Książka Roku 2023 w Ukrainie. Eugenia Kuzniecowa – świeży, zaskakujący głos literatury ukraińskiej – z pazurem opowiada o zagmatwanych relacjach rodzinnych, nieoczywistych emocjach i życiu w cieniu wojny. Brawurowa opowieść o (nie)udanej ucieczce i (nie)spodziewanym powrocie.


„Drabina” to pełna humoru, urzekająca, wielowarstwowa opowieść o sile rodzinnych więzi, niespodziewanej miłości i o tym, że największe niespodzianki sprawiamy sami sobie.

Eugenia Kuzniecowa to świeży, zaskakujący głos literatury ukraińskiej. Pisarka życie dzieli między ojczyznę, a Hiszpanię (gdzie pracuje na uniwersytecie i wraz z mężem wychowuje dzieci). Jej nowa powieść o próbie ucieczki przed rodziną, wojną i własnym niedostosowaniem wyrasta z życia na dwóch krańcach Europy.

Introwertyczny Tolik zawsze marzył o własnym domu w Hiszpanii. Kiedy jego marzenie się spełniło i usiadł w wygodnym fotelu, w Ukrainie wybuchła wojna. U progu pojawiła się matka z jego siostrą i jej przyjaciółką, wujem, cioteczną babką, dwoma kotami i hałaśliwym psem. Wyśniona oaza spokoju do złudzenia zaczęła przypominać jego dom rodzinny nieopodal Winnicy.

W fontannie, na tonie nawozu, cioteczna babka posadziła pomidory, wujek uzależnił się od flippera, matka nie przestaje dopytywać o narzeczoną. A Tolik, by nie oszaleć, wchodzi do swojego pokoju przez balkon, po drabinie. Taka sytuacja nie może trwać wiecznie…

Eugenia Kuzniecowa
Drabina
Przekład: Iwona Boruszkowska
Wydawnictwo Znak
Premiera: 14 lutego 2024
 
 

BAGAŻ PRZESZŁOŚCI

– Gdyby tu chociaż dwie kurki – westchnęła Hryhoriwna, wyglądając przez kuchenne okno na dwór. Na zewnątrz rosło grube drzewo oliwne i stał wyłożony kafelkami stolik.
Hryhoriwna, krzepka, wyrazista kobieta w średnim wieku, z dużymi ambicjami, przez całe życie pracowała jako artystka estradowa w sanatoriach, na statkach i na imprezach towarzyskich, lecz kiedy została wyparta przez młodszą konkurencję, zapłonęła uczuciem do ogrodnictwa, kur i królików. Nie porzuciwszy miłości do lureksu, koronek i blond loków, zabijała króliki gołymi rękami i dogłębnie badała kwestię kurzej produktywności.
– Dokąd oni, do cholery, zmierzają, nie powiesz mi? – zapytał Tolik.
Tolik robił trzecią kawę tego ranka. Siniaki pod jego oczami zrobiły się błękitne jak morze. W nocy matka pukała do jego drzwi i kazała mu iść spać, jakby znowu miał trzynaście lat. Tolik był głuchy na te polecenia, ale kupił cichą klawiaturę i nauczył się pisać bez żadnego odgłosu.
„Mam już czterdziestkę, a wciąż chowam się przed matką”, myślał nocami Tolik, bojąc się poruszyć krzesłem, by szmer kółek nikogo nie obudził. Poranki były pełne napięcia, bo mama uwielbiała wychowywać Tolika, a Hryhoriwna i Anatolij Stiepanowycz chętnie do niej dołączali.
– Znałem pewną kobietę – zaczął Anatolij Stiepanowycz – miała jedną kurę. Zgadnijcie, skąd była?
– Zza płotu – powiedziała mama.
– Ot co! Co ci te dwie kurki dadzą? Jaki z nich pożytek?
– Od czasu do czasu to i jajko zniosą – powiedziała Hryhoriwna. – Zobacz, jakie jest małe.
Tolik z przerażeniem patrzył na swe muskularne, blade dłonie, szczupłe kolana i wyraziste kości policzkowe. Wydawało się, że kawa przelewa się w jego ciemnych oczach jak po dnie kubka.
