“Trzy po 33” czyli zbiór dziewięćdziesięciu dziewięciu felietonów cenionych profesorów Bralczyka, Markowskiego i Miodka to pełna językowych przygód podróż w głąb współczesnej polszczyzny.


Trzy po 33Świat nabiera tempa, wymiana myśli i informacji odbywa się już – dosłownie – z prędkością światła, a za tymi procesami idzie coraz szybsza i ciągła zmienność języka i jego ewolucja. Pojawiają się kolejne zapożyczenia i zmiana znaczeń słów, które na stałe przyjmują się w społeczeństwie, wchodzą do mowy potocznej i stają się idiomami. Odchodzą do lamusa historii języka słowa zapomniane, których znaczenia mało kto pamięta, na ich miejsce pojawiają się dzieła radosnej słowotwórczej twórczości krajowej i zapożyczenia z obcych języków, niektóre nieuniknione, a inne niezbyt uzasadnione, bo mające polskie odpowiedniki, a do tego królują wyrazy modne, nadużywane albo używane w złych kontekstach. Jednym słowem – galimatias i ambaras. Aż chce się rzec: bądź tu człowieku mądry. Ile razy zdarza nam się używać jakiegoś słowa nie znając do końca jego współczesnego znaczenia? Pół biedy jeśli trafimy w sedno. Gorzej, gdy zdarzy nam się pomylić destynację z destylacją albo prekariat z proletariatem. Mamy wtedy problem z komunikacją niczym kolonista z autochtonem w głębokiej dżungli.

W takiej sytuacji na ratunek przychodzi trójka znanych wszystkim utalentowanych i docenianych językoznawców, dzięki którym język polski ma się dobrze (a nie zajebiście).

“Trzy po 33” to kolejna wspólna książka Jerzego Bralczyka, Andrzeja Markowskiego i Jana Miodka – zbiór felietonów, po trosze nietypowy poradnik językowy, po trosze zbiór anegdot i obserwacji ze współczesnego życia językowego. Profesorowie z przymrużeniem oka piszą o słowach i zwrotach nadużywanych, używanych nieprawidłowo albo o tych, które znacząco zmieniły znaczenie albo zostały zupełnie zapomniane. Przy okazji to także opowieść o tradycjach i współczesności naszego języka, autorzy przyglądają się zmianom w nim zachodzącym, a robią to nie tylko z perspektywy językoznawców i uniwersyteckich wykładowców, ale także z pozycji osób starszych, próbujących nadążyć za młodszymi pokoleniami.

Profesorowie z właściwym sobie humorem i autoironią próbują opisać kilkadziesiąt modnych słów, rozbić je na czynniki pierwsze, przypomnieć ich źródła i stare znaczenia. Porównują dzisiejsze słowne hity do tych z ich młodości, przy okazji przypominają też słowa całkiem już zapomniane. Pokazują słowa, które zmieniły swoje znaczenie we współczesnym świecie, choć część z nich nawiązuje do starszych znaczeń i kontekstów, uzyskując przy tym dodatkowe zabarwienie. Wiele z nich natomiast znaczy już zupełnie coś innego – jak choćby “projekt”, “prezentacja”, “kreacja” czy “propozycja”.

Profesorowie z właściwym sobie humorem i autoironią próbują opisać kilkadziesiąt modnych słów

Z opowieści wyłania się konkluzja, że kształtowanie nowych znaczeń słów wydaje się nieuniknione, że można konwersować i dywagować czy to dobrze czy źle, ale nie da się uniknąć przenikania się języków, naturalnego procesu w międzykulturowych społeczeństwach o licznych kontaktach i wzrastającym imporcie nowych, nienazwanych dotąd technologii, rzeczy i zachowań. W takiej sytuacji znaczenia nabiera utrzymanie językowej ciągłości, przypominanie o istnieniu polskich słów i wyrażeń, by piękna polszczyzna nie została zubożona, uśmiercona i sprowadzona do kilkuset słów.

