Sara zrobiła rzecz wspaniałą – uratowała nieznajomego mężczyznę przed śmiercią. Nie umie jednak wyzwolić się z tej historii.


Osiem minutChris obiecał żonie, że wkrótce do niej dołączy. Wszystko dokładnie zaplanował, starannie wybrał czas i miejsce.

Osiem minut przed przyjazdem pociągu stanął przy krawędzi peronu. Sara nie od razu zdaje sobie sprawę, że uratowała samobójcę. Powinna pójść swoją drogą, ale czuje się odpowiedzialna za mężczyznę, któremu ból i desperacja odebrały chęć do życia.

Małomówny i tajemniczy Chris coraz bardziej ją intryguje, powoli staje się jej obsesją. Chociaż on wyraźnie jej unika, Sara zaczyna go śledzić, a potem odwiedzać w domu.

Dąży do zacieśnienia znajomości, nie wie, że byłoby lepiej, gdyby niektóre sekrety na zawsze pozostały nieodkryte. Nie wie też, że wkroczyła na śmiertelnie niebezpieczną ścieżkę.

 
Darren O’Sullivan
Osiem minut
Przekład: Katarzyna Ciążyńska
Wydawnictwo HarperCollins Polska
Premiera: 11 lipca 2018
 
 

Osiem minut


ROZDZIAŁ 1

5 maja 2016 r.
Pierwszy dzień, który miał być ostatnim
Godz. 22.39
Dworzec kolejowy w March, Cambridgeshire

