“Ogrodnik”, kontynuacja hipnotycznej „Czarodziejki”, łączy wątki kryminalne, sensacyjne i romansowe.


OgrodnikPo wyjściu cało z konfrontacji z Witoldem Dalesem i jego synem Julii wydaje się, że wreszcie będzie mogła spać spokojnie. To jednak tylko pozory…

Boss mafijnego półświatka jest co prawda gotów zrezygnować z zemsty, ale… Julia nie ma wyjścia – będzie musiała z nim współpracować, żeby chronić swoich bliskich.

Tymczasem partner Julii Tomek prowadzi śledztwo w sprawie zakatowanej na śmierć nastolatki. Dziwnym trafem znowu wszystko kręci się wokół Julii i Mani, a zagadka ma swoje korzenie w gorącej Samarkandzie…

 
Agnieszka Płoszaj
Ogrodnik
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 9 maja 2018
 
 

Ogrodnik


Szedł szeroką alejką. Minął obsadzony zwiędłymi kwiatami klomb i spojrzał przed siebie. Był jedynym człowiekiem spacerującym w parku o tak wczesnej porze. Przenikliwy wiatr targał połami jego szarego prochowca. Wsunął rękę do kieszeni i wyjął z niej garść suchej karmy dla psów. Podał ją idącemu obok pupilowi. Pies zamerdał ogonem i z apetytem połknął przysmak. Mężczyzna nachylił się, złapał za sprzączkę i odpiął smycz. Psiak wesoło podskoczył i pobiegł przed siebie. Co jakiś czas zatrzymywał się, obserwując swojego pana. Mężczyzna szedł powoli, wdychając ostre poranne powietrze. Skręcił w boczną alejkę wyłożoną drobną kamienną kostką. Pies truchtem przeciął mu drogę i wyprzedził go. Zbliżył się do krzewów rododendronów. Latem, pokryte barwnymi kwiatami, cieszyły oczy przechadzających się tamtędy ludzi. Teraz, nagie i poszarzałe, czekały na pierwsze płatki śniegu.
Mężczyzna zawołał pupila, lecz pies nie zareagował. Powtórzył więc komendę, bez efektu. Podszedł do kępy rosnących gęsto krzewów. Pośród zeschniętych liści poruszało się białe futerko. Rozpoznał je od razu i nachylił się. Pies z niebywałą ostrożnością obwąchiwał znalezisko. Gdy poczuł bliską obecność pana, spojrzał na niego i wycofał się. W stercie liści bieliła się twarz kobiety. Kolor jej młodego ciała przypominał pochmurne niebo, w którym utkwiła swój zimny, nieobecny wzrok. Mężczyzna potarł czoło i nie spuszczając wzroku z dziewczyny, wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza czarną nokię. Pies przysiadł na tylnych łapach i obserwował jego opanowaną twarz. Silny podmuch wiatru znów poruszył połami jego płaszcza. Zapowiadał się ponury dzień.

