Na pograniczu poradnika i reportażu sytuuje się książka „Cisza i spokój” Natalii Sosin-Krosnowskiej. Dziennikarka przedstawiła w niej historie ludzi, którzy porzucili życie w mieście, by przenieść się na wieś, a także zebrała garść praktycznych rad dla osób planujących taką przeprowadzkę.


Cisza i spokójCoraz głośniej, coraz ciaśniej, coraz brudniej – negatywne cechy miast mnożą się, cóż, coraz szybciej. A przecież Polacy gromadnie przenoszą się z obszarów wiejskich do miast. Podobnie dzieje się zresztą na całym świecie. Jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia, w ujęciu globalnym, już teraz więcej ludzi mieszka w miastach, niż na terenach niezurbanizowanych i według wszelkich prognoz ten trend się utrzyma. Powoduje to, tak w Polsce jak i we wszystkich innych krajach, spadek jakości życia w miastach. Rezultat? W opozycji do mieszkańców wsi szukających lepszego życia w miastach, niektórzy mieszkańcy miast wyruszają w przeciwnym kierunku, choć w tej samej sprawie. Kilka takich osób opisała Natalia Sosin-Krosnowska w książce „Cisza i spokój”.

Przeprowadzka na wieś bez wątpienia uwalnia od wielu miejskich kłopotów. Sąsiad z piętra niżej wypuszczający kłęby papierosowego dymu do twojego mieszkania, dudniąca muzyka niosąca się po całym budynku, nieustanne wrzaski dzieci pozostawianych na całe dnie bez opieki i bez zajęcia pod oknami bloku wraz z przeprowadzką na wieś znikają jak ręką odjął. Podobnie jak gęste od spalin powietrze, korki, hałasy przez całą dobę i nieustanny pośpiech. Ale, jak przekonuje autorka książki, przybliżając czytelnikom losy swych bohaterów, wiejskie życie to nie idylla. To raczej „coś za coś”, bo wieś także potrafi porządnie dać w kość, chociaż w zupełnie inny sposób niż miasto. Podstawowe pytanie jakie powinna sobie zadać osoba rozważająca wyprowadzkę z miasta brzmieć powinno zatem: które uciążliwości będą doskwierać mi bardziej? W znalezieniu odpowiedzi na nie książka Natalii Sosin-Krosnowskiej jest bardzo pomocna.

„Podobno są tacy, którzy mieszkają na wsi i wieczorem siedzą sobie na tarasie, czytają książkę, popijają winko… Podobno! Ja takich ludzi nie znam, wszyscy moi sąsiedzi ciężko pracują, w sezonie od wschodu do zachodu słońca. Na wsi latem zasuwa się bez odpoczynku” – to słowa Marii, jednej z bohaterek książki, która wyprowadziła się na wieś bo potrzebowała miejsca, gdzie mogłaby, bez przeszkadzania innym ludziom, hodować swoją liczną gromadę psów ratowniczych. Potwierdzają to także pozostałe osoby przedstawione w książce przez Natalię Sosin-Krosnowską. Na wsi natura nie ma taryfy ulgowej dla nikogo – obojętne czy przyjechał z miasta po to by oddawać się relaksowi czy z zamiarem hodowania zwierząt i roślin. Przerwy w dostawie prądu, konieczność dokładania do pieca, odśnieżanie drogi dojazdowej do domu, to tylko niektóre z problemów jakie czekają poza miastem na wszystkich, niezależnie od celu ich pobytu. Problemem może okazać się nawet nieprzenikniona ciemność i towarzysząca jej, równie niezmącona, cisza, jak było to w przypadku Wojtka, dla którego przygoda z wyprowadzką z miasta zakończyła się porażką. Dlatego, jak radzą bohaterowie, warto zawczasu przez dłuższy czas pomieszkać na wsi, dokładnie przyjrzeć się jej warunkom i wymaganiom jakie stawia przed człowiekiem, zanim podejmie się ostateczną decyzję o sprzedaniu swego miejskiego lokum i przeniesieniu całego życia w miejsce tak odmienne od dotychczasowego.

