“Rozstanie” to przejmująca, przyjęta z rzadko spotykanym aplauzem ze strony krytyków literackich oraz czytelników, opowieść o rozpadzie związku dwojga ludzi, której finał w zaskakujący sposób przybiera formę thrillera. Ekscytująca, przykuwająca, straszna.


RozstanieWcale nie zaczęło się od zdrady. Christopher był przystojny, pochodził z bogatej rodziny, robił karierę jako pisarz. Ona była atrakcyjna, choć z „innego świata”. Zaczęło się od drobnych różnic, rozwiewających się z wolna złudzeń, coraz częstszych kłamstw, wielkiego rozczarowania, nieubłaganie narastającej wzajemnej obcości.

Mur między nimi rósł każdego dnia, aż w końcu zdecydowali się na separację. Na razie nie powiedzieli o tym nikomu. To musiało dojrzeć. Poczekać. Kiedy więc teściowa zadzwoniła do niej – nigdy się nie lubiły, mało powiedziane – bez wahania zgodziła się pojechać do Grecji. Tam w rybackiej wiosce Gerolimenas Christopher zbierał materiały do książki o żałobie. Od jakiegoś czasu nie dawał znaku życia i nie można było się z nim skontaktować.

Nie była przygotowana na to, co tam zobaczy.
Nie mogła tego przewidzieć.

Jeden z najpiękniejszych opisów rozstania w literaturze. Jak to się dzieje, że miłość wygasa w nas tak cicho z dnia na dzień?

Ta powieść toczy się tak płynnie, podąża swoją drogą z taką konsekwencją, że nawet niewielkie dygresje zdają się naładowane znaczeniami. Wspaniała.
Karl Ove Knausgard

Elektryzująca.
„The New York Magazine”

Łączy zawiłości stylu książek Eleny Ferrante z napięciem spotykanym w najlepszej klasie dreszczowców.
„Elle”

Tajemnica i kunszt literacki. Trzyma w napięciu jak „Zaginiona dziewczyna” Gillian Flynn.
Themillions.com

Są tu wszystkie tematy, które uwielbiam: miłość, strata, podróż. Olśniewająco napisana.
Martha Stewart

Katie Kitamura (ur. 1979) – amerykańska powieściopisarka, dziennikarka i krytyczka literacka. Publikuje m.in. w „The Guardian”, „The New York Times”, „Wired” oraz „Granta”.

Katie Kitamura
Rozstanie
Przekład: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 22 sierpnia 2018
 
 

Rozstanie


1.

