W zbiorze opowiadań “Nowy dowód” Jeffrey Eugenides sportretował ludzi w obliczu zmiany. Wykreowane przez niego postaci zmagają się z poważnymi problemami, desperacko szukają szczęścia, walczą się z osobistymi kryzysami. To poruszająca, zapadająca w pamięć lektura.


Nowy dowódJeffrey Eugenides, co w pisarskim świecie zdarza się rzadko, został doceniony zarówno przez krytyków, jak i przez publiczność. Jego „Przekleństwa niewinności” zyskały wielki rozgłos, podobnie jak powieść „Middlesex” nagrodzona Pulitzerem. Czym ujął swoich odbiorców? Zapewne nie ma na to pytanie jednej dobrej odpowiedzi, ale bezsprzecznie jego umiejętność portretowania ludzkich charakterów z rzadko spotykaną głębią stanowi ważny element tego międzynarodowego sukcesu. Objawiła się ona także w zbiorze opowiadań „Nowy dowód”. Eugenides uczynił jego bohaterami ludzi o skomplikowanych życiorysach, borykających się z problemami, poszukujących swojego ja.

Losy dwóch postaci z tego grona w sposób szczególnie trafny ilustrują powszechne problemy naszych czasów – to tracąca siły Della, oddana do domu starców przez swe dzieci oraz młody chłopak Mitchell, desperacko poszukujący swojej drogi życiowej. Opowieść o Delli to uniwersalna historia o współczesnym stosunku do starości, spychanej na margines uwagi, o człowieku tracącym możliwość samodzielnego funkcjonowania, usuwanym przez własną rodzinę z pola widzenia. Della, chociaż nie potrafi już zatroszczyć się o siebie tak jak dawniej, nie utraciła nic ze swego charakteru, wciąż, na miarę możliwości jakie dają jej nadwątlone siły, pragnęłaby brać udział w życiu. Jednak jej dzieci inaczej widzą tę sytuację. Stara matka jest dla nich tylko kłopotem, ona sama stara się usprawiedliwiać ich bezduszność i egoizm. Alarmujący wydźwięk tej historii konfrontuje odbiorców z refleksją o tym, co stało się z rodzinnymi więziami w cywilizacji Zachodu, pozostawia czytelnika z pytaniem, dlaczego akceptowane jest traktowanie niedołężniejących członków rodziny tak, jakby stanowili zużytą, zbędną rzecz.

O ile Della ilustruje trudny koniec doczesnej drogi, o tyle za pomocą Mitchella Eugenides sportretował niełatwy jej początek. Mitchell nie wie, kim chce być. Nie wie, dokąd zmierza, nie ma pomysłu na siebie, a jednocześnie wzbrania się przed sytuacją, w której rodzice rozsądzą za niego co ma robić, pouczając go na każdym kroku. Mitchell jest dzieckiem czasów dobrobytu. Tak jak wielu innych młodych ludzi tuż po studiach ma nieograniczone możliwości wyboru, nic nie musi, może wszystko i ostatecznie ta obfitość doprowadza chłopaka do mentalnego paraliżu. Nie wie czego by chciał, a nowoczesne wsparcie w postaci karty kredytowej tatusia przeznaczonej na podbramkowe sytuacje, nie okazuje się tym, czego Mitchellowi potrzeba. Powielając pomysł wielu pokoleń poprzedników Mitchell szuka natchnienia i wskazówek w przedłużającej się podróży, która mieć będzie wstrząsający finał. I w tym przypadku pisarz bije na alarm: dzisiejsi młodzi ludzie mają wszystko i zarazem nie mają nic.

W różnorodności emocji targających bohaterami i w realizmie ich przedstawienia odzwierciedla się ponadprzeciętna empatia pisarza.

