Zanim erotycznym fenomenem wydawniczym stało się „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, Anaïs Nin w sposób odważny i błyskotliwy obnażała kobiecą seksualność. Literacka i zmysłowa uczta.


„Delta Wenus” Anaïs Nin to przełomowa antologia opowiadań erotycznych. Nin wyczarowuje w niej błyskotliwą kaskadę seksualnych doznań, tworząc własny i niepowtarzalny „język zmysłów”. Bada przestrzeń, która do tej pory była domeną pisarzy, nie pisarek; przywołuje esencję kobiecej seksualności. Świat stworzony przez Nin jest wytworny i magiczny, a zamieszkujący go bohaterowie jej wyobraźni są targani najbardziej uniwersalnymi namiętnościami.

Jest więc węgierski niebieski ptak, uwodzący zamożne kobiety i ulatniający się następnie z ich pieniędzmi; tajemnicza kobieta, skrywająca twarz za woalką, która wybiera swoje ofiary w restauracji i wykorzystuje; jest też paryska modystka Matylda, która postanawia porzucić męża dla opiumowych nocy w Peru…

Wówczas gdy wszyscy pisaliśmy erotyki po dolarze za stronę, uświadomiłam sobie, że od wieków mieliśmy tylko jeden model tego gatunku literackiego – utwory pisane przez mężczyzn. Zdałam już sobie sprawę z różnicy, jaka istnieje pomiędzy męskim a kobiecym sposobem traktowania seksu. Wiedziałam, jak odmienne są dosadność Henry’ego Millera i moja zagadkowość – jego humorystyczne […] spojrzenie na seks i moje poetyckie opisy scen seksualnych. […]
Kobiety, myślałam, są bardziej skłonne łączyć seks z emocjami, z miłością i wybrać sobie raczej jednego mężczyznę, niż decydować się na częstą zmianę partnerów. Ale jednak – mimo iż postawa kobiet wobec seksu różni się tak bardzo od postawy mężczyzn – nie nauczyłyśmy się jeszcze, jak o tym pisać.
(ze Słowa wstępnego)

Anaïs Nin była jedną z pierwszych piszących kobiet, które przełamały tabu kobiecej seksualności.
„Wprost”

Nin pisała je [opowiadania] w latach 40. Do dziś w ogóle się nie zestarzały.
Krystyna Kofta, www.natemat.pl

Anaïs Nin zachwyca mężczyzn i inspiruje kobiety, pełna przekory czerpie z życia garściami, opisując je z artyzmem i zuchwałością.
„The New York Times Book Review”

Odkrywcze, wyrafinowane, wysoce eleganckie i nieprzyzwoite.
„Cosmopolitan”

Anaïs Nin (1913–1977) – francuska pisarka. W latach 20. i 30. uczestniczyła w życiu artystycznej bohemy Paryża. Słynna jest historia trójkąta miłosnego między Anaïs i poznanymi w 1931 roku w Paryżu Henrym Millerem i jego żoną June.

Anaïs Nin
Delta Wenus
Tłumaczenie: Mieczysław Dutkiewicz
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Premiera: 10 września 2013

WĘGIERSKI POSZUKIWACZ PRZYGÓD

Był sobie węgierski poszukiwacz przygód o zaskakującej urodzie, nieodpartym uroku osobistym i wdzięku, niezaprzeczalnych umiejętnościach aktorskich, sporej kulturze. Znał wiele języków obcych i odznaczał się arystokratycznymi manierami. Poza tym wszystkim był geniuszem w nawiązywaniu miłostek, unikaniu kłopotów, znikaniu i pojawianiu się potem w innym kraju. Zwykł podróżować w imponującym stylu, z piętnastoma kuframi i dwoma dogami. Jego władcza, wielkopańska postawa zyskała mu przydomek „Baron”. Można go było spotkać w najbardziej luksusowych hotelach i nadmorskich uzdrowiskach, na wyścigach konnych, trasach całego świata, wycieczkach do Egiptu, podróżach przez pustynię i w głąb Afryki.