– A potem to gdzie je zabierzesz? – próbował przemówić Hryhoriwnie do rozsądku. – Czy będziemy szukać opiekunów? A może zamieszkają ze mną do emerytury?
– Tola, Tola – zawołał Anatolij Stiepanowycz do swojego siostrzeńca – zupełnie się odkleiłeś od rzeczywistości. Potem Hryhoriwna je zabije.
– Boże! – Tolik przewrócił oczami i jednym łykiem dopił kawę.
– Chociaż znałem jedną kobietę… Zgadnijcie skąd była? – zapytał Anatolij Stiepanowycz.
– Domyślam się – powiedziała mama. – No i co z nią?
– Wcale nie – odpowiedział Anatolij Stiepanowycz. – Ona była nasza, ale z tych, które przytulają się do drzew.
– W imię ratowania przyrody? – zapytał Tolik.
– Nie wiem dlaczego, ale jej kury umarły śmiercią naturalną. Nie miałem pojęcia, że kurczaki mogą się starzeć, a jej utykały ze starości. Wiesz – szepnął Anatolij Stiepanowycz – te kury miały nawet zmarszczki wokół oczu! A potem po kolei chowała je za domem.
– A moich – westchnęła Hryhoriwna – nikt nie pochowa.
Kury Hryhoriwny zostały pod Charkowem. Być może ogłuchły od artylerii i zginęły, może zostały zjedzone przez rodowitych Moskali i przedstawicieli mniejszych, prowincjonalnych miast rosyjskich, a może zdziczały, wyrosły im grube zamaszyste skrzydła i poleciały do ciepłych krajów, gdzie nie ma zimy.
– Czytałem – powiedział Tolik – że świnia hodowlana na wolności już w drugim roku obrasta szorstką sierścią i zaczyna chrząkać jak dzik.
– Mało prawdopodobne, aby moim kurom wyrosła sierść – odparła Hryhoriwna.
W tym domu i w takim składzie minęły im już dwa tygodnie, a Tolik mimo woli został głową i sponsorem dużej rodziny: wuja Anatolija Stiepanowycza, matki z cioteczną babką Hryhoriwną, siostry w pakiecie z przyjaciółką, a do tego jeszcze dwóch kotów i psa. W najstraszniejszym koszmarze Tolik nie mógł doświadczyć tak okropnej życiowej kombinacji.
Wuja Anatolija Stiepanowycza od najmłodszych lat był w stanie tolerować tylko w ważne święta, a i nawet wtedy krótko. Przebywanie z innymi ludźmi przez długi czas stawało się dla Tolika na ogół trudne.
– Pewnego dnia wojna się skończy – powiedział Anatolij Stiepanowycz, zbliżając się do kuchennych drzwi. – Gdybym miał dwie nogi, poszedłbym do wojska.
– Nie jestem pewien, Stiepanowyczu, czy na coś byś się przydał nawet z dwiema nogami – rzekła Hryhoriwna. – Jesteś osobą o analitycznym sposobie myślenia.
Analizy wujka coraz częściej sprowadzały się jednak do przekleństw, jakby obudziła się w nim jego babcia, do której – mimo że mieszkał z nią tylko do siódmego roku życia – z wiekiem się upodabniał, jakby zmartwychwstała. Anatolij Stiepanowycz musiał rozstać się z nogą, gdy tylko zmarła jego żona. Bardzo za nią (nogą) tęsknił, bo po śmierci żony mógłby „wreszcie zacząć żyć”.
– Nie znasz mnie dobrze, Tola – powiedział do siostrzeńca. – Może obłożyłbym się dynamitem, wdarł do nich i wysadził w powietrze.
– Już widzę, jak się wdzierasz obwiązany dynamitem – powątpiewała Hryhoriwna.
Marzenie o kurczakach jeszcze nie zniknęło z jej twarzy. Wyobrażała je sobie na podwórku, jak radośnie grzebią i nie niepokojone wyłapują z palmowych zarośli miejscowe jaszczurki, tłuste dżdżownice i ślimaki. A te poddają się bez oporu. Wyobrażała sobie też, jak odziana w swoją lureksową sukienkę zbiera jajka, mówiąc: „Patrz, Toliczka, masz jajko na śniadanie!”.