Diagnozy dotyczące naszych czasów w tomie „Nowy dowód” na tych dwóch przypadkach oczywiście się nie kończą. Jeffrey Eugenides pisze w nim także o nieokiełznanym pragnieniu posiadania dziecka za wszelką cenę, a w opozycji o własnych marzeniach i planach zniweczonych przez pojawienie się potomstwa i konsekwencjach tego stanu rzeczy. Podejmuje również temat materializmu i konsumpcyjnego nastawienia do rzeczywistości, opowiadając o młodym pracowniku wydawnictwa, który marząc o lepszym wystroju domu i luksusowym samochodzie przyjmuje propozycję udziału w przekręcie finansowym. Natomiast tytułowe opowiadanie „Nowy dowód” to przewrotna historia licealistki indyjskiego pochodzenia, która wciela w życie intrygę mająca uchronić ją od zawarcia aranżowanego małżeństwa, gdyż wszystko wskazuje na to, że rodziców nie powstrzyma od wydania jej za mąż ani prawo Stanów Zjednoczonych ani sprzeciw samej zainteresowanej. Prakrti bierze więc sprawy we własne ręce.

W różnorodności emocji targających bohaterami i w realizmie ich przedstawienia odzwierciedla się ponadprzeciętna empatia pisarza. Jeffrey Eugenides pisze prawdziwie, serwuje czytelnikowi wciągającą narrację, daje możliwość łatwego utożsamienia się z każdą z postaci. Równie dobrze sprawdza się w krótkich formach prozatorskich, jak i w powieściach. Czekamy na więcej. Nikodem Maraszkiewicz

Jeffrey Eugenides, Nowy dowód, Przekład: Witold Kurylak, Wydawnictwo Sonia Draga, Premiera: 9 maja 2018
 
 

Nowy dowód

Jeffrey Eugenides
Nowy dowód
Przekład: Witold Kurylak
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 9 maja 2018
 

Marudy

Wjeżdżając na podjazd wynajętym samochodem, Cathy dostrzega znak i nie może powstrzymać się od śmiechu. „Wyndham Falls. Godziwe życie na emeryturze”.
Della opisywała to chyba jakoś inaczej.
Po chwili wyłania się budynek. Główne wejście sprawia dość dobre wrażenie. Jest duże i przeszklone, z białymi ławeczkami na zewnątrz i aurą medycznego uporządkowania. Ale już umieszczone z tyłu posiadłości apartamenty z ogródkami są małe i nędzne. Malutkie ganki, przypominające zwierzęce zagrody. Wrażenie, że wewnątrz, za zasłoniętymi oknami i sfatygowanymi drzwiami, toczy się samotne życie.
Kiedy wysiada z samochodu, wydaje się jej, że jest tu o pięć stopni cieplej niż rano przed lotniskiem w Detroit. Błękitne styczniowe niebo jest prawie bezchmurne. Żadnych oznak śnieżycy, przed którą ostrzegał ją Clark, próbując zatrzymać ją w domu, by się o niego zatroszczyła.
– Może pojechałabyś w przyszłym tygodniu? – zapytał. – Ona wytrzyma.
W połowie drogi do frontowego wejścia Cathy przypomina sobie o prezencie dla Delli, więc wraca po niego do samochodu. Wyjmując go z walizki, ponownie odczuwa zadowolenie, że w pracy pakuje prezenty. Papier jest gruby, gąbczasty, niebielony, imitujący korę brzozową (dopiero w trzecim sklepie papierniczym znalazła coś, co jej się spodobało). Zamiast przykleić jarmarczną kokardkę, Cathy ucięła gałązki z choinki – którą właśnie mieli wystawić przed dom – i zrobiła z nich wianek. Teraz prezent wygląda tak, jakby był ręcznie zrobiony i organiczny, niczym podarunek składany podczas indiańskiego obrzędu, jak coś wręczanego nie człowiekowi, a ziemi.
Zawartość natomiast jest już zupełnie nieoryginalna. Cathy zawsze daje Delli to samo – książkę.
Choć tym razem to coś więcej. Coś w rodzaju lekarstwa.