Zaczęło się od tego, że zadzwoniła do mnie Isabella. Chciała wiedzieć, gdzie jest Christopher, a ja znalazłam się w kłopotliwym położeniu, bo musiałam jej zakomunikować, że nie wiem. Na pewno zabrzmiało to niewiarygodnie. Nie powiedziałam, że Christopher i ja od pół roku nie mieszkamy razem i że nie rozmawiałam z jej synem prawie od miesiąca.
Nie mogła zrozumieć, dlaczego nie jestem w stanie jej poinformować, gdzie przebywa Christopher, i zareagowała w sposób dla mnie miażdżący, chociaż nie sprawiała wrażenia całkiem zaskoczonej, co w pewnym sensie tylko pogorszyło sprawę. Poczułam się upokorzona i zmieszana — te dwa doznania zawsze charakteryzowały moje stosunki z Isabellą i Markiem, mimo że Christopher często mi mówił, że ja dokładnie tak samo działam na nich i nie powinnam się silić na zbytnią rezerwę, bo bardzo łatwo można ją odczytać jako formę arogancji.
Czy nie wiem o tym, spytał, że są tacy, którzy uważają mnie za snobkę? Nie wiedziałam. Nasze małżeństwo zostało ukształtowane przez to, co wiedział Christopher, i przez to, czego nie wiedziałam ja. Nie była to wyłącznie kwestia intelektu, chociaż pod tym względem Christopher też miał nade mną przewagę, był bowiem niewątpliwie mądry i inteligentny. Chodziło o to, co zatrzymywał dla siebie, o informacje, do których on miał dostęp, a ja nie. Krótko mówiąc, chodziło o zdrady — niewierność zawsze stawia jednego z partnerów w pozycji osoby, która wie więcej, drugiego zaś skazuje na niewiedzę.
Mimo to zdrada wcale nie była i nie musiała być głównym powodem rozpadu naszego związku. Wszystko działo się powoli, bo nawet kiedy już postanowiliśmy się rozstać, pozostały jeszcze kwestie praktyczne — rozbiórka gmachu małżeństwa nie jest taka prosta. Perspektywa rozwodu wyglądała na tyle zniechęcająco, że przyszło mi do głowy, czy któreś z nas nie zaczyna mieć co do niego wątpliwości i czy gdzieś za całą biurokracją nie kryje się niepewność, schowana w dziesiątkach dokumentów i formularzy dostępnych online, których wypełnienia tak skwapliwie chcieliśmy uniknąć.
Isabella zachowała się więc absolutnie rozsądnie, dzwoniąc do mnie, żeby zapytać, co stało się z Christopherem. Nagrałam mu się trzykrotnie — powiedziała — w jego komórce od razu włącza się poczta, a kiedy zatelefonowałam czwarty raz, sygnał wybierania zabrzmiał jakoś obco, jak gdyby Christopher był za granicą…
Słowo „obco” wypowiedziała ze znaną mi mieszanką podejrzliwości, zdumienia (nie umiała sobie wyobrazić żadnego powodu, dla którego jej jedyny syn chciałby znaleźć się daleko od niej) i urazy. Wtedy przypomniały mi się inne jej słowa i sformułowania, które słyszałam w trakcie naszego małżeństwa: jesteś obca, zawsze trochę taka byłaś; ona jest bardzo sympatyczna, ale inna niż my; właściwie wydaje się nam, że cię nie znamy. A potem, na końcu, to, co Isabella na pewno by powiedziała, gdyby Christopher oświadczył, że między nami koniec: to najlepsze wyjście, kochanie, ostatecznie ona nigdy tak naprawdę nie była jedną z nas.
…Dlatego chciałabym wiedzieć: gdzie jest właściwie mój syn?
