Druga część wciągającej trylogii o Grze w Alternatywną Rzeczywistość.


[buzz]HP ciągle ucieka. Minął ponad rok, od kiedy za sprawą tajemniczego telefonu komórkowego dał się wciągnąć w pasjonującą, choć makabryczną Grę, czego nieomal nie przypłacił życiem. Teraz ma z pozoru wszystko, czego chciał: pieniądze i wolność. Jednak nowy, wygodny styl życia zaczął go nudzić. Brakuje mu nowych ekscytujących wyzwań i adrenaliny.

Pewnego dnia w luksusowym hotelu w Dubaju poznaje piękną i bogatą Annę Argos, w której jest coś niepokojącego. Poza tym jej telefon wydaje się trochę podejrzany…

Tymczasem życie Rebecki Normen stało się z pozoru łatwiejsze – nie dręczą jej już upiory przeszłości, dostała awans na dowódcę jednostki w elitarnym zespole służb ochrony i właśnie ma się wprowadzić do swojego chłopaka.

Wszystko się zmienia, gdy dowiaduje się o forum internetowym, gdzie anonimowy policjant zamieszcza coraz bardziej przerażające opowieści z nią samą w roli głównej. Kiedy porusza temat jej i jej brata HP, Rebecca zaczyna zadawać sobie pytania: Co jest prawdą? Komu można ufać? Jak uchronić się przed niebezpieczeństwem, którego istnienia nie można dowieść?

RECENZJE:
„Anders de la Motte wciąga czytelnika w niepokojąco wiarygodną historię, oferując jednocześnie lekturę, od której nie można się oderwać. [geim] otrzymała nagrodę Szwedzkiej Akademii Pisarzy Kryminalnych, a [buzz] sprosta bez problemu wygórowanym oczekiwaniom. Po prostu rozkosz dla amatorów sensacji.”
Skanska Dagbladet (Szwecja)

W trylogii Andersa de la Motte o rodzeństwie Pettersson/Normén – drobnym cwaniaczku i kombinatorze Henriku (HP) i poukładanej policjantce Rebecce – nasze największe obawy związane ze światem wirtualnym stają się rzeczywistością.
skanskan.se

Anders de la Motte (ur. 1971) były oficer policji, a do niedawna dyrektor ds. bezpieczeństwa w jednej z największych na świecie firm z branży IT. Obecnie pracuje jako konsultant ds. bezpieczeństwa międzynarodowego. A jednocześnie jest najbardziej ekscytującym i nowatorskim autorem nowego pokolenia pisarzy kryminalnych w Szwecji.

Anders de la Motte
[buzz]
Wydawnictwo Czarna Owca
seria Czarna seria
Premiera: 17 kwietnia 2013


1 | Neverlands

Dwa szybkie skoki i był nad nią.
Nie zdążyła zareagować. Ściągnął ją z krzesła, przyparł do ściany, jedną ręką chwycił za szyję i uniósł tak, że jej stopy zawisły w powietrzu.
Brzęk porcelany, krzyki przerażonych gości. Ale on miał to w dupie. Hol był na siódmym piętrze, więc minęłyby ze trzy minuty, zanim ochrona by tam dotarła. Trzy minuty to więcej niż dość, żeby zrobić to, do czego jest się zmuszonym.
Krztusiła się, gorączkowo próbowała uwolnić się z jego ucisku, ale on przygniatał ją jeszcze mocniej. Czuł, jak jej opór słabnie. W ciągu kilku sekund kolor twarzy pokrytej ładnym makijażem zmienił się z buraczanego na szarobiały. Pasował teraz do jej jasnego, skromnego kostiumu.
Blond bizneswoman madafaka!
Jakby był z tych, co to dają się nabrać na tak proste przebranie.