Ostrożnie stawiała stopy pomiędzy kawałkami szkła. Ich chrzęst rozchodził się echem po wnętrzu kawiarni. Odwróciła się i spojrzała na smutną minę Mani, która stała w progu i wpatrywała się w podłogę. Jula głośno westchnęła i wyciągnęła rękę w jej kierunku.
Mania w odpowiedzi na ten gest energicznym ruchem zamknęła za sobą drzwi, zabezpieczone grubą, paździerzową płytą, i ruszyła za przyjaciółką. Jula zapaliła górne światło. Na drewnianej podłodze rozbłysły kryształki potłuczonej szyby. Omiotła wzrokiem kawiarnię i przygryzła usta. Mania powoli przeszła obok niej i stanęła w progu zaplecza. Wisząca w przejściu zasłona z koralików poruszyła się, dźwięcząc delikatnie.
– No powiedz coś – zaczęła Mania.
Jula odwróciła się i skrzyżowała ręce na piersiach.
– Co mam powiedzieć? – Wzruszyła ramionami. – Stało się!
– Nie jesteś zła? – Mania przechyliła głowę.
– Zła? – Westchnęła. – Jestem zajebiście wściekła, ale co to zmieni? – Ruszyła w kierunku schowka na szczotki. – Przecież to nie twoja wina – rzuciła, mijając Manię. – Weź lepiej kosz i pomóż mi to posprzątać. – Uśmiechnęła się kwaśno.
Nachyliła się, by podnieść poprzewracane krzesła. Mania przykucnęła i zebrała na szufelkę pokruszone fragmenty szkła. Pomyślała, że gdyby nie policja i ludzie od ubezpieczeń, zdążyłaby uprzątnąć wszystko, zanim Julka wróci z Monachium. Jeden z sąsiadów pomógł jej zabezpieczyć kawiarnię, wstawiając w miejsce stłuczonej witryny drewnianą płytę. Nie mogła wprost uwierzyć, że tak dużo czasu potrzebują rzeczoznawcy, by wycenić szkody.
– Ile było kasy? – spytała nagle Jula.
– Tak na wierzchu? Znaczy w kasetce? – Mania poprawiła grzywkę. – Niewiele. – Westchnęła. – Może ze dwie dychy…
Jula znieruchomiała. Ze zdumieniem popatrzyła na przyjaciółkę.
– Ze dwie dychy? – Ściągnęła brwi i od razu je rozluźniła. Mimo zagojonej rany wciąż odczuwała ból nad prawym okiem. – A co z resztą? Bo chyba była jakaś reszta?
– Była. – Mania uśmiechnęła się. – Coś mnie tknęło i schowałam kasę w bezpiecznym miejscu. – Mrugnęła i poderwała się. Stukając obcasami, pobiegła na zaplecze. Po chwili stała przed Julą z pudełkiem lodów śmietankowych w ręku.
– Zobacz! – powiedziała dumnie. – Skitrałam je w tym. – Podała Julii oszronione opakowanie.
Przyjaciółka popatrzyła na nią niepewnie.
– Mam nadzieje, że nie było w nim lodów. – Ostrożnie podniosła wieczko i zajrzała do środka. – Ej! Ty to jednak jesteś model! – Pokręciła z zadowoleniem głową. – Ile tu jest?
– Dwa dwieście. Było równo dwa i pół, ale wzięłam kilka stówek, bo w Royal Secret była wyprzedaż. Pamiętasz te cudną torebkę z wystawy? – tłumaczyła podekscytowana. – Nie mogłam się powstrzymać.
– No i dobrze! – Jula zaśmiała się. – Gdyby nie twój genialny pomysł, zostałybyśmy bez grosza. Co za jakieś złodziejskie nasienie! – Westchnęła wściekle. – Połóż to w cieple… – Oddała pudełko Mani. – Niech gotówka stopnieje – rzuciła rozbawiona. – Swoją drogą… Skąd ty bierzesz te pomysły? – Pokręciła głową.
– Pani Czupinowa tak robi ze swoją rentą. Trzyma ją w lodówce w pudełku po czekoladkach. Pomyślałam, że fajny pomysł. Jakby co, nikt nie wpadnie na to, żeby szukać w zamrażarce – powiedziała z zadowoleniem Mania i poprawiła swoją rozczochraną blond kitkę. – I w razie pożaru też można spać spokojnie. Pani Czupinowa wie, co robi. W końcu wojnę przeżyła…
– Chyba nuklearną! Niezłych masz znajomych. – Przewróciła oczami. – A właśnie! Jak się sprawuje nasza stażystka? – Powoli schyliła się po rozbity świecznik.
– Anita? – Mania odruchowo spojrzała na zegarek. – Dobrze. Obiecała pomóc nam to posprzątać.
– Tak? Jakoś jej nie widzę…
– Wiesz, w sumie nie musi.
– Nie broń jej! – rzuciła szorstko Jula. – Umawiała się z tobą, że będzie, czy nie?
– Tak – mruknęła Mania.
– No to powinna się wywiązać, a jeśli nie, to niech chociaż zadzwoni i cię przeprosi!
– Oj tam. Pewnie znów jej się zaspało…
– Często tak „jej się zasypia”? – rzuciła kąśliwie Jula.
– Kilka razy się zdarzyło… – zmieszała się Mania. – Ale to naprawdę miła dziewczyna… Wiesz, jak się przejęła włamaniem? – Popłakała się i w taką histerię wpadła, że nie mogliśmy jej… – Przełknęła ślinę. – Jeden z policjantów uspokajał ją z godzinę. Normalnie horror…
– Ej… – Julka zmrużyła oczy. – Może jestem świnia, że to powiem, ale czy nie przyszło ci do głowy, że to mogła być jej robota? W sensie nie że ona osobiście, ale ktoś z jej znajomych… Wiesz…
– Julka, ty jak zwykle!
– No co? To tylko taka sugestia… – Jula przewróciła oczami. – Może to jej chłopak albo znajomek. – Wzruszyła ramionami. – Możliwe, że to zbieg okoliczności. Ale akurat niedługo po tym, jak się tu pojawiła, stało się to, co się stało…
– No sama nie wiem, może coś w tym jest… – Mania się zamyśliła.
– Mówiłaś komuś o tej kasie w zamrażarce?
– Yyy… Nie – mruknęła Mania.
– Tylko ty wiedziałaś?
– No tak.
– A policji?
– Nie, bo nie wiedziałam, czy to nie jest…
– Karalne? – Jula zachichotała. – Nie jest, możesz być spokojna… Czyli wiemy tylko my. – Zamyśliła się, marszcząc nos. – Spoko. Lepiej dla nas.
Mania nie odpowiedziała. Kolejny raz spojrzała na wnętrze kawiarni i ciężko westchnęła. Podniosła różowy ułamek filiżanki i bez namysłu wrzuciła go do kosza.