Od razu zaczęła mnie łupać głowa. Minął miesiąc, odkąd miałam kontakt z Christopherem. Nasza ostatnia rozmowa odbyła się przez telefon. Powiedział, że chociaż najwyraźniej już się nie pogodzimy, to nie chce uruchamiać procesu — użył tego słowa, wskazującego raczej na ciągłe i długotrwałe działanie niż na jakiś zdecydowany i pojedynczy akt sprawczy, w czym oczywiście miał rację, rozwód był bowiem sprawą bardziej organiczną i w pewnym sensie bardziej przypadkową, niż to się początkowo wydawało — informowania ludzi o naszym rozstaniu.
Czy moglibyśmy zachować to dla siebie? Wahałam się, chociaż nie dlatego, że nie podzielałam jego stanowiska — w tamtym momencie decyzja wciąż była świeża, więc sądziłam, że Christopher w znacznej mierze myśli tak samo jak ja, że jeszcze nie wiemy, jak opowiedzieć historię naszego rozstania. Nie podobała mi się otaczająca nasze postanowienie aura spisku, wydawało mi się, że nie pasuje do sprawy i jest absurdalna. Mimo wszystko, powiedziałam: tak. Słysząc wahanie w moim głosie, Christopher poprosił, żebym mu to obiecała. Przyrzeknij, że nikomu nie powiesz, przynajmniej na razie, dopóki nie rozmówimy się raz jeszcze. Zirytowana, wyraziłam zgodę, a potem się rozłączyłam.
Była to nasza ostatnia rozmowa. Upierałam się dalej, że nie wiem, gdzie jest Christopher, a Isabella roześmiała się krótko, zanim rzuciła: Nie opowiadaj głupstw. Rozmawiałam z nim trzy tygodnie temu i powiedział mi, że wyjeżdżacie do Grecji. Nie udaje mi się go złapać, a biorąc pod uwagę, że ty najwyraźniej jesteś na miejscu, w Anglii, mogę jedynie przypuszczać, że wyjechał bez ciebie.
Byłam zbyt oszołomiona, żeby zareplikować. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego Christopher miałby powiedzieć matce, że jedziemy do Grecji, nie wiedziałam nawet, że wybiera się za granicę. Isabella mówiła dalej: Dużo pracował, wiem, że pojechał tam na dokumentację do książki, i…
Zniżyła głos tak bardzo, że prawie jej nie słyszałam; mogło to być autentyczne wahanie albo tylko jego podróbka, bo Isabellę było stać na takie manipulacje.
…Boję się o niego.
Ta deklaracja nie od razu mnie przekonała i nie potraktowałam zatroskania teściowej zbyt poważnie. Isabella uważała, że jej relacje z Christopherem są lepsze, niż były w rzeczywistości, ze strony matki to naturalna omyłka, chociaż czasami prowadziła ją do dziwacznych zachowań. Kiedyś taka sytuacja zapewne wzbudziłaby we mnie poczucie triumfu — jeszcze całkiem niedawno, na przykład rok czy nawet pół roku temu, to, że ta kobieta zwraca się do mnie o pomoc w sprawie swojego syna, mogło coś dla mnie znaczyć.
Teraz słuchałam jej dalszych wywodów raczej z drżeniem serca. Był jakiś nieswój, zadzwoniłam zapytać, czy ty i on — znowu mówiła o nas jak o parze, było jasne, że o niczym nie wie, że Christopher z niczego jej się nie zwierzył — nie mielibyście ochoty przyjechać na wieś, odetchnąć świeżym powietrzem. Wtedy mi powiedział, że wyjeżdżacie do Grecji, że kończysz jakiś przekład, a on będzie zbierał dokumentację do książki. Teraz jednak — tu Isabella wydała krótkie westchnienie zniecierpliwienia — okazuje się, że ty siedzisz w Londynie, a on nie odbiera telefonu.
Nie wiem, gdzie jest Christopher.
Zapadła krótka cisza, zanim moja teściowa znów zaczęła.