Cisza i spokój

Zresztą nawet stuprocentowe przekonanie do przeprowadzki nie oznacza, że obędzie się bez kłopotów i chwil zwątpienia. Remont bądź adaptacja wiejskiego domu, szczególnie z dala od znakomicie zaopatrzonych marketów budowlanych i armii fachowców, w których usługach można przebierać bez końca, zawsze stanowi nie lada wyzwanie. Koszty niemal na pewno przekroczą początkowo zakładany budżet, czas przeznaczony na prace znacząco się wydłuży, a do tego dojdzie konieczność radzenia sobie ze zmienną aurą definiującą poza miastem wszystkie aspekty życia. Pod tym względem historie przywołane w „Ciszy i spokoju” są zaskakująco zbieżne, a akapity o remontach i różnorodnych pracach budowlanych mogłyby stanowić kanwę dla thrillera. Wieś, chociaż w wyobraźni kusi balsamicznym spokojem i wizją relaksu dla duszy, na pewno nie jest miejscem dla ludzi o słabych nerwach!

Wieś, chociaż w wyobraźni kusi balsamicznym spokojem i wizją relaksu dla duszy, na pewno nie jest miejscem dla ludzi o słabych nerwach

Kolejnym dla nich sprawdzianem jest proces kreowania sposobu na utrzymanie się pośród pól i łąk. Możliwości wprawdzie jest mnóstwo, i Natalia Sosin-Krosnowska po kolei je omawia, ale wszystkie wymagają konsekwencji i ciężkiej pracy, a niekiedy – tak jak jest to w przypadku działalności rękodzielniczej, również artystycznego talentu. Popularna agroturystyka oznacza, że sielską atmosferą będą delektować się goście, podczas gdy gospodarz zajmuje się spełnianiem ich zachcianek od rana do nocy, hodowla zwierząt daje pewność, że rytm dnia będzie dostosowany do ich potrzeb, a wytwarzanie produktów z roślin – że zaniedbanie czy niezamierzony błąd zaprzepaszczą szansę na uzyskanie dochodu. Jednak „mieszkanie na wsi jest o wiele łatwiejsze, kiedy ma się pracę na miejscu i to jest to, do czego warto dążyć” – podkreśla Natalia Sosin-Krosnowska. Codzienne wielogodzinne dojazdy do miasta na dłuższą metę stoją w całkowitej sprzeczności z ideą odcięcia się od szkodliwych wpływów dużej aglomeracji i zaczynają dawać się we znaki jeszcze bardziej niż samo życie w mieście.

Książka „Cisza i spokój” bez wątpienia jest publikacją jakiej brakowało na polskim rynku wydawniczym. Tematu przeprowadzki na wieś z pewnością nie wyczerpuje, ale stanowi solidną podstawę pomocną w rozważaniu czy warto zdecydować się na taki krok. Reporterskie historie o ludziach, którzy się na niego zdecydowali, autorka uzupełniła o informacje praktyczne i zbiór rad opartych na własnym doświadczeniu osoby, która, jak sama o sobie mówi jest „całe życie jedną nogą w mieście, a drugą na wsi”. Agnieszka Kantaruk

Natalia Sosin-Krosnowska, Cisza i spokój, Cała prawda o życiu daleko od miasta, Wydawnictwo Czarna Owca, Premiera: 18 lipca 2018
 
 

Cisza i spokój

Natalia Sosin-Krosnowska
Cisza i spokój
Cała prawda o życiu daleko od miasta
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 18 lipca 2018
 

Marzę, by zebrać się na odwagę, rzucić wszystko i wyprowadzić się na wieś, ale:
 
nie wiem, co można tam robić;
nie znam się na hodowli;
nie wiem, z czego będę się utrzymywać;
nie wiem, czy to dobre rozwiązanie dla moich dzieci;
nie mam oszczędności, a takie życie to luksus dla bogatych;
boję się, że poniosę porażkę;
nie wiem, czy podołam trudom wiejskiego życia;
rodzina chce wybić mi ten pomysł z głowy;
nie wiem, od czego zacząć;
nie znam się na budowach i remontach;
całe moje życie, rodzina i przyjaciele są w mieście;
boję się, że to będzie trudne;
boję się samotności;
rodzice byliby rozczarowani;
mam taką świetną posadę;
mam kredyt;
boję się zaciągania kredytu;
boję się tak poważnej decyzji;
boję się zmiany całego mojego życia.
 
Jeśli znasz te zdania – często je słyszysz i obracasz w myślach – ta książka jest właśnie dla ciebie.