Choć na co dzień nie zastanawiamy się specjalnie nad tą problematyką, to czasem warto poświęcić kilka chwil na inspirującą podróż w głębiny współczesnego języka, zwłaszcza w tak znakomitym profesorskim towarzystwie.Grzegorz Bogusz

Profesorowie: Bralczyk, Markowski, Miodek, Trzy po 33, Wydawnictwo Agora, Premiera: 13 października

Trzy po 33

Profesorowie: Bralczyk, Markowski, Miodek
Trzy po 33
Wydawnictwo Agora
Premiera: 13 października

Kreatura się kreuje

Jerzy Bralczyk

Jedną z najwyżej dziś cenionych cech jest kreatywność. W pozytywnych opiniach o kimś, w opisujących własne zalety listach motywacyjnych podkreśla się tę właśnie cechę, bo to i przyjemnie komuś lub sobie ją przypisać, i dość bezpiecznie – wszak nie do końca wiadomo, jak ją mierzyć i jak zweryfikować. A słowo brzmi dobrze i sprawia wrażenie obiektywnej oceny. Kiedy piszę o kimś (lub o sobie), że jest (jestem) kreatywny, to ma znaczyć, że uważam go (siebie) za zarazem twórczego i pomysłowego. I pomysły taki ktoś ma, i realizować je potrafi. Kreatywność to dużo więcej niż pomysłowość, a słowo twórczość ma trochę inne znaczenie – oznacza nie cechę, lecz to, co ktoś utworzył.
Słowo jest zatem przydatne i sympatyczne. Każdy z nas chce być pomysłowy i twórczy! I chyba w każdym aspekcie można o tej cesze mówić – ostatnio czytałem o kreatywnych rodzicach w wielkim mieście, którzy mogą dzieciom zaproponować warsztaty kreatywne; w ich ramach dzieci będą mogły m.in. robić zwierzęta z papieru. Jesteśmy jako rodzice, pracownicy, uczniowie coraz bardziej kreatywni. Jakby rzadziej mówi się tak o twórcach.
Przymiotnik kreatywny wzięliśmy z angielskiego creative. Kiedyś o człowieku zdolnym do tworzenia rzeczy nowych, oryginalnych mówiliśmy kreacyjny. Było to bliższe słowu kreacja, które miało różne znaczeniowe przygody, bo najpierw było ‘uroczystym mianowaniem’, potem także ‘czymś stworzonym, utworem’, dalej głównie ‘sposobem odtworzenia roli przez aktora’, by wreszcie stać się określeniem ubioru, zwykle wytwornego.
Wszystko zaczęło się od łacińskiego creare, ‘stwarzać’ i – w węższym znaczeniu – ‘czynić kogoś kimś’. W dawnych słownikach kreowanie wiązało się z wojskowością – kreowało się wojsko, pułki, także marynarkę; i z Kościołem – kreowało się kogoś biskupem, kardynałem… Zagłoba, wziąwszy buńczuk, „już się na hetmana kreował”. Dziś czasem też mówimy o wykreowaniu kogoś.
Kreował oczywiście kreator. Od podniosłego ‘stworzyciela’, przez zwykłego ‘twórcę’ i łaskawego ‘protektora’, kreator stał się dziś kimś, ‘kto wyznacza i stanowi mody’ – i tak spotyka się z kreacjami. Kreuje kreacje. Czasem więc oczywiście – także marynarkę, ale już inną. Kiedyś też taki kreator kreował kreatury – słowo kreatura, oznaczające niegdyś po prostu coś stworzonego, stworzenie, głównie ‘stworzenie boże’ (nawet o aniołach tak mówiono), potem ‘człowieka, osobnika’, aż zaczęło oznaczać także kogoś protegowanego – to była czyjaś kreatura. Najczęściej mówiło się o różnych podłych kreaturach, by z czasem i samej kreaturze już podłość przypisywać. Dziś kreatura to już tyle co ‘nędznik, nikczemnik’. Ale potrafi się czasem sam wykreować
Jesteśmy, jak widać, językowo kreatywni. Pomysłowo tworzymy słowa i twórczo zmieniamy ich znaczenia.