Wszędzie budził zainteresowanie kobiet i jak większość wszechstronnych aktorów, wcielał się w najprzeróżniejsze role, aby zaspokoić smak każdej z nich. Był najelegantszym tancerzem, prawdziwą duszą towarzystwa przy stole, doświadczonym partnerem w sytuacjach tête-à-tête; potrafił żeglować, jeździć konno, powozić. Każde miasto znał tak dobrze, jakby spędził tam całe swoje życie. Miał znakomite koneksje w wyższych sferach. Jednym słowem był niezastąpiony.

Kiedy potrzebował pieniędzy, żenił się z zamożną kobietą, przepuszczał cały majątek i wyjeżdżał do innego kraju. Kobiety przeważnie nie protestowały ani nie składały skarg na policji. Kilka upojnych tygodni lub miesięcy spędzonych u jego boku w charakterze żony pozostawiało w nich wspomnienie tak rozkoszne, że usuwało ono w cień szok spowodowany utratą pieniędzy. Chociaż przez tę krótką chwilę miały sposobność przekonać się, jak to jest mieć w życiu silne skrzydła i unosić się dzięki nim ponad głowami mierności.

Baron szybował z nimi w przestworza i tam wirował, oszałamiając swymi ewolucjami do tego stopnia, że potem nawet pożegnania miały jeszcze w sobie coś z owego czarownego lotu. I wydawało się to niemal czymś zupełnie naturalnym – gdyż żadna z partnerek nie mogła mu dorównać, nie posiadając takich potężnych orlich skrzydeł jak on.

Nadszedł jednak czas, kiedy ten wolny, nieposkromiony poszukiwacz przygód, przeskakujący z jednej złotej gałęzi na drugą, sam niemal wpadł w pułapkę – w pułapkę miłości. Pewnego wieczoru, w jednym z peruwiańskich teatrów, spotkał brazylijską tancerkę o imieniu Anita. Jej migdałowe oczy nie zamykały się tak jak u innych kobiet, lecz raczej jak oczy tygrysa, pumy czy leoparda; powieki łączyły się ze sobą z wolna i ociężale, tworząc szparkę, z której padało lubieżne i ukośne spojrzenie, niczym wzrok kobiety, która nie chce patrzeć na to, co inni czynią z jej ciałem. Wszystko to sprawiało wrażenie, jakby właśnie odbywała stosunek miłosny. I Baron poczuł natychmiast, że rozgorzała w nim żądza.

Kiedy udał się za kulisy, aby zamienić z nią parę słów, ubierała się pośród morza kwiatów; wywołując zachwyt swych wielbicieli, którzy otaczali ją kołem, malowała sobie płeć szminką do ust, nie pozwalała im jednak na żaden poufały gest. Widząc Barona, uniosła lekko głowę i uśmiechnęła się na powitanie. Jedną nogę trzymała na małym stołeczku, strojna, brazylijska sukienka podciągnięta była do góry, ona zaś swą upierścienioną dłonią nadal szminkowała sobie płeć, śmiejąc się z podniecenia mężczyzn. Jej płeć, większa niż te, które Baron widywał do tej pory, przypominała olbrzymi kwiat cieplarniany, okalające ją włosy były bujne i kędzierzawe, połyskliwie czarne.

Nakładała róż na wargi sromowe, jak gdyby były to usta, cierpliwie, pieczołowicie, aż wreszcie przypominały krwistoczerwoną kamelię, rozwartą i prezentującą skryty wewnątrz, zamknięty jeszcze pączek; nieco bledsze, delikatne jądro kwiatu. Baron usiłował bezskutecznie namówić ją na wspólną kolację. Jej obecność na scenie stanowiła zaledwie preludium do właściwego występu. Dopiero teraz następowało to, co uczyniło ją sławną w całej Ameryce Południowej, we wszystkich teatrach, których loże – głębokie, ciemne i skryte częściowo za zasłonami – wypełniane były przez mężczyzn z wyższych sfer, przybyłych z całego świata. Na tę wyrafinowaną burleskę kobiety nie miały wstępu. Anita zdążyła nałożyć znowu ową krynolinę podszytą falbankami, którą nosiła, śpiewając przedtem na scenie brazylijskie piosenki, zrezygnowała jednak z szala. Suknia nie miała ramiączek, a pełne, bujne piersi, ściśnięte ciasnym gorsetem, wypchnięte były ku górze, prezentując się niemal w całej swej okazałości oczom wszystkich obecnych.

