersze kręgi, na jaw wychodzą nowe fakty łączące kilka morderstw z osobą tytułowej Runy, a Lecoq w poszukiwaniu zabójcy przemierzy najbardziej mroczne zakamarki Paryża… i swojego umysłu.

I wreszcie najbardziej tajemnicza postać w powieści – Runa, dziewięcioletnia dziewczynka, spiritus movens fabuły, która znalazła się w klinice Salpêtrière w niejasnych okolicznościach, jej przeszłość jest nieznana, jakby przybyła znikąd, a zachowanie nietypowe – nie mówi, nie chce jeść, jest agresywna, nie poddaje się metodom leczniczym doktora Charcota, jest jedynie w stanie posługiwać się pismem będącym mieszanką pojedynczych słów i obrazków. Choć do końca powieści przeszłość Runy pozostanie niedopowiedziana, to jej losy będą kanwą, na której Vera Buck osadziła fabułę. Uważny czytelnik z pewnością odtworzy ze strzępów informacji choćby fragment wcześniejszego życia dziewczynki, ale nie to w powieści jest najważniejsze.

Vera Buck znakomicie oddała opresyjną atmosferę czasów, gdy dominowało zezwolenie społeczne na przedmiotowe traktowanie pacjentów z chorobami psychicznymi

Losy głównych bohaterów i kilku postaci drugoplanowych – jak choćby rodzeństwa Frédérica i Isabelle, żądnego sukcesu doktora Luysa czy naszego rodaka Józefa Babińskiego, późniejszego znakomitego neurologa – znakomicie zarysowanych, pełnych życia, są tłem do szerszego spojrzenia na niezbyt chwalebne lata początków psychiatrii. Vera Buck znakomicie oddała opresyjną atmosferę tamtych czasów, gdy dominowało zezwolenie społeczne na przedmiotowe traktowanie pacjentów z chorobami psychicznymi, bezbronnych, poniżanych, leczonych z okrucieństwem i zepchniętych na margines społeczeństwa. Styl pisania Very Buck – spokojny i przekonujący, drobiazgowy i realistyczny, oddaje ducha i nastrój czasów, a przy tym daje czytelnikowi dużo wiedzy faktograficznej, choć momentami wydaje się zbyt szczegółowy w opisach medycznych. Widać tu dużą pracę, jaką autorka poświęciła na zbieranie materiałów oraz poznanie biografii i dokonań ówczesnych tuzów medycyny.

Trzeba powiedzieć, że nie jest to książka dla osób o słabych nerwach. Chociaż współczesny czytelnik, zaznajomiony z różnymi formami okrucieństwa za sprawą przekazów medialnych, książkowych i filmowych horrorów i przesiąkniętych sadyzmem thrillerów, jest dość uodporniony na brutalność, to uświadomienie sobie, że początki współczesnej medycyny wypełnione były tak dużą dozą okrucieństwa, może wywołać gęsią skórkę. Przyczynia się do tego naturalność i żywość opisów, pozbawionych ozdobników, beznamiętnych niczym prezentacja pacjentek Charcota.

Vera Buck przedstawiła wstrząsający, ponury i przygnębiający, autentyczny obraz dziewiętnastowiecznej medycyny, opowieść o ludziach, którzy dla prestiżu porzucają własną godność, szacunek i współczucie dla cierpiących, świat z jednej strony fascynujący z racji odkryć i osiągnięć nauki, z drugiej odpychający i zmuszający do zastanowienia – czy i gdzie leży granica, której nie wolno przekroczyć w imię zachowania człowieczeństwa? Nikodem Maraszkiewicz

Vera Buck, Runa, Przekład: Emilia Skowrońska, Wydawnictwo Initium, Premiera: 3 września 2018
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Runa

