“Wojna i pokój”, arcydzieło rosyjskiego mistrza pióra, to wielowątkowa epopeja narodowa, która opowiada losy obywateli Cesarstwa Rosyjskiego w czasach wojen napoleońskich.


Wojna i pokój Wojna i pokój„Wojna i pokój” to powieść, którą trzeba znać – jest nie tylko historycznym arcydziełem, ale też inspiracją dla wielu współczesnych pisarzy. Wychwalali ją Fiodor Dostojewski i Gustave Flaubert, a Ernest Hemingway od Tołstoja uczył się pisać o wojnie. Jako nieprzemijający klasyk doczekała się też wielu, również oscarowych, ekranizacji, a najnowszą jest widowiskowy miniserial BBC z 2016 roku.

Imponujące dzieło Tołstoja to książka, do której ciągle się wraca. Wierne tło historyczne oraz wciągająca fabuła obejmująca bohaterów z różnych klas społecznych sprawiają, że czytelnicy z zapartym tchem śledzą wojenne zawieruchy, wystawne przyjęcia i polityczne decyzje.

Powieść rosyjskiego mistrza Lwa Tołstoja jest arcydziełem realizmu podziwianym przez późniejszych pisarzy – Isaaka Babela, Johna Galsworthy’ego, a nawet Thomasa Manna. Również współcześnie zachwyca nie tylko czytelników, ale także widzów teatralnych, kinowych i telewizyjnych.

Dwa pierwsze tomy tej napisanej z ogromnym rozmachem powieści przenoszą czytelników w dziewiętnastowieczny świat, w którym wielka historia jest zwyczajną codziennością bohaterów.

W tomie trzecim tej rosyjskiej epopei narodowej wojska napoleońskie nieuniknienie zbliżają się do Rosji, aż w końcu Francuzi wkraczają do Moskwy. Tom czwarty to przede wszystkim spiski i zamachy, bitwa pod Borodino, klęska Napoleona oraz finały wielkich historii miłosnych. Mimo wojennej zawieruchy życie musi toczyć się dalej…

Lew Tołstoj (1828-1910) – rosyjski pisarz, pedagog i myśliciel uznawany za najważniejszego przedstawiciela europejskiego realizmu. Pierwsze teksty literackie publikował jeszcze podczas służby wojskowej, później zajął się działalnością pedagogiczną i pisarską. Podróżował po Europie, rozwijając swoje zainteresowanie filozofią, a rozwój jego własnych poglądów przyczynił się do powstania nurtu zwanego tołstoizmem. Pisarz wierzył przede wszystkim w możliwość ciągłego doskonalenia się każdej jednostki oraz zasadę nieprzeciwstawiania się złu przemocą. Pisał prozę, publicystykę i dramaty, a do jego najważniejszych dzieł należą powieści “Anna Karenina” (1875-1877), “Zmartwychwstanie” (1899) oraz “Wojna i pokój” (1865-1869), będące barwnymi portretami rosyjskiego społeczeństwa XIX wieku.

Lew Tołstoj
Wojna i pokój. Tom 1 i 2
Wojna i pokój. Tom 3 i 4

Przekład: Andrzej Stawar
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Premiera: 29 czerwca 2018
 
 