Osiem minut

Chris podniósł wzrok na tarczę dworcowego zegara, którego wskazówki posuwały się do przodu, nie zważając na to, co miało się wydarzyć. Zegar pokazywał dwudziestą drugą trzydzieści dziewięć. Chris stał i patrzył, jak powoli mijają sekundy. Osiem minut, musi poczekać jeszcze tylko osiem minut. Rozejrzawszy się, odnotował, w jak fatalnym stanie znajduje się budynek dworca. Ławki, niegdyś w kolorze błękitnego nieba, pokryła rozmaitość bluźnierczych bohomazów, podobnie zresztą jak znajdujące się za nimi ściany. Obraz męskich genitaliów i słowa obrażające cudze matki oświetlało słabe pomarańczowe światło lampy umieszczonej na dachu starego dworca i mrugające podświetlenie do połowy opróżnionego automatu sprzedaży samoobsługowej.
Dawniej Chris najpewniej miałby coś do powiedzenia w tym temacie, ale teraz nie. Teraz już nie. Zamiast tego czytanie napisów na ścianach i ławce pogłębiło tylko jego zmęczenie, ale też zwiększyło gotowość.
Dworzec to takie miejsce, gdzie nawet w środku lata po kątach zalegają zgniłe jesienne liście. Miejsce, gdzie wiatr zawsze przybiera na sile i gna z całą gwałtownością. Chris słuchał wycia i jęków wiatru, który wpadł na peron, przeleciał obok niego, zastukotał butelkami po piwie i zaszeleścił pustymi opakowaniami po jakichś przekąskach, które przepełniały kosze na śmieci.
Westchnął i zobaczył, że jego oddech w zderzeniu z powietrzem przypomina chmurę papierosowego dymu. Jak na maj było wyjątkowo zimno, ledwie sześć stopni. Dopiero teraz zauważył, jak bardzo jest zimno. Ostatnio w ogóle niewiele rzeczy zwracało jego uwagę. Poza czasem. To był jego jedyny stały punkt odniesienia.
Zauważył też, ale nie tak zupełnie normalnie, bo jakby patrząc na siebie przez okno, że jego koszula jest mokra. Padało, a on, nagle bardziej świadomy otoczenia, uprzytomnił sobie, że trzęsie się z zimna.
Nim tu przybył, przez całą godzinę krążył cichymi uliczkami March, żmudnie starając się zabić czas. March to małe miasteczko nizinnego regionu wschodniej Anglii, na północ od Cambridge. Zapomniane i zaniedbane, pełne sklepów z używanymi rzeczami i sklepików z artykułami za funta albo i mniej. Kiedy mijał prymitywne i nieudolnie wykonane szyldy wiszące nad drzwiami z łuszczącą się farbą, miał wrażenie, że do niego krzyczą. Dostrzegał te mało znaczące rzeczy, ale nie zimno i nie to, że jest przemoczony. Przez chwilę zastanawiał się, dlaczego tak się dzieje, ale szybko odsunął tę myśl. Teraz musi zachować wyjątkowe skupienie.
Spojrzał znów na zegar, który nadal wskazywał dwudziestą drugą trzydzieści dziewięć, więc wciąż miał osiem minut. Dokładnie osiem krótkich minut.
Potem zakończy swoje życie.
Miejsce wybrał idealnie. O tej porze nie jeździły pociągi pasażerskie. Następny taki pociąg miał się pojawić dopiero pół godziny po składzie towarowym, na który czekał. Odrobił lekcje. Przez kilka minionych miesięcy przekonał się, że o tej właśnie godzinie w czwartkowy wieczór na peronie nie ma żywego ducha. Zaczął to sprawdzać, gdy ból i szok zamieniły się w odrętwienie. Gdy tylko podjął decyzję o zakończeniu swojego życia, wiedział, że może to zrobić wyłącznie w jednym miejscu. Miejscu, które wszystko zmieniło.
To na tym peronie Chris uświadomił sobie niegdyś, że jest zakochany.
A kiedy po raz pierwszy od tamtego czasu znów stanął w tym miejscu, siłą woli musiał się powstrzymać, by od razu nie zrealizować swojego planu. Tyle że wówczas był środek popołudnia, na peronie prócz niego znajdowało się kilkoro podróżnych i wszyscy byliby świadkami jego śmierci. Nie potrafił pogodzić się z tą świadomością i już wiedział, że to musi nastąpić w nocy.
