“Zdobycz i wierność”, opowieść Polaka, piszącego po angielsku, o szkockim żołnierzu najemnym, który w XVII w. kształcił młodego pretendenta do tronu rosyjskiego, to fascynująca powieść łotrzykowska.


Zdobycz i wiernośćAkcja powieści łotrzykowskiej, którą Jerzy Pietrkiewicz napisał po angielsku w 1955 roku, osadzona jest w siedemnastowiecznej Polsce i Rosji, a jej głównym bohaterem jest szkocki najemnik, kapitan Tobias Hume. Autor każe mu przyczynić się do wyszkolenia Dymitra, wiejskiego chłopaka z bagien Prypeci, który miał przejść do historii jako Dymitr Samozwaniec II.

Osią powieści są związki pomiędzy trzema postaciami: Tobiasem Humem, Dymitrem i jego matką, a przygody bohaterów opisane są na barwnym tle historycznym – w powieści pojawiają się: spolszczony Szkot, Seton-Setoński, bojar Iwan Iwanowicz Nikityn, szkoccy żołnierze i handlarze, polska szlachta i chłopi.

Główny bohater powieści, Tobias Hume, to także postać historyczna: najemny żołnierz, kompozytor i muzyk grający na violi da gamba oraz wynalazca, pragnący stworzyć nowy oręż bojowy – w książce buduje swą Wielką Machinę na rubieżach Rzeczpospolitej, pośród wyziewów Bagien Prypeckich. Wszystko, co po nim do dziś pozostało, to wydane na początku siedemnastego wieku dwa tomy kompozycji oraz petycja do Parlamentu, która, cytowana w powieści, stanowi jej epilog.

Dzieje losu Tobiasa Hume’a w powieści Jerzego Pietrkiewicza przedstawione są nie tylko jako charakterystyczne dla burzliwego wieku siedemnastego, ale i jako zaskakująco aktualne w naszych czasach. To bycie uchodźcą, ale na odwrót: szkockim wygnańcem w Europie Wschodniej.

[…] oto Tobias Hume, żołnierz, kompozytor i wynalazca, pojawia się w kresowej wiosce jak rozbitek na brzegu wyspy, mając tylko ubranie na grzbiecie oraz symbole swojego zawodu i swej sztuki: rapier i violę da gamba. Mówi wprawdzie po polsku, ale nauczył się go już na miejscu, jako najemnik (podobnie jak Jerzy Pietrkiewicz, który przybył do Anglii, nie znając języka), gdziekolwiek jednak trafia, wszędzie nazywany jest nieodmiennie „Cudzoziemcem”. I choć włada polszczyzną lepiej niż miejscowy dziedzic, pochodzący ze Szkocji Seton-Setoński, tamten – ze „starej imigracji” – stał się pełnoprawnym polskim szlachcicem, a Hume zawsze pozostanie obcym.
[z Posłowia tłumacza]

Kiedy świat ogarnia wielki zamęt… Intrygująca powieść historyczna polskiego pisarza osiadłego od czasu wojny w Wielkiej Brytanii.

Wybitny autor tej wybitnej powieści jest polskim poetą, piszącym bardziej potoczną angielszczyzną niż kiedykolwiek potrafił to uczynić Conrad.
„Northern Echo”

Opowieść Polaka, piszącego po angielsku, o szkockim żołnierzu najemnym, który w XVII w. kształcił młodego pretendenta do tronu rosyjskiego […] ma drapieżny humor i jest świetnie napisana. To nie proza „poetycka”, ale wartki i mocny nurt narracji, którym poeci często posługują się lepiej niż ktokolwiek inny.
„Manchester Guardian”

Odczuwa się coś świeżego i fascynującego w autorze, i to sprawia, że rzecz jest fascynująca.
„Observer”

