Zjednoczona Europa należy już do przeszłości. W następstwie kryzysów gospodarczych i niszczycielskiej pandemii rozsypała się jak puzzle i wciąż się dzieli…


Europa jesieniąPowstają coraz mniejsze państwa i quasi-państewka. Niepodległość ogłaszają nawet linie kolejowe, rezerwaty przyrody i statki wycieczkowe.

W tym raju szpiegów i przemytników swego miejsca na ziemi szuka Rudi, kucharz z krakowskiej restauracji.

Zwerbowany przez tajemniczą organizację odbywa szkolenie wywiadowcze i wkrótce zostaje jej tajnym kurierem.

Krąży po kontynencie, wymykając się jawnym oraz tajnym służbom, i z zadania na zadanie zaczyna sobie uświadamiać, że za spiskami i kontrspiskami, w których uczestniczy, za sporami, które toczą kraje Europy, mogą stać postaci z zupełnie innej rzeczywistości…

***

Pierwszorzędna SF z fabułą szpiegowską w stylu Johna le Carré.
Adrian Tchaikovsky

Cykl „Pęknięta Europa”:

Europa jesienią
Europa o północy
Europa w zimie

Dave Hutchinson urodził się 1960 r. w Sheffield. Studiował amerykanistykę na University of Nottingham. Przez 25 lat pracował jako dziennikarz. Autor czterech powieści i licznych zbiorów opowiadań.

Dave Hutchinson
Europa jesienią
Przekład: Jan Pyka
cykl Pęknięta Europa tom 1
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 18 kwietnia 2018
 
 

Europa jesienią


Bo trwasz,
Śpiewające żebro w moim marzycielskim boku;
Wciąż tutaj jesteś.