– Wiesz – powiedział wieczorem Tolik do siostry na korytarzu, kiedy już wszyscy kładli się spać – obwiązałbym się dynamitem, żeby tylko było po wszystkim i żeby zabrać więcej tych suk ze sobą.
– Aha, odłóż to na później – odpowiedziała Irusia, ziewając. – Po co my tu będziemy mieszkać?
Irusia była wściekła, ale spokojna, zabrała ze sobą równie złą i pozbawioną nadziei dziewczynę: czarnobrewę, ciemnoskórą i mocną w nogach.
– No, nie będziemy tu z tobą wiecznie – dodała Irusia. – Albo umrze pan, albo zdechnie osioł.
Tolik wyobraził sobie siebie w roli osła i nie chciał umierać. Jako nieoczekiwany patriarcha rodziny, zdając sobie sprawę z niespodziewanej i bolesnej odpowiedzialności za całą grupę ludzi, zaczął nawet dbać o zdrowie, biegając każdego ranka sześć kilometrów – w dół do drogi, między gajami oliwnymi, i z powrotem wzdłuż winnicy. Bieganie dawało mu możliwość bycia sam na sam ze sobą. Poza tym gdy pracował, mama co jakiś czas pukała do drzwi i przynosiła a to kawę, a to kanapkę, to ciasto, placki czy gołąbka – i to wszystko, nie licząc obiadu. Tolik zauważył, że traci formę maratończyka. „Roztycie się w czasie wojny – pomyślał – jest po prostu haniebne”.
Za każdym razem, gdy o szóstej rano wybiegał z domu, towarzyszyło mu oceniające spojrzenie Anatolija Stiepanowycza. O tej porze siedział już w kuchni z Hryhoriwną. Anatolij Stiepanowycz specjalizował się w uprawie roślin – podjeżdżał do parapetu i pielęnował ogórki, pomidory, pietruszkę, czosnek. Wszystkie pojemniki były takie same, o równych krawędziach. Nie interesowała go chyba tylko botwinka i sałaty. Kiedy Tolik wybiegał, Anatolij Stepanowycz podnosił wzrok i oznajmiał Hryhoriwnie: „Pobiegł”.
– No to niech biegnie – mówiła bezlitośnie Hryhoriwna.
– To nie jest dobre dla kolan – stwierdzała mama.
Próbowała już powstrzymać biegowe szaleństwo Tolika, załamując ręce i strasząc go artretyzmem. Hryhoriwna też tego nie lubiła – jako dyżurna w kuchni żałowała każdej zmarnowanej kalorii, więc zasępiona patrzyła na Tolika wybiegającego z bramy i wyobrażała sobie, jak bardzo będzie zmęczony, kiedy wbiegnie z powrotem na górę.
– Dziecko nie będzie miało sił – mówiła z żalem, zagniatając ciasto.
Dziś miały być pierogi na parze. Ogromne jak dłoń Anatolija Stiepanowycza.
– Moja matka, Panie świeć nad jej duszą, była z Łochwicy – wspominała Hryhoriwna – i jak robiła pierogi, to takie, że nie można było zjeść dwóch!
Tolik czasem myślał, że to wszystko przypomina jakieś rekolekcje, na których każdy z uczestników proszony jest na wejściu o pozostawienie swojego dotychczasowego życia. Właściwie to wszyscy powinni przyjąć nowe nazwiska i pozbyć się ciężaru wyobrażeń o sobie nawzajem. Tymczasem Tolik miał zbyt wiele przyjętych z góry założeń o niemal wszystkich w tym domu.
Na przykład Anatolij Stiepanowycz, w koszuli rozpiętej na owłosionej spoconej klatce piersiowej, wciąż z obiema nogami, bierze go małego na ręce i, śmiejąc się, mówi: „Chcesz, pokażę ci, jak konie gryzą”. A jego żołądek jednocześnie trzęsie się i przewraca pod żebrami Tolika. Anatolij Stiepanowycz był dumny, że mały Tolik dostał po nim imię, ponieważ sam nie miał dzieci, a Tolik przez to bał się go jeszcze bardziej.