Propozycja nie do odrzucenia

Jerzy Bralczyk

„Chciałbym zaproponować wyjątkową polisolokatę. Bezpieczną i z gwarancją zysku” – zaczepia nas w telewizorze wcielone zaufanie, model przebrany w bankierski garnitur. „Proponuję wyjątkową okazję, może opowiem” – nagabuje wdzięczna hostessa w galerii (handlowej). To może i my coś zaproponujmy: ekskluzywną wycieczkę do źródeł propozycji. All inclusive, w full opcji.
W dawnej retoryce, na przykład u Cycerona, propozycja (po łacinie propositio) to było ‘zwięzłe przedstawienie tematu’, które powinno się pojawiać na wstępie mowy. Mówca, w pewnym sensie „wstępując” w mowę, przedkładał, czyli niejako kładł przed słuchaczami coś, co miało zapowiedzieć treść jego wystąpienia – pro-ponere to po łacinie właśnie ‘kłaść przed’. Potem mógł już tę treść wyłożyć, nie zawsze w formie wykładu. Jakież ciekawe przestrzenne metafory!
Taka „kładziona przed kimś” propozycja nie była jednak wtedy, jak stała się później, ‘przedkładaniem do akceptacji’ czegoś komuś. Mówca i tak przecież potem powiedział, co do powiedzenia miał. Późniejsze propozycje dawały, lub udawały, że dają, wybór tym, do kogo były skierowane (propozycji się nie kładzie, propozycje się składa lub kieruje). Propozycja to albo ‘występowanie z ofertą, wnioskiem lub projektem’, albo też samo ‘to, z czym się występuje’ (oferta, wniosek, projekt). A odbiorca takiej propozycji może ją przyjąć lub odrzucić. Łatwiej jest propozycję odrzucić, gdy określona jest jako luźna, trudniej, gdy to propozycja nie do odrzucenia. Tyle że ta ostatnia nie jest już właściwie propozycją, to ultimatum, tylko z grzeczności przezwane propozycją, milszą oczywiście uchu tego, komu się ją składa.
Bo samo słowo propozycja brzmi dobrze. Zdaje się dowartościowywać adresata: „ja ci tylko coś proponuję, ale to od ciebie zależy, co wybierzesz”. Oczywiście mogę jeszcze taką propozycję dodatkowo ozdobić. Określę ją wtedy jako korzystną lub szczególnie korzystną, jako najlepszą z możliwych; czasem ostatecznie powiem, że to jest propozycja ostateczna. Czy to będzie propozycja współpracy, czy propozycja handlowa, czy propozycja matrymonialna wreszcie – wszystko jedno, wszystko jednak zależy od ciebie. Jeśli propozycji nie przyjąłeś (propozycję się najpierw odbiera, a potem ewentualnie przyjmuje), najwyżej będziesz żałował.
Propozycja bywa czasem zastępowana proponowanym rozwiązaniem, co przywodzi na myśl zagadkę lub problem, przed którymi samotnie stanąwszy, oczekujesz pomocy i właśnie ją otrzymujesz. Jest rozwiązanie! Dziś coraz częściej słowo propozycja pojawia się w działaniach promocyjnych i w reklamie. Tu propozycja to ‘oferowany towar lub usługa’. Najczęściej wygląda to tak, że słyszymy o najnowszej propozycji jakiejś firmy. Y to najnowsza propozycja firmy X! Często to, co się proponuje, ma charakter artystyczny: proponującym bywa na przykład jakiś zespół muzyczny. Propozycja może dotyczyć odzieży lub kosmetyków – tam, gdzie w grę wchodzi moda, proponowanie czegoś jest najzupełniej właściwe.
A wszystko i tak ma zależeć od ciebie.