Jerzy Pietrkiewicz (ur. w 1916 w Fabiankach, zm. w 2007 w Londynie) ­− polski prozaik, poeta, dramaturg, tłumacz i historyk literatury. Był związany z grupą warszawskich pisarzy pochodzących ze środowisk wiejskich, tzw. autentystów. W 1939 r. opuścił kraj i znalazł się na emigracji w Wielkiej Brytanii. Współpracował m.in. z londyńskimi „Wiadomościami”. Dystansował się jednak od środowisk emigracyjnych. Ukończył uniwersytet w St. Andrews. Jako pierwszy Polak uzyskał w 1947 r. doktorat z anglistyki na londyńskim King’s College. W latach 1950–1979 był profesorem i kierownikiem Departamentu Języków i Literatur Słowiańskich na Uniwersytecie Londyńskim, gdzie wykładał literaturę polską.
Jerzy Pietrkiewicz zadebiutował w 1935 r. tomikiem Wiersze o dzieciństwie, w następnym roku ukazał się jego poemat Prowincja. Publikował w „Kuźni Młodych”, „Okolicy Poetów” i „Prosto z Mostu”. Jeszcze podczas wojny ogłosił tom poezji Znaki na niebie, dwutomową powieść Po chłopsku oraz – wydany w formie ulotki – List otwarty do emigracji w Zaduszki.
Od 1953 r. publikował w języku angielskim – zadebiutował prozą The knotted cord (Sznur z węzłami). Za jedną z najważniejszych uznawana jest jego powieść Isolation z 1959 r. (Odosobnienie). Jego anglojęzyczna twórczość została entuzjastycznie przyjęta przez brytyjskich krytyków, którzy często porównywali go do Josepha Conrada.
Tłumaczył poezję polską na język angielski i angielską na polski (Antologia liryki angielskiej 1300–1950). Był też zaakceptowanym przez Watykan tłumaczem poezji Karola Wojtyły.
W latach 80. XX w. zaczęły się ukazywać w Polsce wiersze oraz tłumaczenia niektórych powieści Pietrkiewicza. Od tego czasu publikował teksty w takich czasopismach jak „Inspiracje”, „Regiony”, „Poezja”, „Gazeta Niedzielna”, „Przekrój”, „Słowo”, „Przegląd Katolicki” i „Odra”, a także w emigracyjnym „Pamiętniku Literackim”. Jest też autorem rozprawy naukowej Literatura polska w perspektywie europejskiej: studia i rozprawy (1986, PIW). W Polsce uważany jest za pisarza zapomnianego. Ostatnio jednak coraz częściej można usłyszeć o jego twórczości. W 2016 r. ukazała się autobiografia Jerzego Pietrkiewicza Na szali losu (Iskry).

Jacek Dehnel (ur. w 1980 w Gdańsku) − poeta, prozaik, tłumacz. Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Za swój debiut – tom poezji Żywoty równoległe – otrzymał Nagrodę im. Kościelskich (2005) oraz wyróżnienie w Ogólnopolskim Konkursie Literackim „Złoty środek poezji”. Jest laureatem Paszportu „Polityki” w kategorii literatura za rok 2006. Rada Języka Polskiego wyróżniła go tytułem Honorowego Ambasadora Polszczyzny (2008), a dwa lata później otrzymał również tytuł Młodego Ambasadora Polszczyzny. Był nominowany do wielu nagród: Nagrody Angelus (2007, Lala; 2012, Saturn), Nagrody Literackiej Nike (2009, Balzakiana; 2010, Ekran kontrolny; 2012, Saturn; 2015, Matka Makryna; 2017, Krivoklat), Nagrody Poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej (2014, Języki obce). Jacek Dehnel jest uznanym tłumaczem (Henry James, Dokręcanie śruby) i współautorem powieści kryminalnych oraz przeglądu Nowy Tajny Detektyw. Ostatnio wydał m.in. Dziennik roku chrystusowego (2015), powieść Krivoklat (2016, Znak), a także przygotował do druku tom opowiadań Heleny Karpińskiej Życie Lali przez nią samą opowiedziane (2017).