Odkąd przeniosła się do Connecticut, Della narzeka, że już nie może czytać. „Ostatnio po prostu nie jestem w stanie skupić się na książce” – tak wyjaśnia to przez telefon. I chociaż nie mówi dlaczego, obie znają przyczynę.
Pewnego sierpniowego popołudnia w zeszłym roku, podczas corocznej wizyty Cathy w Contoocook, gdzie Della wówczas wciąż mieszkała, Della wspomniała, że lekarka skierowała ją na badania. Minęła dopiero piąta, słońce chowało się za sosnami. Żeby nie czuć oparów farby, piły margaritę na zabudowanej werandzie.
– Jakie badania?
– Mnóstwo głupich badań – odparła Della, robiąc przy tym minę. – Na przykład ta terapeutka, do której mnie skierowała, uważa się za terapeutkę, ale nie wygląda na więcej jak dwadzieścia pięć lat, każe mi rysować wskazówki na zegarze. Jakbym była w przedszkolu. Albo pokazuje mi kilka obrazków i mówi, żebym je zapamiętała. I nagle zaczyna mówić o zupełnie innych sprawach, rozumiesz. Chce odwrócić moją uwagę. A potem pyta, co było na tych obrazkach.
Cathy spojrzała na twarz Delli w szarym świetle. W wieku osiemdziesięciu ośmiu lat nadal jest piękną, pełną wigoru kobietą, jej prosto przycięte siwe włosy kojarzą się Cathy z upudrowaną peruką. Czasem rozmawia sama ze sobą lub wpatruje się w przestrzeń, ale nie częściej niż każdy, kto tyle czasu spędza w samotności.
– Jak ci poszło?
– Szału nie było.
Dzień wcześniej, wracając samochodem ze sklepu żelaznego w Concord, Della zaczęła denerwować się wybranym odcieniem farby. Czy jest dostatecznie jasna? Może powinny ją zwrócić. Wcale nie wyglądała tak radośnie, jak na próbce farby w sklepie. Och, wyrzucone pieniądze! Wreszcie Cathy powiedziała:
– Dello, znów zaczynasz się niepokoić.
To wystarczyło. Z twarzy Delli zniknęło całe napięcie, jakby ktoś posypał ją czarodziejskim pyłem.
– Wiem – powiedziała. – Musisz mi mówić, kiedy tak się zachowuję.
Siedząc na werandzie i popijając drinka, Cathy odparła:
– Nie przejmowałabym się tym, Dello. Wszyscy denerwują się takimi badaniami.
Kilka dni później Cathy wróciła do Detroit. Więcej nie słyszała o badaniach. A potem, we wrześniu, Della zadzwoniła, żeby powiedzieć, że doktor Sutton umówiła się z nią na wizytę domową i poprosiła najstarszego syna Delli, Bennetta, żeby był przy tym obecny.
– Jeśli chce, żeby Bennett tutaj przyjeżdżał – powiedziała Della – to pewnie ma złe wieści.
W dzień wizyty – był poniedziałek – Cathy czekała na telefon od Delli. Kiedy wreszcie zadzwoniła, w jej głosie słychać było ekscytację, niemal euforię. Cathy sądziła, że lekarka oceniła, że ze zdrowiem Delli jest wszystko w porządku. Ale Della nawet nie wspomniała o wynikach badań, tylko, niemal oszalała ze szczęścia, powiedziała:
– Doktor Sutton nie mogła się nadziwić, jak pięknie urządziłyśmy mój dom! Powiedziałam jej, jaka to była ruina, kiedy się tu wprowadziłam, i jak podczas każdej twojej wizyty razem obmyślałyśmy wszystko, a ona nie mogła w to uwierzyć. Uznała, że jest po prostu uroczy!
Może Della nie chciała przyjąć do wiadomości diagnozy, a może już o niej zapomniała. Tak czy inaczej, Cathy obawiała się o nią.
Ostatecznie to Bennett musiał przekazać jej szczegółowe informacje medyczne. Przedstawił je suchym, rzeczowym tonem. Pracując w firmie ubezpieczeniowej w Hartford, Bennett codziennie oblicza prawdopodobieństwo choroby i śmierci i być może dlatego tak to zabrzmiało.
– Lekarka mówi, że mama nie może już prowadzić samochodu. Ani korzystać z kuchenki. Przepisze jej jakiejś lekarstwa, które powinny ustabilizować jej stan. Na jakiś czas. Ale, w każdym razie, rzecz w tym, że nie może mieszkać sama.
– Byłam u niej w zeszłym miesiącu i twoja mama wyglądała dobrze – powiedziała Cathy. – Po prostu się niepokoi, to wszystko.
Bennett odezwał się po krótkiej pauzie:
– Tak, zgadza się. To częściowo kwestia niepokoju. Niepokój to część tego wszystkiego.