ZAMIAST WSTĘPU

Mam najlepszą pracę na świecie. Dzięki niej mogę odwiedzać niezwykłe miejsca i poznawać ludzi, których pewnie nie spotkałabym w innych okolicznościach. Jestem dziennikarką i gospodynią programu telewizyjnego Daleko od miasta. Wraz z ekipą pokazujemy życie byłych mieszczuchów, którzy postanowili wyprowadzić się na wieś i zacząć tam wszystko od nowa. Są z różnych środowisk, w różnym wieku, mają za sobą różne doświadczenia życiowe i zawodowe. Od dyrektorów wielkich firm do niegdysiejszych hipisów, dla których wyprowadzka na wieś w latach osiemdziesiątych oznaczała wolność i ucieczkę przed mackami systemu. Od młodych ludzi ze skromnymi oszczędnościami i z małymi dziećmi do bardzo zamożnych przedsiębiorców, którzy po kilkudziesięciu latach pracy ponad siły powiedzieli sobie „stop”. Łączy ich jedno: odwaga.
W programie opowiadam historie ludzi, którzy odważyli się żyć po swojemu i spełniać marzenia. Odciąć się od tego, co znane i stabilne, porzucić wygodę, postawić wszystko na jedną kartę (często także w wymiarze finansowym!), skonfrontować się z własnymi słabościami, znieść utyskiwania rodziny i niedowierzanie znajomych, otrzeć się o wielką samotność, żyć w ciszy, próbować nowych rzeczy, nieustannie się uczyć, przekraczać swoje granice. Czyli – jak to się dziś mówi – wyjść ze strefy komfortu. Wielu z nich opowiada o prawdzie i autentyczności takiego życia – że to nie tylko inny adres, bezkresne połacie zieleni i „bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała”, ale przede wszystkim spełnienie pragnień, by mocniej czuć, zarządzać własnym czasem, osiągnąć spokój i harmonię, lepiej poznać siebie. „Tutaj mam własny kawałek lasu, moje niebo i gwiazdy” – słyszę to bardzo często, gdy pytam, co ci ludzie cenią w życiu najbardziej. Chcą czuć w nim spokój i dumę, mieć coś więcej niż metry podłogi w kredycie, gdzieś przynależeć, mieć własne miejsce.
Ta książka powstała z pytań o wszystko, co poza kamerą. Nie zliczę, ile razy doradzałam przyjaciołom, znajomym i nieznajomym, dokąd najlepiej pojechać z małymi dziećmi/ na romantyczny weekend z narzeczoną/ żeby było świetne jedzenie/ do kompletnej głuszy, ale tak do trzech godzin jazdy od miasta/ do miejsca, gdzie są zwierzęta/ do miejsca, gdzie nie ma zwierząt/ w góry/ nad jezioro / nad morze/ do lasu. Nie zliczę, ile razy słyszałam „Czy ci ludzie na serio są tacy szczęśliwi, czy tylko tak mówią dla telewizji?” oraz „Ale chyba trzeba mieć kupę kasy, żeby tak się wynieść?”. Tak, większość z nich jest szczęśliwa, i nie, nie trzeba. Trzeba za to mieć pomysł na siebie i pewność, że właśnie takiego życia chcemy.
Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi – pełnymi obaw i żyjącymi w niepewnych czasach, z kredytami i zobowiązaniami. Od dziecka wpaja się nam, że przede wszystkim powinniśmy dążyć do zapewnienia sobie i rodzinie stabilizacji finansowej. Dlatego gdy tylko zamarzysz o tak poważnej zmianie, rozsądek natychmiast zacznie generować dziesiątki podszytych obawą pytań: jak szukać domu? czy można tak po prostu kupić sobie ziemię? co ja tam będę robić? jak się utrzymam? czy moja rodzina to zaakceptuje? a może skrzywdzę swoje dzieci, odbierając im możliwości, jakie daje miasto?
Przygotowując materiał do tej książki, wykorzystywałam doświadczenie zdobyte przy pracy nad programem Daleko od miasta i rozmawiałam z blisko setką ludzi, którzy wybrali na swoje miejsce życia wieś, zadałam im wszystkie powyższe pytania i wiele innych. Ich zdanie na temat tego, jak TO zrobić i CO tam robić, są skrajnie różne, bo też oni są skrajnie różni, z różnym zapleczem finansowym, różnymi talentami, umiejętnościami i predyspozycjami.
Niniejsza książka nie jest przewodnikiem po Polsce ani poradnikiem, jak w stu prostych krokach zostać serowarem lub zbudować agroturystykę idealną. Jest szczerą i nielukrowaną opowieścią o ludziach, którzy z różnych względów mnie zafascynowali. Jest zbiorem historii tych, którzy przebyli drogę przeprowadzki z miasta na wieś, oraz porad, jakie daliby swoim przyjaciołom marzącym o podobnej zmianie, a w szczególności sobie samym z czasów, gdy zaczynali przygodę ze wsią. Opowiada o wszystkim tym, o czym nie myślisz, marząc o życiu daleko od miasta, a co warto wiedzieć, by uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek.