Alun Lewis, For Gweno

CZĘŚĆ PIERWSZA
EUROPA JESIENIĄ

KUZYN MAKSA

1

Węgrzy, ośmiu wielkich mężczyzn w świetnie skrojonych garniturach, ręcznie szytych włoskich butach i z fryzurami za sto złotych od łebka, weszli do restauracji około dziewiątej wieczorem. Michał, kierownik sali, usiłował im powiedzieć, że nie ma wolnych miejsc, ale podeszli do dużego stołu i rozsiedli się przy nim. Jeden z nich podniósł karteczkę z napisem „Zarezerwowane” i z niedźwiedziowatym uśmiechem śmignął nią na drugi koniec sali, zmuszając innych gości do schylenia głów.
Maks, właściciel, miał układ o ochronie z Wesołym Ptakiem, ale zamiast wezwać jego ludzi albo policję – co w obu wypadkach zapewne skończyłoby się rozlewem krwi – wziął notatnik i przeszedł przez salę, żeby przyjąć od Węgrów zamówienie. Ten pokaz opanowania nie powstrzymał kilkorga gości od gorączkowego sygnalizowania, że chcą zapłacić rachunek.
Węgrzy, od początku hałaśliwi, pokrzykiwali i śmiali się z Maksa, gdy próbował się dowiedzieć, czego sobie życzą. Co rusz zmieniali zdanie, zmuszając go do notowania od nowa.
W końcu zostawił ich i przeszedł do baru, gdzie stała Gosia, która aż zamarła ze strachu.
– Sześć butelek żubrówki na koszt firmy – rzucił do niej spokojnie, idąc do kuchni. – Postaraj się szybko uwinąć.
Rudi, który stał w drzwiach kuchni, obserwując z zainteresowaniem rozwój wypadków, powiedział:
– Kroi się coś paskudnego, Maks.
– Gotuj – odparł Maks. – I to szybko.
Do dziesiątej Węgrzy poluźnili krawaty, pozdejmowali marynarki i rozkręcili się do tego stopnia, że zaczęli śpiewać, przekrzykując się nawzajem i zaśmiewając z niezrozumiałych dla innych żartów. Zjedli już trzy dania z pięciu, które zamówili. Byli w restauracji sami, bo Rudi, stwierdziwszy, że większość zamówienia została już zrealizowana, posłał swoich ludzi do domu.
Nagle jeden z Węgrów, olbrzym z twarzą koloru barszczu, zaczął wrzeszczeć na pozostałych. Wstał, lekko się chwiejąc, i wydzierał się na swoich towarzyszy, którzy dobrodusznie krzyczeli do niego, żeby usiadł. Twarz mężczyzny spływała potem. Po chwili obrócił się, chwycił krzesło stojące przy sąsiednim stole i jednym płynnym ruchem rzucił je na drugą stronę sali. Uderzyło w ścianę, rozbiło kinkiet i strąciło lustro.
Zapadła cisza. Olbrzym, marszcząc brwi, przez chwilę wpatrywał się we wgniecenie w tapecie, po czym usiadł. Jeden z jego przyjaciół nalał mu wódki i poklepał po plecach, a Maks podał następne danie.
Gdy zrobiło się późno, Węgrzy się rozrzewnili. Położyli sobie ręce na ramionach i zaczęli śpiewać. Piosenki, w miarę jak zbliżała się północ, robiły się coraz smutniejsze.
Rudi, który skończył już gotować i zdążył nawet posprzątać kuchnię, stał w drzwiach, słuchając. Węgrzy mieli piękne głosy. Nie rozumiał słów, ale melodie były boleśnie tęskne.
Jeden z Węgrów dostrzegł go i machnął ręką, żeby do nich podszedł. Inni odwrócili się, żeby zobaczyć, co się dzieje, i też zaczęli go przywoływać.
– Idź do nich – powiedział Maks zza baru.
– Chyba żartujesz – odparł Rudi.
– Nie żartuję. Idź i zobacz, czego chcą.
– A jeśli chcą mi spuścić manto?
– Szybko im się znudzi.
– Wielkie dzięki, Maks – powiedział Rudi, ruszając w poprzek sali.
Stół Węgrów wyglądał tak, jakby ktoś zrzucił na niego pięciodaniowy obiad z wysokości sufitu. Podłoga dookoła chrzęściła rozbitym szkłem i potłuczonymi naczyniami, a dywan był lepki od sosów i wdeptanego jedzenia.
– Ty kucharz? – zapytał jeden okropną polszczyzną, gdy Rudi do nich podszedł.
– Tak – odpowiedział Rudi, balansując na palcach, na wypadek gdyby musiał się szybko oddalić.
Ten, który mówił po polsku, wyglądał jak półtusza wołowa zaszyta w garnitur od Armaniego. Twarz miał bladą i spoconą, a z kabury pod pachą wystawała mu rękojeść monstrualnego pistoletu. Zgiął palec wskazujący wielkości kiełbaski. Rudi pochylił się tak bardzo, że ich twarze dzieliło tylko kilka centymetrów.