Każdego czwartku wracał na ten peron, by wybrać najbardziej dogodny moment. Aż pewnego wieczoru, gdy dotarł tam nieco później niż zwykle, usłyszał niosący się po szynach odległy łoskot i domyślił się, że to nie może być osobowy. Kiedy pociąg go mijał, policzył wagony, a było ich czterdzieści dwa. Liczył je każdego tygodnia. Czasami zdarzało się ich więcej, czasem mniej, ale jedno nie ulegało zmianie: zawsze były ich dziesiątki i pojawiały się o tej samej porze, o godzinie 22.47.
Wtedy znalazł rozwiązanie swojego problemu.
Po sprawdzeniu firmy London Concrete, która przewoziła swój towar tym pociągiem, Chris zyskał pewność, że pociąg będzie przejeżdżał przez stację w dniu, który go interesował. To nie było doskonałe rozwiązanie, a jednak bliskie ideału. Wiedział, że maszynista będzie wstrząśnięty jego śmiercią. Miał nadzieję, że otrzyma odpowiednią pomoc, żeby sobie jakoś z tym poradził. W końcu Chris nie będzie pierwszym człowiekiem, który rzuci się pod pociąg. Żeby zminimalizować traumę maszynisty, musi bardzo precyzyjnie wybrać moment. Tak, maszynista będzie wiedział, że ktoś popełnił samobójstwo, chodziło jednak o to, by nie stało się to na jego oczach.
Pamięć usiłowała go cofnąć do tamtego wieczoru, gdy zmarła Julia, jego piękna żona. Zanim to wspomnienie go osaczyło, szukając ratunku, chwycił się czegoś, co ujrzał ledwie w przebłysku. Zamknął oczy i z całych sił starał się zatrzymać ten obraz. Bo na tamten nie był gotowy. Jeszcze nie.
Wspomnienie, którego tak bardzo chciał się uchwycić, przywoływało chwilę, gdy ujrzał Julię po raz pierwszy.
Miało to miejsce przed pięciu laty, był wtedy ze Steve’em, swoim najlepszym kumplem, który pomimo jego protestów wyciągnął go na drinka. Pamiętał, jak zaczął się tamten wieczór. Steve do niego nie dzwonił ani nie wysłał mu SMS-a. Po prostu bez zapowiedzi stanął w jego drzwiach, nie zostawiając mu wyboru. Przed domem już czekała taksówka z włączonym silnikiem, więc Chris zdążył tylko wciągnąć stary T-shirt i dżinsy, jedyne czyste rzeczy, jakie znalazł, przeklinając przy tym przyjaciela.
Miał dziwne poczucie, jakby cofnął się w czasie.
– Pośpiesz się, stary.
– Już idę, cierpliwości.
– Niech cię szlag, będą przyjmować ostatnie zamówienia, jak wreszcie wciągniesz coś na tyłek.
– Trzeba było do mnie wcześniej zadzwonić.
– Akurat. Wtedy byś się wykręcił.
Miał rację. On zawsze miał rację.
A jednak wystarczyła pięciominutowa podróż taksówką do centrum miasta, żeby wybaczył Steve’owi to najście. Godzinę później, uświadomiwszy sobie, jak bardzo potrzebował chwili relaksu, był już wdzięczny kumplowi, że wyciągnął go z domu. Alkohol lał się strumieniami. Chris od dawna tak dobrze się nie bawił, choć nie przyznałby się do tego Steve’owi.
Podpierając bar w ich ulubionej knajpie o mało oryginalnej nazwie The Corner Lounge, którą zawdzięczała swojej lokalizacji, Chris popijał drinka, przyglądając się gościom, podczas gdy Steve gawędził z jednym z barmanów. Nie mógł nie zauważyć podobieństwa, które łączyło wszystkich gości. Na wieczorny wypad do miasta każdy z nich włożył najlepsze ciuchy, żeby wyróżnić się w tłumie, a w rezultacie, o ironio, trudno ich było rozróżnić. Wszyscy mężczyźni wybrali klasyczny zestaw złożony z marynarki i dżinsów. Kobiety bez wyjątku wyglądały olśniewająco, być może nawet zbyt olśniewająco jak na taką małą knajpę w małym mieście. Patrząc na swoje znoszone dżinsy i stary T-shirt, Chris nie mógł powściągnąć uśmiechu.
Ściany The Corner Lounge zdobiła staromodna tapeta i portrety nikomu nieznanych osób, a wszystko po to, by nowoczesnej przestrzeni nadać sznyt i pozór tradycji. W tle nakładających się na siebie rozmów i śmiechu cicho płynęła muzyka house. Chris musiał to oddać temu miejscu: miało niepowtarzalny charakter, a nie do końca korespondujące z wnętrzem portrety i tapeta paradoksalnie tworzyły ciepłą, przyjazną atmosferę, nawet jeśli była to tylko iluzja mająca skłonić klientów do zostawiania pieniędzy.