Komisarz Kuba Karski wysiadł z samochodu i zapalił papierosa. Zaklął pod nosem na widok grupy ciekawskich gapiów. Od miejsca znalezienia zwłok oddzielała ich policyjna taśma i kilku młodych funkcjonariuszy. Gdyby nie to, zapewne znalazłoby się kilku chętnych, by przycupnąć bezpośrednio przy trupie i pogmerać tu i ówdzie. Zawsze można liczyć na ich obecność. Nawet kiedy największe obrzydlistwa zostają wywlekane na światło dzienne, nigdy nie brakuje obserwatorów. Stoją i patrzą, rzucając od czasu do czasu jakąś złotą myśl. I co najbardziej zastanawiające i niezrozumiałe, pozwalają, by towarzyszyły im dzieci. Kuba burknął coś do faceta w średnim wieku, który stanął mu na drodze. Zdecydowanym ruchem chwycił za taśmę i przeszedł pod nią. Podkomisarz Tomek Mielczarek, z którym pracował i przyjaźnił się od wielu lat, stał oparty o radiowóz i obserwując pracę sekcji technicznej, rozmawiał z prokuratorem. Kuba podszedł do nich i przywitał się. Zamienili ze sobą kilka zdań. Tomek skinął na znajomego technika i wraz z Kubą ruszyli w jego stronę. W ostatnim czasie najczęściej właśnie z nim spotykali się przy tego typu sprawach. Bartosz Maciaszczyk naprawdę znał się na tej pracy i zarówno Kuba, jak i Tomek mieli do niego pełne zaufanie.
– Witam. – Wstał znad swojej roboty i zdejmując rękawiczkę, podał im rękę.
– I jak to wygląda? – Tomek kiwnął głową w kierunku zwłok.
– No, nieciekawie… – Technik odwrócił się. – Młoda dziewczyna… Ma… Miała najwyżej z dziewiętnaście lat. Brak jakichkolwiek dokumentów. Ktoś jej spuścił niezły łomot. Mocno krwawiła, głównie drogi rodne.
– Gwałt? – Kuba kątem ust wypuścił dym z papierosa.
– Początkowo też tak pomyślałem. Spacerująca po parku nocą, bo po tym, co widzę, leży tu sobie od paru godzin, niebrzydka małolata. Marzenie każdego zboka. Ale scenariusz musiał być bardziej rozbudowany, bo za dużo tu nieścisłości.
– Zamieniam się w słuch – rzucił Kuba.
– Po pierwsze ubranie. Koszulka poza tym, że jest wilgotna, co nie jest niczym nadzwyczajnym przy tej pogodzie, nie robi wrażenia. Co innego spodnie. Są mocno zakrwawione… – Technik wskazał na rozległe ciemnobrązowe plamy na granatowych dżinsach. – Ale zapięte i nietknięte, co raczej wskazuje na to, że do gwałtu nie doszło. Na pewno nie tu. Oczywiście wszystko jest jeszcze do sprawdzenia.
Obaj śledczy pokiwali głowami.
– Dobra to jedziemy dalej. – Technik uśmiechnął się i przykucnął obok zwłok. – Popatrzcie na to… – Wskazał na twarz dziewczyny.
Tomek nachylił się nad ciałem nastolatki i spojrzał na jej oczy. Wciąż patrzyły w niebo. Przygryzł wargi i wstrzymał powietrze. Pracował w policji już od dawna. Wiele widział. Mimo to widok zwłok nigdy nie był mu obojętny. Owszem, starał się podchodzić do tego przedmiotowo, jednak zdarzało się, że jakiś szczegół w wyglądzie ofiary przywoływał na myśl kogoś bliskiego. Tak jak teraz. Czarne kreski na powiekach dziewczyny. Julka codziennie maluje sobie takie same. Skojarzenie wywołało niemiły dreszcz. Natychmiast odsunął je od siebie i skupił się na tym, co miał im do przekazania techniczny.
– Zwrócicie uwagę na tę ranę. – Maciaszczyk dotknął nabrzmiałej, górnej wargi, wskazując otwór wielkości dziesięciogroszówki. – Jest na wylot. – Popatrzył na policjantów. – Jak się przyjrzycie, widać przez nią zęby.
– Cholera. – Tomek wykrzywił twarz. Wyprostował się i wciągnął chłodne powietrze.
– Noo… – Technik pokiwał głową. – Podobnie tutaj. – Przesunął dłoń, odgarniając z czoła opadające jasne włosy ofiary. – Brakuje fragmentu brwi. Tak jakby ktoś ją wyciął…
– Albo wyszarpał? – Teraz to Kuba wykrzywił usta. – Co było przyczyną śmierci?
– Na tę chwilę trudno jednoznacznie powiedzieć. Ma mnóstwo obrażeń… Ale, ale! To jeszcze nie koniec ciekawostek. – Technik obszedł ciało i znów przykucnął. Tym razem po jego prawej stronie. Delikatnie wsunął rękę pod obojczyk dziewczyny i uniósł na kilka centymetrów. Drugą ręką wyjął spod niego dziwne miękkie strzępy. Niektóre z nich przesiąknięte były krwią ofiary.
– Co to? – Kuba wydął usta.
– Płatki kwiatów. – Technik sięgnął po jeszcze kilka, po czym delikatnie położył ciało i wstał. Wyciągnął rękę w ich kierunku. Obaj wpatrywali się zdumieni w jego otwartą dłoń.
– Kwiaty? Po co?
– To już nie moja kwestia. – Technik zaśmiał się. – W każdym razie nie rosły tutaj. Zabieramy to do laboratorium. Zobaczymy, co to za gatunek, i tak dalej…
– Rozumiem, że ciało zostało przeniesione z faktycznego miejsca zbrodni.
– Na dziewięćdziesiąt procent.
– I ułożone na dywanie z kwiatów. – Kuba skrzywił się. – Ktoś zadał sobie duży trud. – Kuba rozejrzał się. – Kto ją znalazł?
– Jeden facet. – Technik kiwnął w stronę radiowozu. – Spacerował z psem. Zadzwonił, ale nie chciał na nas poczekać. Podał dane przez telefon.
– Sorry, że przerywam, ale można ją zabierać – odezwał się jeden z policjantów z ekipy technicznej. – Mamy chyba wszystko, szefie – zwrócił się do Maciaszczyka.
– W porządku. – Technik skinął na niego.
Kuba zrobił krok w tył i o mało się nie przewrócił. Coś otarło się o jego nogę i odskoczyło w bok. Odwrócił głowę. Na widok małego psa głośno zaklął. Chwycił zwierzaka i podniósł do góry. 
– Zabierać mi to stąd! – zakrzyknął.
Jeden z zabezpieczających teren policjantów podbiegł i z przepraszającą miną odebrał z jego rąk psiaka, który ewidentnie dobrze się bawił. Z grupy gapiów wyłoniła się wściekła twarz. Tomek popatrzył z dezaprobatą. Mężczyzna wraz z psem zniknął w tłumie. Kuba sięgnął po następnego papierosa. Zanim odeszli, Tomek raz jeszcze spojrzał na nieobecne oczy dziewczyny. Znów przeszedł go dreszcz. Szare niebo zrobiło się jeszcze ciemniejsze. Zaczęło kropić.