* * *

Poprosiłam moich bohaterów o przygotowanie rad dla początkujących wieśniaków, które miały poruszać kluczowe – według nich – kwestie. Jedni przestrzegali przed samodzielnymi remontami, drudzy wręcz przeciwnie – zachęcali do nich, jeszcze inni przekonywali, że najważniejsze jest sprawdzenie planów gminy na grunty w sąsiedztwie lub założenie od razu dwukrotnie wyższych wydatków. Kiedy jedni podkreślali koszty finansowe przedsięwzięcia, drudzy skupiali się na kosztach emocjonalnych.
Rady bohaterów, którzy chcieli bezpośrednio podzielić się swoimi praktykami, znajdziesz na końcu poszczególnych rozdziałów. Natomiast podsumowania po blokach tematycznych zbierają moją wiedzę i doświadczenie. Na końcu książki umieściłam zaś propozycje, co moim zdaniem warto zwiedzić i czego spróbować, a także przydatne linki.

AGROTURYSTYKA

Apartamenty do wynajęcia

Kasia i Artur – on prowadził własną działalność usługową, ona była menadżerką w międzynarodowej korporacji. Przez ostatnie cztery lata w mieście prowadziła własną działalność jako agentka ubezpieczeniowa.
Przeprowadzili się z Poznania do Piechowic-Michałowic w Karkonoszach.
Koszty: trochę poniżej 1 000 000 złotych (ze sprzedaży dwóch nieruchomości).
Czas realizacji planu: sprzedaż nieruchomości w Poznaniu i kupno domu w Karkonoszach zajęło im trzy lata. Realizacja planu od zakupu do wynajęcia pierwszego apartamentu to kolejne dwa lata.