Jerzy Pietrkiewicz
Zdobycz i wierność
Przekład: Jacek Dehnel
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 18 kwietnia 2018
 
 

Zdobycz i wierność


I
Zdobycz

Kapitan Tobias Hume, najemnik, zapodział niestety swój regiment gdzieś w wojennym gruzowisku Rosji. Siedział teraz samotnie na żółtawej kępie trawy, pośród smrodliwych waporów Bagien Prypeckich, i dumał nad losem swoich dziewięćdziesięciu Szkotów, z dłońmi na violi da gamba, a ze znużonymi oczyma – na dziurze w lewym bucie. Dziewięćdziesięciu zbrojnych – o ile w ogóle jeszcze żyli – trudno nazwać regimentem, jeśli jednak doliczyć do każdego człowieka dwa wozy, wozy wyładowane sobolimi skórkami, gronostajami, woskiem, złotymi świecznikami, smalcem i rondlami mosiężnymi, tych dziewięćdziesięciu strażników łupu prezentowało sobą siłę militarną wartą reputacji Kapitana Hume’a.
Poruszył stopami i pęknięcie jeszcze się powiększyło – lewy but rozdziawił się ku swemu panu, a pan, ziewając, ku instrumentowi. Viola da gamba utraciła dwie struny, ale słońce wciąż na niej grało, pozostawiając głębsze tony pogłębiającym się cieniom. Brzozy paradowały czarno-białym szeregiem wzdłuż mokradła, z którego żaby posyłały schrypłe rozkazy.
Kapitan powstał, poprawił rapier i ruszył wedle linii drzew, ciągnąc instrument po przegniłej trawie. Nie o strunach myślał, ale o schowanych w pudle świstkach papieru. To przez wzgląd na nie ocalił violę da gamba, przez wzgląd na Wielką Machinę.
Wyrósł przed nim krzyż wysoki jak brzoza, z przepychającymi się po jego ramionach plamami bieli i czerni. Długie pasy haftowanego płótna furkotały na tle błękitnej jamy nieba, przedłużając gesty owych drewnianych ramion. W połowie krzyża chybotał się mężczyzna ubrany na biało, z dłońmi wzniesionymi ku furkocącemu płótnu.
– Owiń rusznik dwakroć, synku! – zabrzmiał głos spod krzyża i Tobias Hume ujrzał sutą chustę, opadającą na szerokie ramiona jakiejś kobiecej postaci. Jej głowa była gdzieś na wysokości dwóch łapci, wspartych na niewidocznej podpórce; ich poskręcane łyko zdawało się przenikać z czarnymi haftami na chuście.
Mężczyzna nie odpowiedział, przyciskał tylko czoło do drewna, chwytając powietrze dłońmi. Końce płótna wyglądały teraz jak wyloty rękawów u pozbawionego ramion ciała.
– Hej ty, kmiotku! – krzyknął Tobias, chwytając za rękojeść rapiera. – Złaź no!
Kobieta odwróciła się i wlepiła weń blade, duże oczy. Stopy ponad nią przez chwilę dygotały, ale widać chłopak nie miał zamiaru usłuchać rozkazu, bo jego prawa dłoń przesunęła się po krawędzi płótna, jakby chciał uspokoić wzburzone powietrze. Kobieta cofnęła się o krok i powiedziała, nie patrząc na syna:
– Już po ciebie przyszli, Dymitrze, sokoliku mój, przyszli wykrwawić wielkie nieba na twoje ruszniki niesplamione, a ty chciałeś jeno otrzeć rany słońcu.
– A ilu ich, mateńko? – zapytał z krzyża, przylegając do drewna całym ciałem. Niemal wyśpiewał to pytanie jak modlitwę i zakończył je głębokim westchnieniem.
– Jeden tylko, Dymitrze, jeden tylko, ale tyle ma kurzu na cudzoziemskim kapeluszu, że tysiąc kopyt musiało bić w piach setek dróg, żeby go tu sprowadzić szybciej od wiatru. Dziesięć armii za nim pójdzie, mój synku, a niebo okrwawi ruszniki Chrystusowe na każdym krzyżu.
– A czy jedzie na białym rumaku, mateńko?