Internet w pakiecie gratis

Andrzej Markowski

„Wiązka, wiązanka popakowanych rzeczy” – tak Linde w swoim słowniku definiował pakiet. A więc wyraz ten jest obecny w naszym języku już co najmniej dwieście lat. I początkowo miał znaczenie takie jak w języku francuskim, z którego go zapożyczyliśmy. Przykłady zamieszczone w słowniku Lindego wskazują, że pakiet to przede wszystkim zapakowane razem papiery, listy, książki, np.: „Otworzył pakiet i znalazł wszystkie listy”. Podobne cytaty są w słowniku Doroszewskiego z połowy XX w.: „Wszedł do naszej sali jadalnej z grubym pakietem listów i dzienników w ręku”. Papiery ładnie ułożone i razem zawinięte – do dziś większości z nas takie skojarzenie nasuwa wyraz pakiet. No, chyba że czytamy sporo (może wyciągniętych z takiego pakietu) gazet i dowiadujemy się o tym, że „Uchwalono pakiet ustaw gwarantujących społeczne ubezpieczenia emerytalne” albo „Zaoferowano pakiet koncesji ekonomicznych”. To już nowe, popularne, żeby nie powiedzieć modne, znaczenie słowa pakiet. Pochodzi ono zapewne z rozszerzenia używanego w ekonomii określenia pakiet akcji, a zwłaszcza kontrolny pakiet akcji, czyli taka liczba akcji, która umożliwia faktyczne kontrolowanie spółki akcyjnej.
Określenie z tym wyrazem okazało się na tyle atrakcyjne dla dziennikarzy i publicystów, że szybko zostało przeniesione do innych sfer. Skoro może być pakiet akcji, to czemu nie pakiet ustaw, pakiet przepisów itd. Nie ograniczono się do aktów prawnych. Przed uchwaleniem ustawy rozważa się różne propozycje – mamy więc pakiet propozycji, pakiet zagadnień do omówienia, pakiet uzgodnień.
W końcu pakiet wyszedł poza opisywany obszar zjawisk. W cytatach Narodowego Korpusu Języka Polskiego czytamy np.: „Odszedł już od stolika, zbyty standardowym pakietem kłamstw”. Rzeczownik pakiet nabrał więc już wyraźnego znaczenia przenośnego. Ciekawe, czy odnosi się on tylko do zjawisk ujemnych, czy też można go użyć z rzeczownikami o sensie pozytywnym? Chyba tak, bo w internecie znajdujemy: „On może zaoferować jej jedynie pakiet pocałunków”, a nawet: „Wyczerpał mi się pakiet radości, który mi dawałeś”. Wygląda więc na to, że wszystko dziś można dawać czy odbierać w pakiecie: i rzeczy materialne, i zachowania, i uczucia.
Ta popularność pakietu powoduje, że rzadziej używa się słów do niego synonimicznych, a nieraz precyzyjniej oddających sens przekazywanej informacji, takich jak zestaw, grupa, zbiór (przy znaczeniach dosłownych) czy wiązka, bukiet (przy przenośnych). Zbiór ustaw, zestaw zagadnień to przecież brzmi równie dobrze, a może nawet lepiej niż ich pakiet, ale zdecydowanie wolę bukiet uśmiechów i pocałunków (skoro już ma być metafora) od pakietu tychże. Bo pakiet pobrzmiewa mi jednak zbyt ekonomicznie, a więc i interesownie. Widać to zwłaszcza w popularnym w reklamach, na opakowaniach, na etykietach określeniu w pakiecie. „Płyn do mycia naczyń w pakiecie z gąbką”, „sztuczna kość dla psa w pakiecie z miską”, „ubezpieczenie grupowe ochronne w pakiecie z kapitałowym”, „szybszy internet w pakiecie z telefonem” – to oferty, które mają zachęcić potencjalnego klienta, tylko w elegantszy, można zgadywać, sposób: bo to przecież nic innego jak bardzo korzystne „dwa w jednym”.
Umiejętnie sparodiował tę manierę reklamową Jacek Dehnel w jednej ze swych książek, pisząc: „Tak Felicyta-Katarzyna Zarębska stała się panią Gajdek, a tym samym uzyskała prawo do domku z ogródkiem na Leczkowa (niestety, w pakiecie z Henrykiem Gajdkiem, małżonkiem)”.
No to ja oferuję ten felieton w pakiecie z felietonami Bralczyka i Miodka – i będzie to bardzo korzystna oferta.