Tak czy inaczej, musisz tam natychmiast pojechać i dołączyć do niego. Wiesz, jaką mam dobrą intuicję, jestem pewna, że coś nie gra, to niepodobne do Christophera, że nie oddzwania.
Telefon od Isabelli przyniósł pewne skutki, które nawet dzisiaj wydają mi się niezwykłe. Po pierwsze, posłuchałam teściowej i w całkowicie niejasnym dla mnie celu pojechałam do Grecji, kraju, którego wcale nie miałam ochoty odwiedzić. To prawda, że Christopher okłamał Isabellę, mówiąc, że jedziemy za granicę razem. Jeżeli nie chciał wspominać matce o naszym rozstaniu, łatwo mógłby znaleźć jakieś wytłumaczenie, dlaczego wyjeżdża sam — że niby ja musiałam pojechać na jakąś konferencję albo jestem u znajomej, która ma troje dzieci, więc potrzebuje zarówno pomocy, jak i towarzystwa.
Albo mógł powiedzieć jej pół prawdy, przynajmniej trochę, na przykład, że odpoczywamy — od czego i gdzie, mogłaby wtedy zapytać. Nie zrobił jednak nic takiego, może dlatego, że łatwiej było mu skłamać albo kazać matce snuć takie domysły, na jakie miała ochotę — chociaż nieporozumienia post factum Isabella przyjmowała wyjątkowo ciężko. W tym momencie dotarło do mnie, że powinniśmy sformalizować nasze obecne stosunki z Christopherem. Postanowiłam poprosić go o rozwód — pojechać po prostu do Grecji i zrobić to osobiście.
Sądziłam, że będzie to mój ostatni obowiązek jako synowej. Godzinę później Isabella zadzwoniła ponownie, żeby mi powiedzieć, w którym hotelu mieszka Christopher — zastanawiałam się, skąd ma tę informację — i podać numer biletu, który zarezerwowała już dla mnie na samolot, odlatujący następnego dnia. Pod zbędną dekoracyjną maską emocjonalną i sztucznym blaskiem elegancji, pełnej próżności, kryła się nieprzeciętnie operatywna kobieta, która choćby z tego powodu okazała się groźnym przeciwnikiem, kimś, kogo nie bez przyczyny mogłam się obawiać. To już jednak była przeszłość, a walki między nami miały wkrótce ustać.
Mimo to zauważyłam, że Isabella najwyraźniej mi nie ufa — nie byłam żoną, na której można polegać, że zlokalizuje swojego męża, jeśli nie dostarczy się jej biletu lotniczego i adresu hotelu. Być może w reakcji na tę jawną nieufność dotrzymałam obietnicy danej Christopherowi, co stanowiło drugi zdumiewający skutek telefonu Isabelli. Nie powiedziałam jego matce, że się rozstaliśmy i że od pewnego czasu jesteśmy w separacji, choć taka wiadomość byłaby dla mnie wymówką, dzięki której w ogóle nie musiałabym jechać do Grecji.
Żadna matka nie poprosiłaby synowej, żeby wyjechała za granicę zażądać od męża rozwodu. Mogłabym zostać w Londynie i zajmować się swoimi sprawami. Ale nic jej nie powiedziałam i nie zostałam w domu. Gdyby Isabella zdawała sobie sprawę, że kupiła mi bilet na samolot po to, żebym mogła domagać się zakończenia naszego małżeństwa, chyba by mnie zabiła, po prostu zgładziłaby mnie na miejscu. Wcale nie byłoby to niemożliwe. Jak powiedziałam, moja teściowa była nieprzeciętnie operatywną kobietą. Chociaż może oświadczyłaby, że gdyby wiedziała, jak łatwo będzie nas rozdzielić, rozwiązać nasz kontrakt małżeński, kupiłaby mi ten bilet już dawno temu? Zanim się rozłączyła, zdążyła mi zasugerować, żebym zabrała ze sobą kostium kąpielowy. Słyszała, że w tym hotelu jest bardzo ładny basen.