W słońcu patrzył na puch na swojej klatce piersiowej i się zastanawiał, czy będzie dokładnie taki jak jego wujek: włochaty niczym woskowy model jaskiniowca w miejscowym muzeum historycznym. Za każdym razem podczas szkolnych wycieczek, gdy Tolik spoglądał ze strachem w górę, za przerażającym wypchanym orłem o dwumetrowej rozpiętości skrzydeł dostrzegał jaskiniowca. Wyglądał dokładnie jak Anatolij Stiepanowycz, tylko był chudszy.
Tolik, już jako dorosły, miał inny typ urody: długonogi, o kobiecych, zbyt regularnych rysach twarzy, jasnych, prostych włosach i głębokich, smutnych oczach, nierobiących nic poza patrzeniem w ekrany, które za życia Tolika stawały się coraz lepsze i droższe. Do twardo stąpającego po ziemi Anatolija Stiepanowycza, który miał ochrypły głos, wąskie oczy i zmierzwione loczki na całym ciele, był podobny tylko z imienia.
Matka nie zostawiła za sobą swej wiecznie przerażonej miny. Ale jeszcze gorsze było to, że nie zostawiła za drzwiami Zusi i Drusi.
Zusia była szarobura, matowa, z mordką ciągle wykrzywioną, z rozdartym uchem i przygnębioną miną. A Drusia, wręcz przeciwnie, była schludną, błyszczącą, całkowicie czarną kotką. Drusia była teściową Zusi. Czyli Zusia była synową Drusi.
– Mamo – powiedział Tolik – nawet jeśli chodzi o ludzi, to nie wiem, kto jest kim, a ty mówisz mi o kocich związkach rodzinnych.
– Tola – wtrąciła się jego siostra Irusia – co w tym takiego skomplikowanego? Cóż, jasne, zwiałeś do tej swojej Hiszpanii i nie śledziłeś kocich losów tak jak kiedyś, ale Zusia i Drusia pozostały ostatnimi spadkobierczyniami naszej wielkiej kociej rodziny, która zaczęła się od Matyldy i najwyraźniej skończy na Zusi.
Irusia też nie zostawiła za sobą ani pouczającego tonu starszej siostry, ani wyniosłego stosunku do młodszego brata, jakby nadal chodził wściekły, bo usłyszał traktor trzy kilometry dalej.
Wzmianka o Matyldzie, założycielce kociego rodu, rozgrzała Tolika. Oto wchodzi do jego łóżka przez otwarte okno od strony sadu, gdzie ciemnymi plamami kładą się grusze. Matylda nauczyła go nie bać się nocnych potworów, bo pojawiała się znikąd na parapecie – szara jak cień, z białą plamą na piersi. Ale Zusia i Drusia w żaden sposób jej nie przypominały. Wygrzane w słońcu, skulone od upału i kociego stresu podczas wielokilometrowej drogi, synowa z teściową leżały apatycznie pod drzewem i ochryple prosiły o jedzenie. Mało tego, gdy tylko Zusia zamiauczała, teściowa ją biła, a synowa miauczała dalej.
– Drusia miała syna, a Zusia miała z tym synem kocięta; jedno z nich mieszka teraz z Lubą – wyjaśniła spokojnie matka.
– Gdzie jest Luba? – zapytał Tolik.
– W Szwajcarii.
Teraz połowa ulicy była jeśli nie w Szwajcarii, to w Szwecji, a nawet w Szkocji. A może mama po prostu myliła te nazwy i wskazywała losowo kraj na „sz” za każdym razem, gdy Tolik pytał o miejsce pobytu któregoś ze znajomych. Teraz przypomniał sobie Lubę – swoją pierwszą miłość, starszą o osiem lat dziewczynę, która mieszkała na tej samej ulicy i obudziła w Tolikowym sercu nieznane wówczas uczucia. A kiedy mama pokazała mu na ekranie telefonu silną kobietę o ustach pomalowanych jaskrawą szminką na tle niekończących się szwajcarskich (czy szwedzkich) trawników, szybko odwrócił oczy, żeby nie dostały się tam – w miejsce ciemnej, łagodnej Luby w krótkich spodenkach przerobionych z długich – te szkockie (czy szwajcarskie) trawniki, ta czerwona szminka, ta biuściasta kobieta.
