Jasmin i Staszek obiecali sobie jeszcze w dzieciństwie, że kiedyś się pobiorą. Jako nastolatki zostali parą, a po ukończeniu szkoły średniej postanowili razem zamieszkać. Kilka dni później Staszek znika…


Małgorzata Warda - Jak oddechOpowieść o miłości i przyjaźni, która zmienia się w mroczną historię, gdzie wobec bezradności zostają tylko uczucia. Wszyscy szukają Staszka na swój własny sposób. Policja porusza się podrzuconym jej tropem: wstrząsającą fotografią chłopaka.

Rodzina Staszka szuka odpowiedzi w przeszłości i zdarzeniach mogących mieć wpływ na zniknięcie. Natomiast Jasmin dociera o wiele dalej niż do rozwikłania tajemnicy. Otwiera się przed nią świat, w którym wszystko jest możliwe, gdzie czas można dowolnie naginać, a miłość nie ma końca.

Małgorzata Warda – rzeźbiarka, pisarka, felietonistka, matka pięcioletniej dziewczynki i żona basisty zespołu Farba. Autorka siedmiu powieści, w tym „Ominąć Paryż”, „Nikt nie widział, nikt nie słyszał” i „Dziewczynka, która widziała zbyt wiele”. Mieszka w Gdyni, gdzie prowadzi warsztaty twórczego pisania i wspólnie z dwiema gdyńskimi artystkami współtworzy „Pamiętnik Ciała”.

Małgorzata Warda
Jak oddech
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Premiera: 2 kwietnia 2013


Prolog
Kiedy Alicja dzwoni do nas w środku nocy, mama od razu wie, że stało się coś niedobrego.
– Jasmin, zbieraj się! – rzuca, zapalając światło w moim pokoju.
Niemal półtorej godziny później nasze volvo zatrzymuje się na podjeździe w dzielnicy domów jednorodzinnych, gdzie Alicja i Staszek mieszkają od ponad dwóch lat – to jest rekord ich życia, jeśli chodzi o długość przebywania pod jednym adresem.
– Dobry Boże, co ten sukinsyn im zrobił?! – mamrocze mama, z hukiem zamykając za sobą drzwiczki.
Wbiega na schody ganku, wpatrzona w zerwaną firanę, która tylko częściowo zakrywa okno oranżerii.
– Alicjo! Staszku! Już jesteśmy! Otwórzcie!
W środku próbuje siostrze pomóc się spakować.
– Bierz tylko to, co najważniejsze! – komenderuje. – Po resztę przyjadę jutro.
– Nie ma mowy!
Podarta sukienka spada z ramion Alicji, a kiedy ciocia odwraca się do mnie profilem, zauważam czerwone waciki, które mama w pośpiechu powtykała jej do dziurek od nosa, żeby zatamować upływ krwi. Wszystko dzieje się tak szybko, że zapamiętuję głównie chude, roztrzęsione dłonie cioci, którymi – zamiast pakować – rozsypuje rzeczy.

Z rąk lecą jej kosmetyki. Niemal cały puder wysypuje się na podłogę. Otwiera torbę i zgarnia do niej to, co znajduje się w łazienkowej szafce.
– Wszystko trzeba zabrać dzisiaj… Cholera! Cholera!… Otwiera plastikową reklamówkę i do niej wrzuca ciuchy, które chwilę temu zdjęła z suszarki.
– Nie znasz go… Naprawdę go nie znasz… Nie wiesz, do czego jest zdolny…!
– A ty już wiesz, tak? – mama zaciska usta jak zawsze, kiedy chce się jej płakać. – Jasmin, pomóż się pakować Staszkowi! Pospieszcie się!
Cokolwiek się stało, rozegrało się na dole, w salonie. Na ścianie widzę rozbryzganą krew, na podłodze jest jej więcej. Spod komody wystaje ramka ze zdjęciem z pękniętą szybką. Rozbita doniczka, wokół rozsypana ziemia, przewrócony stół, zakrwawiona sofa. Sznur. Nóż. I porzucony na dywanie pistolet.

W samochodzie moją uwagę przykuwa bezwładne ramię Alicji.
– Musisz pojechać z tym do lekarza. – Mama, prowadząc samochód, patrzy na nią kątem oka.
– Och, Reni, zamknij się! Mam teraz większe zmartwienia na głowie… Tylko nie to! – Alicja zaciska palce na swoich włosach tak, że na pewno ją to boli. Jęczy, jakby ktoś znowu ją uderzył. – Błagam… Nasze konto! Ten dupek ma hasło do mojego konta! Pieprzony dupek ma hasło do mojego pieprzonego konta!!!
Ze złością uderza w deskę rozdzielczą, a mama uspokajająco kładzie dłoń na jej udzie.
– Nie denerwuj się. Zaraz znajdziemy jakieś miejsce z Wi-Fi i zrobisz przelew. Może jeszcze niczego nie ruszył…

