Laureat Nike powraca. Marian Pilot proponuje czytelnikowi kolejną powieść, “Niebotyki”, którą udowadnia, że ekspresyjne możliwości prozy są nieograniczone.


Niebotyki„U schyłku chłodnego kwietniowego dnia szliśmy z matką polną dróżką z cmentarza, na którym matka jest pogrzebana” – tak rozpoczyna się nowa, nieprawdopodobna książka Mariana Pilota.

Autor nie po raz pierwszy obraca w niwecz nasze wyobrażenia o granicach możliwości ekspresyjnych prozy. Dzięki abstrakcyjnemu, a zarazem potoczystemu (ot, paradoks) nad-językowi i nieokiełznanej wyobraźni— w książkach Pilota może się pojawić absolutnie wszystko. Wieś, pub King i abchaska plaża. Chrząszcze, robotnicy, foka z kokardą i dziad dziadami furmaniący.

Wybuchy śmiechu, dreszcze grozy, okrzyki zdumienia oraz konwulsje podczas lektury — możliwe, prawdopodobne, a nawet wskazane.

Marian Pilot – (ur.1936), powieściopisarz i nowelista, autor słuchowisk, dziennikarz i scenarzysta filmowy, działacz ludowy, zaliczany jest do twórców “nurtu wiejskiego” choć z silną – gombrowiczowską – skłonnością do groteskowej deformacji, turpistycznej nadekspresji. Laureat Nagrody NIKE za wydaną w WL-u powieść “Pióropusz”.

Marian Pilot
Niebotyki
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 16 lutego 2017
 
 

Niebotyki


Ogród ścierni

Zmartwychwstania

U schyłku chłodnego kwietniowego dnia szliśmy z matką polną dróżką z cmentarza, na którym matka jest pogrzebana. Niespiesznie rozmawialiśmy o codziennych jakichś domowych sprawach. Matka nie wypuszczała z rąk swojej ulubionej, dobrze wypłowiałej chustki w wielkie czerwone maki.
Zmierzch był już głęboki i światło, jakie nagle rozbłysło za naszymi plecami, oślepiało. Odwróciliśmy głowy. Nad krańcem cmentarza stało wielkie światło.
— O, jeszcze ktoś zmartwychwstał — powiedziała matka radośnie i pomachała swoją ulubioną kwiecistą chustką w stronę cmentarza. Zaraz dodała: — Ale ja żem była pierwsza! — Z dumą powiedziała.

