Jaroslav Rudiš gra na wielu emocjach, z niezwykłą wrażliwością odkrywa świat, który uznajemy za własny: szybki, hałaśliwy, pełen jazgotu i pusty zarazem. Co delikatnego w nas pozostało?


Cisza w PradzeMuzyka jest ucieczką, bywa atakiem albo oddechem – mówią bohaterowie “Ciszy w Pradze”. To również bicie serca w rytmie techno, tło dla seksu, podróży, rozmów i rozstań.

Nie ma absolutnej ciszy – powtarzają niezależnie od siebie Petr, Vanda, Hana i Vladimír – zawsze coś gdzieś słychać. To przeszkadza, odrywa nas od samych siebie i dlatego Vladimír nosi przy sobie ostre nożyczki: jest gotów podarować innym szansę na wolność.

Hana odkrywa zmysłowość i zmienia szpilki na rozdeptane trampki. Zza szyb kabiny motorniczego Petr ogląda dziewczyny, złodziei i śmierdzącą Pragę: miasto-muzeum w stanie rozkładu. Vanda po raz pierwszy smakuje gorycz rozczarowania, maskuje żal tatuażem, działką białego proszku i szybkim seksem. Na ekranach telewizorów rozgrywa się wojna, bez jednego krzyku, zupełnie niema.

Jaroslav Rudiš to kultowy autor młodego pokolenia, laureat licznych nagród literackich, z wykształcenia germanista i historyk. Debiutował w 2002 r. powieścią Nebe pod Berlínem (pol. Niebo pod Berlinem, Prószyński i S-ka, 2007). Następnie pojawiły się powieści: Grandhotel (2006, pol. wyd. Good Books, 2011), Potichu (Po cichu, 2007) i Konec punku v Helsinkách (Koniec punku w Helsinkach, 2010 – pol. Czeskie Klimaty 2013). Znany jest również jako dramatopisarz oraz twórca słuchowisk radiowych, jego sztuki były realizowane zarówno w Czechach, jak i za granicą (Niemcy, Finlandia). Wspólnie z rysownikiem Jaromírem 99 stworzył postać Aloisa Nebla – kolejarza z czesko-polsko-niemieckiego pogranicza, którego czytelnicy mieli szansę poznać dzięki powieści graficznej (pol. Alois Nebel, Zin Zin Press, 2007) oraz cyklowi komiksów w prasie. Na podstawie scenariusza Jaroslava Rudiša i Jaromíra 99 reżyser Tomáš Luňák zrealizował pełnometrażowy film animowany Alois Nebel (2011). Okazjonalnie występuje z zespołami muzycznymi U-Bahn i The Bombers. Co miesiąc pojawia się w Praskim Teatrze Archa w literackim kabarecie EKG, który stworzył z poetą i prozaikiem Igorem Malijevskim.

Jaroslav Rudiš
Cisza w Pradze
Przekład: Katarzyna Dudzic
Wydawnictwo Książkowe Klimaty
Premiera: 2014
 
 

Cisza w Pradze


OSTATNI NOCNY

Nie dotykali się. Leżeli obok siebie na łóżku i patrzyli w sufit. Za oknami była Praga, ciemność i cisza. Petr zapalił ostatniego tej nocy papierosa.
– Przede wszystkim musi być na cały regulator. Totalnie głośno. Tak, żeby zagłuszyć wszystko inne. Żeby wszystko inne zniknęło. Nie może się szybko skończyć. Długi, ostry, wypasiony kawałek. Właśnie taką piosenkę powinni zagrać na moim pogrzebie – powiedziała Vanda.
– Kto?
– Co rano ktoś inny.
– Rozumiem.
– Grunt, żeby było na ful. Jak coś nie leci na cały regulator, to po prostu tego nie ma.
– Ale teraz potrzebny jest spokój. Totalna cisza.
Petr pogładził ją po włosach.
– Nigdy nie ma totalnej ciszy. Gdzieś coś gra. Nie słyszysz?
– Nie.
– Poważnie?
Vanda zaczęła mruczeć powolną piosenkę, której melodię wyłowiła ze śpiącego nocnego miasta.

I feel like… I feel like…
A little black cat…
I feel like… I feel like…
I’m lost in no-man’s land…