Oddaję Staszkowi swój pokój, żeby mógł tam spać, póki Alicja nie znajdzie dla nich innego lokum.
– Jak się czujesz? – pytam, przystając w drzwiach.
– W porządku, mi nic się nie stało.
Na jego twarzy nie zauważam śladów przemocy. Moje spojrzenie w pośpiechu obiega dłonie, ramiona, szukam krwawych ran w jasnych włosach, ale tam też ich nie znajduję. Cokolwiek się więc stało w mieszkaniu męża Alicji, ciało jej syna zostało nienaruszone.
– Co on zrobił?
Moje pytanie wybucha jak zdetonowana bomba. Sekundę temu Staszek stał na środku pokoju zdystansowany i obojętny, a teraz nagle siada na łóżku i przyciska dłonie do uszu, zgięty wpół. Boli. Czuję, jak boli.
– Nie mogłem jej pomóc – odzywa się cicho. – Naprawdę nie mogłem.
– Wiem.
– Czas w takich momentach biegnie wolniej, Jasmin.
To zupełnie inny rodzaj czasu. Miliardy rzeczy dzieją się w jednej chwili, która innego razu mija jak pstryknięcie palcami. Ale kiedy dzieje się coś strasznego, ta chwila nie mija, tylko trwa całe wieki…

Alicja i mama są w kuchni. Głośno brzęczy lodówka, w czajniku podgrzewa się woda. Ciocia właśnie uniosła twarz w stronę lampy, podczas gdy mama przykłada lód do jej napuchniętego oka i perswaduje szeptem:
– Musisz pojechać na pogotowie, Ali. Potrzebujesz szwów na brwi. Poza tym to, co się stało, trzeba zgłosić policji. Nie możesz tak tego zostawić. To chory człowiek…
– Nigdzie nie będę tego zgłaszać!
Alicja syczy z bólu, kiedy mama dotyka jej lodem. Zaraz też cofa głowę i atakuje swoją przyjaciółkę:
– Cholera, nieco ostrożniej!
Wsuwam się do łóżka mamy w jej sypialni. Nie spałam tu od wielu lat. Ostatniego razu nawet nie pamiętam. Pewnie byłam wtedy mała i miałam jakiś zły sen. Kołdra ma zapach perfum, a poduszka – jej kremu do twarzy. Kiedy spoglądam przez okno, zauważam, że nad dzielnicą powoli wstaje blady świt.

Ściana za zagłówkiem sąsiaduje z kuchnią, więc słyszę część rozmowy. Alicja mówi stłumionym głosem, jakby w ustach trzymała papierosa:
– …Kiedy Staszek wrócił, on już na niego czekał. Miał pistolet, celował we mnie. Kazał mu usiąść pod oknem… Cała reszta rozegrała się na jego oczach… Na oczach mojego syna, Reni!…
Kiedy mama kładzie się koło mnie, obie nie możemy zasnąć.
– Śpisz, Jasmin? – pyta, więc otwieram oczy i wpatruję się w szary prostokąt okna.
– Nie – odpowiadam szeptem.
– Przeszłość zawsze wraca. Myślałam, że tamten zastępczy dom opuściłyśmy dawno temu, ale tak nie jest. On ciągle się za nami wlecze jak balon przytroczony do nogi. Nie ma znaczenia, gdzie pójdziemy i co zrobimy. Tamten dom ciągle jest tuż obok!

Z rana dzwoni do klientek, z którymi była poumawiana, i odwołuje spotkania.
– Pojedziemy do naszego letniego domku. – Informuje nas przy śniadaniu, które przebiega w napiętej, cichej atmosferze. – Nie byliśmy tam od lat!
Widzę, jaka jest zdenerwowana. Sztucznie wychodzi klaśnięcie w ręce, które ma wzbudzić w nas entuzjazm:
– To świetny plan! Po prostu po śniadaniu trzeba się spakować i ruszamy w drogę!
Dochodzi jedenasta, kiedy pokonujemy trasę do nadmorskiej wsi. Cisza wisi w samochodzie jak duszna zasłona i zrobiłabym wszystko, żeby tylko ją przerwać. Pod powiekami mam migawki naszych innych wspólnych wyjazdów. Towarzyszyło im głośno nastawione radio, nasze matki śpiewały na całe gardła, papieros spalał się w chudych palcach Alicji, jej piegowaty łokieć zawsze był wypchnięty za okno, a duże ciemne okulary w stylu Jackie Kennedy osłaniały oczy mojej mamy. My siedzieliśmy z tyłu, rozbawieni ich zachowaniem. Kiedy nie patrzyły, ocieraliśmy się o siebie kolanami, udami…

Mama wrzuca do odtwarzacza swoją ulubioną płytę, na której jest nagranie Beyoncé z zespołem Destiny’s Child Emotions, i zaczyna głośno śpiewać razem z wokalistkami:
W słowach o złamanym sercu
jest wzruszenie, które mnie porywa.
Łapie mnie smutek, gubię się…