A co Cathy mogła ze swojej strony zrobić? Nie tylko mieszkała daleko na Środkowym Zachodzie, ale też była w pewnym sensie kimś osobliwym czy nawet niepożądanym w życiu Delli. Cathy i Della znają się od czterdziestu lat. Spotkały się, kiedy obie pracowały na wydziale pielęgniarskim. Cathy miała wtedy trzydzieści lat i była świeżo po rozwodzie. Przeprowadziła się do rodziców, żeby matka mogła opiekować się Mikiem i Johnem, kiedy Cathy pracowała. Della, typowa matka z przedmieścia, mieszkająca w wymyślnym domu nad jeziorem, była już po pięćdziesiątce. Wróciła do pracy nie dlatego, że rozpaczliwie potrzebowała pieniędzy, jak Cathy, ale po prostu nie miała żadnego zajęcia. Jej dwaj najstarsi synowie wyprowadzili się już z domu. Najmłodszy, Robbie, był w szkole średniej.
W normalnej sytuacji nie powinny mieć kontaktu w szkole. Cathy pracowała na dole w kwesturze, a Della była kierowniczką dziekanatu. Pewnego dnia jednak Cathy przypadkiem usłyszała w stołówce, jak Della mówi o programie Weight Watchers, zachwycając się tym, jak łatwo jest utrzymać tę dietę i jak to nie trzeba się głodzić.
Cathy właśnie zaczęła znowu spotykać się z mężczyznami. Inaczej mówiąc, puszczała się na lewo i prawo. Po rozwodzie ogarnęło ją rozpaczliwe pragnienie, żeby nadrobić stracony czas. Zachowywała się lekkomyślnie jak nastolatka, robiąc to z ludźmi, których ledwo znała, na tylnych kanapach samochodów lub na podłodze wyłożonych wykładziną dywanową furgonetek, zaparkowanych na miejskich ulicach pod domami, w których grzecznie spały porządne chrześcijańskie rodziny. Poza sporadycznymi przyjemnościami, jakie dawały jej spotkania z mężczyznami, Cathy chciała się w jakiś sposób ukarać, jakby to męskie trykanie i wpychanie mogło nauczyć ją trochę rozumu, przynajmniej na tyle, żeby powstrzymać ją przed ponownym poślubieniem kogoś takiego jak jej były mąż.
Powróciwszy po północy do domu z jednego z takich spotkań, Cathy wzięła prysznic. Po wyjściu stanęła przed lustrem w łazience, oceniając się tym samym obiektywnym okiem, z jakim później zajmowała się remontami domów. Co można naprawić? Co ukryć? Z czym trzeba żyć i w związku z tym co należy ignorować?
Zaczęła uczęszczać na spotkania Weight Watchers. Della woziła ją tam samochodem. Mała i zadziorna, z rozjaśnionymi końcówkami włosów, wielkimi okularami w półprzezroczystych różowawych oprawkach i w błyszczącej bluzce ze sztucznego jedwabiu, Della siedziała na poduszce, żeby cokolwiek widzieć znad kierownicy swojego cadillaca. Założyła szmirowate broszki w kształcie bąków lub jamników i zlała się perfumami. To musiała być jakaś własna marka domu handlowego, kwiatowa i przesłodzona, opracowana, żeby maskować kobiecy zapach, a nie go podkreślać, jak olejki do ciała, którymi Cathy skrapiała swoje punkty uciskowe. Wyobraziła sobie Dellę, która rozpyla perfumy, a potem jak kretynka podskakuje w ich mgiełce.