Obudził go dźwięk telefonu. Otworzył zaspane oczy. Potrzebował chwili, by uprzytomnić sobie, gdzie jest. Przeciągnął się leniwie i głośno ziewnął. Lekki ból w przedramieniu przywołał wspomnienie poprzedniego wieczoru. Podwinął rękaw bluzy i rozmasował dłonią rozległego siniaka. Telefon zamilkł na chwilę, po czym znów dał o sobie znać.
– Wal się! – krzyknął wściekle w kierunku stolika i niespiesznie zsunął się z łóżka. Spojrzał na wnękę małej kuchni. Wszystko wskazywało na to, że jest w domu sam. Sięgnął po telefon.
– Trzy nieodebrane – mruknął do siebie. – Raczej nie pogadamy, skarbie. – Odrzucił połączenie. Cisnął smartfon na kanapę i poszedł do łazienki. Stanął przed brudnym lusterkiem wiszącym nad umywalką. Uważnie przyglądał się swojemu odbiciu. Przesunął dłonią po zadrapaniu na szyi. – Pieprzona suka – syknął, zaciskając zęby. Widoczna czerwona pręga zostawiła ślady krwi na koszulce. Odkręcił kurek. Zimna woda spływała słabym strumieniem. Zanurzył w niej dłonie i syknął. Mimo piekącego bólu tarł poranione kostki dłoni, spłukując z nich zaschniętą krew. Podniósł głowę i raz jeszcze spojrzał na swoje odbicie. – Pożałujesz tego! – Zacisnął zęby i znów dotknął szyi.