Vera Buck
Runa
Przekład: Emilia Skowrońska
Wydawnictwo Initium
Premiera: 3 września 2018
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Jori siedział w ostatnim rzędzie pustego audytorium i próbował nie myśleć o Pauline. Myślał o niej przez cały tydzień, tak długo, aż jego umysł i całe ciało miały jej dość. Jeszcze jedna myśl o niej i pęknie niczym z przejedzenia – być może wtedy już nigdy nie będzie chciał jej dotknąć.
Zerknął na zegarek. Do rozpoczęcia wykładu zostało dwadzieścia minut. Aby nie myśleć o Pauline, pomyślał o Paulu. Jeszcze tydzień temu przyjaciel siedział tutaj obok niego. Teraz na jego miejscu leżał tylko program z planem wieczoru. Jori zaczął go przeglądać bez większego zainteresowania. Wprowadzono zmianę: w miejsce zapowiadanego wykładu na temat ślepoty słownej miał być wykład o histerii uwarunkowanej traumą u dzieci. To mogło być interesujące. Paul będzie zły, że nie przyszedł – Jori miał taką nadzieję. Od czasu kłótni w bibliotece przyjaciele niemal ze sobą nie rozmawiali. Paul przeprowadził się do hotelu i chadzał na wykłady doktora Valentina Magnana w Sainte-Anne, jak podejrzewał Jori, z czystej przekory – jego zdaniem nie istniał inny powód, dla którego ktokolwiek miałby przedłożyć teorie Magnana nad szkołę słynnego profesora Charcota. Magnan był psychiatrą, zajmował się wariatami – i choćby z tego względu na drabinie nauk medycznych znajdował się daleko pod neurologiem Charcotem – to się rozumiało samo przez się. Nie znał się na leczeniu nerwów, neurozach ani na histerii. W Paryżu istniało sporo lekarzy uważających, że Magnan powinien założyć własny wydział, żeby zajmować się swoją irracjonalną teorią o degeneracji człowieka.
Jori odłożył folder. W audytorium zrobiło się już ciemno, zbyt ciemno, by czytać. Czekał, aż ktoś przyjdzie i zapali wielkie ścienne latarnie obok rzędów krzeseł. Ale potem pomyślał, że być może właśnie na tym polega jego problem. Zawsze tylko czeka. Na to, żeby Charcot zaprezentował swoje pacjentki, żeby ktoś oddał do biblioteki wypożyczone książki, żeby przyszedł ktoś, kto zapali światło albo da mu tytuł doktora – za pracę badawczą, której nigdy nie napisał. Zacisnął palce na oparciu krzesła przed sobą. To prawda, w ten sposób nie uratuje Pauline. Skąd jednak miał wziąć pomysł na pracę doktorską, skoro wszystko, co nadawało się do zbadania, było już tematem innych prac? Przyglądał się swoim zbielałym knykciom, sterczącym i ściągniętym, gdy złapał oparcie jeszcze mocniej.
Podniósł palce; teraz widział środkowe knykcie dłoni – drugi, trzeci i czwarty palec wyraźnie się odznaczały: Ossa metacarpalia, Basis ossis metacarpi, Corpus ossis metacarpi. Fascynujące. Podczas studiów kupił sobie model dłoni, nie zorientowawszy się, że od dwudziestu siedmiu lat nosi go przy sobie. Gwałtownie puścił oparcie i wstał, zdecydowany samodzielnie zapalić lampy gazowe. Przez chwilę bezskutecznie szukał patyka. Potem z czystej przekory zajął miejsce na środku pierwszego rzędu. Przynajmniej tu będzie pierwszy, w gotowości, gdy otworzą się drzwi i do sali wejdą inni. Policzył krzesła po prawej i lewej stronie i przesunął się o jedno miejsce w stronę okna. Nie pozwoli, by ignorowano go przez kolejne trzy lata. Przypomni o sobie Charcotowi. Piętnaście krzeseł z lewej strony i czternaście z prawej – bardziej pośrodku nie dało się siedzieć. Zerknął na zegarek w oczekiwaniu, aż upłyną ostatnie minuty.

