Trzy siostry: Maria, Zofia i Eliza Pareńskie. Trzy muzy Stanisława Wyspiańskiego. Maryna i Zosia, pod własnymi imionami, zostały sportretowane przez niego w Weselu



Prapremiera dramatu w marcu 1901 roku przerodziła się w wielki skandal towarzyski w Krakowie. Wesele dało Wyspiańskiemu nieoficjalny przydomek czwartego wieszcza, a siostrom Pareńskim literacką nieśmiertelność.

Maria, Maryna, wielka miłość i muza Witolda Wojtkiewicza, portretowana także przez Wyspiańskiego, została żoną Jana Raczyńskiego, zapomnianego dzisiaj pediatry, który jako pierwszy wykazał doświadczalnie związek krzywicy z niedoborem światła słonecznego. Z trzecim mężem, Janem Grekiem, i szwagrem, Tadeuszem Boyem-Żeleńskim, zginęła w egzekucji profesorów lwowskich w pierwszych dniach niemieckiej inwazji na ZSRR.

Zofia, Fusia, Boyowa, została żoną Tadeusza Żeleńskiego. Jej portret z synem autorstwa Stanisława Wyspiańskiego jest jednym z najpiękniejszych pasteli z serii Macierzyństwo. Przyjaźniła się z mężem, choć obydwoje szukali miłości poza małżeństwem. „Dobra, rozumna i miła towarzyszka pracy” – napisał o niej Boy.

Eliza, Lizka, najmłodsza z sióstr, najmniej znana, choć najczęściej portretowana, była żoną młodopolskiego poety Edwarda Leszczyńskiego. W swoim krótkim życiu zmagała się z problemami emocjonalnymi, uzależnieniem od alkoholu i opiatów. Popełniła samobójstwo, mając trzydzieści pięć lat.

Monika Śliwińska (ur. 1978) – dziennikarka i redaktorka, od 2009 roku związana z nowymi mediami. Redaguje stronę o życiu i twórczości Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Książka Muzy Młodej Polski, poświęcona Zofii z Pareńskich Żeleńskiej i jej siostrom, jest kontynuacją zainteresowań autorki.

Monika Śliwińska
Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich
Wydawnictwo Iskry
Premiera: 17 września 2014

Gwiazda

Pierwsze symptomy mogące zwiastować kryzys w ledwie kilkuletnim małżeństwie Zofii i Tadeusza musiały pojawić się jeszcze przed 1910 rokiem. Barbara Winklowa: „Nie wiemy, czy to wtedy właśnie przelała się czara goryczy u Zosi i wydawałoby się, że błahostka – Tadeusz całujący się z Lizką w parku tenczyńskim – spowodowała lawinę nieodwracalnych wydarzeń w ich małżeństwie?”.
Błahostka…
Perypetie miłosne Żeleńskiego i jego skłonność do flirtów jeszcze na Wielopolu, na długo przed ślubem z Zosią, były tematem plotek. Ale to nie wtedy przelała się ta „czara goryczy”, jeszcze nie tym razem. Jeszcze można było zdobyć się na wybaczenie (nie wiemy, czy obydwojgu) i walczyć o ten związek.
W karnawale 1912 roku raz jeszcze wystawiono u Michalika Szopkę Zielonego Balonika, ale ubiegłorocznego sukcesu nie udało się już powtórzyć. Warto jednak rzucić okiem na tekst Szopki z 1912 roku, bo oto w akcie trzecim pojawia się Gwiazda:

Ach nie ma to jak gwiazdą być
Przyjechać z ciepłych krajów,
Na lato zaś się znowu skryć
W oliwnych cieniu gajów.