– Szacunek! – ryknął Węgier. Rudi aż się wzdrygnął uderzony jego mięsnym, korzennym i tytoniowo-alkoholowym oddechem. – Nigdzie, my iść to pieprzone miasto, nie ma szacunek!
To oświadczenie zdawało się wymagać odpowiedzi, więc Rudi bąknął:
– Aha.
– Nie ma szacunek – powtórzył Węgier, kręcąc ze smutkiem głową. Jego twarz nagle pojaśniała. – Tutaj, w restauracja Maks, my mieć szacunek!
– My szanujemy naszych klientów – wymamrotał Maks, podchodząc bezszelestnie do Rudiego.
– Tak, cholera! – rzucił głośno Węgier. – Tak, cholera. Restauracja Maks większy szacunek.
– A jedzenie? – zapytał z uśmiechem Maks.
– Dobre, kurwa, jedzenie – odparł Węgier. Wokół stołu zaczęło się ogólne kiwanie głowami na znak zgody. Rozmówca Rudiego popatrzył na niego i beknął. – Dobry, kurwa, kucharz. Polskie jedzenie dla cholernych świń, ale dobry, kurwa, kucharz.
Rudi się uśmiechnął.
– Dziękuję panu – powiedział.
Węgier nagle spojrzał nań przenikliwie.
– Dobrze – rzekł. – My iść. – Rzucił kilka słów ostrym tonem i wszyscy siedzący przy stole wstali. Wszyscy z wyjątkiem tego, który cisnął krzesłem i spał teraz z głową na blacie, cicho pochrapując. Dwóch jego przyjaciół chwyciło go za ramiona i uniosło. Do twarzy przykleiły mu się z jednej strony kawałki jedzenia.
– Jedzenie dobre – powiedział Rudiemu mówiący po polsku. Zdjął z oparcia krzesła marynarkę i włożył ją, unosząc ramiona. Następnie z kieszeni na piersi wyjął wizytówkę i podał ją kucharzowi, trzymając w dwóch palcach. – Potrzebujesz pracy, dzwoń.
Rudi wziął wizytówkę.
– Dziękuję panu – powtórzył.
– Okay. – Węgier zakrył twarz dłońmi i przez chwilę ją masował. W jakiś magiczny sposób ułożyły mu się od tego włosy i jakby otrzeźwiał. – My iść. – Popatrzył na Maksa. – Sprytny, kurwa, Polak. – Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął portfel rozmiarów oraz kształtu cegły. – Jak jest?
– Na koszt firmy – odparł Maks. – Prezent.
Rudi popatrzył na szefa, niepewny, co się dzieje pod jego ogolonym skalpem.
Węgier przyjrzał się restauratorowi.
– My dużo potłuc i połamać.
Maks beztrosko wzruszył ramionami.
– Okay. – Węgier wyjął z portfela gruby na centymetr plik polskich banknotów i wyciągnął rękę. – Ty weź.
Maks się uśmiechnął, skłonił się lekko i wziął pieniądze.
Węgrzy ruszyli ku wyjściu. Ostatni wybuch chrapliwej pieśni, ostatni stołek rzucony na drugą stronę restauracji, podmuch zimnego powietrza wpływającego przez otwarte drzwi – i już ich nie było. Rudi usłyszał, jak Maks zamyka za nimi drzwi.
– No cóż – powiedział Maks, wracając po schodach. – To był interesujący wieczór.
Rudi podniósł przewrócony stołek i usiadł przy barze. Odkrył, że całkiem przepocił swój uniform szefa kuchni.
– Myślę – odparł – że powinieneś renegocjować swoją umowę z Wesołym Ptakiem.
Maks wszedł za bar. Schylił się i zaczął czegoś szukać na półkach.
– Gdyby Wesoły Ptak się tu dziś pojawił, połowa z nas skończyłaby w kostnicy. – Wyprostował się, trzymając do połowy pełną butelkę starki i dwa kieliszki.
Rudi wyjął z kieszeni zapalniczkę i papierośnicę z cygaretkami. Zapalił jedną i rozejrzał się po restauracji. Gdyby miał być obiektywny, powiedziałby, że tak naprawdę szkód było bardzo mało. Po prostu duży bałagan, z którym sprzątaczki będą się musiały jakoś uporać. Ale miewali przyjęcia weselne, po których zostawał większy nieporządek.
Maks napełnił wódką dwa kieliszki i uniósł jeden.
– Za dobre, kurwa, jedzenie – powiedział.
Rudi patrzył na niego przez chwilę. Potem wziął drugi kieliszek, wzniósł go w toaście i opróżnił jednym haustem. Obaj zaczęli się śmiać.
– A co, jeśli oni wrócą? – zapytał Rudi.
Ale Maks wciąż się śmiał.
– Dobre, kurwa, jedzenie – powtórzył, kręcąc głową, i ponownie napełnił kieliszki.