[…]

– Moi panowie, dzisiejsze przedstawienie to premiera również dla mnie. – Charcot stał przed kurtyną w pozycji człowieka, który właśnie ma odsłonić nowy pomnik. – Pacjentka, którą za chwilę wam przedstawię, trafiła do nas przed zaledwie kilkoma godzinami. Jej cierpienie jest jednak tak ogromne i robi takie wrażenie, że nie chciałem czekać do przyszłego tygodnia, by wam ją pokazać. Mam nadzieję, że zmiana programu wam nie przeszkadza. Zestawienie materiału klinicznego zawsze zależy od konkretnego przypadku.
Jori był w tej klinice dostatecznie długo, by się domyślać, że Charcot improwizuje – prawdopodobnie zmarła pacjentka, na przykładzie której planował przeprowadzić pokaz ślepoty słownej. Charcot nie lubił działać spontanicznie. Wolał mieć wszystko zaplanowane aż do ostatniego szczegółu.
– Podczas gdy znajdująca się za sceną chora jest przygotowywana do hipnozy, mam okazję pokrótce przedstawić panom przypadek: jest to najmłodsza, jak do tej pory, pacjentka w naszych szeregach, ma osiem bądź dziewięć lat – tak przypuszczamy, albowiem nie znamy jej wieku, historii rodzinnej ani nawet imienia. – Charcot przechadzał się przed kurtyną. Splótł dłonie za plecami, jakby musiał się zastanawiać, gdyż nie zdążył zaplanować tej przemowy. Za nim jak zwykle trzymał się Guinon, który sporządzał notatki.
– Krótko mówiąc, panowie, dziecko nie chce z nami rozmawiać, co nie oznacza, że jest nieme. Wręcz przeciwnie. Ma wspaniale funkcjonujący głos! Ci z was, którzy przed godziną znajdowali się w pobliżu oddziału dla bezrozumnych dziewcząt, z pewnością to potwierdzą.
Jori dostrzegł złośliwe uśmieszki na otaczających go twarzach. Miał niedobre przeczucie, że godzinę temu we wspomnianym miejscu znajdowali się wszyscy oprócz niego.
– Dopóki zatem dzięki hipnozie nie dowiemy się o dziecku czegoś więcej, będziemy stosować imię, które nadano mu w Saint-Vincent-de-Paul: Runa. To osobliwe imię, którego pochodzenia nie znam. Jednakże owo imię nie jest nawet w połowie tak dziwne jak zachowanie dziewczynki. W rzeczy samej nasza mała Runa ma za sobą prawdziwą odyseję po klinikach i sierocińcach. Cztery kliniki w ciągu dwóch i pół miesiąca – toż to niemal rekord! Wszędzie dziecko zachowywało się tak osobliwie, że żaden specjalista nie czuł się na siłach, by postawić diagnozę – ba, nie chciano nawet opiekować się pacjentką i przekazywano ją dalej. „Krnąbrne zachowanie”, „wysoki stopień zidiocenia”, „apatia nerwowa” – w stosie akt można przeczytać takie właśnie opisy, tak obszerne, że dałoby się wypełnić nimi cały podręcznik do medycyny. Nie ma tam jednak ani jednej przekonującej diagnozy, moi panowie. Ani jednej. – Charcot pokręcił głową. Nawet teraz wyglądał czcigodnie; wykonywał dobrze przemyślane ruchy głową w prawo i w lewo. – Rzecz jasna pozostaje pytanie, dlaczego nie przywieziono jej od razu tutaj, do tego domu chorych, żeby mogli się nią zająć prawdziwi specjaliści, którzy stwierdzą, co jej dolega – a przecież diagnoza znajduje się na wyciągnięcie ręki. Dziewczynka mianowicie cierpi na dolegliwości histeryczne, i to w klasycznej postaci! – Charcot oparł na biodrze swój Sex Bâton. Tępy koniec drąga wbił mu się w bok, tonąc w pełnych kształtach doktora. – Hipnoza! – zawołał. – Magia hipnozy.
