“Marlena. Błękitny anioł w garniturze” to sfabularyzowana biografia słynnej artystki, obejmująca kilkanaście najważniejszych lat jej życia – żmudną drogę do sławy i karierę w Hollywood, która uczyniła ją jedną z największych gwiazd wszech czasów.


Marlena. Błękitny anioł w garniturze

Książka “Marlena. Błękitny anioł w garniturze” to fascynująca opowieść o życiu kobiety, zapamiętanej jako jedna z najlepszych aktorek wszech czasów, a przy tym postaci kontrowersyjnej i skomplikowanej. C.W. Gortner, amerykański pisarz specjalizujący się w książkach z dziedziny fikcji historycznej tym razem, w przystępnym i charakterystycznym dla siebie, dynamicznym stylu, opisał młode lata niemieckiej gwiazdy, stawiając na wyeksponowanie cech jej osobowości.

Gortner nie skupia się na drobiazgowym odtworzeniu faktów z życia artystki. Bardziej interesują go emocje, nastroje, atmosfera. Opowieść o Marlenie rozpoczyna w chwili, gdy jest ona trzynastoletnią dziewczynką mieszkającą z matką i siostrą w zubożałym mieszczańskim domu. Jej matka robi co może, by zabezpieczyć byt dziewczynek i znaleźć środki na ich edukację. To harda i nieustępliwa kobieta lawirująca pomiędzy zależnością od pracodawców, a niezależnością od własnej, zamożnej rodziny. Takie też będą jej córki: Liesel i Maria Magdalena Dietrich znana później pod pseudonimem Marlena.

W powieści Dietrich to kobieta o wielowymiarowej osobowości, przeżywająca sukcesy i rozczarowania, kochająca i nienawidząca – zawsze na własnych, egocentrycznie ukierunkowanych warunkach. I niepokorna – to przede wszystkim. Pisarz przedstawiając jej młode lata podkreślił, jak bardzo różniła się hartem ducha i pełnym pasji postępowaniem od swych rówieśniczek. Nie przerażała jej wizja łamania konwenansów, odważnie szła w nieznane, skupiona na tym, czego w danej chwili pragnęła. Skłonność do przeżywania intensywnych doznań bez względu na koszty, to kolejna cecha jej charakteru widoczna już we wczesnym dzieciństwie. “To nieważne w jaki sposób złamie ci serce, ona po prostu jest po to, by to robić” – powiedział o niej wiele lat później Ernest Hemingway, któremu – no cóż, złamała serce.

Zresztą nie jemu jednemu. Liczne związki, romanse z kobietami i mężczyznami, ponadprzeciętna otwartość na zmysłowe wrażenia złożyły się na jej bujny życiorys. Powołania do przeciętności nie miała z pewnością, czego dowiodła próba ustabilizowania się przy boku męża Rudolfa Siebera: ani małżonek ani dziecko nie powstrzymały jej przed spełnieniem marzeń o karierze. C.W. Gortner w swej powieści stara się przedstawić czytelnikom powody tej nadzwyczajnej determinacji. Czy popychała ją chęć zaimponowania apodyktycznej, nie okazującej uczuć matce? A może niezaspokojony głód pięknego życia, do którego tęskniła jako dziewczynka wychowywana w surowej atmosferze i skromnych warunkach materialnych? Wiele na ten temat może powiedzieć wykreowana przez Gortnera scena, gdy babcia Marleny pochodząca z niegdyś zamożnej berlińskiej rodziny pozwala jej przymierzyć swoje młodzieńcze stroje, a dziewczynka, przyzwyczajona do zgrzebnych i aż nadto przyzwoitych szat, odkrywa znaczenie luksusu i płynącą z niego przyjemność.

Oprócz poznawania losów artystki czytelnik książki Gortnera ma okazję zanurzyć się też w niespokojnych czasach pomiędzy pierwszą a drugą wojną światową.