Wojna i pokój


TOM 1

CZĘŚĆ PIERWSZA

I

Eh bien, mon prince, Gênes et Lucques ne sont plus que des apanages, des dobra, de la famille Buonaparte. Non, je vous préviens, que si vous ne me dites pas, que nous avons la guerre, si vous vous permettez encore de pallier toutes les infamies, toutes les atrocités de cet Antichrist (ma parole, j’y crois) — je ne vous connais plus, vous n’êtes plus mon ami, vous n’êtes plus mój wierny niewolnik, comme vous dites. No, witam księcia, witam. Je vois que je vous fais peur1, proszę siąść i opowiadać.
Mówiła tak w lipcu 1805 r. znana powszechnie Anna Pawłowna Scherer, dama dworu i zaufana cesarzowej Marii Fiodorowny, witając znacznego dygnitarza księcia Wasilija, który pierwszy przybył na jej wieczór. Anna Pawłowna kaszlała od kilku dni, miała grypę, jak powiadała (grypa była wówczas nowym słowem, rzadko używanym). W bilecikach wysłanych rano przez lokaja w czerwieni było napisane do wszystkich bez różnicy:
„Si vous n’avez rien de mieux à faire, M. le comte (lub mon prince), et si la perspective de passer la soirée chez une pauvre malade ne vous effraine pas trop, je serai charmée de vous voir chez moi entre 7 et 10 heures. Annette Scherer”2.
— Dieu, quelle virulente sortie!3 — odpowiedział bynajmniej nie zmieszany takim powitaniem książę, wchodzący w dworskim haftowanym mundurze, w pończochach, trzewikach, przy gwiazdach, i rozjaśnił płaskie oblicze.
Mówił tą wytworną francuszczyzną, którą nie tylko mówili, ale i myśleli nasi dziadowie, z ową spokojną protekcjonalną intonacją, właściwą dygnitarzowi, który życie strawił w wielkim świecie i przy dworze cesarskim. Podszedł do Anny Pawłowny, pocałował ją w rękę, podstawiając jej swą błyszczącą, perfumowaną łysinę, i rozsiadł się wygodnie na kanapce.
— Avant tout dites-moi, comment vous allez, chère amie?4 Proszę mnie uspokoić — rzekł, nie zmieniając głosu, tonem, w którym poprzez uprzejmość i współczucie przeświecała obojętność, a nawet kpina.
— Jakże można być zdrową… gdy się cierpi moralnie? Czyż istota czuła może być spokojna w naszych czasach? — rzekła Anna Pawłowna. — Mam nadzieję, że spędzisz u mnie, książę, cały wieczór?
— A bal u posła angielskiego? Mamy dziś środę. Muszę się tam pokazać — rzekł książę. — Córka przyjedzie po mnie i zawiezie tam.
— Myślałam, że dzisiejszy bal został odwołany. Je vous avoue que toutes ces fêtes et tous ces feux d’artifice commencent à devenir insipides5.
— Gdyby wiedziano, że pani sobie tego życzy, odwołano by bal — rzekł książę, z nawyku, niby nakręcony zegar, mówiąc rzeczy, w które sam nie chciał, aby wierzono.
— Ne me tourmentez pas. Eh bien qu’a-t-on décidé par rapport à la dépêche de Novosilzoff? Vous savez tout6.
— Jak by tu rzec — rzekł książę chłodnym, znudzonym tonem. — Qu’a-t-on décidé? On a décidé que Buonaparte a brûlé ses vaisseaux et je crois que nous sommes en train de brûler les nôtres7.
Książę Wasilij mówił zawsze leniwie, niby aktor wygłaszający rolę ze starej sztuki. Anna Pawłowna Scherer, przeciwnie, mimo swej czterdziestki była pełna żywości i porywów.
Być entuzjastką stało się jej pozycją społeczną i niekiedy, nawet wcale tego nie chcąc, robiła z siebie entuzjastkę, aby nie zawieść oczekiwań ludzi, którzy ją znali. Powściągliwy uśmiech, igrający stale na twarzy Anny Pawłowny, mimo iż nie pasował do jej zużytych rysów, wyrażał, jak to bywa u rozpieszczonych dzieci, stałą świadomość własnej miłej wady, z której nie chcemy, nie możemy i nie uważamy za stosowne poprawić się.
Wśród rozmowy o wypadkach politycznych Anna Pawłowna wpadła w zapał.
— Ach, proszę mi nie mówić o Austrii! Ja nic nie rozumiem, być może, lecz Austria nigdy nie chciała i nie chce wojny. Zdradza nas. Rosja jedynie powinna być zbawczynią Europy. Nasz dobroczynny monarcha zna swą wysoką misję i pozostanie jej wierny. To jedno, w co wierzę. Naszemu dobrotliwemu, cudownemu monarsze przypadnie największa rola w świecie, a on jest tak cnotliwy i dobry, że Bóg go nie opuści, i on spełni misję zdławienia hydry rewolucji, która teraz jest jeszcze okropniejsza w postaci tego mordercy i łotra. My jedynie winniśmy okupić krew Sprawiedliwego. Pytam, na kim mamy polegać? Anglia ze swym kupieckim duchem nie pojmie i nie może pojąć całej wzniosłości duszy cesarza Aleksandra. Odmówiła opuszczenia Malty. Chciałaby poznać, szuka ukrytego sensu naszych działań. Cóż powiedzieli Nowosilcowowi? Nic. Oni nie zrozumieli, oni nie mogą zrozumieć poświęcenia naszego cesarza, który niczego nie chce dla siebie i chce tylko szczęścia świata. I cóż oni obiecali? Nic. A i tego nie spełnią, co obiecali! Prusy już obwieściły, że Bonaparte jest niezwyciężony i że cała Europa nic nie zdziała przeciw niemu… I ja nie wierzę ani jednemu słowu Hardenberga czy Haugwitza. Cette fameuse neutralité prussienne, ce n’est qu’un piège8. Wierzę w Boga jedynego i w wielkie przeznaczenie naszego umiłowanego cesarza. On zbawi Europę!… — zatrzymała się nagle z uśmiechem drwiny nad własnym uniesieniem.
— Myślę — rzekł książę z uśmiechem — iż gdyby posłano panią zamiast naszego kochanego Wintzingerode, zdobyłabyś szturmem zgodę króla pruskiego. Pani jest tak wymowna! Czy dostanę herbaty?
— Zaraz. À propos — dodała, uspokajając się — mam dziś u siebie dwóch interesujących ludzi: le vicomte de Mortemart, il est allié aux Montmorency par les Rohans9, jedna z najlepszych rodzin Francji. On należy do tych porządnych prawdziwych emigrantów. A poza tym l’abbé10 Morio. Zna książę ten głęboki umysł. Został przyjęty przez cesarza, wie książę?