Węgrzy nie wrócili, co zdawało się potwierdzać opinię Maksa, że przyszli się po prostu zabawić, a nie wepchnąć się na teren Wesołego Ptaka.
Wesoły Ptak był bardzo zróżnicowaną organizacją. Różne jego oddziały zajmowały się prostytucją, handlem narkotykami, rabunkami z bronią w ręku, jeden prowadził rozlewnię napojów bezalkoholowych pod Krakowem, drugi przedsiębiorstwo przewozów autobusowych, inny pewną liczbę nielegalnych domów gry, a jeszcze inne wymuszały pieniądze za ochronę w rejonie ulicy Floriańskiej, tuż przy Rynku Głównym starej stolicy Polski.
Ogólnie rzecz biorąc, Wesoły Ptak nie był znany z gwałtownych działań, stosował siłę z chirurgiczną precyzją, nie na szeroką skalę. Na przykład restaurator lub sklepikarz, który próbował zorganizować sąsiadów przeciwko gangowi, mógł ocknąć się w szpitalu z anatomicznie nowatorskimi stawami w nogach. Reszta rebeliantów szybko pojmowała taką wiadomość i bunt się kończył. Inny gang przeprowadziłby w takiej sytuacji zmasowaną kampanię z użyciem bomb zapalających lub dokonałby serii spektakularnie krwawych zabójstw, ludzie Wesołego Ptaka kierowali się jednak zasadą „mniej znaczy więcej”.
W następstwie wizyty Węgrów w restauracji Maks właściciele niektórych innych biznesów zaczęli się głośno zastanawiać, za co właściwie płacą Wesołemu Ptakowi. Trwało to dzień lub dwa, a potem syn jednego z nich miał drobny wypadek w szkole. Nic zagrażającego życiu, ledwie kilka siniaków i zadrapań, ale po tym narzekanie przy Floriańskiej ucichło.
Mniej więcej tydzień później Dariusz, przedstawiciel Wesołego Ptaka, odwiedził restaurację Maks. Był już wieczór, tuż przed zamknięciem, i cały personel, z wyjątkiem Rudiego oraz Michała, poszedł do domu. Maks poprosił Rudiego, żeby przyrządził dwa befsztyki tatarskie, po czym on i Dariusz wzięli butelkę wyborowej oraz dwa kieliszki i usiedli przy stole w najciemniejszym rogu opustoszałej restauracji.
Gdy Rudi wyszedł z kuchni ze składnikami tatara na tacy, Maks i Dariusz, siedzący w chmurze papierosowego dymu, którą lekko rozświetlał mały kinkiet, byli pogrążeni w rozmowie.
Gdy Rudi zbliżył się do nich z jedzeniem, Dariusz uniósł wzrok i uśmiechnął się.
– Kolacja – powiedział.
Rudi rozstawił na stole tacki z sardelami i pokrojoną cebulą, małe miseczki z kiszonymi ogórkami i przyprawami, koszyki z chlebem ryżowym, talerzyki z masłem, a na koniec dwa talerze z mieloną polędwicą wołową, każdą z żółtkiem jajka we wgłębieniu na górze.
– Rozmawiamy o waszych gościach z zeszłego miesiąca – wyjaśnił Dariusz.
– To był wieczór bogaty w wydarzenia – zgodził się Rudi, wymieniając brudną popielniczkę na czystą. – Smacznego.
– A może byś tak usiadł i napił się z nami? – zaproponował Dariusz.
Rudi popatrzył na Maksa, który siedział po drugiej stronie stołu z rękami złożonymi na okazałym brzuchu, przez co wyglądał jak spokojny i zamożny śląski Budda. Nieznacznie skinął głową.
Rudi wzruszył ramionami.
– Dobrze – powiedział, po czym położył tacę i brudną popielniczkę na sąsiednim stole, przysunął sobie krzesło i usiadł.
– Pracowity wieczór – zadudnił niskim głosem Maks, podnosząc widelec.