Poluzował ucisk, żeby do jej mózgu dopłynęło więcej krwi, a drugą ręką zaczął po omacku szukać przedmiotu leżącego gdzieś na stole. Nagły, choć tylko w połowie udany kopniak w przyrodzenie trochę nim zachwiał, ale ponieważ facetka zgubiła but, uderzenie bez wsparcia marki Jimmy Choo okazało się mało skuteczne. Przerażenie w jej oczach sprawiło mu zajebistą satysfakcję.
– Jakim, kurwa, cudem mnie znaleźliście? – syknął, zbliżając do jej twarzy telefon. Błyszczący, srebrny, z ekranem dotykowym.
Nagle komórka ożyła. Odruchowo odsunął ją nieco od siebie i zaskoczony zobaczył na wyświetlaczu swoją facjatę – ognistoczerwoną, z ogromnymi wytrzeszczonymi gałami. Kamerka musiała być zamontowana po wewnętrznej stronie telefonu, bo kiedy ruszył ręką w lewo, na ekranie pojawiła się też blada twarz bizneswoman. Piękna i bestia w ja­kimś jebanym podkaście!
To wszystko było do reszty popieprzone!
Co on w ogóle robił?!
Miał przecież grać superbohatera, zbawcę świata. A tu co? Rzuca się na pannę?! Aż tak nisko upadł?
Ich spojrzenia ponownie się spotkały. Tym razem, widząc strach w jej oczach, poczuł w sobie pustkę.
Nie był sobą.
Nie był…
– Panie Andersen?
– Hmm…?! – HP poderwał się z fotela.
Przy jego stoliku stał niski mężczyzna w uniformie. Jego miękki głos był tak donośny, że zagłuszył szum holu w tle.
– Przepraszam, że panu przeszkadzam, ale nowy pokój jest gotowy – powiedział mężczyzna i pokazał papierowe etui z kartą magnetyczną. – Numer dziewięćset trzydzieści jeden, typ junior suite, pana bagaż już tam zabrano. Najmocniej przepraszamy za niedogodności związane ze zmianą pokoju. Mamy nadzieję, że będzie pan zadowolony z dalsze­go pobytu u nas.
Mężczyzna lekko się ukłonił i położył etui na stole.
– Czy życzy pan sobie jeszcze kawy?
– Nie, dziękuję – mruknął HP i popatrzył zaczerwienionymi oczami w stronę stołu przy oknie. Tak, kobieta wciąż tam siedziała, a przy jej filiżance z kawą leżał mały, posrebrzany, prostokątny przedmiot, na którego widok jego wyobraźnia całkowicie zwariowała.
Zamknął oczy, przejechał palcami po nosie i zrobił parę głębokich wdechów.

Właściwie co poza znajomym wyglądem telefonu przemawiało za tym, że mają go na celowniku?
Przy zameldowaniu pokazał kolejny ściemniony paszport, który – podobnie zresztą jak pozostałe – nawet w najmniejszym szczególe nie był powiązany z wcześniej używanymi fałszywkami. W dodatku HP trochę przytył, porządnie się zjarał na słońcu i zapuścił długą hipisowską brodę, która pasowała do jego jeszcze dłuższych piór. Po szwedzku nie gadał przynajmniej z rok, zwłaszcza po wyjeździe do Tajlandii. Prawdopodobieństwo, że ktoś mógł go zidentyfikować, było więc zajebiście małe, żeby nie powiedzieć – mikroskopijne. Tylko on jeden wiedział, gdzie można go znaleźć.
Jaki więc wniosek, Sherlocku?

To musiał być zbieg okoliczności. Prawie wszystkie smartfony są do siebie podobne, większość z nich powstaje w końcu w tych samych chińskich zakładach wyzysku. Poza tym nie pierwszy raz miał przeczucie, że wpadli na jego trop…
Zapomniał już, ile razy rzucał się w panice do tylnego wyjścia albo leciał na łeb na szyję po schodach przeciwpożarowych, żeby tylko uciec przed wymyślonym tropicielem.
Minęły miesiące od ostatecznej rozgrywki, ale jego walnięta mózgownica wciąż od czasu do czasu robiła sobie z niego jaja. Serwowała mu w samo południe zwidy z pozdrowieniami od szarych komórek z sekcji abstynenckiej.
Sytuację pogarszała bezsenność.
Właśnie udało mu się wykłócić o cichszy pokój, z dala od wind.
Ale wiedział, że nie na wiele się to zda…
Kobieta ani razu nie wzięła telefonu do ręki.