Kiedy już straciły kilka kilogramów, raz w tygodniu szły zaszaleć, na drinki i kolację. Della miała w torebce licznik kalorii, dla pewności, że zbytnio nie przesadziły. Przy takiej okazji odkryły margaritę.
– Hej, wiesz, co jest niskokaloryczne? – zapytała Della. – Tequila. Tylko dwieście trzydzieści pięć kalorii na sto gramów. – O cukrze w drinkach wolały nie myśleć.
Della była tylko pięć lat młodsza od matki Cathy. Miała podobne jak jej matka opinie na temat seksu i małżeństwa, ale łatwiej było słuchać tych przestarzałych mądrości, kiedy wygłaszał je ktoś, kto z góry nie zakłada, że jest właścicielem twojego ciała. Różnice między Dellą a matką Cathy wyraźnie wskazywały, że jej mama nie była, jak to się zawsze Cathy zdawało, arbitrem moralności, ale po prostu normalną osobą z jej wadami i zaletami.
Okazało się, że Cathy i Della mają wiele wspólnego. Obie lubiły rękodzielnictwo: dekupaż, koszykarstwo, antykizowanie, tego typu rzeczy. I uwielbiały czytać. Pożyczały sobie nawzajem książki z biblioteki, a potem sięgały po te same książki, żeby je jednocześnie czytać i omawiać. Nie uważały się za intelektualistki, ale potrafiły odróżnić dobrą literaturę od złej. Przede wszystkim lubiły dobrze opowiedzianą historię. Częściej pamiętały fabuły książek niż ich tytuły czy autorów.
Cathy unikała wizyt w domu Delli w Grosse Pointe. Nie chciała narażać się na kontakt z włochatymi wykładzinami dywanowymi czy pastelowymi zasłonami albo na spotkanie z republikańskim mężem Delli. I nigdy też nie zaprosiła Delli do domu rodziców. Lepiej było spotykać się na neutralnym gruncie, gdzie nikt nie mógł im przypomnieć, jak do siebie nie pasują.
Pewnego wieczoru, dwa lata po pierwszym spotkaniu, Cathy zabrała Dellę na przyjęcie organizowane przez jakieś jej znajome. Jedna z nich uczestniczyła kiedyś w wykładzie Krishnamurtiego, więc teraz wszystkie rozsiadły się na podłodze, na ozdobnych poduszkach z kanapy, i słuchały jej opowieści. Wśród obecnych zaczął krążyć dżoint.
Oho, pomyślała Cathy, kiedy skręt dotarł do Delli. Ale ku jej zaskoczeniu Della zaciągnęła się i podała go dalej.
– No to już szczyt – powiedziała potem Della. – Przez ciebie palę trawę.
– Przepraszam – odparła Cathy, śmiejąc się. – Ale… czy coś poczułaś?
– Nie. I cieszę się, że nie. Gdyby Dick wiedział, że palę marihuanę, dostałby szału.
Ale się uśmiechała, zadowolona, że może mieć jakąś tajemnicę.
Miały też inne sekrety. Kilka lat po poślubieniu Clarka Cathy nie mogła już dłużej wytrzymać i się wyprowadziła. Zameldowała się w motelu, przy Eight Mile.
– Jeśli Clark zadzwoni, nie mów mu, gdzie jestem – poprosiła Dellę. A Della nic nie powiedziała. Przez tydzień co wieczór przynosiła Cathy jedzenie i słuchała jej pomstowania, aż przestała się tym przejmować. Przynajmniej na tyle, żeby się pogodzić.