Jesienią 1911 roku na gościnne występy zjechała do Krakowa Jadwiga Mrozowska. Od kilku lat mieszkała we Włoszech, gdzie ćwiczyła głos i śpiewała w prowincjonalnych teatrzykach operowych. Pamiętano ją w Krakowie z niezapomnianej roli Orcia w Nie-Boskiej komedii. Miała trzydzieści jeden lat, „warkocze długie ciemnopłowe”, temperament i seksapil, który zawrócił w głowie Żeleńskiemu (świeżo po kuracji zdrowotnej w Karlsbadzie). Nie obyło się bez sensacji, bo na ich „«skandaliczne afiszowanie się» po krakowskich zaułkach zwróciła swoje argusowe oko opinia krakowska”. Nie tylko opinia.
Zosia także, bo Tadeusz był zakochany i nie ukrywał swojego uczucia. W kolejce do serca Mrozowskiej nie był jedyny. Antoni Waśkowski pisał po latach:
Spotykałem u Jadwigi Mrozowskiej codziennie po południu Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Bardzo się dziwił tym moim częstym wizytom. I ja też bardzo dziwiłem się jego częstym wizytom u niej. Żeleńscy przechodzili poważny kryzys. Bagatelizowanie pewnych sygnałów, czy wręcz ignorowanie ich, nie było już możliwe – nadszedł moment, kiedy należało stanąć oko w oko wobec faktu, że ich małżeństwo istniało już tylko pod względem formalnym. Związek, który narodził się w cudzej głowie, nie utrzymał się długo w sercu. Zosia, która w Weselu mówiła: „Chciałabym kochać, ale bardzo,/ale tak bardzo, bardzo mocno”, musiała skonfrontować z rzeczywistością swoje dziewczęce wyobrażenia, zbudowane w dużej mierze na romantycznych poematach francuskich. „Po pierwszych burzach i dramatach życie tej rodziny pełne było harmonii i wielkiego przywiązania wzajemnego” – wspominał Władysław Żeleński. Jeśli więc nie rozstawać się, a wiele wskazuje na to, że obydwoje tego nie chcieli, to zbudować ten związek od nowa, według własnych zasad.
Mrozowska przebywała w Krakowie, z przerwami, między 1911 a 1913 rokiem.
Ósmego lutego 1913 roku zagrała w sztuce Ludwika H. Morstina Szlakiem legionów, którą reżyserował Tadeusz Pawlikowski. Autor wspominał:
Boy po przedstawieniu wpadł za kulisy i zaczął mnie ściskać, całować z widocznym wzruszeniem, mówiąc bardzo gorąco o sztuce. Wiem, że ten mój utwór młodzieńczy nie był arcydziełem, coś jednak w nim musiało być, co Boya prawie do łez wzruszyło. Czyżby tematem był przejęty? Miłość ojczyzny i miłość kobiety, odwieczny temat epigonów romantyzmu w poezji polskiej!
Nie dla żony, ale dla kochanki napisał Boy kilka naładowanych erotyzmem wierszy, między innymi Kaprys i Madrygał spod ciemnej gwiazdy.
Kiedy z początkiem 1913 roku Mrozowska – pani Jadzieńka – jak ją nazywał, pojawiła się w Krakowie z kosztowną suknią Celimeny, którą zamówiła we Włoszech na krakowskie występy, Solski nieoczekiwanie wycofał się ze sztuki, a ona została z kostiumem. W swoich wspomnieniach pisze, że świadkiem awantury z dyrektorem teatru był Boy. Następnego dnia o świcie pod drzwiami pokoju hotelowego wsunął jej plik kartek z tekstem napisanym specjalnie do kostiumu. „Po chwili drzwi się uchylają i przez szeroką szparę wsuwa się do pokoju głowa o czarnej czuprynie i oczach obitego psa”. A potem już tylko:
„Aniśmy się ściskali, ani całowali, tylkośmy się kochali”.
Obrazek sceniczny zatytułowany Markiza wystawiła Mrozowska w marcu 1913 roku. Potem spakowała się i wróciła do Włoch. Czekał tam na nią inny adorator, finansista polskiego pochodzenia Józef Toeplitz.
A w Krakowie: „Wstyd, ciągły wstyd, nic nie może pomóc: ani dom, ani rodzina, ani zawód; jedyne, to uciec z domu tam, gdzie śpiewają Cyganie, i pić!”.
Ze swoim wstydem i goryczą Żeleński uciekł do Lwowa, gdzie przez trzy tygodnie zapijał się w „Żorżu” razem z Kornelem Makuszyńskim. O Jadze nigdy nie zapomniał; nieraz się potem widywali, a z czasem też zaprzyjaźnili. Po latach w jednej ze swoich recenzji napisał, że nic tak nie znieczula serca kobiety jak zawód aktorki. Po rozstaniu z Mrozowską nie był już tym samym człowiekiem, ale i Zosia nie była tą samą kobietą. Dla obojga nastał czas zmian.

Dolcio

Scena II Wesela, Dziennikarz i Zosia:

DZIENNIKARZ
Pani to taki kozaczek;
jak zesiądzie z konika, jest smutny.
ZOSIA
A pan zawsze bałamutny.
DZIENNIKARZ
To nie komplement, to czuję
I tego bynajmniej nie tłumię.
ZOSIA
Dobrze, że przynajmniej pan umie
zmiarkować, kiedy uczucie,
a kiedy salonowa zabawka –
ale w tym razie…
178
MONIKA ŚLIWIŃSKA
Muzy Młodej Polski
DZIENNIKARZ
To sprawka
pani wdzięku, pani jest bardzo miła,
pani tak główkę schyliła…
ZOSIA
Prawda? Tak jakbym się dziwiła,
że mnie tyle honoru spotyka;
pan redaktor dużego dziennika
przypatruje się i oczy przymyka
na mnie jako na obrazek.
DZIENNIKARZ
A obrazek malowany, bez skazek,
farby świeże, naturalne,
rysunek ogromnie prawdziwy,
wszystko aż do ram idealne.
ZOSIA
Widzę, znawca osobliwy.
DZIENNIKARZ
I czemuż pani się gniewa?
ZOSIA
Że pan jak Lohengrin śpiewa
nade mną jak nad łabędziem,
że my dla siebie nie będziem,
i po cóż tyle śpiewności?
DZIENNIKARZ
Oto tak, tak z rozlewności
towarzyskiej.