W tym oto stroju, podczas gdy spektakl trwał nadal, obchodziła wszystkie loże i tam, na życzenie, klękała przed mężczyzną, rozpinała mu spodnie, obejmowała penis upierścienioną dłonią i z niewiarygodnym wyrafinowaniem, wprawą i subtelnością, do czego niewiele kobiet jest zdolnych, poczynała ssać, przerywając dopiero, gdy mężczyzna był zaspokojony. Jej ręce były równie aktywne jak usta. Owa rozkoszna pieszczota doprowadzała każdego z mężczyzn niemal do szału. Zwinne dłonie Anity, zmienny rytm, ciągłe przejścia od szczelnego ucisku całego członka w dłoni do delikatnego muskania samego czubka, od energicznego ugniatania całego narządu do leciutkiego podrażniania owłosienia – i to wszystko w wykonaniu nadzwyczaj pięknej i zmysłowej kobiety, podczas gdy uwaga publiczności skierowana była na scenę; widok własnego członka wnikającego w jej wspaniałe usta, pomiędzy połyskliwe zęby, i falowanie jej piersi – oto co sprawiało mężczyznom szczytową rozkosz, za którą też płacili sowicie.

Jej obecność na scenie miała przygotować ich do tego, co działo się w lożach. Prowokowała ich ustami, oczami i biustem, a zaspokajanie ich w ciemnych, skrytych za zasłonami lożach, wysoko ponad widownią, z której dobiegała muzyka, stanowiło niezwykle pikantną formę rozrywki. Baron nieomal zakochał się w Anicie i pozostał z nią o wiele dłużej niż z jakąkolwiek inną kobietą. Ona również pokochała go i urodziła mu dwoje dzieci. Jednak po kilku latach Baron uznał znowu, że ma dość. Moc przyzwyczajenia okazała się zbyt silna; przyzwyczajenia do wolności i zmian.

Wyjechał do Rzymu i wynajął apartament w Grand Hotelu. Tak się złożyło, że apartament sąsiadował z pokojami zamieszkanymi przez ambasadora hiszpańskiego, jego żonę i dwie małe córeczki. Oni również dali się oczarować Baronowi, a żona ambasadora wręcz podziwiała go. Zaprzyjaźnili się, on zaś traktował tak wspaniale dziewczynki, które nudziły się w tym wielkim hotelu, że niebawem obie nabrały zwyczaju wstawać z samego rana i biec czym prędzej do Barona, aby budzić go, śmiejąc się przy tym i przekomarzając z nim. Taka zabawa była dla nich czymś nowym; wobec rodziców, ludzi bardziej poważnych, musiały zachowywać się statecznie.

Jedna z dziewczynek miała dziesięć lat, druga dwanaście, obie były śliczne, o dużych aksamitnych, czarnych oczach, długich, jedwabistych włosach i złocistej karnacji skóry. Nosiły krótkie, białe sukienki i krótkie, białe skarpetki. Każdego ranka wpadały z piskiem do sypialni Barona i – rozdokazywane – wskakiwały na jego duże łóżko. Tu należy wspomnieć, że penis Barona, podobnie jak u wielu innych mężczyzn, znajdował się o tej porze dnia w stanie szczególnego napięcia i wrażliwy był na najsłabsze nawet bodźce, Baron zaś nie miał czasu wstać i załagodzić tego stanu, choćby częściowo, przez oddanie moczu. Zanim przychodziło mu to do głowy, obie siostrzyczki przebiegały po błyszczącej podłodze i rzucały się na niego, a jednocześnie na jego nabrzmiały członek nakryty obszerną, błękitną kołdrą.

Dziewczynki nie robiły sobie nic z tego, że ich spódniczki powiewały przy tym wyżej, niż powinny, a smukłe nogi ocierały się raz po raz o twardy penis sterczący pod kołdrą. Wśród wybuchów śmiechu wskakiwały na niego, dosiadały go jak konia i ugniatały, zmuszały, aby kołysząc się całym ciałem, wprawił łóżko w ruch. Nie przestawały przy tym obcałowywać go, targać za włosy i szczebiotać, jak to zazwyczaj czynią dzieci, a podniecenie Barona, traktowanego w ten sposób, wzrastało coraz bardziej, osiągając granice wytrzymałości.