Sączyła spokojnie kawę zapatrzona w morze i chyba w ogóle nie zwróciła uwagi na HP. A była z niej niezła lacha, taka czterdziestka o przylizanych blond włosach, ściętych na krótkiego pazia. Marynarka, spodnie, pantofle na płaskim obcasie. Kiedy przyjrzał się lepiej, zobaczył, że jeden pantofel, swoją drogą na pewno zajebiście drogi, prawie zsunęła ze stopy. Zawisł na końcach palców, a ona – siedząc z nogą założoną na nogę – najwyraźniej nieświadomie nim kołysała.
Z jakiegoś powodu ten hipnotyczny ruch trochę go uspokoił.
HP zrobił głęboki wdech, po czym powoli wypuścił powietrze przez usta.
Całe jego wyśnione życie prawie niepostrzeżenie miało się zmienić.

Czternaście pieprzonych miesięcy na wygnaniu. O cztery więcej niż kiedyś w pierdlu. Oczywiście ten okres z różnych powodów był o wiele fajniejszy od tamtego. Mimo to HP nie pozbył się dziwnego uczucia niepokoju.
Najgorzej było nocą. Nieważne, czy mieszkał w słomianej chacie, schronisku, hotelu lotniskowym, czy apartamencie. Bezsenność nie brała pod uwagę jakości prześcieradła.
Na początku tournée zależało mu na skombinowaniu towarzystwa. Podczas różnych ogniskowych imprez zgarniał więc do hotelu chichoczące z byle czego panny, które na własną rękę bujały się po świecie i mogły nawijać bez przerwy przez całą noc.
Później, kiedy nie mógł już znieść bezsensownych pogaduszek w łóżku i kolejnych plażowych wersji Oh, baby, it’s a wild world, ograniczył się do oferty baru hotelowego.
Jednak od tamtej chwili minęło sporo czasu, a on z nikim nie miał bliskiego kontaktu.
Wynagradzał to sobie na haju, rozładowując lęki kompulsywną masturbacją nad zrytymi pornosami, których potrzebowało jego przytępione libido. Później brał parę kęsów wystygłego hotelowego żarcia, oglądał na podglądzie blockbustery na pirackich kopiach i zapadał w stan, który tylko trochę przypominał sen. W tej szarej mgle jego wyobraźnia puszczała się samopas w drogę i odwiedzała miejsca, o których wolałby zapomnieć.
Pozostało jedynie przyznać, że jego wyśnione życie powoli trafiał…

*

Szlag by to trafił!
Wprawdzie widziała te karabiny maszynowe, jeszcze zanim konwój się zatrzymał, ale zapach, który ją uderzył, był tak intensywny, że przez parę sekund całkowicie o nich zapomniała.
To była fala słodkawej, mdłej mieszanki: woni mydła, ścieków, rozkładu substancji organicznej, zwartej masy ludzkich ciał. Już wczoraj, kiedy badali trasę przejazdu, czuła ten smród. Ale dziś stał się ostrzejszy, bo zrobiło się o wiele cieplej.
Ludzie błyskawicznie okrążyli miejsce postoju. Setki wzburzonych osób napierały na taśmę odgradzającą, którą rozwinięto po to właśnie, żeby trzymać je w bezpiecznej odległości.
Żołnierze wymieniali między sobą nerwowe spojrzenia. Dreptali niepewnie tam i z powrotem po czerwonym żwirze, ściskając w rękach karabiny.

W sumie sześć automatów i tyle samo żołnierzy w źle leżących, przepoconych moro i wykrzywionych glanach. Ich szef, o wiele lepiej ubrany oficer w lustrzankach na nosie, machnął do Rebekki na znak, że można wychodzić. W kaburze przyczepionej do prawego uda miał służbową broń, co dawało razem siedem gnatów (jeśli nie liczyć spluw ochro­niarzy z konwoju).
Im bardziej zwlekała, tym gesty oficera stawały się gwałtowniejsze. Ale Rebecca nie zwracała na niego uwagi. Wciąż stała przy otwartych drzwiach. Prowadząca samochód Karolina Modin czekała z rękami na kierownicy. Silnik cały czas pracował.
Rebecca usłyszała trzask drzwi samochodu z tyłu i zerknęła szybko przez ramię. Göransson i Malmén szli w jej kierunku. Nic nie mówili, ale z wyrazu tej części ich twarzy, której nie zasłaniały matriksy, z łatwością mogła odczytać, co sądzą o całej sytuacji.
Tłum stawał się coraz głośniejszy i coraz mocniej napierał na taśmę, przez co te żałosne kije, na których ją zaczepiono, zaczęły się uginać. Do uszu Rebekki docierały pojedyncze angielskie słowa.
Help us. No food, no doctor.