– Serio tego nie słyszysz?
– Nie.
– Bo ja tak. Ciągle słyszę jakąś muzykę.
– Ale teraz jest cicho. Naprawdę.
– Przecież mówię, że słyszę. I feel like…
– Ja słyszę tylko ciebie.
– Odwaliłoby mi od ciszy.
– Może to tylko gra w tobie.
Petr położył głowę na piersiach Vandy i zasłuchał się. Biło jej serce. Pachniała. Także tym, co razem przeżyli wieczorem i w nocy.
– Niezła techniawa…Tysiąc bitów na minutę. Serce jest twoim DJ-em. Totalna Love Parade. Ale nikt nie śpiewa.
– Techniawa? Techno jest martwe, głupolu.
– Jak słucham ciebie, to wydaje się wręcz przeciwnie.
– Mówię, że jest martwe. A ja nie jestem martwa.
Pocałował ją najpierw w lewą, a potem w prawą, odrobinę mniejszą, pierś. Wszystkie dziewczyny, z którymi coś go wiązało, miały trochę mniejszą prawą pierś. Pocałował ją w pieprzyk pomiędzy nimi.
– Jak to jest?
– Całować twoje piersi?
– Słuchać mojego serca.
– Tak jak słuchać jednej długiej, niekończącej się piosenki.
– I nie jest to żaden głupi kawałek techno, nie?
– Jest taki, jaki tylko chcesz.
– Czasami też bym chciała go tak posłuchać.
Pogłaskał ją.
Na górze. Pośrodku. Na dole.
Przez chwilę mu na to pozwalała.
Westchnęła. Potem jeszcze raz. Uniosła biodra, kiedy chwycił ją za pupę. W końcu jednak złapała go za rękę i położyła ją na kołdrze.
– Już nie.
– A kto powiedział, że chcę jeszcze?
– Swój pozna swego. Wyruchać i wykopać.
– Że też akurat ty to mówisz.
Vanda wstała z łóżka i podeszła do oświetlonego akwarium przy ścianie. Stało na stoliku, na którym w innych domach zazwyczaj stoją telewizory. Zapukała w szkło przy małej, grubej rybie, która do niej podpłynęła. Vanda usiadła na parkiecie. Była naga, a oświetlone rośliny i bąbelki w akwarium rzucały na nią roztańczone, żółte pasma światła. Przypominała małą, wodną zebrę zagubioną w ciemnym oceanie. Nagle przestała być smutną, bezczelną dziewczyną z włosami ufarbowanymi na czarno i świeżym tatuażem na ramieniu, przestała być taka, jaką Petr poznał kilka godzin temu. Z pokoju obok przyszła do niej Malmö, ziewnęła i dotknęła Vandę pyszczkiem. Vanda ją pogłaskała, a Malmö się przeciągnęła.
Ten wytatuowany napis na ramieniu wydał mu się śmieszny, ale Petr tego jej nie powiedział. Wyobrażał sobie, jak Vanda się z nim będzie starzeć. Jak będzie wyglądać za dziesięć lat. Za dwadzieścia. Za pięćdziesiąt. I jak on będzie wyglądać, jeśli w ogóle będzie jeszcze jakoś wyglądać.
– Najstarsza ryba na świecie. Prezent od babci. To stulatek – powiedział i zgasił papierosa.
– Skąd wiesz, że to facet?
– Tylko samczyki mają welony. Im dłuższy, tym starsza ryba. I bardziej doświadczona
– Niezły odlot. Facet z welonem. Jak się nazywa?
– Nestor.
– A ten statek też ma sto lat – wskazała małą plastikową zabawkę na dnie akwarium.
– To nie jest statek.
– No to łódź podwodna.
– To batyskaf. Pewien człowiek zszedł w nim na dno oceanu.
– Mogę nakarmić Nestora?
– Jest obżarty.
– Chociaż trochę…
– Uważaj, żeby cię nie zjadł. Na stare lata najbardziej mu smakuje młode mięso.
– Na stare lata… Mówisz jak tatusiek… Poza tym jest piękny. Bajkowy.
Petr jeszcze chwilę patrzył na prążkowaną Vandę karmiącą Nestora. Patrzył na jej wychudzone ciało, na którym tańczyły cienie akwariowych roślin i bąbelków. Akwarium wydało mu się oknem na inny świat. A potem usłyszał szum morza. Znikał w falach i było mu dobrze. Czuł, że są ciepłe. I jakoś mało słone. W huku przypływu słyszał, jak Vanda rozmawia z Nestorem. Jak mu opowiada swoją historię. Swoje krótkie, ostre życie. Ale może tylko mu się wydawało. Zanim pogrążył się w nocnym spokoju, przewrócił na drugi bok i nakrył głowę poduszką.
Za kilka godzin wstanie, zrobi sobie kawę, zapali pierwszego porannego papierosa, podleje jedyny kwiat w mieszkaniu i z Malmö wyruszy przez budzące się miasto do pracy. Tak jak zawsze.
– Jestem po prostu durną, naiwną krową. Wszyscy robią ze mną, co im się podoba. Wierzyłam mu, rozumiesz? A ten kretyn pierdoli się z inną. I jeszcze pół godziny temu patrzył mi w oczy i mówił, że mnie kocha.
Naga Vanda wciąż siedziała przed akwarium. Zdawało jej się, że welon Nestora nie ma końca i że kiedy Nestor nim macha, wypełnia całe akwarium. Zasłania cały pokój. Cały świat. Była zafascynowana. Pragnęła ukryć się za tym welonem.
Z łóżka odezwało się ledwo słyszalne chrapanie. Dopiero teraz uświadomiła sobie, gdzie siedzi i co robi. I gdzie jest. I że w sumie to jej zimno. Uśmiechnęła się. Stuknęła palcem w akwarium.
– Na razie, stary.
Zgasiła lampkę nad akwarium, pogłaskała śpiącą Malmö i położyła się w łóżku obok Petra.