Kiedy jedna z nich leżała na nim na brzuchu, wystarczyło podrzucić ją kilkakrotnie, aby osiągnąć szczyt rozkoszy. Czynił to więc każdorazowo, niby dla żartu, jak gdyby chciał zepchnąć ją z łóżka, mawiając przy tym:
– Na pewno spadniesz, jeśli będę podrzucał cię w ten sposób.
– Nie spadnę – zapewniała, obejmując go z całych sił poprzez kołdrę, on zaś poruszał się, jakby chciał, aby spadła z łóżka. Śmiejąc się, podrzucał ją rytmicznie, ale ona przywierała doń całym ciałem – swymi smukłymi nogami, drobnymi majteczkami, wszystkim – ocierając się o niego, nie chciała bowiem przegrać. I tak Baron kontynuował igraszki, przerywane salwami śmiechu. Potem druga z dziewczynek przychodziła siostrze z pomocą, siadała na nim przed tamtą – i teraz, czując na sobie podwójny ciężar, zaczynał poruszać się jeszcze gwałtowniej. Penis, ukryty pod grubą kołdrą, wplątywał się raz po raz pomiędzy te smukłe nogi i właśnie wtedy doznawał orgazmu – tak intensywnego jak niemal nigdy przedtem – i dawał za wygraną, podczas gdy dziewczynki nie wiedziały nawet, czemu zawdzięczają swój triumf.

Kiedyś gdy obie wbiegły, aby rozpocząć igraszki, schował ręce pod kołdrę, a następnie uniósł ją do góry palcem wskazującym, zachęcając dziewczynki, aby schwytały palec. Ochoczo poczęły polować na palec, który znikał i pojawiał się w różnych miejscach, gotowe w każdej chwili pochwycić go i ścisnąć w dłoniach. Ale po kilku minutach tym, co łapały raz po raz, nie był już jego palec, lecz penis, a im usilniej próbował uwolnić go z ich zwinnych dłoni, tym mocniej zaciskały się na nim. Co jakiś czas zanurzał się całkowicie pod kołdrę, brał penis do ręki i raptownie wysuwał go na zewnątrz, aby dziewczynki znowu mogły go dotknąć.

Niekiedy udawał zwierzę, które chce zaatakować je i pogryźć – i nieraz był już całkiem blisko tych miejsc, których łaknął. Obie były tym zachwycone. Zabawę ze „zwierzem” wykorzystywały też do gry w chowanego: zwierzę miało wyskakiwać na nie znienacka z jakiegoś ukrycia. Baron chował się w szafie na dole i nakrywał ubraniami. Kiedy jedna z dziewczynek otwierała szafę, on zaglądał bez trudu pod jej sukienkę, chwytał i przygryzał delikatne uda. Siostrzyczki oddawały się owym igraszkom z takim zapałem, a zmagania przebiegały w takim zamęcie, że bardzo często ręka Barona sięgała wszędzie tam, gdzie miał na to ochotę.

W końcu Baron wyruszył dalej, ale jego akrobatyczne skoki z jednego majątku na drugi traciły na sile, w miarę jak pragnienia seksualne coraz bardziej odsuwały w cień żądzę pieniędzy i władzy. Wydawało się, że utracił już całkowicie kontrolę nad namiętnością do kobiet. Pozbywał się wszystkich swoich kolejnych żon, marzył bowiem, aby móc swobodnie oddać się poszukiwaniom wrażeń na całym świecie.

Pewnego dnia doszła go wieść, że owa brazylijska tancerka, którą niegdyś kochał, zmarła po przedawkowaniu opium. Jej dwie córki, jedna piętnastoletnia, druga o rok starsza, poprosiły ojca, aby zajął się nimi, tak więc sprowadził je do siebie. Mieszkał teraz w Nowym Jorku z nową żoną, z którą miał syna. Kobieta nie była zachwycona perspektywą przybycia córek męża; była zazdrosna o syna, który miał dopiero czternaście lat. Baron, znużony swym burzliwym życiem, marzył obecnie o spokojnym domu, wolnym od kłopotów i kłamstw. Miał żonę, którą raczej lubił, i trójkę dzieci. Możliwość spotkania z córkami zaintrygowała go, powitał je też z wylewną serdecznością. Jedna z nich była prawdziwą pięknością, druga w mniejszym stopniu, miała jednak w sobie coś ekscytującego. Podrastały, przypatrując się życiu matki, nie były więc nieśmiałe ani pruderyjne.