Nieskłonna do kompromisów postawa była w jej życiu przyczyną przede wszystkim perturbacji i turbulencji uczuciowych, ale dała o sobie znać też w okolicznościach dziejowych: pozwoliła Marlenie bez oporów i na arenie międzynarodowej krytykować nazizm. Aktorka odrzuciła propozycje Hitlera grania w niemieckich filmach, zaangażowała się natomiast – na miarę swoich umiejętności, w działania na rzecz aliantów, występując z recitalami dla amerykańskich żołnierzy walczących na frontach II Wojny. Zawsze robiła to, co chciała, co wydawało jej się właściwe. Doskonale rozumiała, że ograniczać innych chcą tylko ci, którzy sami czegoś się boją, przed czymś uciekają. Pragnęła żyć swobodnie, wyzwalać się z zakazów i nakazów. Tego samego chciała dla innych.

Oprócz poznawania losów artystki czytelnik książki Gortnera ma okazję zanurzyć się też w niespokojnych czasach pomiędzy pierwszą a drugą wojną światową. To okres, gdy Marlena dorastała, szukała własnej drogi, zabiegała o angaże. Pierwsze role zagrała w latach dwudziestych XX wieku, a jej największe sukcesy w karierze zawodowej przypadają na lata 1930-1935. Film ,,Błękitny anioł”, zrealizowany w Niemczech i wyreżyserowany przez Josepha von Sternberga, a w którym zagrała rolę kabaretowej artystki Loli Loli, uczynił z niej gwiazdę światową. To właśnie Sternberg sprowadził Marlenę Dietrich do Hollywood i uczynił ją gwiazdą swoich kolejnych głośnych filmów: Maroko, X-27, Szanghaj Express, Blond Venus i Diabeł jest kobietą. Film “Maroko” otrzymał cztery nominacje do Oscarów, w tym dla Dietrich, jedyną w jej karierze, dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej.

“Maroko” jest zgodnie uznawany za jeden z najważniejszych filmów w dziejach kina światowego, a image aktorki, kreującej w nim postać uwodzicielskiej kobiety, jednak pełnej męskich cech, ubranej w męski smoking i cylinder, na długie lata stał się symbolem Dietrich. W powieści C.W. Gortner pokazuje, że wizerunek ten tkwił w Marlenie na długo przed tym, zanim widzowie mogli zobaczyć go na ekranach. Nie kryjąc podziwu opisuje jak artystka wykreowała go z udziałem przyjaciółek, by zadawać szyku pośród ekscentrycznej berlińskiej bohemy. Wtedy mogli go podziwiać jedynie znajomi, wkrótce dowiedział się o nim cały świat. Wanda Pawlik

C.W. Gortner, Marlena. Błękitny anioł w garniturze, Przekład: Maria Zawadzka, Wydawnictwo Harper Collins, Premiera: 13 września 2017
 
 

Marlena. Błękitny anioł w garniturze

C.W. Gortner
Marlena. Błękitny anioł w garniturze
Przekład: Maria Zawadzka
Wydawnictwo Harper Collins
Premiera: 13 września 2017
 

W głębi serca jestem dżentelmenem.
MARLENA DIETRICH

SCENA PIERWSZA

UCZENNICA

1914-1918

„ZE SWOIMI NARODZINAMI NIE MIAŁAM NIC WSPÓLNEGO”