— A! Będę się bardzo cieszył — rzekł książę. — Proszę powiedzieć — dodał w sposób osobliwie niedbały, jak gdyby dopiero co przypominając sobie, a przecie to, o co pytał, stanowiło główny cel jego odwiedzin — czy to prawda, że l’impératrice-mère pragnie nominacji barona Funke na pierwszego sekretarza do Wiednia? C’est un pauvre sire, ce baron, à ce qu’il paraît11. — Książę Wasilij pragnął umieścić syna na tym stanowisku, które poprzez cesarzową Marię Fiodorownę starano się powierzyć baronowi.
Anna Pawłowna niemal przymknęła oczy na znak, że ani ona, ani ktokolwiek inny nie może sądzić o tym, czego cesarzowa sobie życzy lub co się jej podoba.
— Monsieur le baron de Funke a été recommandé à l’impératrice-mère par sa soeur — rzekła tylko smętnym, oschłym tonem. W chwili gdy wspomniała o cesarzowej, twarz Anny Pawłowny nagle przejawiła głęboki, szczery wyraz oddania i czci połączonej ze smutkiem, co się u niej zdarzało zawsze, gdy w rozmowie wspomniała swą wysoką protektorkę. Powiedziała, że jej cesarska mość raczyła okazać baronowi Funke beaucoup d’estime12, i znowu wzrok jej powlókł się smutkiem.
Książę zamilkł obojętnie. Anna Pawłowna w właściwy sobie sposób, ze zręcznością nabytą przy dworze i z kobiecym bystrym taktem, pragnęła zarazem i dotknąć księcia za to, że ośmielił się wspomnieć w ten sposób o osobie, która cieszyła się protekcją cesarzowej, i pocieszyć księcia.
— Mais à propos de votre famille — rzekła — książę wie, że jego córka, od czasu gdy udziela się w towarzystwie, fait les délices de tout le monde? On la trouve belle, comme le jour13.
Książę skłonił się na znak szacunku i wdzięczności.
— Myślę często — ciągnęła Anna Pawłowna po chwili milczenia, przysuwając się do księcia mile uśmiechnięta, jakby wykazując przez to, że dyskusje na tematy polityczne i światowe zostały ukończone i teraz zaczyna się rozmowa od serca — często myślę, jak szczęście w życiu bywa niesprawiedliwie rozdzielone. Za co los dał księciu dwoje tak wspaniałych dzieci (wyjąwszy Anatola, młodszego syna, nie lubię go — wtrąciła bezapelacyjnie, uniósłszy brwi) — tak zachwycających dzieci? A książę, doprawdy, ceni je mniej niż inni i dlatego nie jest ich wart.
I Anna Pawłowna uśmiechnęła się swym entuzjastycznym uśmiechem.
— Que voulez-vous? Lavater aurait dit que je n’ai pas la bosse de la paternité14 — powiedział książę.
— Proszę nie żartować. Chciałam poważnie z księciem pomówić. Wie książę, jestem niezadowolona z pańskiego młodszego syna. Niech to pozostanie między nami (twarz jej przybrała smutny wyraz): mówiono o nim u jej cesarskiej mości, współczując księciu…
Książę nie odpowiadał, lecz ona w milczeniu, patrząc na niego znacząco, czekała na odpowiedź. Książę Wasilij skrzywił się.
— Cóż mam począć? — rzekł wreszcie. — Pani wiesz, zrobiłem dla ich wychowania wszystko, co może zrobić ojciec. I obaj wyrośli na des imbéciles15. Hipolit to przynajmniej głupiec spokojny, Anatol zaś niepohamowany. To cała różnica — rzekł, uśmiechając się w sposób bardziej ożywiony i nienaturalny niż zwykle, przy czym szczególnie ostro uwydatniało się w zmarszczkach, które powstały koło jego ust, coś niespodzianie brutalnego i nieprzyjemnego.
— I po co tacy ludzie jak pan mają dzieci. Gdyby książę nie był ojcem, nic bym mu nie mogła zarzucić — rzekła Anna Pawłowna, wznosząc oczy w zamyśleniu.
— Je suis votre wierny niewolnik et à vous seule je puis l’avouer. Moje dzieci — ce sont les entraves de mon existence. To mój krzyż. Tak to sobie tłumaczę. Que voulez-vous?…16 — zamilkł, wyrażając gestem poddanie się okrutnemu losowi.
Anna Pawłowna zamyśliła się.
— Czy książę nigdy nie pomyślał o tym, aby ożenić swego marnotrawnego syna Anatola? Powiadają — rzekła — iż stare panny ont la manie de mariage. Ja jeszcze nie czuję u siebie tej słabostki, ale mam pewną petite personne, która jest bardzo nieszczęśliwa z ojcem une parente à nous, une princesse17 Bołkońska.
Książę Wasilij nie odpowiedział, choć z szybkością orientacji i zapamiętywania, właściwą ludziom światowym, dał poznać ruchem głowy, że przyjmuje te dane do wiadomości.
— Czy pani wie, że Anatol kosztuje mnie czterdzieści tysięcy rocznie — rzekł, nie mogąc, widać, powstrzymać smutnego biegu własnych myśli. Umilkł. — Co będzie za pięć lat, jeśli tak dalej pójdzie? Voilà l’avantage d’être père18 Czy ta pani księżniczka jest bogata?
— Ojciec jest bardzo bogaty i skąpy. Mieszka na wsi. Wie książę, to ten słynny książę Bołkoński, dymisjonowany jeszcze za nieboszczyka cesarza i przezwany „królem pruskim”. To człowiek bardzo rozumny, ale zdziwaczały i ciężki w pożyciu. La pauvre petite est malheureuse, comme les pierres19. Ma brata, to ten, co niedawno ożenił się z Lizą Meinen — adiutant Kutuzowa. Będzie dziś u mnie.
— Écoutez chère Annette — rzekł książę, ujmując nagle swą rozmówczynię za rękę i przyginając ją nie wiadomo czemu ku dołowi. — Arrangez-moi cette affaire et je suis votre najwierniejszym rabem à tout jamais (rapem przez p, comme mon starosta m’écrit des doniesienia)20. Jest z dobrej rodziny i bogata. To wszystko, czego mi trzeba.
Swobodnymi i poufale wdzięcznymi ruchami, które go cechowały, ujął dłoń damy dworu, ucałował, a ucałowawszy, pomachał ręką frejliny, rozwalając się w fotelu i patrząc w bok.
— Attendez — rzekła Anna Pawłowna z namysłem. — Dziś jeszcze powiem Lizie (la femme du jeune Bołkoński). I może to się ułoży. Ce sera dans votre famille, que je ferai mon apprentissage de vieille fille21.