Agroturystyka to jeden z najpopularniejszych i pierwszych pomysłów na to, jak zarabiać po przeprowadzce na wieś. Często jest to pomysł oderwany od rzeczywistości – „kupię dom, wyremontuję jeden pokój, potem drugi i jakoś to będzie”. Bywa, że potencjalni agrogospodarze liczą przyszłe zyski oszołomieni cenami noclegów w modnych agroturystykach, nie myśląc o kosztach – remontach, wyposażeniu, rachunkach za gaz i prąd, o tym, że goście muszą coś zjeść i że pragną towarzystwa, a to oznacza poświęcenie im czasu, którego nie wykorzystasz na pracę czy sen. Nie myślą o tym, że będą spędzać cały sezon na nogach od rana do nocy i że agroturystyka wychodzi na zero średnio po dwóch–trzech latach działalności. Są jednak ludzie, którzy z pełną świadomością tego wszystkiego decydują się na założenie gospodarstwa agroturystycznego, bo po prostu czują, że są do tego stworzeni. Kasia, gospodyni w Lavendowie położonym w Piechowicach-Michałowicach nieopodal Szklarskiej Poręby, choć skończyła odpowiednie studia, wcale nie uważa, żeby akurat one były szczególnie pomocne przy prowadzeniu takiej działalności: „Na pewno nie trzeba studiować hotelarstwa, żeby prowadzić własny pensjonat. Trzeba kochać i szanować samego siebie oraz drugiego człowieka, to wystarczy”– odpowiada z uśmiechem na moje pytanie o to, co pomaga w znoszeniu trudów tej pracy.
To, że Lavendowo jest autentyczne, przyjazne, rodzinne, to moim zdaniem skutek uboczny tego, jakimi Kasia i jej mąż Artur są ludźmi. Ich gościnność sprawia, że człowiek czuje się u nich mile widziany, a w każdym z ich działań widać wielkie staranie i troskę o gości. „Początki były bardzo trudne, stresów co niemiara. Choć założyliśmy, że będziemy gościć w naszym domu turystów, nie byliśmy do tego przygotowani, mimo moich studiów! – przyznaje ze śmiechem Kasia. – Nadal codziennie uczymy się, jak to robić najlepiej. Cały czas mieszkamy w domu pełnym gości i wcale nam to nie przeszkadza, zawsze tego chcieliśmy i nie żałujemy tej decyzji, ale nie dla każdego to musi być idealne rozwiązanie – podkreśla chyba najtrudniejszy aspekt prowadzenia agroturystyki. – Bądź co bądź, przyjmujesz ludzi pod swój dach i nie zawsze są to ludzie, których znasz i lubisz. Żadna praca fizyczna, sprzątanie czy koszenie trawy, nie jest tak wielkim wyzwaniem jak gotowość do zajmowania się innymi ludźmi i zapewniania im wygód od rana do nocy”.
Kasia mówi otwarcie także o tym, co często bywa dla wyprowadzających się na wieś par powodem frustracji i rozgoryczeń: porzucasz rzeczywistość, w której widujecie się wieczorami i weekendowo na rzecz bycia razem bez przerwy. To, co wydaje się spełnieniem marzeń („kochanie, wreszcie będziemy mieli więcej czasu dla siebie!”), często generuje wiele konfliktów. Każdy myśli „nie, nas to nie spotka” i niestety, prawie każdego to spotyka… „Oboje nie byliśmy w stanie ocenić, jak to będzie, kiedy będziemy ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę – przyznaje Kasia. – W końcu jesteśmy ze sobą, mieszkamy razem i razem pracujemy. Nie ukrywamy, że na początku nie było łatwo, ale opłacało się popracować nad sobą – każde z osobna – i nad naszym małżeństwem, bo powiem ci… nie ma nic wspanialszego od takiego życia. W prawdzie, w miłości, harmonii i bliskości z naturą. Teraz wreszcie czuję, że mam wpływ na swoje życie. Mam czas na wsłuchanie się w potrzeby własnego organizmu, na wprowadzanie do kuchni warzyw z naszej szklarni i ziół, po które wychodzę na łąkę. Mam wreszcie czas na sen, codzienny rytuał picia świeżo wyciskanych soków z naszych owoców, celebrowanie posiłków, jogę, saunę – bo mąż zbudował! – ale to wszystko nic nie znaczy wobec faktu, że jesteśmy tu wszyscy razem i dla siebie”.