Kamień

Znalazłem ten kamień nad Morzem Czarnym, na suchumskiej plaży, więc na kolchidzkim wybrzeżu, gdzie, jak zapewniali mnie opowiadający o dziejach swojego narodu Abchazowie, zawsze wszyscy — wszystkie inne plemiona i ludy — chcieli być; niezliczone podania i mity zgodnie twierdzą, że właśnie tutaj była pierwsza ziemia człowieka, jego matecznik; raj.
Moszcząc sobie na plaży legowisko, wyłuskałem ów kamień z piasku, już miałem go odrzucić, gdy posłyszałem głos. Kamień, poruszony, przemówił z nagła. Głos był wyraźny i silny, mowa tajemna, pełna szelestów i grzechotu… W jego porowate ciało wżarły się ślimaki czy jakieś inne skorupiaki; stać się to musiało niezmiernie dawno, wtedy może nawet, kiedy ten kamień nie był kamieniem wcale jeszcze… ciała owych prażyjątek zwietrzały, wielkie epoki przetrwały natomiast ich twarde jak sam krzemień chitynowe pancerze i szczypczyki. To one, gdy poruszyć kamień, grzechotały i wyszeptywały słowa w prawiecznej mowie.
Zabrałem abchaski kamień. Celnik wypatrzył go w walizce, wziął do ręki i najeżył się, posłyszawszy westchnienia i szepty wydobywające się z ust kamienia. Burknął coś z odrazą i złością i odrzucił. Kamień leżał potem na brzeżku półki z książkami, czasem go ktoś ciekawski brał do ręki. Wtedy, jak zawsze w takich razach, rozlegały się te dźwięki, do złudzenia przypominające głos mówiącego w jakimś niezwykłym języku człowieka. Trafił się też ktoś, kto miał pojęcie o rzeczy, geolog czy paleolog, mimochodem podał wiek skamieliny. Kamienny gość zawitał na świat na długo przedtem, nim pojawił się pierwszy człowiek.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby jamki i szparki w ciele kamienia nie były wydrążone ze zdumiewającą precyzją tam, gdzie na kamiennym czerepie artysta rzeźbiarz czy zwykły kamieniarz wykłuwa dłutem oczy, uszy, usta posągu; wrażenie przedziwnego podobieństwa się nasilało, kiedy poruszyć kamieniem. Oczy zaświecały się wtedy, wypełnione chitynkami usta poczynały się otwierać i zamykać, pradawnym językiem mówić.
Przedwieczność kamienia, znalezionego na ziemi, gdzie podług powszechnej wiary był raj, poruszyła mnie. Ostrożnie obracałem w dłoniach kamyk (nie był on większy od dorodnego włoskiego orzecha czy rajskiego jabłuszka właśnie). Rzucały się w oczy szczegóły, których wcześniej nie dostrzegałem: garbek, przypominający nos, zarysy uszu. Wsłuchiwałem się w dźwięki mowy, łowiłem słowa starannie i wyraźnie artykułowane chitynowymi ustami kamiennej zjawy i niepojęte.
Czym, kim ten kamień. Jak zdarzyć się mogło, że na miliony, miliony lat przed pojawieniem się człowieka uformował się na podobieństwo jego. Czy przypadkiem — a cóż od przypadku jest pewniejsze? — pierwszy człowiek swojego oblicza nie ukształtował na obraz tego oto przedwiecznego wzorca. Czyżbym więc miał w ręku, czyżbym w swoim ręku —