II

Salon Anny Pawłowny zaczął się po trochu zapełniać.
Przybyła noblesa petersburska, ludzie najrozmaitszego wieku i charakteru, lecz zrównani przez towarzystwo, w którym żyli; przyjechała córka księcia Wasilija, piękna Hélène, która wstąpiła po ojca, by razem z nim pojechać na bal do posła. Była w balowej sukni, z cyfrą dworską. Przyjechała również młoda, malutka księżna Bołkońska, znana jako la femme la plus séduisante de Pétersbourg22. Ubiegłej zimy wyszła za mąż i obecnie nie pokazywała się w wielkim świecie z powodu brzemienności, ale na mniejszych przyjęciach jeszcze bywała. Przyjechał książę Hipolit, syn księcia Wasilija. Przywiózł ze sobą Mortemarta, którego przedstawił; przyjechał również ksiądz Morio oraz wiele innych osób.
— Pan jeszcze nie widział — albo — pan jeszcze nie zna ma tante — mówiła Anna Pawłowna do przybywających gości i z wielką powagą prowadziła ich do malutkiej staruszki z wysoką koafiurą, która wypłynęła z sąsiedniego pokoju, jak tylko goście zaczęli się zjeżdżać. Anna Pawłowna wymieniała ich nazwiska, powoli przenosząc wzrok z gościa na ma tante23, a potem odchodziła.
Wszyscy goście dopełniali obrzędu witania się z nikomu nieznaną, nieinteresującą i nikomu niepotrzebną ciocią. Anna Pawłowna ze smutnym, uroczystym współczuciem przyglądała się tym powitaniom i milcząco je pochwalała. Ma tante jednymi i tymi samymi zwrotami rozmawiała z każdym o jego zdrowiu, o swoim zdrowiu i o zdrowiu jej cesarskiej mości, które teraz, dzięki Bogu, jakoś się poprawiło. Wszyscy, którzy do niej podchodzili, przez grzeczność nie okazując pośpiechu, z uczuciem ulgi po spełnieniu ciężkiego obowiązku opuszczali staruszkę, aby przez cały wieczór już ani razu nie zbliżyć się do niej.
Młoda księżna Bołkońska przybyła z robótką w aksamitnym woreczku haftowanym złotem. Jej ładniutka górna warga z lekko czerniejącymi wąsikami odsłaniała zęby, ale tym wdzięczniej się podnosiła i jeszcze wdzięczniej niekiedy wydłużała się i opadała na dolną. Jak to bywa u wszystkich skończenie powabnych kobiet, wada urody — przykrótka warga i półuchylone usta — wydawała się osobliwym, właściwym jej wdziękiem. Każdy patrzył wesoło na tę przyszłą matkę, śliczną, pełną zdrowia i rześkości, tak lekko znoszącą swój stan. Starcom i znudzonym, ponurym młodym ludziom, kiedy z nią przebyli czas pewien i porozmawiali, wydawało się, że sami stają się podobni do niej. Kto tylko z nią rozmawiał i przy każdym słowie widział jej jasny uśmieszek i lśniące, białe odsłaniające się wciąż zęby, myślał, że i on teraz jest szczególnie miły. A tak myślał każdy.
Mała księżna, z ridicule w ręku, kołysząc się, drobnymi szybkimi kroczkami okrążyła stół i szybkim ruchem poprawiwszy suknię, usiadła na kanapie, w pobliżu srebrnego samowara, jakby wszystko, cokolwiek robiła, było partie de plaisir24 dla niej i dla wszystkich, którzy ją, otaczali.
— J’ai apporté mon ouvrage25 — rzekła, otwierając swój ridicule i zwracając się do wszystkich.
— Proszę, Annette, ne me jouez pas un mauvais tour — zwróciła się do gospodyni. — Vous m’avez écrit, que c’était une toute petite soirée; voyez comme je suis attifée26.
I rozłożyła ręce, by pokazać swą szarą wytworną suknię, z koronkami, nieco niżej piersi przepasaną szeroką wstęgą.
— Soyez tranquille, Lise, vous serez toujours la plus jolie27 — odpowiedziała Anna Pawłowna.
— Vous savez, mon mari m’abandonne — ciągnęła tym samym tonem Liza, zwracając się do generała. — Il va’se faire tuer. Dites-moi, pourquoi cette vilaine guerre28 — rzekła do księcia Wasilija i nie czekając na odpowiedź, zwróciła się do córki księcia Wasilija, pięknej Hélène.
— Quelle délicieuse personne que cette petite princesse!29 — rzekł cicho książę Wasilij do Anny Pawłowny.
Wkrótce po małej księżnie wszedł tęgi, masywny młody człowiek z krótko ostrzyżoną głową, w okularach, w jasnych pantalonach wedle ówczesnej mody, w wysokim żabocie i brązowym fraku. Ów tęgi młody człowiek był nieprawym synem znamienitego magnata z czasów cesarzowej Katarzyny, hrabiego Bezuchowa, który teraz dogorywał w Moskwie. Dopiero co powrócił z zagranicy, gdzie się kształcił, jeszcze nie pełnił żadnej służby i pierwszy raz znalazł się w towarzystwie. Anna Pawłowna powitała go ukłonem przeznaczonym dla ludzi najniższej hierarchii w jej salonie. Przecie, mimo tego najgorszego gatunku powitania, na widok wchodzącego Pierre’a twarz Anny Pawłowny wyraziła niepokój i strach, podobny do tego, który się ujawnia na widok czegoś nad miarę wielkiego i niewłaściwego w danym miejscu. Jednak, choć Pierre istotnie był nieco większy niż inni mężczyźni w pokoju, ów strach mógł dotyczyć jedynie rozumnego, a zarazem nieśmiałego, uważnego, a pełnego naturalności spojrzenia, jakie wyróżniało go spośród wszystkich w tym salonie.