Tolik słabo pamiętał Hryhoriwnę z dzieciństwa, poza jej torebką z nadrukiem w panterkę w środku, skąd wyjmowała kinderki i perfumy; poza jej figlarnością i ekstrawagancją, które przywoziła ze sobą do domu z wycieczek; oprócz wreszcie jej śmiania się z matką w kuchni i żądań, by Tolik zamknął za sobą drzwi, bo rozmowa nie jest dla dzieci. Po zejściu ze sceny Hryhoriwna sadziła na parapetach sadzonki awokado, pokochała techniki urządzania wnętrz zgodnie z zasadami feng shui, poznała energię doniczek, hodowanych kurczaków i królików. Wszystkie te przyzwyczajenia, łącznie z ciemnoczerwonym nissanem micrą, doniczkami, królikami i feng shui, musiała porzucić. Z ekscentrycznych rzeczy Hryhoriwna przywiozła kilka szat, zapas czerwonego lakieru do paznokci i Władika.
Władik był yorkshire terrierem. Nosił spinkę na głowie, nie miał kilku zębów, ssał brodę przy jedzeniu i ciągle szczekał na Zusię i Drusię, mimo że teściowa i synowa udawały, iż Władik nie istnieje. Ten zaś tak szczekał i ślinił się, że się wydawało, iż zaraz padnie i umrze ze stresu.
Hryhoriwna czuła się trochę nieswojo, że Władik został nazwany na cześć Władika Pielsza, rosyjskiego prezentera programu Zgadnij melodię. Kiedyś w młodości Hryhoriwna go podziwiała, ale teraz, podobnie jak reszcie po tej drugiej stronie, życzyła śmierci. Piętno imienia Władik nosił już szesnaście lat. I chociaż dla wszystkich był Władikiem, pewne podobieństwo do Pielsza istniało.
Jedynie Polina nie przywiozła ze sobą bagażu przeszłości. Tylko swoje bezdenne ciemne oczy i pudełko antydepresantów.

DOM

Dom kupił Tolik dla siebie. Gabinet, piwnica, w której miał być flipper, sypialnia z plazmą i PlayStation, biblioteka komiksów na całej ścianie, łazienka z żarówkami sterowanymi pilotem pod sufitem, taras z fotelem i girlandą z lampionów solarnych, żółtymi poduszkami i dywanem w abstrakcyjne wzory… To wszystko wyobrażał sobie Tolik, gdy szukał domu z potencjałem. Domu, w którym nikt nie narzuci mu, co i jak ma robić; w którym nie będzie brał pod uwagę niczyich interesów, nie będzie dzielił z siostrą pokoju przegrodzonego wybranym przez nią parawanem w japońską różową sakurę. Domu, w którym nie uświadczy się piętrowych łóżek z kolegami z roku, przykrytych prześcieradłami i kochających się ze swoimi dziewczynami; wspólnych patelni i garnków, ale będzie blender do koktajli, który rycząc na cały dom, skruszy lód do smoothies. Nie spotka się też brodatych tureckich studentów, roznoszących ostry zapach wody kolońskiej i żelu do włosów, czy spragnionych miłosnych przygód koleżanek; nie natrafi się tam na wspólny salon z jednym na pięć osób telewizorem, w którym turecka reprezentacja będzie ciągle rozgrywała swoje nieciekawe mecze albo w tle będzie lecieć Teoria wielkiego podrywu czy Biuro. Nie zobaczy się też sąsiada niebędącego studentem – smutnego Raula o bezdennych oczach, a tym samym zabraknie bezmiernie smutnego heavy death metalu, wciąż puszczanego albo głośno, albo w słuchawkach. Tolik słyszał tę muzykę zarówno na ulicy, jak i w łazience, a gdy zanurzał głowę w morzu – nawet tam ryby zdawały się otwierać pyski w rytm death metalu.