Dalsze badania

Była pora rujki. Zauważyłem to od razu. Rujka musiała się zacząć jeszcze przed moim przyjazdem. Chrząszczyki uwijały się po wezgłowiu drewnianego łóżka, a jedną parę zastałem in copula.
Od wczesnego rana z wielką uwagą obserwowałem pole poczynań. Wezgłowie i tylna część drewnianego łóżka podziurawione były jak sito. Otworki znajdowały się bardzo blisko siebie. Na sporych powierzchniach odstępy między dziurkami wynosiły 2 cm, czasami jednak spadały do 1 cm i mniej. Otworki, jak spostrzegłem, były trzech rozmiarów. Największe, o średnicy 1,75–2 mm, wygryzły zapewne samiczki Anobiidum Striatum. Otwory o świetle 1–1,25 mm wygryzione były przez samczyki oraz przez pasożytnicze błonkówki z rodziny męczelkowatych (Braconidae). Najmniejsze wreszcie dziurki, o średnicy 0,25–0,3 mm wygryzione były, jak mogłem przypuszczać, przez nieoznaczone bliżej gatunki blaskotek (Chalcididae). Ich rola jest niejasna, nie mam tu dokładnego rozeznania, są to być może pasożyty wtórne braconidów.
Pewne partie łóżka chrząszcze i larwy omijały, były one zupełnie wolne od otworów. Trudno powiedzieć, jakiej natury były te części drewna, pod ciemną politurą gubiły się jego cechy przyrodzone. Spostrzegłem, że chrząszczyki te są przywiązane do miejsca swojego wylęgu i życia w ogóle, bo nie widać było, by copula odbywało się na przykład na ścianach pokoju, oknach, innych meblach czy na podłodze. Pojedyncze okazy, przeważnie samiczki, widywałem potem tu i ówdzie na ścianach, ale nigdy parki. Samiczka, wyczekująca samczyka na powierzchni drewna, przybierała specjalną pozę, powtarzając ją przez jakiś czas: przód ciała obniża lekko ku podłożu, a tył zadziera ku górze pod kątem około 30 stopni. Tak wsparta na tylnych nóżkach stoi kilka minut, po czym przybiera postawę zwyczajną. Ruch ten wykonuje tak długo, aż zjawi się jakiś samczyk szukający przygody. Ten włazi jej na grzbiet, a po połączeniu schodzi bokiem na powierzchnię mebla i odwraca głowę w przeciwnym kierunku do samiczki. Post coitum omnis animal triste… Aż do tej pory jego różki są w ciągłym ruchu, z krótkimi raptownymi przerwami. Po chwili zwykle samiczka zaczyna wędrować powoli po powierzchni mebla i ciągnie za sobą samczyka, który chcąc nie chcąc, musi posuwać się tyłem. Samiczka wyszukuje najbliższy większy otwór (o średnicy 1,75–2 mm) i wchodzi do niego, wciągając za sobą całkiem lub częściowo samczyka. Ukończenie copulae następuje zwykle w chodniku; chrząszczyki po rozłączeniu wychodzą często na wierzch, jakiś czas kręcą się tu i ówdzie; samiczka zwykle włazi do tego samego otworu, a samczyk udaje się na dalsze poszukiwania.
Samczyki, szukając samiczek na powierzchni mebla, poruszają się dość szybko, przebierając żwawo nóżkami, i gdy zbliżą się do podejrzanego otworu, to najpierw włażą do niego głową, a skoro ten jest „obiecujący”, wychodzą z powrotem, by doń wleźć znowu, lecz tyłem. Jednak muszą się dość często mylić lub dostawać kosza, bo niejednokrotnie po krótkiej chwili wychodzą,
Co do wyszukiwania się osobników obu płci za pomocą zmysłu węchu, to jest on chyba bardzo słabo rozwinięty; samczyki, choć są stale chętne do kopulacji, jednak często przechodzą niedaleko samiczek, nie zauważywszy ich, a dopiero nakierowane palcem przystępują do copulae.
To słabe rozwinięcie zmysłu węchu stoi pewnie w związku z trybem życia kołatków, które prawie całe zamyka się na niewielkiej przestrzeni, przeważnie wewnątrz drewna, gdzie też kopulacja może się odbywać, lub na jego powierzchni.
Jaki jest stosunek płci, trudno powiedzieć na podstawie obserwacji chrząszczyków, łażących po deskach. Samczyki przeważały wybitnie, chwilami nawet 5-krotnie. Rzeczywisty stosunek płci dałoby się określić przed rujką, na podstawie poczwarek.
Ile jaj składa jedna samiczka i ile czasu jej to zajmuje, nie mogłem stwierdzić. Jajka są malutkie, kuliste, z jednej strony z dzióbkiem. Poznanie obyczajów rodziny Anobiidae (kołatkowate) ma dość duże znaczenie, gdyż ich larwy niszczą drewno różnych gatunków drzew, przeważnie zresztą już przerobione, a więc meble, uzbrojenia otworów murowych, jak drzwi, okna itp., są terenem ich niszczycielskiej działalności. Trzymają się uparcie jednego miejsca, skutkiem czego opadnięty przez nie przedmiot staje się wewnątrz labiryntem chodników, wypełnionych trocinami.
Chrząszczyki najchętniej kopulowały w godzinach porannych, między godziną 4 a 7; im bliżej godzin południowych, tym rzadziej, a po południu tylko wyjątkowo, Czas trwania copulae wahał się od jednej do trzech godzin. Co prawda widziałem też głowy chrząszczyków, tkwiących przez kilka dni w chodnikach; możliwe, że były to chrząszczyki młode, wgryzające się, w każdym razie nie pozostające w stanie copulae, gdyż ten z pewnością jednak nie ciągnie się tak długo.
Dalsze moje badania w toku.