Przypisy

1 Eh bien… — A więc, książę, Genua i Lukka to tylko apanaże… rodziny Buonaparte. Nie, uprzedzam, jeśli pan nie powie mi, że mamy wojnę, jeśli jeszcze raz pozwolisz sobie tuszować wszystkie bezeceństwa, wszystkie okrucieństwa owego Antychrysta (wierzę doprawdy, że to Antychryst) — ja księcia więcej nie znam. Nie jesteś mym przyjacielem… jak to mówisz… Widzę, żem pana przestraszyła.
2 Si vous… — Jeśli pan, hrabio (albo książę) nie masz na widoku nic lepszego i jeśli perspektywa spędzenia wieczoru u biednej chorej niezbyt pana przestrasza, to będę bardzo rada, widząc pana dziś u siebie między siódmą a dziesiątą. Anna Scherer.
3 Dieu… — Boże, co za gwałtowny atak!
4 Avant… — Przede wszystkim proszę powiedzieć, droga przyjaciółko, jak pani zdrowie?
5 Je vous… — Przyznam się, że wszystkie te bale i fajerwerki stają się nudne.
6 Ne me… — Proszę mnie nie dręczyć. No, co postanowiono w związku z depeszą Nowosilcowa? Książę, wiesz wszystko.
7 Qu’a-t-o-n… — Co postanowiono? Postanowiono, że Buonaparte spalił za sobą mosty, a my, zdaje się, gotowiśmy spalić i nasze.
8 Cette — Ta osławiona neutralność Prus to tylko pułapka.
9 À propos… — À propos… wicehrabia de Mortemart jest spowinowacony z rodziną Montmorency przez Rohanów…
10 L’abbé — ksiądz.
11 L’impertice-mere… — cesarzowa matka… Baron to miernota, jak się wydaje.
12 Monsieur… — Baron Funke został zarekomendowany cesarzowej matce przez jej siostrę… wiele szacunku.
13 Mais… — À propos pańskiej rodziny… jest przedmiotem zachwytu całego towarzystwa. Mówią o niej, że jest piękna jak marzenie.
14 Que voulez-vous?… — Cóż robić? Lavater powiedziałby, że brak mi guza rodzicielskiego.
15 Des imbéciles — durniów.
16 Je suis… — Jestem pani… pani jednej mogę to wyznać… są utrapieniem mego życia… Cóż pani chce?
17 ont la… — mają manię swatania… panienkę… nasza krewna księżniczka.
18 Voilà… — Oto awantaże ojcostwa.
19 La pauvre… — Biedaczka, jest bardzo nieszczęśliwa.
20 Écoutez… — Proszę posłuchać, droga Anetko… Niech pani mi to załatwi, a pozostanę na zawsze… jak pisze mi mój.
21 Attendez… — Czekaj pan… żonie młodego… Przy pańskiej rodzinie zacznę moje rzemiosło starej panny.
22 La femme… — najbardziej powabna kobieta w Petersburgu.
23 Ma tante — cioci… ciocię.
24 Ridicule… — woreczkiem… rozrywką.
25 J’ai apporté… — Przyniosłam robótkę.
26 ne me… — proszę nie spłatać mi figla… Napisała mi pani, że to będzie małe przyjęcie; widzi pani, jak jestem wystrojona.
27 Soyez tranquille — Proszę być spokojną, Lizo, zawsze będzie pani najładniejsza.
28 Vous savez… — Wie pan, mąż mnie opuszcza… Idzie na śmierć. Proszę coś powiedzieć, po co ta szkaradna wojna.
29 Quelle délicieuse… — Jakaż to miła osoba, ta malutka księżna!