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Po raz pierwszy zakochałam się w wieku dwunastu lat.
Wydarzyło się to w Auguste-Viktoria-Schule, w podmiejskiej dzielnicy Schöneberg, na południowym zachodzie Berlina. W budynku znajdującym się za bramą z kutego żelaza, którego ekstrawagancka fasada skrywała labirynt lodowatych sal lekcyjnych, uczyłam się gramatyki, arytmetyki, historii oraz podstawowych zasad prowadzenia domu. Następnie czekały mnie trwające godzinę zajęcia z rytmiki, a na koniec długiego dnia zawsze przychodził czas na lekcję francuskiego.
Nie lubiłam szkoły – ale nie chodziło tu o niedostatki mojego intelektu. W dzieciństwie naszą edukację nadzorował cały orszak guwernantek, choć skupiały się głównie na mojej wątłej siostrze Elisabeth, którą na co dzień nazywaliśmy Liesel. Angielski, francuski, taniec i muzyka – tak wyglądała nasza codzienność. Matka wymagała we wszystkim absolutnej perfekcji. Nie lubiłam szkoły, mimo że byłam przygotowana do rygorów instytucjonalnego nauczania lepiej niż większość rówieśników. Nie pasowałam do pozostałych uczennic, do ich sekretów i wysmarowanych dżemem palców. Znały się od dziecka i wymyśliły mi przezwisko Maus. Twierdziły, że jestem nieśmiała, ale nie zdawały sobie sprawy, że „nieśmiała” to ostatnie określenie, jakim opisałaby mnie matka.
Mutti nie pozwoliłaby zresztą na jakiekolwiek skargi czy narzekania. Nasz papa zmarł na atak serca, kiedy miałam sześć lat. W chwili jego śmierci na naszą rodzinę spadła konieczność znalezienia sposobu na samodzielne utrzymywanie się w tej nowej sytuacji. Skutkiem tego zabrakło czasu na długą żałobę. Josephine Dietrich musiała pozostać niewzruszona, nie mogła okazać słabości. Pochodziła przecież z powszechnie szanowanej rodziny Felsingów, znanych producentów zegarów. Po odejściu męża Mutti nie przyjęła pomocy krewnych, choć musiała mieć świadomość, że niewielka odprawa pośmiertna papy – prowincjonalnego porucznika policji – nie wystarczy na długo. Guwernantki zniknęły tuż po jego pogrzebie: zostały uznane za zbędny luksus, zbytek, na który nie mogłyśmy sobie pozwolić. Liesel cierpiała z powodu słabego zdrowia i choć nikt nie potrafił dokładnie określić, co jej właściwie dolega, Mutti postanowiła, że moja siostra będzie kontynuowała naukę w domu. Sama zatrudniła się jako gosposia, a mnie wcisnęła w szary, wykrochmalony mundurek, zaplotła moje jasnorude włosy w warkocze i ozdobiła je taftowymi kokardami. Dopełnieniem całego stroju okazały się niewygodne lakierki. Po tych wszystkich przygotowaniach zaprowadziła mnie do Schule, gdzie dystyngowane stare panny miały zająć się formowaniem mojego charakteru.
– Zachowuj się, jak należy – nakazała Mutti. – I rób, co ci każą. Czy wyrażam się jasno? Nie chcę się dowiedzieć, że zadzierasz nosa. Byłaś bardziej uprzywilejowana od większości tych dziewcząt, ale nie pozwolę, żeby moje córki popadły w pychę.