Miłość, napis na murze

Niekochany —
tej zajebanej

W głębokim wykopie

Brygadzista podniósł głowę i zagapił się. Wąska smużka nieba była ledwo widoczna. Powiedział, nie opuszczając głowy:
— Jakby zgarnąć do kupki te wszystkie dołki, które żem w swoim życiu wydłubał, to by się pewnie człowiek dobił gdzie do środka ziemi.
Obiema rękami przytrzymując hełm, młody podniósł głowę. Wykop był głęboki. Wysoko, daleko suchy okruszek nieba.
— Nie przytruwaj. Maszyna, gdzie tam ty, lamusie. Tyle machnąć, daj ci Bóg.
— Maszyna, pewnie że. Ale na ostatku co. Staśczak szpadel w garść i do dołka.
— A ja? Ja kto, pies?
— Ty, pewnie że. Ty tak samo. Ale ty… Szczawik z ciebie.
— Ty żeś znowu niby gdzie przewalił tyle tego gipsu.
Starszy dziobnął szpadlem, odwalił bryłę gliny.
— Hu, bracie bratku. Pewnie twój jarecki nie trafił jeszcze na twoją jareckę. Jakie tam wtedy kopmaszyny. Szpadlem wte i nazad.
— Wte i nazad? Wte, rozumie się, ale nazad?
— A na cmentarzu ty miałeś kiedy przypadek?
— Jak boniedydy? Toś ty i kopiduszek był? Kiedy to znowu.
— Po wojnie. Fest robota nawet. Popłatna. Jedno, że jakoś człowiekowi nie tego, kiedy jeden z drugim nic tylko umiera i umiera. I dałem temu spokój.
— Dalekoś nie odszedł. Tyle że w głębszy dołek.
— Już ty nie trap się tak bardzo o mnie — obruszył się stary. — Grób będę mieć jak każdy inny. Gdzie jak gdzie, tu każdy ma po równo.
— Tobie coś nic, tylko dołki w głowie. Nie te to tamte.
— Rozejrzeć się koło siebie nigdy nie zawadzi. Takiemu jak ty nawet.
— Krucafeliks. Ja? Nim mnie zadołują, ja jeszcze niejednemu przygrzać zdążę. Jak boniedydy.
— Choć raz byś dymnął fest łopatą. Niby dwie chabetki przy dyszlu, a… No widzisz, trochę pary masz.
Młody rozmachnął się i rąbnął łopatą. Cofnął się pół kroku i oparł się na stylisku.
— Jak boniedydy. Się patrz. Sikło. Żem łopatą coś przetrącił. Będzie na twoją odpowiedzialność.
Stary przykucnął.
— Źródło…
— Tu? Stary lamusie, ty chyba jeszcze w Pana Boga wierzysz. Jakie źródło. Wszystko brukowane.
— Działki tu zaraz…
— Rura jakaś, jak boniedydy. Zresztą mogę przyfasować jeszcze raz, mnie tam akurat wsiorawno. Ty żeś naczalstwo.
— Nie rusz. Samo się wyklaruje.
— Źródło, wierz ty w to, a gnidy ci się w wąsie posieją. Że szambo wybiło. To to tak.
— Poczekaj ty. Krynica, nie woda.
— Niech mnie drzwi — zadziwił się młody i nie wypuszczając z rąk styliska, przykucnął. — Niech mnie na drzwi położą i drzwiami przycisną. Skądżeś ty to, kruca, wiedział.
— Na czymś, bratku, i taki jak ja musi się w życiu znać — powiedział stary i obiema rękami targnął wąsa. — A ty żeś co myślał, że na tej ziemi już źródeł nie ma?
Młody umoczył palec, oblizał.
— Kruca. I co my teraz.
— No co? Robim swoje.
— Zasypać?
— No a co? Studnię tu będziesz bił?
— Studnia niestudnia, ale… Powiem ci, pierwsze w życiu to widzę. Taką wodę niesztuczną.
— Po pierwsze i pewnie ostatnie — mruknął stary. Wbił łopatę w ziemię.

Napoje

— Pić mi się chce…
— Herbaty napije się pani?
— A bo to ja z zagranicy przyjechała? Lepiej wody kieliszek byście, pani, dali.