– Prezent? Dla mnie?
Wciąż jeszcze przepełniona dziewczęcym entuzjazmem Della patrzy szeroko otwartymi oczami na pakunek, który podaje jej Cathy. Siedzi w niebieskim fotelu przy oknie, w rzeczywistości jedynym w tej małej zagraconej kawalerce. Cathy przycupnęła niezgrabnie na pobliskiej kanapie. W pokoju jest ciemno, ponieważ żaluzje są opuszczone.
– Niespodzianka – mówi Cathy, zmuszając się do uśmiechu.
Pod wpływem tego, co mówił Bennett, miała wrażenie, że Wyndham Falls to apartamenty dla seniorów, którzy chcą żyć niezależnie, a jednocześnie pod opieką. Na stronie internetowej wspominano o „pomocy w nagłych wypadkach” i o „środowiskowych aniołach opiekuńczych”. Ale w broszurze, po którą Cathy, wchodząc, sięgnęła w holu, wyczytała, że Wyndham ogłasza się jako „społeczność emerytalna 55+”. Obok wielu starszych lokatorów, którzy pokonują korytarze, pchając przed sobą aluminiowe balkoniki, są tu młodsi weterani wojenni, z brodami, w kamizelkach i czapkach, zasuwający na elektrycznych wózkach inwalidzkich. Nie ma personelu pielęgniarskiego. To tańsze rozwiązanie niż apartamenty dla seniorów i świadczenia są minimalne: przygotowane posiłki w jadalni, raz w tygodniu zmiana pościeli. To wszystko.
Sama Della nie zmieniła się od ich ostatniego spotkania w sierpniu. Przygotowując się na wizytę, założyła czystą dżinsową sukienkę bez rękawów oraz żółty top i w odpowiednich miejscach i ilościach nałożyła też szminkę i makijaż. Jedyna różnica polega na tym, że Della również używa balkonika. Tydzień po przeprowadzce poślizgnęła się i uderzyła głową w chodnik przed wejściem. Straciła przytomność. Kiedy się ocknęła, ujrzała wpatrującego się w nią wielkiego przystojnego niebieskookiego sanitariusza. Della spojrzała na niego i zapytała:
– Czy już umarłam i jestem w niebie?
W szpitalu zrobili Delli rezonans magnetyczny, żeby stwierdzić, czy nie doszło do krwotoku mózgowego. Potem przyszedł młody lekarz, żeby sprawdzić, czy nie odniosła innych obrażeń.
– No to sobie wyobraź – powiedziała Della Cathy przez telefon. – Osiemdziesięcioośmioletnia baba i młody lekarz, który sprawdza mnie centymetr po centymetrze. Dokładnie tak, centymetr po centymetrze. Powiedziałam mu: „Nie wiem, ile panu płacą, ale na pewno za mało”.
Te przejawy jej dobrego humoru potwierdzają to, co Cathy przez cały czas czuła – że mętlik w głowie Delli ma w dużej mierze podłoże emocjonalne. Lekarze uwielbiają wydawać diagnozę i przepisywać tabletki bez zwracania uwagi na stojącego przed nimi człowieka.
Sama Della nigdy nie używała określenia ze swojej diagnozy. Zamiast tego mówiła „moja choroba” lub „ta moja dolegliwość”. Kiedyś powiedziała:
– Nigdy nie pamiętam, jak nazywa się to, co mi dolega. To coś takiego, czego człowiek dostaje, kiedy się starzeje. Coś takiego, czego najbardziej się nie chce. I właśnie to mam.
Innym razem powiedziała:
– To nie alzheimer, ale coś następnego w kolejności.
Cathy nie jest zaskoczona tym, że Della wypiera z myśli fachową terminologię. Demencja nie jest miłym słowem. Brzmi to bezlitośnie, agresywnie, jak gdyby demon wygrzebywał mózg kawałek po kawałku; a jednak w rzeczywistości tak właśnie jest.