TOM 3

CZĘŚĆ PIERWSZA

I

Z końcem roku 1811 zaczęło się wzmożone zbrojenie i koncentrowanie sił Europy Zachodniej, a w roku 1812 wszystkie te siły — miliony ludzi (licząc i tych, którzy przewozili armię i żywili ją) — ruszyły z Zachodu na Wschód, ku granicom Rosji, dokąd również od roku 1811 ściągały siły Rosji. 12 czerwca siły Europy Zachodniej przekroczyły granice Rosji i zaczęła się wojna, czyli dokonało się wydarzenie sprzeczne z rozsądkiem człowieka i jego naturą. Miliony ludzi dopuszczały się wobec siebie tak niezliczonego mnóstwa zbrodni, oszustw, zdrad, kradzieży, podrabiania i puszczania w obieg fałszywych banknotów, grabieży, podpaleń i morderstw, że kroniki wszystkich sądów świata przez całe wieki by ich nie zebrały, a przecież ludzie, którzy w owym okresie dopuszczali się tych zbrodni, nie uważali ich za zbrodnie.
Co wywołało to niezwykłe wydarzenie? Jakie były jego przyczyny? Historycy mówią z naiwnym przeświadczeniem, że przyczynami owego wydarzenia były: zniewaga uczyniona księciu Oldenburskiemu, nieprzestrzeganie systemu kontynentalnego, żądza władzy Napoleona, nieustępliwość Aleksandra, błędy dyplomatów itd.
A zatem wystarczyło, by Metternich, Rumiancew czy Talleyrand zrobili mały wysiłek między audiencją a rautem i zręczniej napisali papierek lub by Napoleon napisał do Aleksandra: „Monsieur, mon frère, je consens à rendre le duché au duc d’Oldenbourg”1 — a wojny by nie było.
Zrozumiałe, że współczesnym tak sprawa się przedstawiała. Zrozumiałe, iż Napoleonowi wydawało się, że przyczyną wojny były intrygi Anglii (jak właśnie mówił na Wyspie Św. Heleny), zrozumiałe, iż członkom gabinetu angielskiego wydawało się, że przyczyną wojny była żądza władzy Napoleona; iż księciu Oldenburskiemu zdawało się, że przyczyną wojny był dokonany przeciw niemu akt gwałtu; iż kupcom zdawało się, że przyczyną wojny był system kontynentalny, który rujnował Europę; iż starym żołnierzom i generałom zdawało się, że główną przyczyną była konieczność użycia ich w akcji; legitymistom zaś onego czasu — że koniecznie należało przywrócić les bons principes2, a dyplomatom tamtego czasu — iż wszystko stało się dlatego, że sojusz Rosji z Austrią w roku 1809 był nie dość misternie ukryty przed Napoleonem i że memorandum nr 178 było niezręcznie ułożone. Zrozumiałe, że te przyczyny i jeszcze niezliczoną i nieskończoną ilość przyczyn, których liczba zależy od bezgranicznej różnorakości punktów widzenia, wyobrażali sobie współcześni; ale dla nas — dla potomnych rozpatrujących cały ogrom tego zdarzenia, które się dokonało, i wnikających w jego prosty i straszny sens — przyczyny te okazują się niedostateczne. Dla nas jest niezrozumiałe, by miliony ludzi — chrześcijan zabijały i mordowały się wzajemnie, dlatego że Napoleon był żądny władzy, Aleksander — nieustępliwy, polityka Anglii — przebiegła, a książę Oldenburski — obrażony. Nie sposób pojąć, jaki związek mają te okoliczności z samym faktem zabójstwa i gwałtu; czemu wskutek tego, iż książę został obrażony, tysiące ludzi z drugiego krańca Europy zabijały i rujnowały ludzi w guberni smoleńskiej i moskiewskiej, i były przez nich zabijane.
Dla nas — dla potomnych, którzy nie jesteśmy historykami pochłoniętymi procesem poszukiwań i dlatego z niezaćmionym, zdrowym rozsądkiem rozpatrujemy to wydarzenie, istnieje niezliczona liczba jego przyczyn. Im bardziej zagłębiamy się w dociekaniu przyczyn, tym więcej ich odnajdujemy, a przyczyny te — wzięte każda z osobna czy też wszystkie razem — wydają się nam jednako słuszne same w sobie, jednako kłamliwe ze względu na swą nicość w porównaniu z ogromem wydarzenia i jednako kłamliwe ze względu na niemożność (bez jednoczesnego udziału wszystkich innych przyczyn) wywołania zdarzenia, które się dokonało. Taką samą przyczyną, jak odmowa Napoleona wycofania swych wojsk za Wisłę i zwrócenia Księstwa Oldenburskiego, wydaje nam się i chęć lub niechęć pierwszego z brzegu kaprala francuskiego do ponownego wstąpienia do służby: gdyby bowiem ten kapral nie zechciał wstąpić do służby, gdyby nie zechciał drugi i trzeci, i tysięczny kapral i żołnierz, o tylu ludzi mniej byłoby w wojsku Napoleona i wojna byłaby niemożliwa.
Gdyby Napoleon nie obraził się, iż żądano od niego, by wycofał się za Wisłę, i gdyby nie kazał wojskom nacierać, nie byłoby wojny; ale gdyby wszyscy sierżanci odmówili ponownego wstąpienia do służby, wojna również byłaby niemożliwa. Tak samo nie mogłoby być wojny, gdyby nie było intryg Anglii, gdyby nie było księcia Oldenburskiego i gdyby Aleksander nic czuł się urażony, i gdyby w Rosji nie było samowładztwa, i gdyby nie było rewolucji francuskiej, a w jej następstwie dyktatury i cesarstwa, i gdyby nie było tego wszystkiego, co wywołało rewolucję francuską, i tak dalej.
Gdyby zabrakło jednej z tych przyczyn — nic by nie mogło się stać. Czyli że te wszystkie przyczyny — miliardy przyczyn — zbiegły się w tym celu, aby stało się to, co się stało. A zatem nic nie było wyłączną przyczyną wydarzenia, a wydarzenie to musiało się dokonać tylko dlatego, że musiało się dokonać. Miliony ludzi, wyrzekłszy się swych ludzkich uczuć i swego rozumu, musiało iść z Zachodu na Wschód i zabijać swych bliźnich, zupełnie tak samo, jak przed kilkunastu wiekami szły ze Wschodu na Zachód tłumy ludzi, mordując podobnych sobie.
Działania Napoleona i Aleksandra, od których słowa rzekomo zależało, żeby wydarzenie się dokonało lub nie dokonało, były równie mało dowolne, jak i postępowanie każdego żołnierza idącego na wojnę na skutek losowania czy z poboru. Nie mogło być inaczej: toteż aby się stało zadość woli Napoleona i Aleksandra (tych ludzi, od których rzekomo zależało to wydarzenie), konieczny był zbieg tych niezliczonych okoliczności, z których gdyby jednej zabrakło, wydarzenie nie mogłoby się dokonać. Było rzeczą konieczną, żeby miliony ludzi, którzy mieli w swych rękach istotną siłę, żołnierze, którzy strzelali, wieźli prowiant i armaty, żeby oni właśnie zgodzili się wypełnić ową wolę poszczególnych słabych ludzi, żeby zostali doprowadzeni do tego nieskończoną liczbą skomplikowanych, różnorakich przyczyn.
Aby wyjaśnić bezsensowne zjawiska (to jest takie, których sensu nie rozumiemy), nieunikniony jest fatalizm w historii. Im bardziej się staramy wytłumaczyć rozumowo te zjawiska w historii, tym stają się one dla nas niedorzeczniejsze i niezrozumialsze.
Każdy człowiek żyje dla siebie, korzysta ze swobody, aby osiągnąć swe osobiste cele, i całą swą istotą czuje, że w tej chwili może wykonać jakiś czyn albo go nie wykonać; jednak jeśli już go wykona, to ów czyn, dokonany w danym momencie, staje się nieodwracalny, staje się własnością historii, w której ma znaczenie nie dowolne, lecz z góry określone.
Życie każdego człowieka ma dwie strony: życie osobiste, które jest tym swobodniejsze, im bardziej są abstrakcyjne zainteresowania człowieka, i życie żywiołowe, życie roju, w którym człowiek zmuszony jest postępować wedle narzuconych praw.
Człowiek żyje dla siebie świadomie, ale jest nieświadomym narzędziem do osiągania historycznych, ogólnoludzkich celów. Dokonany czyn jest nieodwracalny, i działanie człowieka, zbiegając się w czasie z milionami działań innych ludzi, nabiera historycznego znaczenia. Im wyżej człowiek stoi na drabinie społecznej, z im znaczniejszymi ludźmi jest związany, tym więcej władzy ma nad innymi ludźmi, tym widoczniejsze staje się, iż każdy jego czyn jest z góry określony i nieuchronny.
„Serce króla — w boskim ręku”.
Król jest niewolnikiem historii.
Historia, to jest nieświadome, społeczne, zbiorowe życie ludzkości, posługuje się każdą chwilą życia królów jako narzędziem swych celów.
Mimo że teraz, w roku 1812, Napoleonowi bardziej niż kiedykolwiek zdawało się, że od niego zależy, czy verser, czy też nie verser le sang de ses peuples3 (jak w ostatnim liście pisał do niego Aleksander), nigdy bardziej niż obecnie nie podlegał on tym nieuchronnym prawom, które go zmuszały (choć mu się zdawało, że działa wedle własnej woli), iż czynił dla sprawy ogólnej, dla historii to, co się musiało dokonać.
Ludzie Zachodu szli na Wschód po to, by wzajemnie się zabijać. I na mocy prawa zbiegu przyczyn same przez się zbiegły się podporządkowane temu wydarzeniu tysiące drobnych przyczyn tego ruchu i wojny: i zarzuty nieprzestrzegania systemu kontynentalnego, i książę Oldenburski, i ruchy wojsk do Prus, przedsięwzięte (jak się Napoleonowi wydawało) po to tylko, aby osiągnąć zbrojny pokój, i zamiłowanie oraz nawyk cesarza francuskiego do wojny, które odpowiadały nastrojowi jego narodu, i roznamiętnienie ogromem przygotowań, i wydatki na przygotowania, i konieczność zdobycia takich korzyści, które by opłaciły te wydatki, i odurzenie honorami w Dreźnie, i rokowania dyplomatyczne, które — z punktu widzenia współczesnych — były prowadzone ze szczerym pragnieniem osiągnięcia pokoju, a które tylko raniły ambicję jednej i drugiej strony, i miliony milionów innych powodów podporządkowanych temu wydarzeniu, które miało nastąpić, i zbiegających się z nim.
Kiedy dojrzałe jabłko spada — czemu spada? Czy dlatego że ciąży ku ziemi, czy dlatego że usycha rdzeń, czy dlatego że wysuszyło je słońce, że stało się za ciężkie, że wiatr je strąca, czy też dlatego że stojący na dole chłopiec pragnie je zjeść?
To nie są przyczyny. Wszystko to jest tylko zbiegiem tych okoliczności, w których dokonuje się każde życiowe, organiczne, żywiołowe wydarzenie. I ów botanik, który stwierdzi, że jabłko dlatego spada, że rozkłada się błonnik i tak dalej, będzie tak samo miał rację, jak i owo dziecko stojące na dole, które powie, iż jabłko spadło dlatego, że ono chciało je zjeść i modliło się o to. Tak samo będzie miał rację i nie będzie miał jej ten, kto powie, iż Napoleon ruszył na Moskwę dlatego, że tego pragnął, i zginął dlatego, że Aleksander zapragnął jego zguby; tak samo będzie miał rację i nie będzie jej miał ten, kto powie, że podkopana góra o wadze miliona pudów zwaliła się dlatego, że ostatni robotnik ostatni raz podważył ją kilofem. Tak zwani wielcy ludzie są dla wydarzeń historycznych etykietami dającymi nazwę wydarzeniu i tak samo jak etykiety nader mało mają wspólnego z samym wydarzeniem.
Każde ich działanie, które im samym wydaje się zależne od ich woli, w sensie historycznym nie zależy od ich woli, lecz pozostaje w związku z całym biegiem historii i jest od wieków z góry określone.