Samarkanda, rok 1959
Noc była wyjątkowo wietrzna. Drewniane okiennice co jakiś czas uderzały o stare ramy okien. Nie mogła spać. Przewróciła się na plecy i utkwiła wzrok w ciemności. Na suficie pojawiały się i znikały pojedyncze smugi księżycowego światła. Przymknęła oczy. Wydawało się jej, że wśród szumu drzew i postukiwania okiennic usłyszała głos. Podniosła głowę i oparła się na łokciach. Z ogrodu dobiegł hałas. Drgnęła zaniepokojona, gdy rozległo się głośne pukanie do drzwi. Spojrzała na śpiącego męża. Przez chwilę rozważała, czy go obudzić. Pukanie stawało się coraz bardziej donośne. Wstała i po omacku zrobiła kilka kroków. Szła boso. Stanęła przy toaletce. Sięgnęła w kierunku oparcia miękkiego fotela, na którym zwykła siadać podczas szczotkowania swoich długich, jasnych włosów. Jej dłoń natrafiła na delikatny materiał. Założyła jedwabną podomkę i cicho wyszła z sypialni. Zapaliła lampę w korytarzu i zeszła po schodach. Pukanie nie ustawało. Kobiecy głos błagalnie wzywał jej imię. Podeszła do drzwi i przekręciła zamek. Uchyliła je lekko i zmrużyła oczy. Światło z korytarza padło na stojące w progu dwie kobiety. Ich ciemnoszare burki odkrywały jedynie podkreślone czarnymi kreskami, oczy. Jedna z nich upadła na kolana i podniosła ręce do góry. Druga zrobiła krok do przodu i odezwała się łamaną angielszczyzną.
– Hamida niedobra… Za dużo krew… niedobra. My nie potrafimy jej pomóc… – Wyciągnęła przed siebie rękę. – Ty, Ana, pomóż… My błagamy… Inaczej Hamida śmierć… – Jej głos przybierał błagalny ton.
Kobieta szerzej otworzyła drzwi.
– Dobrze, wejdźcie. Poczekajcie tu… – przykazała, kładąc palec na ustach. Obie bez słowa weszły do środka i stanęły przy drzwiach.
Pobiegła na górę. Włożyła koszulę i lniane spodnie. Zbiegając po schodach, złapała dużą, skórzaną torbę. Gdy wkładała pantofel, jedna z kobiet chwyciła ją za rękę i zaczęła całować. Widząc to, druga lekkim szarpnięciem odciągnęła towarzyszkę na bok.
– To matka… Bardzo się bać o Hamida. Ona dziękuje do Ciebie i Allacha… – tłumaczyła.
– Dobrze, chodźmy już – odpowiedziała.
Wybiegły na zewnątrz. Wiatr rozwiał jej jasne włosy. Spojrzała na dom.
Jedna z okiennic trzasnęła w okno sypialni jej dziecka.