– Nie, Dymitrze, konia nie ma, ale dumam, że to wielki generał, bo kaftan na nim czerwony, a do tego targa nielichy oręż drewniany. Lepiej zejdź, synku.
Mówiła o Kapitanie, jakby go tam nie było. Tobias słuchał tak cierpliwie, że sam się sobie dziwił; ani już nie dbał o to, czy chłop zejdzie, ani też mu się nie chciało rozmawiać z babą. W powietrzu czuć było świeżym mlekiem, aż cmoknął. Gdyby miał więcej siły, wspiąłby się na górkę za krzyżem i obejrzał sobie wioskę, do której wreszcie dotarł. Zamiast tego usiadł parę kroków od baby i, niezbyt godnie, poczochrał wilgotne włosy pod kapeluszem. „Mają jedzenie, pomyślał, a to wystarczy. Najpierw mam zjeść, czy się przespać?”.
Z góry zaatakowała Kapitana para dzikich oczu; wgapiały się weń z bezpiecznej odległości poprzez migotania przymglonego światła. Zdawało się, że chłopak zwisł z jednego z ramion krzyża, z całym ciałem spiętym i nogami ugiętymi przed skokiem. Z głową podaną do przodu odsłonił twarz w zwierciadle słońca – i dwa ziarnka światła posadowiły się na dwóch dużych brodawkach, jednej na górnej wardze, a drugiej pod prawym okiem. Rudawa czupryna przykuła uwagę Kapitana, przypominała bowiem tyleż jego własne włosy, co kolor gnijących chwastów, poprzez które brnął, odkąd postradał wałacha na tamtym brzegu Dniepru. Dzikie spojrzenie zaatakowało przybysza, zanim jeszcze słowa zaczęły wykrzywiać ciężkie, bezkształtne usta.
– Cudzoziemcze – powiedział Dymitr, bardziej jeszcze uginając nogi – jestem niczyj. Nie mamy tu pana… panie – dodał, spoglądając na połyskującą rękojeść rapiera. – Matka moja przybyła na te ziemie łosiowe zza wschodu słońca, a ojciec… błogosławiona niech będzie jego pamięć! – chłopak pospiesznie ucałował drewno krzyża – …ojciec ubieżał tu zza wielkiej rzeki. – Co powiedziawszy, machnął prawą nogą ku wschodowi, gdzie brzozy wciąż trzymały straż wzdłuż mokradła: – Nie możecie mnie zabrać do jego pana, do kraju Cara, za rzekę. – Tu znów machnął nogą.
– Jego Cesarska Mość Dymitr, Car Moskiewski, nie żyje – wymamrotał sennie Tobias do samego siebie, a w jego głowie wyładowane wozy poturkotały ponad wspomnieniami bitew i ucieczki, rozjeżdżając jego gniew i dumę.
– Umiem ja pisać i czytać, cudzoziemcze, a tak, umiem – oświadczył śpiewny głos pod wysyłanymi przez haftowane ruszniki znakami, które to znaki też były nieistotne.
– Złaź, człeku – szepnął Tobias, próbując unieść ciało, ale łokieć omsknął się na trawie i łupnął w violę da gamba; w pudle coś zaszeleściło. – Głodny jestem. Mam ubić rapierem waszą krowę?
– Krowa! – zakrzyknęła kobieta i zebrawszy długą spódnicę, wbiegła na górkę, tam przystanęła, spojrzała za siebie na zwisające z krzyża ruszniki, po czym rzuciła się w łoziny z chustą rozpostartą szeroko jak bocianie skrzydła.
Chłopak zeskoczył i skłonił się przed Kapitanem, wskazując instrument.
– Mam ponieść wasz wielki oręż, panie?
– Mnie lepiej ponieś – odparł Tobias.
Kapitan nie był zmuszony przeszywać krowiej szyi rapierem; zamiast tego zjadł kaczkę, po czym, wypiwszy nieco płynu mdławego i zalatującego serwatką, zasnął przy stogu. Jako że siano leżało nieco ponad ziemią na drągach, wsunął instrument pod spód, powierzając przyszłość Wielkiej Machiny wonnej czujności siana.
Obudził go niski dźwięk. Zanim jeszcze zsunął kapelusz ze spotniałej twarzy, ktoś pociągnął go za but, przy czym znów dało się słyszeć złowróżbne pęknięcie.