Alicja, która przez większość drogi siedzi nieruchomo z głową podpartą na dłoni, zapatrzona w pejzaż, teraz mierzy ją napiętym, pełnym niedowierzania wzrokiem. Poddaję się wrażeniu, że jeśli mama nie przestanie śpiewać, stanie się coś strasznego, nastąpi jakiś wielki wybuch. Ale ona ignoruje przyjaciółkę i śpiewa dalej, jakby chciała nas wszystkich sprowokować do jakiejś reakcji:
…Czy nie wiesz, że na świecie nie został nikt
By przytulić mnie tej nocy?
Czy nie wiesz, że na świecie nie został nikt,
by pocałować mnie na dobranoc.
Dobranoc, dobranoc…*

Jej głos łagodnieje jak za czasów, gdy byłam mała i siadała na moim łóżku, żeby zaśpiewać mi przed snem.
– Zatrzymaj! – Alicja szarpie za klamkę.
Mama natychmiast z piskiem kół zjeżdża na wąskie piaszczyste pobocze, co powoduje, że jakiś samochód mija nas, trąbiąc. Kiedy stajemy, ciocia wybiega na zewnątrz i staje kilka kroków dalej, pochylona jak do wymiotów, z rękoma opartymi na udach. Staszek sięga do klamki, ale mama nakazuje mu, żeby został w samochodzie, i sama idzie do Ali. Idzie do niej po zielonej trawie pełnej czerwonych maków.
* In the words of a broken heart
It’s just emotion that’s taken me over
Caught up in sorrow, lost in my soul
(…) Don’t ’cha know there’s nobody left in this world
To kiss goodnight
Goodnight, goodnight

– Musisz to z siebie wyrzucić, skarbie! – prosi, kładąc jej rękę na ramieniu.
Alicja spycha jej dłoń i robi jeszcze kilka kroków w głąb łąki, ale mama z uporem posuwa się za nią.
– No, dalej, kochanie!
– Zostaw mnie! Idź sobie!
Mimo że mama kazała nam zostać w środku, wychodzimy z auta. Dopiero teraz czujemy, jak jest gorąco. Powietrze dosłownie stoi w miejscu. Opieramy się o rozgrzany samochód i obserwujemy nasze matki krzyczące do siebie.
– Mamo! – wołam w końcu, na co ona gestem powstrzymuje mnie przed podejściem do nich.
– Krzycz! – zwraca się do Alicji. – Wyrzuć to z siebie!
Gorący wiatr szarpie rudymi włosami cioci, rozwiewa jej długą indyjską sukienkę. Chudą piegowatą ręką przytrzymuje włosy, żeby nie wpadały jej na twarz, i krzyczy do mojej mamy ochryple, z nutą histerii:
– Zostaw mnie! Idź do diabła! – Ostrzegawczo celuje w nią palcem.
Ale ona znowu się do niej przybliża. Perswaduje błagalnie:
– Kochanie, musisz to z siebie wyrzucić…
I ciocia zaczyna krzyczeć, a potem wrzeszczeć. Padają takie słowa jak: „Nienawidzę cię!” oraz „Mam dość! Zostaw mnie! Zostawcie mnie wszyscy! Nienawidzę was! Nienawidzę!!!”. Dopiero, kiedy mama na siłę przyciąga ją do siebie, Alicja wybucha płaczem kompletnie załamana. Nagle zamiast krzyczeć, szlocha: rozpaczliwie, histerycznie. Płacz wyczerpuje ją. Obejmuje moją mamę i obie siadają na trawie, wciąż ciasno się do siebie tuląc.

Kilka dni później, wieczorem, podczas gdy one piją piwo na werandzie letniego drewnianego domku, Staszek i ja kierujemy się na niemal pustą plażę i siadamy na piasku, który wciąż jest jeszcze ciepły po słonecznym dniu. Ubrani w jasne rzeczy i z poskręcanymi przez wiatr włosami pewnie wyglądamy jak dwoje turystów – nikt nie pomyślałby, z jakiego powodu się tu znaleźliśmy. Linia wody jest niewyraźna, rozpoznaję ją po brzmieniu fal nacierających na brzeg. Nie widzę dobrze twarzy mojego przyjaciela, tylko zarys jego białej koszulki, błysk oczu.

– Obiecaj mi coś – proszę. Myślę o sznurze, który widziałam w ich salonie. Wciąż mam przed oczami nóż i tamtą broń. – Obiecaj, że gdyby coś ci się stało… No, wiesz, gdybyś na przykład zginął albo coś…
W ciszy słyszę jego oddech i moje bicie serca. Oblizuję zaschnięte usta i szepczę dalej:
– Gdybyś kiedyś umarł, a ja wciąż bym żyła… Obiecaj, że przyjdziesz do mnie, że dasz mi jakiś znak. Żebym wiedziała, że wciąż jesteś.