Inna scena z Wesela, spotkanie Zosi i Dziennikarza w ciemnej sieni pomiędzy dwiema izbami, ma w sobie duży ładunek erotyczny – ona mówi, że ciemno, a on poważnie przyznaje, że „nie widno”. To rozmowa daleka od salonowej konwersacji, przekomarzań mężczyzny z rozdokazywanym podlotkiem, to rozmowa dwojga kochanków. Nawet jeśli teraz ona jest jeszcze dzieckiem, a on sypia z koleżankami jej mamy.

– Pan skąd się tu bierze?
– Ja się patrzę, lubię i nie wierzę, za to wierzę w panią.
– Za co?
– Za tę minkę, oczy, gest.
– Podobam się?
– W tym coś jest.

Rudolf Starzewski – Rudi, Dolek, Dolcio, wreszcie Dziennikarz – bywał na Wielopolu najdawniejszym gościem. Miał w życiu dwie wielkie namiętności: politykę i kobiety. Flirtował z Elizą Pareńską i jej przyjaciółkami, ale kochał się w Zosi. Musiała zauważyć to matka, tak jak wcześniej zauważył to jego przyjaciel, bystry obserwator, Stanisław Wyspiański. Pani Liza, jak pisano, okazywała mu „dużo życzliwości”.
W 1905 roku został redaktorem naczelnym „Czasu” i zastąpił na stanowisku wydawcy dziennika Michała Chylińskiego. „Beztroski causeur”, „zręczny w niedopowiedzeniach” – to tylko niektóre z opinii o nim. Złożona osobowość Dziennikarza z Wesela, pełna wewnętrznych konfliktów i rozterek znalazła odbicie nie tylko w literaturze, ale też w malarstwie, o czym pisze Krystyna Zbijewska. Z jednej strony mamy więc wyważony portret autorstwa Jacka Malczewskiego, przedstawiający Starzewskiego w stroju Stańczyka, z charakterystycznymi dzwoneczkami na czerwonym kołnierzu zarzuconym na ramiona. Z drugiej – karykaturę Kazimierza Sichulskiego z 1917 roku, na której już nie stańczyk konserwatysta, ale Rudi, modnie ubrany, z łańcuszkiem przy kamizelce, kwiatkiem w butonierce, papierosem w dłoni siedzi wygodnie w fotelu, a u stóp ma koszyk z szampanem. Inne dwa portrety Rudolfa Starzewskiego wykonał Stanisław Wyspiański – pierwszy, wielokrotnie reprodukowany, powstał w 1899 roku, drugi, po raz pierwszy publikowany w tej książce, znajduje się dziś w zbiorach prywatnych.
Nazywano go szarą eminencją Zielonego Balonika, od przeszło dekady przyjaźnił się z Żeleńskim i równie długo adorował Zosię. Nigdy się nie ożenił, choć był znakomitą partią, nie tylko przez urodzenie, ale przede wszystkim poprzez władzę nad krakowskim dziennikiem, który w małym mieście stanowił potęgę opiniotwórczą.
Był blisko, kiedy małżeństwo Żeleńskich wkraczało w fazę transformacji i wreszcie, po latach, zdobył kochaną kobietę. Romans Zosi i Starzewskiego na długi okres ochłodził stosunki dawnych przyjaciół. Prawdopodobnie do czasu, kiedy Żeleński ostatecznie pogodził się z faktem, że jego żona nie zamierza ograniczać swojego życia seksualnego. Od tego momentu dopiero możemy mówić o przyjaźni i harmonijnym współżyciu obydwojga, a także o narodzinach nowego związku, którego charakter opierał się na wolności i prawdzie.
Na początek został przywrócony poprzedni stan rzeczy. Barbara Winklowa podaje, że stało się to na wyraźne żądanie Tadeusza, który boleśnie odczuwał rozstanie z przyjacielem – Starzewski, odprowadzając Zosię, unikał wchodzenia do domu. Ludwik H. Morstin napisał po latach: „Kochał życie i cieszył się wszystkimi jego blaskami, kochał sztukę, kobiety, dobre wino, piękno przyrody, miał poczucie humoru. Był też nieocenionym towarzyszem wszelkiej rozrywki”. W tej jasnej stronie duszy Starzewskiego zakochała się Zofia.