II

29 maja Napoleon wyjechał z Drezna, gdzie przebywał trzy tygodnie, otoczony dworem, który się składał z książąt udzielnych, książąt krwi, królów i nawet jednego cesarza. Przed wyjazdem Napoleon był łaskawy dla książąt, królów i cesarza, którzy na to zasłużyli, wyłajał królów i książąt, z których był niezadowolony, obdarował własnymi, to jest odebranymi innym królom, perłami i brylantami cesarzową austriacką i, uścisnąwszy czule cesarzową Marię Ludwikę, jak powiada jego historyk, pozostawił ją nieutuloną z powodu rozłąki, której owa Maria Ludwika, uważająca się za jego małżonkę, mimo że w Paryżu pozostawała druga małżonka — nie mogła rzekomo znieść. I choć dyplomaci jeszcze szczerze wierzyli w możliwość pokoju i gorliwie nad tym pracowali, i choć cesarz Napoleon sam pisał do cesarza Aleksandra, nazywając go Monsieur, mon frère i szczerze zapewniając, że nie pragnie wojny i że zawsze będzie go kochał i szanował — Napoleon jechał do armii i na każdym postoju wydawał nowe rozkazy, mające na celu przyspieszenie marszu wojsk z zachodu na wschód. W podróżnej karecie zaprzężonej w szóstkę koni, otoczony paziami, adiutantami i eskortą, jechał traktem na Poznań, Toruń, Gdańsk i Królewiec. W każdym z tych miast tysiące ludzi witało go z lękiem i entuzjazmem.
Armia posuwała się z zachodu na wschód, a rozstawne szóstki wiozły go w tymże kierunku. 10 czerwca dopędził armię i nocował w lesie wołkowyskim, w przygotowanej dla siebie kwaterze w majątku polskiego hrabiego.
Nazajutrz Napoleon, wyprzedziwszy armię, pojechał kolaską nad Niemen, aby obejrzeć miejsce na przeprawę, przebrał się w polski mundur i wyjechał na brzeg.
Kiedy po przeciwnej stronie zobaczył Kozaków (les Cosaques) i rozciągające się stepy (les steppes), w których środku znajdowała się Moscou, la ville sainte4, stolica państwa przypominającego państwo Scytów, dokąd chadzał Aleksander Macedoński — Napoleon niespodziewanie dla wszystkich i wbrew zarówno strategicznym, jak i dyplomatycznym względom wydał rozkaz natarcia i nazajutrz jego wojska zaczęły przeprawiać się przez Niemen.
12 czerwca rano wyszedł z namiotu rozbitego w ów dzień na lewym stromym brzegu Niemna i przez lunetę patrzył na wypływające z wołkowyskiego lasu potoki swych wojsk, które się rozlewały na trzech mostach przerzuconych przez Niemen. Wojska wiedziały o obecności cesarza, toteż żołnierze szukali go oczami, a kiedy na górze przed namiotem dostrzegali z dala od świty postać w surducie i kapeluszu, wyrzucali do góry czapki i krzyczeli: „Vive l’Empereur!”5. I wojska płynęły jedne za drugimi, niewyczerpane, wciąż płynęły z olbrzymiego lasu, który dotychczas je ukrywał, rozdzielały się i trzema mostami przechodziły na drugą stronę.
— On fera du chemin cette fois-ci. Oh! quand il s’en mêle lui-même, ça chauffe… Nom de Dieu… Le voilà!… Vive l’Empereur! Les voilà donc les steppes de l’Asie! Vilain pays tout de même. Au revoir, Beauché; je te réserve le plus beau palais de Moscou. Au revoir! Bonne chance… L’as-tu vu, l’Empereur? Vive l’Empereur!… pereur! Si on me fait gouverneur aux Indes, Gérard, je te fais ministre du Cachemire, c’est arrêté. Vive l’Empereur! Vive! vive! vive! Les gredins de Cosaques, comme ils filent. Vive l’Empereur! Le voilà! Le vois-tu? Je l’ai vu deux fois comme je te vois. Le petit caporal… Je l’ai vu donner la croix à l’un des vieux… Vive l’Empereur!…6 — mówiły głosy starych i młodych ludzi różniących się charakterem i stanowiskiem społecznym. Twarze tych wszystkich ludzi miały ten sam wyraz radości, że już rozpoczął się dawno oczekiwany marsz, wyraz entuzjazmu i oddania stojącemu na górze człowiekowi w szarym surducie.
13 czerwca Napoleonowi podano niedużego, czystej krwi araba, siadł i pojechał galopem do jednego z mostów na Niemnie, ogłuszany nieprzerwanymi okrzykami entuzjazmu, które najwidoczniej znosił tylko dlatego, że nie mógł zabronić, by ludzie w ten sposób wyrażali miłość do niego; ale te okrzyki, które mu wszędzie towarzyszyły, ciążyły mu i odrywały od myślenia o wojnie, jakie nim owładnęło od czasu, gdy przyłączył się do wojska. Przejechał na drugą stronę przez jeden z mostów kołyszących się na łodziach, gwałtownie skręcił w lewo i poprzedzany przez zamierających ze szczęścia, rozentuzjazmowanych strzelców konnej gwardii, którzy pędząc przed nim oczyszczali drogę z wojsk, pogalopował w stronę Kowna. Kiedy się zbliżył do szerokiej rzeki Wilii, zatrzymał się przy pułku ułanów polskich, który stał na brzegu.
— Wiwat! — z takim samym entuzjazmem krzyczeli Polacy, łamali szyk i tłoczyli się, aby go zobaczyć. Napoleon przyjrzał się rzece, zsiadł z konia i usiadł na pniaku leżącym na brzegu. Na niemy znak podano mu lunetę; oparł ją na ramieniu pazia — który podbiegł uszczęśliwiony — i jął patrzeć w przeciwną stronę. Potem zagłębił się w badaniu mapy rozłożonej między pniakami. Nie podnosząc głowy, powiedział coś i dwaj adiutanci pocwałowali do polskich ułanów.
— Co? Co powiedział? — rozlegało się w szeregach polskich ułanów, kiedy adiutant przycwałował do nich.
Wydano rozkaz, by odnaleźć bród i przeprawić się na przeciwległy brzeg. Pułkownik polskich ułanów, piękny, starszy mężczyzna, zaczerwieniony, plącząc słowa ze wzruszenia, zapytał adiutanta, czy wolno mu będzie wraz ze swymi ułanami przepłynąć rzekę, nie szukając brodu. Z wyraźnym lękiem, aby mu nie odmówiono, niby chłopiec, który prosi o pozwolenie, by mógł dosiąść konia, prosił, by mu pozwolono przepłynąć rzekę w obecności cesarza. Adiutant powiedział, że cesarz prawdopodobnie nie będzie niezadowolony z tego nadmiaru gorliwości.
Jak tylko adiutant to powiedział, stary, wąsaty oficer, z uszczęśliwioną twarzą i błyszczącymi oczyma, wzniósł do góry szablę, krzyknął: „Wiwat!”, zakomenderował: „Za mną!”, spiął konia ostrogami i pocwałował ku rzece. Z gniewem szarpnął konia, który się pod nim zawahał, i runął w wodę, kierując się w główny nurt rzeki. Setki ułanów pognało za nim. Było zimno i strasznie w środkowym bystrym nurcie rzeki. Ułani czepiali się jeden drugiego, spadali z koni. Niektóre konie tonęły, tonęli i ludzie, pozostali usiłowali płynąć naprzód na drugą stronę, a choć o pół wiorsty był bród, szczycili się tym, że płyną i toną w tej rzece, pod okiem człowieka siedzącego na pniaku i nawet niepatrzącego na to, co oni robią. Kiedy adiutant wrócił i wybrawszy stosowną chwilę pozwolił sobie zwrócić uwagę cesarza na oddanie Polaków dla jego osoby, mały człowiek w szarym surducie wstał, wezwał do siebie Berthiera i jął spacerować z nim po brzegu tam i z powrotem, wydając mu rozkazy i z rzadka spoglądając z niezadowoleniem na tonących ułanów, którzy rozpraszali jego uwagę.
Nie było dla niego nowością przeświadczenie, że na wszystkich krańcach świata — od Afryki do stepów moskiewskich — jednako budzi podziw w ludziach i przyprawia ich o szaleństwo poświęcenia. Kazał sobie podać konia i odjechał do swej kwatery.
Utonęło ze czterdziestu ułanów, choć wysłano na pomoc łodzie. Większość wydostała się z powrotem na ten sam brzeg. Pułkownik i część ułanów przepłynęli rzekę i z trudem wygramolili się na przeciwległy brzeg. Jak tylko wyszli na ląd, przemoknięci, ociekający wodą, natychmiast wykrzyknęli: „Wiwat!”, patrząc z zachwytem na miejsce, gdzie stał Napoleon, lecz gdzie go już nie było, i w tej chwili uważali się za szczęśliwych.
Wieczorem Napoleon między jednym rozporządzeniem, które dotyczyło jak najśpieszniejszego dostarczenia już przygotowanych fałszywych asygnat rosyjskich, aby je wwieźć do Rosji, a drugim, żeby rozstrzelać Sasa, w którego przechwyconym liście znaleziono informacje o dyspozycjach armii francuskiej, wydał trzecie zarządzenie, żeby polskiego pułkownika, co bez potrzeby rzucił się do rzeki, zaliczyć do kawalerów Legii Honorowej (légion d’honneur), której szefem był sam Napoleon.
Quos vult perdere — dementat7 [1]