Ale żeby nie było tak sielankowo – są też minusy i Kasia nie zamierza ich zatajać. Przyznaje, że prowadząc gospodarstwo na wsi, trzeba się liczyć z tym, że jest się od niego częściowo uzależnionym, a co za tym idzie, nie można sobie pozwolić na całkowicie wolne decydowanie o tym, co i kiedy się robi. „Mamy trzy koty, kilkanaście kur i dom. Zawsze może się coś wydarzyć, nie możemy zostawić tego wszystkiego i wyjechać na kilka tygodni czy nawet dni – tłumaczy. – Na szczęście otrzymujemy wsparcie i pomoc od rodziców Artura, którzy zostają w sytuacjach awaryjnych, ale nie chcemy też tej pomocy nadużywać. Do naszego rodzinnego miasta i przyjaciół mamy daleko, widujemy się rzadko i wtedy jest intensywniej. Co jakiś czas ciągnie nas do Poznania, ale gdy już tam jesteśmy, czar pryska. Czuję spaliny, źle znoszę pierwszą i drugą dobę, mam wrażenie, że się duszę, i często boli mnie głowa. Wracam do Lavendowa z ulgą”.
Kasia jest kobietą koło czterdziestki, pełną wewnętrznej siły i determinacji. Ta szczupła brunetka z roześmianymi oczami i młodzieńczą energią, którą – podejrzewam – nadal będzie mieć, nawet za dekady, była motorem wszelkich działań i to ona wymyśliła ich Lavendowo – agroturystykę w odrestaurowanym siedemnastowiecznym domu. Z dwóch apartamentów na parterze – Kominkowego i Lawendowego – przez wielkie przeszklone drzwi można wyjść wprost do ogrodu i dalej – na łąkę, boisko, plac zabaw albo do jednego z zacisznych kącików z krzesłami i leżakami. Hektarowa działka została w całości urządzona z myślą o gościach. Można odpoczywać, chodzić boso po trawie, palić ognisko, ruszyć w góry (Michałowice to punkt wyjściowy wycieczek na Śnieżne Kotły, tędy prowadzą szlaki na Przełęcz pod Śmielcem, Grzybowiec, Wielki Szyszak i Łabski Szczyt) albo wcale nie ruszać się z domu i leniuchować. Apartamenty noszą nazwy nawiązujące do ich charakterystycznych cech – w Pastelowym jest pastelowo i słodko, w Lawendowym króluje lawenda rosnąca na łące przy domu i pod różnymi postaciami obecna w całym gospodarstwie, także w nazwie, a sercem Kominkowego jest kominek i to nie byle jaki – wkład jest „gotowcem”, ale cała reszta to już dzieło gospodarzy. Artur go zbudował, a Kasia okładała gliną. Gliniane są też tynki na ścianach – kładli je własnoręcznie i pobielili wapnem. Wybrali takie wykończenie, bo jest bardziej naturalne, poza tym ma wiele zalet: tynki regulują wilgotność i temperaturę w pomieszczeniach, neutralizują szkodliwe substancje chemiczne, dzięki nim dom oddycha i jest wolny od zanieczyszczeń.
Tym trudniej uwierzyć, że ten piękny i dopieszczony w szczegółach dom wyglądał zupełnie inaczej, gdy go kupowali. „Pomieszczenia na dole były w stanie surowym, trzeba było przywrócić im funkcjonalność – wspomina mąż Kasi Artur. – Poprzedni właściciele mieszkali na piętrze, bo tam było cieplej, a na dole nie było prawie nic – żużel i goły beton. Beton był też wylany przed domem, pewnie dla wygody, bo to zawsze łatwiej, niż mieć glinę przed drzwiami wejściowymi… – Zastanawia się chwilę, po czym dodaje: – To też pewnie znak czasów. Kiedyś, w PRL, ludzie budowali z tego, co było, a wiadomo, że było niewiele. Jedną z pamiątek tamtych czasów był na przykład balkon z pręta zbrojeniowego”. Gdy tylko Kasia zobaczyła dom na zdjęciach, powiedziała, że jest piękny, ale ten balkon trzeba będzie od razu zlikwidować. Trwało to trochę dłużej niż „od razu”, bo dwa lata, ale w końcu zniknął. Prace we wnętrzach też trwały „trochę dłużej niż od razu”, a wraz z ich postępami cała rodzina wędrowała po różnych pomieszczeniach, podczas gdy remont odbywał się tam, gdzie aktualnie nie mieszkali.
Artur, cichy i spokojny człowiek o ujmującym, nieśmiałym uśmiechu, jest wykonawcą większości cięższych prac i – jak mówią żartobliwie –„realizatorem marzeń”. Całe to przedsięwzięcie nie udałoby się jednak, gdyby nie były w nią zaangażowane aż cztery osoby – Kasia, Artur i jego rodzice. „Na szczęście zdecydowali, że chcą w tym uczestniczyć, i dziś mieszkają w domku obok naszego domu – mówi Kasia. – Tata Artura prowadził kiedyś firmę budowlaną i bardzo nam pomógł. Jego mama zajmowała się naszą córką Martą, a i po rusztowaniu porusza się do dzisiaj bez problemu! Bez ich pomocy w życiu nie poradzilibyśmy sobie z remontem. Wprawdzie teść, kiedy przywieźliśmy go po raz pierwszy na miejsce, złapał się za głowę i zapytał, czy będziemy wyburzać i czy wiemy, ile to roboty w przypadku domu z kamienia. Jakież było jego zdziwienie, gdy powiedzieliśmy, że będziemy remontować! Za pieniądze włożone w ten dom moglibyśmy wybudować pewnie dwa nowe, ale co to za zabawa”– śmieje się Kasia. I tu trzeba wrócić na chwilę do początku tej opowieści, bowiem to, z czego dziś się śmieje, w rzeczywistości nie jest „zabawą”, a przedsięwzięciem okupionym latami ciężkiej pracy i wyrzeczeń.