Żołnierz, który stał w pobliżu, oblizywał nerwowo wargi i przesuwał palcem bezpiecznik.
Pstryk, pstryk.
Zabezpieczony – odbezpieczony.
Bezpiecznie – niebezpiecznie.
Poczuła łaskotanie spływającej po plecach kropelki potu.
Po chwili kolejnej.
– No, na co czekamy, Normén? – Wychudzony radca ambasady, Gladh, wydostał się z samochodu po drugiej stronie i pojawił się za jej plecami. – Prasa czeka, musimy się pospieszyć. Jesteśmy spóźnieni.
Wyciągnął rękę, żeby chwycić klamkę tylnych drzwi i wypuścić minister do spraw rozwoju międzynarodowego. Rebecca zareagowała momentalnie.
– Proszę nie ruszać! – syknęła, kładąc prawą dłoń na szybie.
Gladh położył rękę na klamce i przez kilka sekund stali naprzeciwko siebie, wymieniając się złośliwymi spojrzeniami. W końcu radca odsunął się i poprawił nerwowo krawat.
– Ile mamy tkwić w tym upale, Normén? – wystękał tak głośno, żeby minister mogła go usłyszeć. – Nie widzisz, że im dłużej zwlekamy, tym bardziej rozjuszeni są ci ludzie? Czekają na nas, na panią minister. Nie dociera to do ciebie?
Owszem, docierało, ale coś w tej całej sytuacji było nie tak.
Kiedy tu wczoraj przyjechali, mogli zaparkować pod samym biurem do spraw uchodźców, w którym zaplanowano spotkanie. A dziś musieli zatrzymać się dość daleko od budynku. Było to dziwne, ponieważ Rebecca widziała przy nim mnóstwo samochodów.

Dwustumetrowy spacer z minister wśród tłumu i z ochroną złożoną z sześciu spiętych żołnierzy nie wydawał się dobrym pomysłem.
I dlaczego jest ich tak niewielu?
Wczoraj roiło się tu od mundurowych, wokół było mnóstwo opancerzonych samochodów, nawet helikopter latał nad okolicą. Uchodźcy w większości powciskali się w swoje żałosne plastikowe namioty i nie mieli odwagi z nich wyjrzeć.
Dzisiaj sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.

– Come on, let’s go! All is good, all is good!7 – krzyczał oficer, machając nerwowo w ich stronę, żeby do niego podeszli. Jednocześnie kilku żołnierzy niezdarnie próbowało odpychać napierające na taśmę osoby. Rebecca wciąż się wahała. Krzyki ludzi stawały się coraz głośniejsze, ona jednak miała wrażenie, że ciągle słyszy ten metaliczny dźwięk bezpiecznika karabinu jednego z żołnierzy.

Prawie jak sekundnik, który odlicza czas.
Pstryk…
Pstryk…
Pstryk…
Odruchowo zbliżyła rękę do swojego pistoletu umieszczonego w kaburze przy pasie.
– Musimy iść – jęczał Gladh.
Rebecca wyczuła w jego głosie nagły strach.
Göransson i Malmén spojrzeli na siebie.
– Co masz zamiar zrobić, Normén?
Mieli rację. To ona musiała zdecydować.
Bezpiecznie?
Niebezpiecznie?
Podejmij decyzję, Normén!

Powinna oczywiście otworzyć drzwi i wypuścić minister. Nie mogła jednak pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. I to bardziej nie tak niż tylko wzburzona gawiedź, zamknięty dojazd i zeschizowany radca ambasady.
Jej dłoń zaczęła się kleić do rękojeści pistoletu.
Pstryk…
Pstryk…
Nagle zobaczyła. Mężczyzna, tam w tłumie, po prawej stronie. Z wyglądu był podobny do tych wszystkich drących się ciemnoskórych postaci. Miał długą białą koszulę, ciemne aladynki i kawałek szmaty owinięty wokół głowy. Mimo to czymś się wyróżniał.
Przede wszystkim był spokojny. Nie krzyczał, nie wymachiwał pięściami ani nie próbował zwrócić na siebie jej uwagi.
Przedzierał się powoli do przodu, między swoimi rozjuszonymi kumplami nieszczęśnikami. Był coraz bliżej.
W ręce trzymał jakiś przedmiot. Dopiero po kilku sekundach Rebecca zorientowała się, co to jest.
Plastikowa torba. Wyglądała na nową – jej żółta równiutka powierzchnia nie zdążyła wyblaknąć ani się ubrudzić.