III

Tymczasem cesarz rosyjski już przeszło miesiąc przebywał w Wilnie, urządzał przeglądy i manewry. Nic nie było przygotowane do wojny, której się wszyscy spodziewali i do której przygotowania cesarz przyjechał z Petersburga. Nie było ogólnego planu działań. Po miesięcznym pobycie cesarza w kwaterze głównej powstały jeszcze większe wahania, który z proponowanych planów należy przyjąć. Każda z trzech armii miała swego wodza, ale ogólnego wodza nad wszystkimi armiami nie było, a cesarz nie chciał przyjąć tej godności.
Im dłużej cesarz przebywał w Wilnie, tym mniej przygotowywano się do wojny, znużywszy się jej oczekiwaniem. Zdawało się, iż ludzie otaczający monarchę starali się ze wszystkich sił, aby go skłonić, by mile spędzając czas, zapomniał o mającej nastąpić wojnie.
Po wielu balach i fetach u polskich magnatów, u dworaków i u samego monarchy w czerwcu jednemu z polskich generał-adiutantów monarchy przyszło do głowy wydać dla cesarza obiad i bal w imieniu jego generał-adiutantów. Wszyscy przyjęli tę myśl z radością. Monarcha wyraził zgodę. Generał-adiutanci zrobili składkę. Na gospodynię balu zaproszono osobę, która najbardziej mogła być miła monarsze. Hrabia Bennigsen, ziemianin z guberni wileńskiej, zaofiarował na tę fetę swój dom za miastem i 13 czerwca miał się odbyć bal, obiad, przejażdżka łódkami i fajerwerki w Zakręcie, podmiejskim domu hrabiego Bennigsena[2].
W ów właśnie dzień, kiedy Napoleon wydał rozkaz przejścia Niemna, a jego przednie straże, odparłszy Kozaków, przekroczyły rosyjską granicę, Aleksander spędzał wieczór w willi Bennigsena — na balu wydanym przez generał-adiutantów.
Zabawa była wesoła, świetna; znający się na rzeczy powiadali, że rzadko gromadziło się w jednym miejscu tyle piękności. Wśród innych pań rosyjskich, które za monarchą przyjechały z Petersburga do Wilna, znajdowała się również hrabina Bezuchow; była na balu i swoją ciężką, tak zwaną rosyjską urodą zaćmiewała wytworne polskie damy. Została zauważona i monarcha zaszczycił ją tańcem.
Borys Drubecki, en garçon (w charakterze kawalera), jak powiadał, zostawił bowiem żonę w Moskwie, był również na tym balu, a choć nie generał-adiutant, na subskrypcyjną listę balu wpisał dużą sumę. Borys był teraz człowiekiem bogatym, obsypanym zaszczytami, i już nie szukał protekcji, lecz ze swymi wyżej postawionymi rówieśnikami żył na równej stopie.
O północy jeszcze tańczono. Hélène, która nie miała godnego kawalera, sama zaproponowała Borysowi mazura. Byli w trzeciej parze. Borys obojętnie patrzył na wspaniałe, obnażone ramiona Hélène, wysuwające się z ciemnej gazowej ze złotem sukni, opowiadał o starych znajomych, a jednocześnie niedostrzegalnie dla siebie i dla innych ani na sekundę nie przestawał przypatrywać się monarsze, który znajdował się w tej sali. Monarcha nie tańczył; stał w drzwiach i zatrzymywał to jednych, to drugich owymi miłymi słowami, które tylko on jeden potrafił mówić.
Na początku mazura Borys zauważył, że generał-adiutant Bałaszew, jedna z osobistości będących bardzo blisko monarchy, podszedł do niego i wbrew etykiecie przystanął w pobliżu monarchy rozmawiającego z jedną z polskich pań.
Po chwili rozmowy monarcha spojrzał pytająco i widocznie zrozumiawszy, że Bałaszew postąpił tak tylko dlatego, że były po temu ważne przyczyny, lekko skinął głową owej pani i zwrócił się do Bałaszewa. Jak tylko Bałaszew zaczął mówić, na twarzy monarchy odmalowało się zdziwienie. Wziął Bałaszewa pod rękę i przeszedł z nim przez salę. Nieświadomie torował sobie szeroką na trzy sążnie drogę wśród osób rozstępujących się przed nim na obie strony. Borys zauważył wzburzoną twarz Arakczejewa, gdy monarcha przechodził z Bałaszewem. Arakczejew, spode łba patrząc na monarchę i posapując czerwonym nosem, wysunął się z ciżby, jakby się spodziewał, że monarcha zwróci się do niego. (Borys zrozumiał, że Arakczejew zazdrości Bałaszewowi i jest niezadowolony, że to nie on, Arakczejew, przekazał monarsze jakąś ważną, jak widać, wiadomość).
Ale monarcha, nie dostrzegając Arakczejewa, wyszedł z Bałaszewem do oświetlonego ogrodu. Arakczejew, przytrzymując szpadę i ze złością rozglądając się dokoła, szedł za nim w odległości dwudziestu kroków.
Borys wykonywał dalej figury mazura, ale nie przestawała go dręczyć myśl, jaką to nowinę przywiózł Bałaszew i jak by się o niej dowiedzieć wcześniej niż inni.

Przypisy:

1 Monsieur, mon frère… — Wasza Cesarska Mość, zgadzam się zwrócić księciu Oldenburskiemu jego księstwo.
2 Les bons principes — dobre zasady.
3 Verser… verser le sang – przelać… nie przelać krwi swych ludów.
4 Moscou… — święte miasto Moskwa.
5 Vive l’Empereur! — Niech żyje cesarz!
6 On fera du chemin… — U kaduka… O! kiedy cesarz bierze się do rzeczy, to się dopiero kotłuje. No, teraz pójdziemy szparko naprzód. Oto on… Niech żyje cesarz! Oto azjatyckie stepy. Obrzydliwy jednak kraj. Do widzenia, Beauché. Zarezerwuję dla ciebie najpiękniejszy pałac w Moskwie. Do widzenia! Powodzenia… Widziałeś cesarza? Niech żyje cesarz!… sarz! Jeśli mnie zrobią wielkorządcą Indii, Gerardzie, to zrobię cię ministrem Kaszmiru, to postanowione… Niech żyje cesarz! Niech żyje! niech żyje! niech żyje! Ależ wieją te szelmy Kozaki. Oto on! Widzisz go? Widziałem go dwa razy, jak ciebie widzę. Mały kapral… Widziałem, jak przypinał krzyż jednemu z weteranów… Niech żyje cesarz!
7 Quos… — Kogo chce zgubić, temu rozum odbiera.

[1] Skrócony cytat tekstu łacińskiego Quos deus perdere vult, dementat prisus. — Kogo Bóg chce ukarać, temu wpierw odbiera rozum (wg Sofoklesa, Antygona).
[2] Leoncjusz Bennigsen (1745–1826) — był od r. 1801 do r. 1806 generał-gubernatorem Litwy. Tytuł hrabiego otrzymał w r. 1813 za bitwę pod Lipskiem. Ożeniony był z Andrzeykowiczówną.
Zakret (Zakręt) — miejscowość opodal Wilna, na zakręcie Wilii. Bennigsen nabył majętność z rąk polskich.