Teraz patrzy na stojący w kącie balkonik Delli, okropną purpurową konstrukcję z siedziskiem z czarnej sztucznej skóry. Spod kanapy wystają pudełka. W zlewie malutkiego aneksu kuchennego piętrzą się naczynia. Nic strasznego. Ale dom Delli zawsze był wyjątkowo schludny i ten bałagan jest niepokojący.
Cathy cieszy się, że przyniosła prezent.
– Nie otworzysz go? – pyta.Della spogląda na podarunek, jakby właśnie zmaterializował się jej w dłoniach.
– Och, oczywiście.
Odwraca paczkę. Sprawdza jej spód. Uśmiecha się niepewnie. Jakby zdawała sobie sprawę, że w tym momencie należy się uśmiechnąć, choć nie wie dlaczego.
– Spójrz na ten ozdobny papier do pakowania! – mówi wreszcie. – Jest po prostu cudowny. Muszę uważać, żeby go nie rozedrzeć. Może go jeszcze wykorzystam.
– Możesz to rozerwać. Nie mam nic przeciwko.
– Nie, nie – nalega Della. – Chcę zachować ten piękny papier.
Jej stare, pokryte plamami dłonie zmagają się z papierem do pakowania, aż w końcu się odkleja. Książka spada jej na kolana.
Della nie poznaje.
To jeszcze nie musi nic znaczyć. Ukazało się nowe wydanie. Zdobiącą oryginalne wydanie ilustrację, na której dwie kobiety siedziały ze skrzyżowanymi nogami w wigwamie, zastąpiła efektowniejsza kolorowa fotografia przykrytych śniegiem wierzchołków gór.
Chwilę później Della wykrzykuje:
– Ojejku! Nasza ulubiona!
– To nie wszystko – mówi Cathy, wskazując okładkę. – Popatrz. „Dwudziestolecie pierwszego wydania! Ponad dwa miliony sprzedanych egzemplarzy!” Dasz wiarę?
– Cóż, zawsze wiedziałyśmy, że to dobra książka.
– Pewnie, że wiedziałyśmy. Ludzie powinni nas słuchać. – I już cichszym głosem Cathy dodaje: – Pomyślałam, że może dzięki tej książce wróciłabyś do czytania, Dello. Przecież tak dobrze ją znasz.
– Hej, oczywiście. Żeby trochę rozruszać mózg. Ostatnią książkę, którą mi wysłałaś, ten Pokój, czytam już od dwóch miesięcy, a jeszcze nie wyszłam za dwudziestą stronę.
– Ta książka jest dosyć ciężka.
– Kręci się wokół kogoś, kto tkwi w pokoju! Z czymś mi się to kojarzy.
Cathy się śmieje. Ale Della niezupełnie żartuje, więc Cathy korzysta z okazji. Zsuwa się z kanapy i wymachując rękami w stronę ścian, zaczyna biadolić:
– Czy Bennett i Robbie nie mogli znaleźć ci lepszego miejsca niż to tutaj?
– Pewnie mogli – odpowiada Della. – Ale mówią, że nie mogą. Robbie ma alimenty na głowie i musi płacić na dziecko. A jeśli chodzi o Bennetta, ta Joanne prawdopodobnie nie chce, żeby wydawał na mnie jakieś pieniądze. Nigdy mnie nie lubiła.
Cathy wsuwa głowę do łazienki. Nie jest tak źle, jak się obawiała; nie jest brudno, nie widzi też niczego żenującego. Ale gumowana zasłona prysznicowa kojarzy jej się z wyposażeniem domu wariatów. Z czymś takim można poradzić sobie od razu.
– Mam pomysł. – Cathy odwraca się z powrotem do Delli. – Wzięłaś ze sobą rodzinne zdjęcia?
– No pewnie. Powiedziałem Bennettowi, że nigdzie nie ruszam się bez moich albumów z fotografiami. Kazał mi, co prawda, zostawić wszystkie porządne meble, żeby łatwiej było sprzedać dom. Ale wiesz co? Do tej pory nikt się nim nie zainteresował.