Rudi pokiwał głową. Przez kilka dni po wizycie Węgrów wpływy kasowe były niższe niż zazwyczaj, ale teraz znowu wzrosły. Kilka dni wcześniej Maks mruknął nawet coś o podwyżce, ale Rudi znał go już wystarczająco dobrze, by nie traktować tych słów poważnie.
– Myślałem o Władku – powiedział Maks.
Władek był ostatnim z długiej linii rzekomych kucharzy, którzy zatrudniali się w restauracji Maks, a następnie odkrywali, że nie zarabiają wystarczająco dużo za tak wiele godzin ciężkiej pracy.
– Wydaje się chętny do pracy – odparł Rudi, obserwując, jak Maks widelcem rozgniata na talerzu mielone mięso z żółtkiem.
– Na początku wszyscy są tacy – zgodził się Maks. – A potem stają się chciwi.
– To nie chciwość, Maks – powiedział mu Rudi.
Maks pokręcił głową.
– Wydaje im się, że mogą tu przyjść i po miesiącu będą gotowi do otwarcia własnej restauracji. Nie rozumieją tego interesu.
Koncepcje Maksa na temat restauratorstwa miały pewne cechy wspólne z buddyzmem zen. Rudi, którego bardziej interesowało gotowanie niż filozofia, odpowiedział:
– To dość rozpowszechnione błędne przekonanie.
– Tak samo jest w moim interesie – włączył się do rozmowy Dariusz. Rudi prawie zapomniał, że ten niewysoki mężczyzna siedzi z nimi przy stole, ale był tam, mieszając z determinacją sardele i cebulę z wołowiną. – Żebyście widzieli niektórych naszych najnowszych ludzi. Myślą, że za rok będą rządzić miastem. – Uśmiechnął się smętnie. – Wyobraźcie sobie ich rozczarowanie.
– Tak – powiedział Rudi. – Jedyną różnicą jest to, że zastępcy szefa kuchni łatwiej jest opuścić restaurację niż komuś z was Wesołego Ptaka. – Maks uniósł na chwilę wzrok znad talerza, westchnął i wrócił do rozgniatania widelcem tatara.
Jeśli Dariusz poczuł się urażony, nie dał tego po sobie poznać.
– Prowadzimy interes jak każdy inny – stwierdził.
– Nie całkiem jak każdy inny – zaoponował Rudi.
Maks znów na niego popatrzył. Tym razem zmarszczył brwi, nim ponownie skupił uwagę na befsztyku.
Dariusz także zmarszczył brwi, ale ledwo dostrzegalnie, i po chwili twarz mu się wygładziła.
– Cóż, my mniej gotujemy, to prawda – powiedział i się roześmiał.
Maks z uśmiechem pokręcił głową.
Rudi wyprostował się i skrzyżował ręce na piersiach. W Wesołym Ptaku nie było niczego niezwykłego – natykał się na takie organizacje w Tallinie, Rydze i Wilnie. Wszystkie były podobne i tylko Dariusz nie pasował do schematu. Wyglądał na zwyczajnego szczupłego mężczyznę w średnim wieku, z tanią fryzurą i kurzymi łapkami wokół oczu. Jeśli był uzbrojony, jego skromny garnitur wcale nie na miarę doskonale to ukrywał.
– Powinniśmy się martwić tymi Węgrami? – zapytał Rudi.
Dariusz oderwał wzrok od posiłku i uniósł brwi.
– Martwić? – zdziwił się. – Dlaczego mielibyście się martwić?
Rudi wzruszył ramionami i popatrzył na Maksa, który wciąż pracował nad swoim tatarem. Rudi nie znosił befsztyków tatarskich. Goście sami je sobie przygotowywali i kiedy to robili, zajmowali całe miejsce na stole. Polacy w szczególności zdawali się to uważać za wydarzenie towarzyskie. Całe to wielokrotne smakowanie i doprawianie zajmowało im wieki. Już dawno postanowił, że kiedy będzie miał własną restaurację, w menu nie będzie tatara.