Ulice Aten okazały się zakorkowane — trwał jakiś strajk komunikacji miejskiej. Miasteczko, w którym zatrzymał się Christopher, leżało o pięć godzin jazdy samochodem od greckiej stolicy, na wysuniętym najdalej na południe czubku lądowej części kraju. Na miejscu okazało się, że przyjechała po mnie taksówka: Isabella pomyślała o wszystkim. Zasnęłam w czasie jazdy, która rozpoczęła się w ruchu ulicznym, a potem gładko przeniosła się na szereg ponurych, nijakich autostrad. Byłam zmęczona. Wyglądałam przez okno, ale nie umiałam odczytać napisów na drogowskazach.
Obudził mnie głośny, powtarzający się hałas. Na zewnątrz było ciemno, zapadła noc, kiedy spałam. Wibracje przeszywały cały samochód — pac, pac, pac — a potem ustały. Taksówka jechała bardzo wolno wąską, jednopasmową drogą. Pochyliłam się i zapytałam kierowcę, czy już stajemy, czy mamy jeszcze daleko. Jesteśmy na miejscu, powiedział. Właśnie przyjechaliśmy. Rozlegały się jednak kolejne pacnięcia.
Bezpańskie psy, wyjaśnił kierowca. Wzdłuż samochodu biegły ciemne postacie, psie ogony biły o karoserię. Taksówkarz zatrąbił, żeby spłoszyć zwierzęta — były tak blisko, że wydawało się, iż lada moment potrącimy jedno z nich, chociaż toczyliśmy się ze zwolnioną prędkością — ale nie wystraszyły się i pozostały blisko samochodu, kiedy sunęliśmy drogą w kierunku dużej, kamiennej willi. Kierowca wciąż trąbił, uchylił okno i zaczął krzyczeć na psy.
Portier otworzył bramę. Kiedy samochód w nią wjechał, zwierzęta zrezygnowały. Odwróciłam się do tylnej szyby; stały kręgiem przed bramą, ich oczy lśniły żółto niczym snopy światła reflektorów. Hotel znajdował się nad brzegiem niewielkiej zatoczki i usłyszałam morze, gdy tylko wysiadłam z auta.
Przyjechałam z torebką i małą torbą podróżną, portier zapytał, czy mam więcej bagażu, a ja odpowiedziałam, że nie, że spakowałam się na jedną noc, w najgorszym razie na weekend, chociaż nie użyłam tego sformułowania.
Kierowca wspomniał coś o podróży powrotnej; wzięłam jego wizytówkę i powiedziałam, że zadzwonię, może jutro. Skinął głową, a ja zapytałam, czy wraca od razu do Aten, bo jest już bardzo późno. Wzruszył ramionami i wsiadł do wozu.
W recepcji było pusto. Sprawdziłam godzinę — dochodziła jedenasta. Isabella nie zarezerwowała mi pokoju, byłam żoną, która przyjeżdża do męża, więc chyba nie widziała takiej potrzeby. Poprosiłam o pojedynczy pokój na jedną noc. Recepcjonista odparł, że mają dużo wolnych miejsc, i z zaskakującą szczerością oświadczył, że hotel jest prawie pusty. Był koniec września, po sezonie. Niestety, morze jest już za zimne, żeby pływać, dodał, ale hotelowy basen ma bardzo przyjemną temperaturę.
Czekałam, aż skończy spisywać moje dane i poda mi klucz, zanim zapytałam o Christophera.
Czy mam zadzwonić do pokoju tego pana?
Zrobił czujną minę, ręce jednak wciąż trzymał pod blatem, nie poruszył się, żeby podnieść słuchawkę, bo była już przecież noc.
Nie, pokręciłam głową. Spróbuję go złapać rano.
Przytaknął życzliwie. Jego spojrzenie stało się uważniejsze, może widział wiele związków małżeńskich w podobnym stanie rozkładu albo może nic go to nie obchodziło i po prostu miał naturalnie życzliwy wyraz twarzy, która to cecha była niewątpliwie przydatna w jego zawodzie. Nie odezwał się więcej ani słowem na ten temat. Wzięłam klucz, a recepcjonista poinformował mnie, o której jest śniadanie, i nalegał, żeby ponieść mi torbę, kiedy odprowadzał mnie do windy. Dziękuję, odpowiedziałam. Czy będę zamawiać budzenie? Albo poranną gazetę? Gazeta może poczekać. Wszystko może poczekać.