Próbując dotrzymać Steve’owi kroku w piciu, stracił nieco ostrość widzenia, słyszał za to, jak kumpel chwali się barmanowi, że życie dobrze go traktuje. Poczuł odrobinę zazdrości, ale szybko ją zdusił, ignorując zielonookiego potwora. Pewnie za dużo wypił.
Kiedy Steve zaczął mówić o tym, że niedługo ożeni się ze swoją dziewczyną Kristy, Chris po raz kolejny zlustrował salę. Wtedy właśnie wypatrzył ją w tłumie. Najwyraźniej opowiadała koleżance coś zabawnego, odrzuciła do tyłu głowę i śmiała się, a przy okazji tym wszystkim, którzy na nią spoglądali, pokazywała piękny uśmiech. Właśnie na to od razu zwrócił uwagę: dziewczyna śmiała się absolutnie beztrosko. W pewnym momencie Steve przerwał rozmowę z barmanem i spojrzał na Chrisa.
– Ładna.
– Kto?
– Daj spokój, nie udawaj, że nie gapisz się na tę laskę w zielonej sukience.
– Nie gapię się. To znaczy tak, zauważyłem ją, ale to wszystko.
– Oczywiście, że ją zauważyłeś. Jest bardzo ładna. Pewnie jedna z tych, co jedzą dużo awokado. No… podejdź do niej, przywitaj się.
Chris zaśmiał się. Zawsze miał problem w nawiązywaniu rozmowy z kobietami, zwłaszcza tak atrakcyjnymi jak ta nieznajoma. Spojrzał na Steve’a i się uśmiechnął. Pomysł był dobry, ale obaj wiedzieli, że brak mu pewności siebie, by go zrealizować.
Chris jak dotąd nie przeżył wielu romansów. Był nieśmiałym, zamkniętym w sobie nastolatkiem, który nie potrafił odezwać się do dziewczyny. Gdy wszedł w dorosłość, ta nieśmiałość mu pozostała, stając się fundamentem jego osobowości. Nie przeszkadzała mu, równie dobrze mógł żyć samotnie. Będąc sam, wiedział przynajmniej, na czym stoi, nie musiał obawiać się zaskoczeń ani niepewności. Obserwował przyjaciół, którzy się zakochiwali, a potem z pogardą byli odrzucani. Nie miał ochoty na emocjonalną jazdę bez trzymanki. Życie singla mu odpowiadało. Choć od czasu do czasu zdarzało mu się mimo wszystko związać z jakąś kobietą, ale pod warunkiem, że ona pierwsza przełamała lody.
– Chodź, stary.
– Zaczekaj, co ty wyprawiasz?
– Sam nigdy nikogo byś nie poznał. Podejdziemy i przywitamy się grzecznie.
– Steve!
– Dobra, zostań, jak chcesz.
Steve oddalił się, kołysząc się w rytm muzyki, zresztą jako jedyny w tej sali, jak uświadomił sobie Chris. Naprawdę lubił to w swoim przyjacielu. Charakteryzowała go zaraźliwa pewność siebie, która nie była onieśmielająca, nie budziła też żartów ani kpin. Patrząc, jak Steve tanecznym krokiem zbliża się do pięknej nieznajomej, Chris z zażenowaniem opróżnił szklankę. Był facetem, który musi wypić do dna, żeby nabrać odwagi przed rozmową z kobietą.
Odwrócił się w stronę baru i gestem poprosił barmana o kolejne dwa piwa. Uszy go piekły, serce przyśpieszyło na myśl o tym, co dzieje się – albo nie dzieje – za jego plecami. Spodziewał się, że zabiegi, które Steve czynił w jego imieniu, zostaną odrzucone, i za chwilę zobaczy wracającego przyjaciela, który wzruszy ramionami, jakby mówił: „Cóż, trudno” – i pokaże mu zakłopotany uśmiech.
Zapłaciwszy za piwo, Chris wypił łyk, a potem odetchnął głęboko i znów odwrócił się twarzą do sali. Zobaczył, że Steve w tym właśnie momencie mało subtelnie wskazuje na niego palcem i daje znak, by do niego podszedł. Piękna kobieta patrzyła na Chrisa, a dokładnie patrzyła mu w oczy. Chris nie miał wyboru. Musiał do nich podejść i się przedstawić.
Ruszył przez tłum, starając się nie przeszkadzać pogrążonym w rozmowie grupkom gości, które musiał minąć. Na przemian przeklinał przyjaciela i dziękował mu w duchu. Na powitanie z wahaniem wyciągnął rękę. Nieznajoma postanowiła cmoknąć go w policzek, lecz nie trafiła i jej całus wylądował blisko jego ucha, przez co mimo woli położył rękę na jej boku, delikatnie, ale dość znacząco, by oboje zdali sobie z tego sprawę.