Jori pochylił się na swym krześle.
Dziewczynka, którą wwieziono na scenę, miała zamknięte oczy, jakby spała. Była blada, chuda i o wiele za mała, jak na swój wiek. Niemal ginęła na wielkim niepowleczonym materacu. Charcot schylił się i przysunął usta do jej ucha. Jego szept był natarczywy, ale nie na tyle głośny, by mogli go słyszeć obecni na sali mężczyźni. A przecież studenci bardzo się starali dosłyszeć wszystko, nie chcieli, by umknął im jakikolwiek szczegół. Nikt w sali się nie poruszył, dziecko również trwało w bezruchu.
Nagle Charcot się nachmurzył. Jego oczy ześlizgnęły się głębiej w ciemne oczodoły. Przycisnął Sex Bâton do ramienia Runy, ale dziewczynka nie otworzyła oczu. Studenci zerkali na siebie z przerażeniem. Może podczas przygotowywania hipnozy za sceną coś poszło nie tak? Może ktoś coś spartaczył? Asystenci Charcota otrzymywali to zadanie na zmianę. Kto dziś był odpowiedzialny za hipnozę?
– Babiński! – ryknął Charcot w stronę audytorium.
Wszyscy podskoczyli. Zaczęli rzucać sobie spojrzenia pełne złośliwej satysfakcji. Joseph Babiński był faworytem doktora. On nazywał go swym odkryciem – pozostali mówili na Babińskiego „kocur Charcota”. Tak więc nikt nie miał nic przeciwko temu, by wreszcie najlepszy student otrzymał burę. W rzeczy samej dzisiejsze widowisko było premierą.
Babiński wyszedł zza kurtyny. W dłoni trzymał świecę, w jego oczach czaiło się przerażenie. Wyglądał jak jedna z rozhisteryzowanych epileptyczek Charcota. Profesor zrobił trzy susy i już był przy nim; wyrwał mu świecę z ręki. Guinon pokornie chodził za mistrzem krok w krok, jakby się bał, że bez jego cienia nagle zostanie nagi na scenie.
Jori oparł prawy łokieć na kolanie i wysunął głowę, by lepiej widzieć. Charcot właśnie powtarzał wprowadzenie do hipnozy. Poruszał świecą przed zamkniętymi oczami dziecka i mruczał jakieś słowa, jakby chciał zaklinać duchy. Następnie wziął Sex Bâton i ponownie dotknął nim dziewczynkę, najpierw delikatnie, a potem coraz mocniej, aż wreszcie wbił laskę w bok jej nieruchomego ciała. Wyglądało to tak, jakby chciał zmusić bezwładnego psa, by się podniósł.
Otwórz oczy, zaklinał w myślach Jori, jakby telepatia mogła pomóc tam, gdzie zawiodła hipnoza. No dalej, otwórz oczy! Ale Runa tego nie uczyniła – zdawało się wręcz, że zacisnęła powieki; wokół nich pojawiły się niewielkie zmarszczki.
– Babiński, otwórzcie oczy! – rozkazał ostro Charcot.
Babiński, nadal drżąc, podszedł do chorej i rozwarł własne powieki tak gwałtownie, że gałki niemal wypadły mu z oczodołów. Gapił się na dziecko i ani się ważył mrugnąć. Dopiero dochodzący z sali śmiech uświadomił mu fatalną pomyłkę. Zmieszany, Polak wbił wzrok w podłogę i wcisnął głowę między ramiona. Następnie położył oba palce wskazujące na zamkniętych powiekach dziewczynki. Rozchylił je, a w następnej chwili wzdrygnął się jak rażony prądem. On i Charcot wymienili przerażone spojrzenia. Na dwie sekundy profesor zapomniał o złości na ulubionego ucznia. Po chwili doktor się opanował. Odwrócił wzrok i wykonał władczy gest: Babiński miał spróbować jeszcze raz.