Kiedy się obudziłam, pokój tonął już w słońcu. Sięgnęłam po telefon, nie przyszły do mnie żadne wiadomości, a dochodziła dziewiąta. Zaraz skończą serwować śniadanie, musiałam się pospieszyć. Mimo to stałam pod prysznicem dłużej, niż należało. Do tej chwili — niczego nie widziałam wyraźnie, bo woda zalewała mi oczy — nie zastanawiałam się ani nie wyobrażałam sobie, jak będzie się czuł Christopher i co pomyśli, kiedy mnie zobaczy albo natknie się na mnie w tym hotelu. Przyszło mi do głowy, że jego pierwsza myśl będzie bardzo prosta — uzna, że chcę, aby do mnie wrócił.
Z jakiego innego powodu kobieta pojechałaby za swoim mężem, z którym się poróżniła, do innego kraju, jeśli nie po to, by zakończyć separację? Był to ekstrawagancki gest, a ekstrawaganckie gesty między kobietą i mężczyzną pojmuje się na ogół jako romantyczne, nawet w kontekście nieudanego małżeństwa. Stanę przed nim, a on… Czy ogarnie go niepokój, czy zadrży mu serce, czy pomyśli o tym, czego chcę? Czy poczuje się osaczony, przestraszy się, że doszło do jakiegoś nieszczęścia, że coś się stało z jego matką, że powinien był do niej oddzwonić?
A może wypełni go nadzieja, pomyśli, że ostatecznie pojednanie było nieuniknione (może to ta nadzieja leżała u źródeł obietnicy, którą ze mnie wyciągnął, i może nawet dzieliłam z nim tę nadzieję, bo w końcu się przecież zgodziłam), i poczuje się rozczarowany, jeszcze bardziej urażony, niż byłby w innym przypadku, moją prośbą o rozwód, którą mimo wszystko zamierzałam mu przedłożyć? Wstydziłam się za siebie i za niego, a głównie za tę całą sytuację. Zakładałam — nie miałam żadnego wcześniejszego doświadczenia, na którym mogłabym się oprzeć — że owszem, prośba o zakończenie małżeństwa wywołuje zapewne konsternację, chociaż trudno było mi uwierzyć, że zawsze to przebiega tak niezręcznie, a miejsce akcji i okoliczności zawsze są tak dwuznaczne.
Na dole, w recepcji, było pusto. Śniadanie podawano na tarasie wychodzącym na morze. Christophera ani widu, ani słychu, w restauracji też nikogo nie zauważyłam. W widocznym z góry miasteczku brakowało cienia i panowała w nim taka cisza, że zdawało się nieruchome — zbieranina domków, stojących wzdłuż kamiennego bulwaru. Z jednej strony zatoczkę ograniczał duży klif, nagi, pozbawiony roślinności i odbijający jasne, białe światło, które padało na wodę, toteż widok z tarasu był zarówno spokojny, jak i groźny. U stóp skały zauważyłam zwęglone krzewy i trawę, jak po niedawnym pożarze.
Wypiłam kawę. Kelner, podając mi filiżankę, powiedział, że ten hotel to jedyne miejsce, gdzie mogę dostać cappuccino i latte, wszędzie indziej mają tylko kawę po grecku albo Nescafé. Okolica była romantyczna — Christopher lubił luksusowe hotele, a luksus i romans to dla pewnej klasy ludzi właściwie synonimy — dlatego zrobiło mi się trochę nieswojo. Wyobraziłam sobie Christophera w tej letniskowej miejscowości rojącej się od par małżeńskich; w takich hotelach ludzie rezerwowali pokoje na podróże poślubne, na rocznice. Znowu poczułam ukłucie zażenowania, zastanawiałam się, co on tu zmalował, miejsce wydawało mi się absurdalne.
Zatrzymałam kelnera, kiedy przyniósł mi grzanki.
Bardzo tu spokojnie. Jestem ostatnim gościem, który zszedł na śniadanie?
W hotelu nikogo nie ma. Już po sezonie.
Ale przecież muszą być inni turyści.
Pożary — odpowiedział, wzruszając ramionami. — Zniechęciły ludzi do przyjazdu.
Nic nie wiem o żadnych pożarach.
Mieliśmy tu wszędzie pożary lasów. Przez całe lato. Góry stąd do Aten są czarne. Jak pani wyjdzie z miasteczka na spacer, to pani zobaczy, ziemia ciągle jest gorąca od ognia. Pisali o tym w gazetach. Jak świat długi i szeroki. Przez całe lato — udał, że zwalnia migawkę — przyjeżdżali do nas fotoreporterzy.
Wsunął tacę pod ramię i opowiadał dalej. Robili w naszym hotelu zdjęcia dla jakiegoś pisma o modzie. Ogień doszedł aż do klifu, jeszcze widać, że jest poczerniały; proszę spojrzeć. Wskazał pokrytą czarnymi bliznami powierzchnię skały. Ustawiali modelki nad basenem, a za nimi było widać pożar i morze. Zassał powietrze do ust. Wyglądało to bardzo dramatycznie.
Skinęłam głową. Nie odezwałam się już, więc odszedł. W mojej głowie mimo woli pojawił się Christopher na takim planie zdjęciowym, jaki opisał kelner. Było to nieprawdopodobne, ale stał wśród modelek, makijażystek i stylistów z kwaśną miną, jak gdyby nie miał zielonego pojęcia, co robi w tym cyrku. W miejscowym otoczeniu wyglądał jeszcze bardziej obco. Rozejrzałam się niespokojnie po tarasie. Dochodziła dziesiąta, najwyraźniej musieliśmy się minąć na śniadaniu, zjadł wcześniej, a może wyszedł już z hotelu na cały dzień.