Niepotrzebnie się martwiła. W domu często karcono mnie za skłonność do rywalizacji i za to, że wiecznie usiłowałam prześcignąć we wszystkim Liesel, ale gdy tylko wkroczyłam na szkolne podwórko i zobaczyłam podejrzliwe spojrzenia rzucane ukradkiem przez uczennice stojące w niewielkich grupkach – zrozumiałam, że lepiej się nie wychylać i nie ujawniać z tym, co wiem. Nikt nie mógł się domyślić, że opanowałam coś więcej niż podstawy jakiegokolwiek przedmiotu, włącznie z francuskim, językiem, którego musiała się uczyć każda dziewczyna z dobrego domu, ale którego nie powinna znać zbyt dobrze żadna niemiecka dziewczyna z dobrego domu. Dzięki swojemu ostremu „r” i uwodzicielskiemu „s” kojarzył się on z tym, co zakazane. Postanowiłam za wszelką cenę nie zwracać na siebie uwagi i zajęłam najdalsze miejsce w ostatniej ławce na tyłach klasy.
Zamierzałam wtopić się w otoczenie.
Do czasu, aż pojawiła się nowa nauczycielka francuskiego.
Miała kasztanowe włosy niedbale upięte w kok. Jej policzki wydawały się zaróżowione – chyba spóźniła się na lekcję i była zmuszona biec szkolnym korytarzem. Chwilę wcześniej zadzwonił dzwonek, a dziewczęta szeptały coś między sobą i podawały sobie karteczki wyrwane z zeszytów.
Niespodziewanie wkroczyła do sali. Długo czekałyśmy, aż ktoś zastąpi Madame Servine, która ze względu na poważny wypadek została zmuszona do wcześniejszego przejścia na emeryturę. Nowa nauczycielka, której czoło pokrywały krople potu – był wyjątkowo upalny lipiec – rzuciła książki na biurko, a huk, który się rozległ, sprawił, że wszystkie dziewczęta gwałtownie się wyprostowały.
Madame Servine nie znosiła opieszałości. Wiele dziewcząt miało okazję poczuć na kolanach lub rękach ostrą krawędź jej linijki: chętnie karała za przewiny, nieposłuszeństwo lub bezczelność. Młoda, rozczochrana i taszcząca górę książek kobieta, które weszła teraz do klasy, mogła się okazać dużym zaskoczeniem.
Siedziałam jak zwykle w ostatniej ławce. Wychyliłam się z zaciekawieniem i spojrzałam w jej stronę. Właśnie wycierała twarz chusteczką.
 Mon Dieu – westchęła. – Il fait si chaud. Nie sądziłam, że w Niemczech panują takie upały.
Poczułam, że przez mój żołądek przebiega dreszcz emocji.
Żadna z nas nie odezwała się nawet słowem. Młoda kobieta machnęła ręką i schowała wilgotną chusteczkę do szmizjerki.
 Bonjour, mesdemoiselles. Nazywam się Mademoiselle Bréguand. Mam was uczyć francuskiego do końca tego semestru.
To wprowadzenie było niepotrzebne. Doskonale wiedziałyśmy, kim jest. Czekałyśmy na nią od wielu tygodni. Podczas gdy szkoła szukała zastępstwa za Madame Servine, musiałyśmy spędzać tę godzinę na ciągnących się w nieskończoność lekcjach nadzorowanych przez kostyczną Frau Becker. Czysty, śpiewny akcent nowej nauczycielki sprawił, że w pomieszczeniu zapanowała cisza. W jej głosie rozbrzmiewała charakterystyczna melodia Paryża, a ja poczułam, jak siedzące wokół mnie dziewczęta gwałtownie się wzdrygnęły. Madame Servine nazywały l’Ancien Régime ze względu na jej lornion, klekot sztucznej szczęki towarzyszący wymawianiu accents graves beznamiętnym, pełnym poczucia wyższości tonem – oraz czarną, sięgającą pod szyję suknię z przełomu wieków. Kobieta, która stała przed nami, miała na sobie bluzkę z kołnierzykiem ozdobioną koronką, a jej zgrabną figurę podkreślała modna spódnica do kostek, odsłaniająca eleganckie trzewiki. Była dużo młodsza od Madame Servine, wydawała się też zdecydowanie bardziej energiczna i pełna życia.
Powoli się wyprostowałam.
– Allez – oznajmiła. – Ouvrez vos livres, s’il vous plaît.
Dziewczęta siedziały nieruchomo. Sięgnęłam po podręcznik, a Mademoiselle westchnęła i przetłumaczyła swoje słowa na niemiecki:
– Poprosiłam, żebyście otworzyły podręczniki.
Starałam się ukryć uśmiech.
– Będziemy dziś odmieniać czasowniki. Dobrze? – zapytała, rozglądając się po sali.
Panowała martwa cisza. Pozostałe dziewczęta nie zaglądały do podręczników od wypadku Madame. Nauka francuskiego kompletnie ich nie obchodziła. Z kilku rozmów, które podsłuchałam, wynikało, że marzyły jedynie o tym, by wyjść za mąż i uciec z domu rodzinnego, gdy tylko nadarzy się taka sposobność. Kinder, Küche, Kirche: dzieci, kuchnia, kościół. Takie ambicje rozbudzano w każdej niemieckiej dziewczynie, tak jak dawniej wpajano je naszym matkom i babkom. Do czego w takim razie miała nam się przydać znajomość francuskiego, o ile, nieszczęśliwym zrządzeniem losu, nie wyszłybyśmy za obcokrajowca?
Rozległ się szelest kartek. Mademoiselle Bréguand rozejrzała się po sali, nie zauważając – albo udając, że nie zauważa – nerwowych ruchów swoich uczennic. Nieodrobienie pracy domowej stanowiło w naszej szkole poważne, surowo karane wykroczenie. Przyłapawszy którąś z uczennic na tej przewinie, Madame Servine kazała jej zwykle siedzieć w klasie do zmroku, tak długo, aż skończy zadanie albo padnie z wyczerpania.
Nagle jednak, ku mojemu zdziwieniu, Mademoiselle figlarnie się uśmiechnęła. W tym naznaczonym niezliczonymi zakazami i ograniczeniami miejscu, w którym nauczyciele wisieli nad nami jak kruki, było to zachowanie tak niespodziewane i zaskakujące, że po moim ciele natychmiast rozlała się fala ciepła. Czułam się tak, jakby skręcony z nerwów żołądek wypełniła miękka warstwa bitej śmietany.
– Zacznijmy od czasownika „być”. Être: je suis, je serai, j’étais. Tu es, tu seras, tu étais. Il est, il sera, il était. Nous sommes, nous serons, nous étions… – Krążyła między rzędami, lekko przechylając głowę, i słuchała kolejnych uczennic kaleczących francuskie słowa.
To był żałosny spektakl: dowód lenistwa i skrajnego braku poszanowania dla języka. Ona jednak, zamiast karcić i poprawiać, powtarzała cierpliwie prawidłową odmianę. Nagle stanęła obok mnie. Uniosła rękę, a dziewczęta zamilkły. Utkwiła we mnie swoje bursztynowo-zielone oczy i poprosiła:
– Répétez, s’il vous plaît?
Nie chciałam zwracać na siebie uwagi. Zamierzałam wykonać to ćwiczenie równie źle, co pozostałe uczennice, ale tym razem język odmówił mi posłuszeństwa. Powiedziałam niepewnie:
– Vous êtes. Vous serez. Vous étiez.
Stłumiony chichot siedzącej niedaleko dziewczyny odebrałam jako siarczysty policzek.
Na twarzy Mademoiselle pojawił się ciepły uśmiech. Z konsternacją, a zarazem radością odnotowałam, że skierowała go do mnie.
– A reszta?
– Vous soyez. Vous seriez. Vous fûtes. Vous fussiez.
– A teraz użyj tego czasownika w zdaniu.
Przygryzłam dolną wargę, zastanawiając się przez chwilę, po czym wyrzuciłam z siebie:
– Je voudrais être connue comme personne qui vous plaise. – Natychmiast zaczęłam żałować swoich słów. Co mnie opętało? Dlaczego powiedziałam coś tak… tak szczerego i bezpośredniego? Coś tak niepodobnego do mnie?
Choć nie odważyłam się podnieść wzroku, czułam, że pozostałe dziewczęta bacznie mi się przyglądają. Nie rozumiały, co powiedziałam, ale wystarczył sposób, w jaki to zrobiłam.
Zdemaskowałam się.
– Oui – odezwała się łagodnie Mademoiselle. – Parfait.