Jori wyprostował się na krześle. Bardzo chciał się dowiedzieć, co wyprowadziło obu mężczyzn z równowagi, jednak twarz dziewczynki i jej oczy, otwarte na siłę przez Babińskiego, zniknęły za płomieniem świecy, którą wymachiwał Charcot.
– Jestem doktor Charcot, leczę cię i będziesz mi posłuszna. Gdy zabiorę świecę, spojrzysz na mnie. Podasz mi swoje imię i opowiesz mi swoją historię. Zrozumiałaś? – W jego głosie nie było już patosu, choć był natarczywy i słyszalny dla wszystkich obecnych. Już nie sugestia, lecz ostrzeżenie. Nikt, kto znał Charcota, nie odważyłby się zignorować ostrzeżenia z jego strony.
Jednakże gdy Babiński się cofnął, dziewczynka ponownie zamknęła oczy. Leżała jak przedtem, bez najmniejszej reakcji. Całe audytorium wstrzymało oddech. Jori jeszcze nigdy nie widział Charcota tak bezradnego.
Byłoby lepiej, gdyby dziecko zaczęło chociażby krzyczeć. Albo się bronić, gryźć i szarpać się w kajdanach. Gdyby było dziką bestią, którą obiecano publiczności. Ale ono nie robiło nic. A to zbyt mało, by móc uznać hipnozę za udaną.
Gdy Charcot zwrócił się do publiczności, jego źrenice były niebezpiecznie zwężone. Uśmiech na mięsistych wargach nie zwiódł słuchaczy; wiedzieli, że podczas prelekcji nastąpiły niespodziewane trudności.
– Ach! – Dźwięk, który wydał Charcot, miał przypominać zadowolone westchnięcie.
Babiński jeszcze bardziej wcisnął głowę między ramiona. Na jego szyi widać było plątaninę czerwonych żył. Wreszcie się odwrócił.
– Ach, moi panowie, tak wyglądają nieprzewidziane radości z premiery, prawda? – Zdanie zawisło w sali. Mężczyźni nie wiedzieli, co mają o tym wszystkim myśleć. Niektórzy się uśmiechnęli – na wypadek gdyby chodziło o dobrze ukrytą ironię, inni, speszeni, wpatrywali się przed siebie lub wbijali wzrok w zeszyty z programami.
Jori natomiast przypatrywał się dziwnemu dziecku na scenie. Czy to możliwe, że Runa potrafi się przeciwstawić woli neurologa?
– Tak, moi panowie, jakaż to niespodzianka! – powiedział Charcot z nienaturalną wesołością. Prawdopodobnie próbował zyskać na czasie, żeby wymyślić, co począć z tym fantem. W każdym razie tekst, który przygotował na tę prelekcję, nie mógł mu już pomóc. Stojącemu na krawędzi sceny Guinonowi dał znak, by przestał stenografować. Zawiedziony asystent opuścił ołówek.
– Moi panowie, wreszcie mamy odpowiednią pacjentkę i możecie zobaczyć to, o czym opowiadałem wam już dziesiątki razy. – Podniósł palec wskazujący. – Hipnoza działa wszak jedynie na prawdziwe histeryczki!
Wszyscy pokiwali głowami. W rzeczy samej była to dobrze znana teza, która dodawała odwagi i sugerowała, iż teraz wszystko będzie już przebiegało zgodnie z utartymi schematami.
– Gdy zatem chora nie jest histeryczką – podjął Charcot, jakby nigdy nie twierdził inaczej – a chyba udało mi się to udowodnić w sposób przekonujący, to w takim razie na co jest chora? – Ponownie splótł ręce za plecami.