Nigdy nie zapomni tamtej chwili, jednak nigdy z nią o tym nie rozmawiał.
Steve został z nim wystarczająco długo, by się upewnić, że rozmowa potoczy się gładko, po czym skupił uwagę na jej koleżance, której zaczął dość głośno przedstawiać swoje plany na przyszłość, a Chris zdał sobie sprawę, że został sam na sam z piękną kobietą i że sami muszą sobie poradzić. Miał nadzieję, że skutecznie skrywa zdenerwowanie, chociaż czuł, że policzki go pieką.
Prowadząc tę rozmowę, usiłował pojąć, jak to możliwe, że kobieta jest tak piękna, taka bystra i tak zabawna, a przy tym, o czym przekonał się, dyskretnie zerknąwszy na jej dłoń, wciąż niezamężna. Pamiętał, że jej jasnozielone oczy cały czas patrzyły w jego oczy w kolorze przydymionej szarości, i że z początku był tak zdenerwowany, że nawet nie spytał, jak jej na imię, zrobił to dopiero dużo później.
Na imię miała Julia.
Podczas tego pierwszego spotkania dowiedział się, że jest dziennikarką lokalnej gazety i że pracuje tam od siedmiu lat, bo zaczęła zaraz po dyplomie. Dowiedział się też, że kocha swoją pracę, a odkąd w dzieciństwie zaczęła prowadzić dziennik, o niczym tak nie marzyła, jak o pisaniu. Spytał ją, czy chciałaby napisać coś innego, na przykład powieść, a może coś dla telewizji. Odparła, że jest zadowolona ze swojej pracy. Wystarczało jej opowiadanie historii innych ludzi i odkrywanie ukrytej prawdy. Przyznała, że szczerze wierzy w to, iż jej praca może coś zmienić. To nie była z jej strony naiwność, tylko wyraz programowego optymizmu, a jej pozytywne nastawienie do świata działało na ludzi zaraźliwie.
Chris opowiedział jej o swojej pracy. Pamiętał, że była zaskoczona. Większość ludzi tak właśnie reagowała, a nawet wyrażała zdumienie, gdy dowiadywała się, że Chris pracuje w ubezpieczeniach społecznych, prowadząc klientów przez labirynt prywatnych planów emerytalnych i świadczeń państwowych. Próbował tłumaczyć, że jego głównym zadaniem jest takie połączenie różnych planów, żeby klienci, kiedy osiągną wiek emerytalny, nie otrzymywali kilku niskich świadczeń od różnych pracodawców, tylko jedną znaczącą miesięczną emeryturę. Julia odparła, że nie bardzo to rozumie, ale spytała, czy Chris lubi swoją pracę. Tak, lubił, więc stwierdziła, że tylko to się liczy.
Z upływem czasu, kiedy robiło się coraz później, lokal zaczął się wyludniać i słychać było tylko ciche rozmowy par, które cieszyły się swoim towarzystwem. A kiedy Chris zamówił znów drinki dla siebie i dla Julii, sięgnął myślą w przyszłość. Zastanowił się, czy jeszcze kiedyś ją zobaczy. Chciał ją poprosić o numer telefonu, lecz nie znajdował w sobie dość odwagi, był w stanie jedynie okazać jej w rozmaity sposób, że miło spędza z nią czas. Steve raz jeszcze interweniował i nie owijając w bawełnę, spytał, czy zamierzają być w kontakcie. Julia natychmiast poprosiła Chrisa o telefon i wpisała mu swój numer.
– Żebyś nie zgubił i o mnie nie zapomniał – powiedziała.
Pomyślał, czy to w ogóle możliwe.
Pamiętał, że kiedy po wyjściu z lokalu skradł jej całusa, zanim wsiadła do taksówki, krople deszczu, które spadły mu na kark, wydały się ciepłe. I jak śmiał się w poduszkę tamtej nocy, jak dziecko w wigilię Bożego Narodzenia, bo już wiedział to, co wciąż się nie zmieniło. To była ta jedyna.
Pamiętał, jaki był podekscytowany perspektywą kolejnego spotkania.
Pamiętał, że gdy ją spotkał, odnosił wrażenie, jakby żył jakoś bardziej.
Potem, wróciwszy gwałtownie do teraźniejszości, przypomniał sobie, że jej już nie ma.
Otworzył oczy i zobaczył, że stoi na zimnym peronie. Spojrzał na zegar.
Dwudziesta druga czterdzieści.