Ruszyła przed siebie. Krążąc między rzędami, wyśpiewywała swój refren i dawała do zrozumienia, żebyśmy powtarzały za nią. Siedziałam nieruchomo do czasu, aż czyjś palec dźgnął mnie w żebra. Odwróciłam się i zobaczyłam szczupłą dziewczynę o ciemnych włosach i pociągłej twarzy. Mrugnęła do mnie.
–  Parfait – wyszeptała. – Doskonale.
Nie takiej reakcji się spodziewałam. Myślałam, że dziewczęta odczekają do ostatniego dzwonka, a potem, kiedy wyjdę ze szkoły i ruszę do domu, zaczną mnie zaczepiać. Byłam przekonana, że spiorą mnie na kwaśne jabłko, mszcząc się za to, że je oszukałam i podlizywałam się nowej nauczycielce. Na twarzy siedzącej obok mnie dziewczyny zobaczyłam jednak coś innego niż wściekłość czy niechęć. Zobaczyłam… podziw.
Kiedy już Mademoiselle zadała nam pracę domową, a uczennice zaczęły się pakować i wychodzić z klasy, postanowiłam dyskretnie przemknąć się do wyjścia. Już myślałam, że uda mi się dotrzeć do drzwi, ale nagle nauczycielka się odezwała:
– Mademoiselle. Chwileczkę.
Zatrzymałam się i niepewnie zerknęłam przez ramię. Pozostałe dziewczęta przeciskały się obok mnie, a jedna z nich rzuciła szyderczo:
– No proszę, Myszka Maria doczekała się swojej pierwszej złotej gwiazdy.
Po chwili klasa całkowicie opustoszała, a ja stałam przy biurku nauczycielki, czując na sobie jej spojrzenie. W promieniach popołudniowego słońca, wlewających się do sali przez zakurzone okno, jej upięte w kok włosy nabrały miedzianych refleksów. Miała delikatną skórę i lekko zaróżowione policzki. Ugięły się pode mną nogi. Nie potrafiłam sobie wytłumaczyć, dlaczego zdecydowałam się wypowiedzieć właśnie to zdanie, ale jednocześnie czułam, że nowa nauczycielka mnie rozumie.
– Maria? – zapytała. – Tak masz na imię?
– Tak. Maria Magdalena. – Z trudem wydusiłam z siebie te słowa. – Maria Magdalena Dietrich. Ale wolę… wszyscy w rodzinie mówią do mnie Marlena. Albo krócej: Lena.
– Śliczne imię. Bardzo dobrze znasz francuski. Nauczyłaś się go w szkole? – Zanim zdążyłam odpowiedzieć, roześmiała się. – Ależ oczywiście, że nie. Pozostałe uczennice… C’est terrible, combien peu ils savent. Powinnaś zmienić klasę: jesteś na zdecydowanie wyższym poziomie.
– Mademoiselle, proszę… – Przycisnęłam torbę do piersi. – Jeżeli dyrektorka się o tym dowie…
– To co zrobi? – Przechyliła głowę. – Co takiego zrobi? Przecież znajomość języka obcego to nie grzech. Tracisz w tej klasie czas. Nie wolałabyś przez tę godzinę rzeczywiście się czegoś nauczyć?
– Nie. – Czułam, że zaraz się rozpłaczę. – Ja… lubię uczyć się francuskiego.
– Rozumiem. No cóż… W takim razie spróbujemy znaleźć jakieś rozwiązanie. Nie martw się, nikomu nie zdradzę twojej tajemnicy, ale nie mogę ręczyć za inne uczennice. Są nieprzygotowane, ale na pewno nie głuche.
– Merci, Mademoiselle. Będę naprawdę ciężko pracowała, zobaczy pani. Zależy mi tylko na tym, żeby sprawić pani przyjemność.
Niezdarnie dygnęłam, tak jak kazała mi to robić mama, ilekroć po kościele składałyśmy wizyty innym szanowanym wdowom, które częstowały nas gorącą czekoladą i strudlem. Ruszyłam do drzwi, chcąc jak najszybciej zapomnieć o rozbawionym spojrzeniu nauczycielki i własnej impulsywności.
Kiedy wychodziłam, usłyszałam jej słowa:
– Marleno, sprawiasz mi przyjemność. Sprawiasz mi wielką przyjemność.