Egipt czy Chorwacja, która destynacja?

Jan Miodek

Pisałem przed paroma laty, że w niektórych biurach podróży pojawiła się tajemnicza dla większości destynacja (np. destynacja Kair, destynacja Barcelona). Wyjaśniałem, że jest ona zaadaptowanym do polskiego systemu słowotwórczego odpowiednikiem funkcjonującego w języku angielskim i francuskim wyrazu destination, a ten znaczy tyle, co ‘cel podróży’, ‘miejsce przeznaczenia’ (z łac. destinatio ‘przeznaczenie, postanowienie’). W słownikach wyrazów obcych mieliśmy do tej pory tylko hasło destynator, opatrzone kwalifikatorem rzadkości: a) ‘osoba, dla której coś przeznaczono’, b) ‘odbiorca towaru wskazany ekspedytorowi przez wysyłającego’ (z franc. destinataire). W słownikach ogólnych żadnego hasła związanego z destynacją nie ma.
„Najbliższe lata pokażą – kończyłem wtedy swój wywód – czy w obiegu pozostaną tradycyjne określenia, czy też zdobędzie sobie prawo obywatelstwa kolejny internacjonalizm wyrazowy. Na razie odbieram ową destynację w kategoriach stylistycznej manieryczności” („Słowo jest w człowieku. Poradnik językowy”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2007). Przed paroma tygodniami w jednym z tygodników czytam: „Delegacyjna drobnica lata samolotami, ale do niedrogich destynacji”, „Jak mówią zawodowi organizatorzy – czarter zabił destynację”, „Budapeszt – pierwsze miejsce na liście destynacji konferencyjnych w Europie”. W innej gazecie znajduję informację o „koszcie wakacji w 5 najpopularniejszych destynacjach: Grecji, Egipcie, Turcji, Hiszpanii i Tunezji”.
Konstrukcje te przekonują mnie ostatecznie, że wyraz destynacja – jeszcze przed paroma laty zupełnie nieobecny w codziennym obiegu komunikacyjnym – zaczyna się w nim utrwalać. Ba, „to wyraz bardzo modny, trendy w słowniku młodzieży i kręgów biznesowych”, „Polacy destynują w strendżową sajde” – informują wpisy na forach internetowych, choć wiele z nich wyraża również dezaprobatę wobec tego słowa (ponadto niektórzy myślą, że destynacja to ‘wybuch’, bo kojarzą ją z detonacją, jeszcze inni mieszają destynację z destylacją). I myślę, że tak teraz będzie: najbardziej mobilne grupy społeczne, podróżujące zwłaszcza samolotami, związane zawodowo z biurami turystycznymi, używające takich czy innych angielskich słów o wiele częściej niż statystyczny Polak – z destynacji już nie zrezygnują. Ciągle natomiast trudno mi sobie wyobrazić przeciętną polską rodzinę, w której planuje się urlop, ferie, wakacje i padają w czasie tych familijnych rozmów nazwy wymarzonych… destynacji!!! Zapewniam wszystkich Szanownych Czytelników, że siebie w takiej sytuacji komunikacyjnej również nie widzę.