– Generale – krzyknęła kobieta – wasi żołnierze ukradli mi krowę!
Tobias Hume, stanął niezbornie na nogi i zamrugał w słońcu, które zagnieździło się teraz na ulu, pomiędzy dwoma konarami dębu rzucającego ciężki cień na sadzawkę i pływające w niej kaczki.
– Pogonił za nimi w gniewie ogromnym, sokolik mój, a oni zarżną mojego Dymitra, jako mu się śniło na Świętego Stanisława.
– Mieli ze sobą jakie wozy?! – krzyknął niecierpliwie Tobias, nie mogąc się zdecydować, w którym iść kierunku.
– Żadnych wozów, Generale, żadnych wozów. – Wbiła weń oczy blade, jakby były z przejrzystego lodu, wnikając niemal do środka jego głowy.
– Gdzie teraz ci ludzie?
– Zaciągnęli biedne bydlątko do chaty, gdzie drugi krzyż stoi. Ale głupi, że tam poszli, ano, bezmyślni i głupi, bo Chrystusowe ruszniki na tamtym krzyżu unurzane w żółci chmur morowych.
Spiesząc do chaty, Tobias minął krowę, czy raczej to zwierzę go minęło: biegło z uniesionym ogonem, ciągnąc za sobą po mchu i paprociach słomiany powróz. Ale żaden żołnierz nie ścigał uciekającego łupu.
Chata zbudowana była z luźno połączonych bali, a przez szpary i dziury między nimi buchały śmiechy i krzyki. Od ścian odbijały się słowa rosyjskie i polskie, a z nimi głos Dymitra, wyśpiewujący oburzone protesty Kapitan pchnął rapierem w jedną z dziur, po czym rzucił ku drzwiom donośny rozkaz:
– Wyłazić, ale wszyscy!
Przez inną dziurę wysunęła się lufa muszkietu, a z wnętrza chaty pijacki głos odparł:
– Właź. Potrzebujemy skóry niedźwiedziej, żeby przyodziać naszego brodawczatego księcia.
Mniejsza o to, gdzie padł Rosjanin, ważne, że padł jak żołnierz, bo skądś poleciały na niego dwa berdysze i w niespodziewanym hołdzie legły całą długością na jego ciele. Kapitan schylił się dwornie i pomógł mu wstać. Rosjanin zatoczył się w drugi koniec chaty, zawadzając o jakąś ludzką przeszkodę, opartą o ścianę niczym worek.
– To mój wuj, Iwan Iwanowicz Nikityn. On to znalazł miód, a ledwie go spróbował, jego stare ciało zesztywniało niczym tureckie siodło.
– Nie żyje?
– Gdzie tam! Ale drugi raz ominęła go cała koronacja. Najpierw w Moskwie, a teraz tutaj… Patrz na tego kmiotka! Powiedział nam, że jest Dymitrem, więc uczyniliśmy go Cesarzem żab, żmij, jeży i węgorzy, którymi ta przeklęta ziemia szczodrze obradza. Mówi, że umie czytać i pisać… Patrz no!
Tobias osłonił oczy przed słońcem, które wykuwało pionowe sztaby przez dziury w dachu, i od razu wybuchł śmiechem, co tak uradowało Rosjanina, że zaczął się okładać kułakiem po piersi. Wówczas to Kapitan zauważył kolejnego żołnierza, kucającego za Dymitrem.
Przedstawił się on najserdeczniejszym z możliwych piśnięciem:
– Jam jest szlachcic polski, a ty musisz być kupcem niemieckim. Nie sprzedałbyś mi pary butów?
Kapitan puścił mimo uszu tę sugestię, woląc nacieszyć się w pełni swoim śmiechem. Wiejski chłopak zmienił się nie do poznania. Dymitr siedział na karpie drzewa i tylko z upiornej głębi oczodołów jego dzikie spojrzenie krzyczało, kim jest. Na lnianą rubaszkę nałożyli mu ornat, a nogi związali karmazynowym pasem. Z tego szyderczego splendoru wystawały stopy, wciąż w szorstkich łapciach, a barwa podeszew z łyka i rzemyków zdawała się protestować przeciwko złotym niciom przeszywającym lilie na sztywnej szacie.