Uroda ojca wywarła na nich duże wrażenie, on zaś przypominał sobie igraszki, którym oddawał się z dwiema dziewczynkami w Rzymie – tyle tylko, że jego córki były nieco starsze od tamtych siostrzyczek, co dodawało szczególnej pikanterii. Obie miały spać w obszernym łożu. Potem, kiedy nadal rozprawiały o długiej podróży i ponownym spotkaniu z ojcem, do sypialni wszedł Baron, aby życzyć im dobrej nocy. Położył się obok nich, całując je czule. Odwzajemniły pocałunki, on jednak nie poprzestał na tym, lecz począł przesuwać dłońmi po ich ciałach, które czuł wyraźnie przez cienkie koszulki. Jego pieszczoty sprawiały im przyjemność. Baron powiedział:
– Jakie piękne jesteście, jedna i druga. Jestem z was taki dumny! Nie mogę pozwolić, abyście spały tu same. Upłynęło już tyle czasu, odkąd widziałem was ostatnio!
Objął je tak, jak na ojca przystało, przytulił czule, a kiedy położyły głowy na jego piersi, począł głaskać je opiekuńczym gestem, aż usnęły u jego boków. Ich młode ciała, z drobnymi, dopiero co uformowanymi piersiami, oddziaływały nań tak intensywnie, że nie mógł zasnąć. Pieścił je lekko, to jedną, to drugą, tak jakby nie chciał przeszkadzać im we śnie, ale niebawem owładnęła nim żądza tak przemożna, że zbudził jedną i posiadł ją siłą. Ten sam los spotkał potem drugą. Broniły się trochę i pochlipywały, ale mieszkając dawniej z matką, widziały już tak wiele, że nie stawiały teraz zbyt silnego oporu. Nie był to jednak typowy przypadek kazirodztwa, gdyż seksualna pasja Barona wzmagała się coraz bardziej, przybierając postać obsesji. Chwilowe zaspokojenie nie wystarczyło mu, nie ostudziło jego zmysłów, wręcz przeciwnie: podziałało jak środek podniecający. Wprost od córek udawał się odtąd do żony, aby posiąść i ją.

Bojąc się, że córki mogłyby uciec od niego, zaczął je szpiegować i właściwie uwięził w domu. Jego żona dowiedziała się o wszystkim i urządzała mu straszliwe sceny. Ale Baron zachowywał się teraz jak szaleniec. Przestał dbać o swój wygląd, stroje, maniery, majątek. Cały czas spędzał w domu, myśląc tylko o chwili, kiedy mógłby posiąść obie córki naraz. Nauczył je wszystkich możliwych pieszczot, przyzwyczaił do tego,aby całowały się na jego oczach, aż w końcu – podniecony – rzucał się na nie.

Wkrótce jego obsesja, wszystkie te ekscesy, stały się nawet dla nich zbyt uciążliwe. Jego żona porzuciła go. Pewnej nocy, kiedy wyszedł z sypialni córek, zaczął przechadzać się niespokojnie tam i z powrotem, nadal owładnięty żądzą, pragnieniami i fantazjami erotycznymi. Dziewczęta, wyczerpane, zapadły w sen, jego zaś nadal dręczyło pożądanie, pozbawiając resztek rozsądku. Otworzył drzwi do sypialni syna. Chłopiec spał spokojnie na wznak, z lekko rozchylonymi ustami. Baron, zafascynowany tym widokiem, wpatrywał się w niego przez chwilę. Jego sztywny członek dokuczał mu w dalszym ciągu. Przysunął do łóżka stołek, ukląkł na nim i przytknął penis do ust chłopca, który – wyrwany ze snu – począł się wyrywać. Zbudziły się również siostry. Szaleństwo ojca sprawiło, że rodzeństwo opuściło w końcu opętanego już do reszty i postarzałego Barona.