Skąd się wzięła nowa i czysta reklamówka wśród tego przytłaczającego nieszczęścia? Lewą ręką przysłoniła oczy, próbując skupić wzrok. Obiekt to pojawiał się, to znikał. Ginął za lasem nóg, a czasem błyskał przez powstałą między nimi szparę. Jasnożółty, o gładkiej powierzchni, wyraźnie się odznaczający.
Przez chwilę wydawało jej się nawet, że pod plastikiem mignął jakiś ciemny przedmiot.
I wtedy podjęła decyzję!
– Załadunek! – ryknęła, obrzucając swoich kolegów szybkim spojrzeniem, żeby sprawdzić, czy zrozumieli rozkaz. – Natychmiastowy załadunek! Przerywamy! – krzyknęła do Malména, który jakby nie usłyszał jej w tym zgiełku.

Jej zastępca najpierw nie zareagował, ale po chwili skinął szybko głową i dał znak szoferowi z trzeciego samochodu, żeby wycofał i umożliwił im wyjazd.
– Co ty, do kurwy, robisz, Normén? – krzyknął radca, chwytając ją za prawe ramię.
Rebecca zwinnie uwolniła się z jego uścisku.
– Do samochodu, Gladh, jeśli nie chcesz tu zostać! – syknęła, dając znak Karolinie Modin, żeby przygotowywała się do odwrotu.
Gladh wciąż wrzeszczał jej do ucha, ale ona go nie słyszała.
Mężczyzna z torbą zniknął. Rebecca była jednak pewna, że jest gdzieś w tłumie, że przedziera się w ich kierunku.

Land cruiser stojący za nimi odjechał kilka metrów do tyłu. Obserwując tłum, uderzyła w dach samochodu na znak, żeby Modin też wycofała.
Samochody powoli zaczęły się toczyć po nierównym podjeździe.
Drzwi od strony pasażera wciąż były otwarte. Czekały na Rebeccę.
W chwili kiedy konwój zaczął się wycofywać, tłum ryknął. Taśma odgradzająca pękła pod jego naporem.
Żołnierz, który stał najbliżej, nie zdążył nawet podnieść broni. Wchłonęła go ludzka masa.

W ciągu kilku sekund ich samochód został otoczony. Dziesiątki rąk uderzały w maskę i przednią szybę, szarpały Rebeccę za ubranie i próbowały odciągnąć ją od drzwi samochodu.
W pewnym momencie Rebecca zachwiała się i prawie upadła.
Poczuła skok ciśnienia. Próbowała się uwolnić, ale atakowano ją z każdej strony.
Chciała sięgnąć do kabury pistoletu pod unieruchomionym prawym ramieniem. Wyjechała z lewego prostego w czyjąś twarz, z kolana przywaliła komuś w przyrodzenie, a z bani – w drącą się do jej ucha gębę, ale napastników było zbyt wielu. W każdej chwili mogła upaść i wtedy byłoby po wszystkim.
Nagłym zrywem samochód się cofnął. Otwarte drzwi skosiły tylu krzykaczy, że uwolniła prawe ramię i wyciągnęła pistolet.
Lufa w górę, spust w dół!

Broń zadrżała w jej ręku – najpierw raz, po chwili kilka razy. Złowrogi ryk tłumu zamienił się w krzyk przerażenia. W jednej chwili Rebecca była wolna. Ludzie stojący blisko niej próbowali uciekać i wpadali na tych, którzy wciąż napierali od tyłu. Krzyki mieszały się z odgłosami uderzających o siebie ciał. Gdzieś przed nią rozległy się strzały. Krótkie sal­wy, huk automatów najprawdopodobniej wymierzonych w tłum. Jedna kula jak wściekły trzmiel świsnęła kilkanaście centymetrów od jej głowy. Rebecca ledwo to zauważyła. Modin wcisnęła gaz do dechy. Buksujące koła wyrzuciły w powietrze masę żwiru i pyłu, który w jednej chwili zasłonił pole widzenia czerwoną mgłą.