Jak to się stało, że dwoje poznaniaków znalazło swoją przystań w oddalonej o ponad trzysta kilometrów od domu górskiej wiosce? Ta historia zaczęła się ponad dwadzieścia lat temu. „Pierwszy raz trafiłam w Karkonosze jako młoda dziewczyna i…zakochałam się po raz pierwszy i na zabój. Pewnego pięknego dnia stanęłam przy świątyni Wang, spojrzałam w przestrzeń i mimowolnie wypowiedziałam na głos: »Jak tu pięknie! Chciałabym tutaj zamieszkać!«. A wtedy ktoś, kto stał obok, powiedział: »To zrób to!«. Zatkało mnie. Oczy mi się otworzyły szeroko i już wiedziałam, że tak właśnie będzie! To był moment, kiedy podjęłam decyzję, że mój dom będzie w Karkonoszach”– wspomina kilka elektryzujących sekund, które zaważyły na reszcie życia jej samej, jej męża i córki. Tyle że wówczas męża nie było nawet na horyzoncie, a tym bardziej – córki w planach. Zakiełkowało jednak marzenie, na którego realizację przyszło jej czekać czternaście długich lat. Choć „czekać” to w przypadku tej historii nieodpowiednie słowo. Więc inaczej: zakiełkowało marzenie, na którego spełnienie Kasia ciężko pracowała przez czternaście lat.
Wróciła z tej brzemiennej w skutki wycieczki i zaczęła działać. Jako młoda osoba oczywiście nie miała pieniędzy na spełnienie marzenia o domu poza miastem. Zaczęła więc, z niespotykaną determinacją, realizować plan, który wydawał się jej najsensowniejszy. Najpierw były studia łączone z pracą: „Z nocki w hotelu, gdzie pracowałam, jechałam na ósmą na zajęcia, i tak przez kilka lat. Studiowałam hotelarstwo i gastronomię w poznańskiej AWF. Mojemu tacie nie podobał się ten pomysł, miał wobec mnie inne plany, ale zawsze powtarzałam, że będę sobie sama układać życie, i dopięłam swego”.
Potem przyszedł kolejny etap: praca w korporacji. „Żyłam szybko, intensywnie, głównie poza domem. W tamtych latach moje mieszkanie było tylko noclegownią, na przyjemności nie miałam czasu. Tak było prościej, wygodniej…W dodatku kilka spraw osobistych, które wstrząsnęły moim światem, doprowadziło do tego, że praca stała się ucieczką od myślenia o problemach. Miasto i ten styl życia powoli mnie pochłaniały. Miałam coraz mniej czasu i coraz więcej pieniędzy, a im więcej ich miałam, tym więcej wydawałam. Cała ta spirala tak szybko się kręciła, że teraz, z perspektywy czasu, podziwiam sama siebie, że wytrzymałam tak długo, żyjąc w nierealnym świecie. A że praca zapewniała mi bezpieczeństwo finansowe, tym trudniej było przerwać to błędne koło – wspomina Kasia. – Kiedy poznałam Artura, miałam już tak dość życia w dużym mieście i pracy w korporacji, że nie miałam żadnych skrupułów, by na jednej z pierwszych randek zadać mu pytanie, czy chciałby zamieszkać w górach. A on natychmiast i bez zastanowienia odpowiedział »tak«! W tym momencie poczułam, jakbym dostała wiatru w żagle, i szczerze mówiąc, dla mnie wszystkie zmiany zaczęły się tak naprawdę dopiero wtedy, w tamtej chwili. Od kiedy podjęłam decyzję o zamieszkaniu w Karkonoszach, pisałam do burmistrzów tutejszych gmin prośby o przesyłanie ofert sprzedaży.
Otrzymywałam czasem listy z informacjami o aktualnych przetargach na piękne, ogromne i stare domy w moim zasięgu finansowym, bo ceny wówczas były jeszcze stosunkowo niskie, mimo to nigdy się nie odważyłam przystąpić do przetargu. Bałam się, że nie dam rady finansowo i że nie zdołam wszystkiego ogarnąć. Teraz wiem, że w tej układance brakowało Artura. Po prostu bałam się zrobić ten krok sama”.