Mania zgrabnym ruchem bioder domknęła zmywarkę i nie wypuszczając z dłoni telefonu, nacisnęła guzik startu. Spojrzała przez zasłonę z koralików na dwóch mężczyzn wstawiających nową szybę w kawiarnianych drzwiach. Posłała w ich kierunku uprzejmy uśmiech i kolejny raz wybrała numer stażystki. Po trzecim komunikacie o abonencie czasowo niedostępnym zrezygnowana odłożyła telefon. Jula popatrzyła na nią znad laptopa.
– I co? – rzuciła cicho, nie przerywając pisania.
– Nic. Ma wyłączony. – Mania zamyśliła się. Usiadła naprzeciw Juli, krzyżując ręce na piersiach. – Myślisz, że mogło jej się coś stać?
– Nie mam pojęcia. – Jula wzruszyła ramionami. – Nie znam tej dziewczyny. Poza tą jedyną rozmową, kiedy przyjmowałyśmy ją do pracy, więcej jej nie widziałam. – Skończyła pisać i zamknęła laptopa. Popatrzyła na zaniepokojoną minę Mani i sięgnęła po telefon.
– Co robisz? – Mania zatrzepotała wytuszowanymi rzęsami.
– Zadzwonię do Magdy. Może ona coś wie. W końcu to jej znajoma, nie? – Jula uśmiechnęła się. Po chwili odłożyła telefon na stół. – Zajęte – prychnęła. – Jeśli gada z mamą, to może to potrwać nawet dobę.
– Trudno. Trzeba czekać… A jak w ogóle było u Martina? Nawet nie miałyśmy czasu pogadać. – Mania przysunęła sobie krzesło i z zaciekawieniem wpatrywała się w twarz przyjaciółki.
– No… – zmieszała się Jula. – Nie wiem, co cię interesuje… Ogólnie to fajnie. – Wzruszyła ramionami, wodząc wzrokiem po ścianie. – Wiedziałaś, że ma nową erpiątkę… – Pocisnęłam ją kilka razy… – Zaśmiała się.
– Przestań! – przerwała jej Mania. – Wiesz dobrze, że nie o to pytam! Chodzi o Tomka… Podobno strasznie mu odwaliło na twoim punkcie. Słyszałam, że rzucił wszystko i za tobą pojechał i że… – Zakryła usta ręką.
Jula zmrużyła oczy i zbliżyła twarz do twarzy Mani.
– Słyszałam?
– Nie no – zająknęła się. – Nie wiem… Tak tylko… Znaczy… Pomyślałam, że…
– Nie kręć! – Julka kiwnęła głową. – Z kim gadałaś?
– No… – Wciągnęła powietrze.
– Mańka!
– Dobra, powiem ci. – Mania przewróciła oczami. – Z Martinem. Poza tym był tu raz ten kolega Tomka… Kuba. – Przygryzła usta.
– Co?! – krzyknęła Jula. – A w jakim celu?! – Popatrzyła z wyrzutem na Manię. – Tylko nie mów mi, że ty i on… – Przerwała, widząc zaprzeczający ruch głowy przyjaciółki. – Dzięki ci, Boże! To by była katastrofa! – Odetchnęła z ulgą.
– Tak? A niby dlaczego? Pytam merytorycznie. – Mania skrzyżowała ręce na piersiach, kładąc nogę na nogę.
– Retorycznie. – Julka roześmiała się głośno.
– O już, już. – Mania machnęła ręką. – Nie mądruj się tak. Więc czemu nie? Jest miły, dobrze wygląda.
– Nie przeczę. Ale ten koleś to największy bawidamek, jakiego ziemia nosiła. Skacze od jednej do drugiej. A ty jesteś stworzona do prawdziwej, romantycznej miłości. Takiej z serduszkami i motylkami. A komisarz Karski to kompletny palant, jeśli chodzi o uczucia!
– Tak mi się też zdawało. – Mania uderzyła otwartą dłonią w blat stolika. – Ale pomyślałam, że na wszelki wypadek zapytam ciebie. – Pokiwała głową. Popatrzyła na uśmiechniętą Julię i przez chwilę nad czymś rozmyślała. – Jula? Nie wiem, czy powinnam ci to mówić, ale z tego co słyszałam, Tomek też nie należy do świętoszków! – Odruchowo zacisnęła usta.
– Słucham? – Jula zrobiła wielkie oczy. – Mam rozumieć, że te rewelacje też masz od niego! – Pokręciła głową. – Nie wierzę. – Spojrzała wściekła w sufit.
– Dobra! Nie powinnam była o tym wspominać. Przepraszam. – Mania zamrugała sztucznymi rzęsami.