Chłopak wpatrywał się z wytężeniem we własne stopy, jakby chciał przekonać samego siebie, że pasma łapci nie pozwolą jego ciału oddzielić się od duszy. A że spuścił oczy, nie był może świadomy, jaką królewską ozdobą uwieńczono mu głowę. Jego włosy musiały się jednak burzyć wobec tego wtargnięcia, bo ich grube pasma kiełkowały sponad błyszczącego metalowego pierścienia i szydziły z korony, wystając z niej niczym poszarpany pióropusz.
Żołnierze z pewnością wydudlili wystarczająco wiele miodu, by uznać przybycie Kapitana za kolejną część ich zabawy. Kiedy jego śmiech ucichł, włochate ramię podało mu dzban z taką prostotą, jakby był po prostu zastępcą ściętego z nóg bojara, który legł pod ścianą.
W końcu Dymitr postanowił się odezwać:
– Przymusili mnie do picia – mówił powoli – a teraz jestem durny jak ten baran. – Próbował coś jeszcze tłumaczyć, ale musiałby się wspomóc gestem, a jego ręce żadnego gestu wykonać nie mogły, bo i one, pod osłoną ornatu, były związane. Ramiona Dymitra zadrżały; zwilżył językiem górną wargę i przemówił ponownie. Tym razem przeprosił bezpośrednio własne sumienie: – O, moja biedna duszo – wyszeptał z nabożnym westchnieniem. – Utopiłem cię, utopiłem cię i będę teraz leżał w błocie czarnym, jako i mój ojciec leży pogrzebion w tym mokradle, gdzie się kończy las horyński.
Spuścił ukoronowaną głowę niżej jeszcze i zamknął oczy. Obaj żołnierze mrugnęli do Tobiasa i wyszczerzyli zęby. Ich stupor osiągnął szczyt tępego zadowolenia. Kapitan przez chwilę pomyślał o matce Dymitra, ale nie jego sprawą było mieszać się do tego, zwłaszcza teraz, kiedy cały śmiech już przebrzmiał.
„Baba zaraz i tak po niego przyleci”, uspokoił samego siebie.
Szlachcic polski postanowił okazać całą swoją posturę, niewywierającą zresztą wielkiego wrażenia. Z trudnością wyprostował nogi: były gołe aż po kolana, a zaschnięte błoto okrywało stopy niczym dobrze dopasowane kamasze. Odziany był w strój brunatny, przypominający nieco mnisi habit, odcięty poniżej bioder, a jedyną pozostałością wojskowego ubioru był obficie nabijany ćwiekami pas z zatkniętymi trzema sztyletami.
Polak zerknął na muszkiet, wciąż wciśnięty w szeroką szparę pomiędzy luźnymi balami, i widok ten ogromnie go rozsierdził.
– Na cóż było nam targać tę parszywą rurę? Ani lontu, ani prochu, niczego zgoła! Czym mamy strzelać? Makiem czy krowim plackiem?
– Miałem dwa wozy prochu… – mruknął Tobias.
– Lepiej mówisz po polsku niż którykolwiek z tych Moskwicinów. Jesteś Niemiec, miałem rację, nieprawdaż? – Bosy wojownik popatrzył na kapelusz Kapitana z zazdrością.
– Nie – odparł Tobias, prostując się. – Jestem kapitanem regimentu szkockiego w służbie Jego Cesarskiej Mości.
– Niemiec tedy, jako rzekłem. Ale nie ma już twojej Moskiewskiej Mości. Zarżnęli go właśni ludzie, biliśmy się za ich Cara po nic. W końcu ukradli nasze konie, nasze napierśniki, nasze kobiety, nawet nasze buty i brudne koszule. – Polak mówił teraz z gniewem i tupał stopą, strzepując z niej pecynki szarego błota. – Ten durny chłopek dłużej będzie siedział na tym zgniłym pniaku niźli tamten na swoim tronie ruskim. Powiadam ci, waszmość, trzeba nam było spalić tę całą Moskwę na popiół, poderżnąć gardło każdego zdrajcy, utopić każdego brodatego popa i… – Tu się zawahał, myśląc, co jeszcze powinien dodać do listy owych straconych okazji.
Jego towarzysz przysłonił twarz dzbanem i chłeptał głośno. Przymrużone oczy kpiły z polskiego kompana.