A co najważniejsze, budynek znajdował się cztery tysiące kilometrów od domu, dlatego mama nie przyniesie mu kubełka wiśni, nie każe biec na bazar po morele na dżem, a nawet nie da Tolikowi koca z jeleniami, który dawniej mu podtykała. Niech zabierze go Irusia. Razem z serwisem, na którym były nagie kobiety wachlujące się pod greckimi oliwkami. A w urodziny Tolik nie zaprosi całej rodziny, która jednym głosem będzie pytała, czy planuje się żenić i czy ma dziewczynę.
Tolik tak często wyobrażał sobie swoje królestwo z inteligentnymi żarówkami, ekspresami do kawy i grami, że marzenie o domu stało się jego idée fixe. Kiedy w końcu pojawiła się wystarczająca ilość pieniędzy, Tolik rozpoczął poszukiwania. Wsiadał do samochodu, objeżdżał wszystkie dzielnice, rozmawiał z dziesiątkami pośredników w handlu nieruchomościami, zaprenumerował setki biuletynów, szukając domu z potencjałem. Nie chciał gotowego, bo taki nie istniał. Tolik szukał więc czegoś, co zamieniłoby się w jego wymarzony dom. A sam proces odrodzenia, przemiany cudzej chaty we własne królestwo, powinien być osobną przyjemnością.
W lutym Tolik podpisał umowę kupna-sprzedaży czegoś niewielkiego, z potencjałem, sekretnymi pomieszczeniami, piwnicą (Tolik kupił wcześniej flipper, ale zostawił go w garażu Raula) i zapewnieniem słodkiego indywidualizmu, przeplatanego hedonizmem i dziecinnością.
Trzy dni po tym jak Tolik otworzył dom własnymi kluczami, usiadł na starej sofie pokrytej wyhaftowanym złotą nicią gobelinem, wśród poduszek z zielonymi frędzlami, i spojrzał na sielski pejzaż z końmi wiszący na ścianie, zaczęła się wojna. A już piątego dnia odbierał z granicy matkę, siostrę, wujka, Hryhoriwnę i Polinę.
– Tola, jak u ciebie pięknie! – powiedziała Hryhoriwna, wchodząc do korytarza.
Korytarz, pokryty pasiastą tapetą, obwieszony był haftowanymi wyszywankami. Właścicielka domu z potencjałem była ich miłośniczką. Zawisły one na wszystkich ścianach: w korytarzu, sypialniach, salonie, w kuchni, w łazience oraz w toalecie na parterze. Wzdłuż schodów na piętro można było zobaczyć wyhaftowane imiona prawdopodobnie wszystkich wnuków lub prawnuków zmarłej: Paul, Maricarmen, Maria, Carla, Marisabel, Mariavictoria, Carmen. Wyglądało na to, że Paul był jej jedynym wnukiem. Litery imion skręcały się w fantazyjne wzory, pokryte kwiatami, oliwkami i kotkami. W niszach wzdłuż schodów wisiały krucyfiksy i małe Jezuski, oświetlone elektrycznymi świecami – takimi, jakie zapala się za pięćdziesiąt centów w katolickich kościołach. Na drugim piętrze na końcu korytarza stała Matka Boska, a obok niej egipski czarny kot. W jakiś sposób byli do siebie podobni.
W Tolikowej sypialni, dokładnie tam, gdzie powinien znajdować się projektor, na całej ścianie wisiała Ostatnia wieczerza – Jezus z uczniami. Reprodukcja została wyhaftowana złotem, a jej nazwa widniała bezpośrednio pod obrazem, na wypadek gdyby komuś brakowało wiedzy, aby rozpoznać, jaka praca zdobi sypialnię. Tolik podkładał pod głowę złotą poduszkę, a wszyscy uczniowie Jezusa patrzyli prosto w jego łóżko. Spał z nimi przez kilka dni, a potem zdjął obraz, oparł go tyłem do pokoju, a między Wieczerzą a ścianą usadowił się pająk. W domu ich nie brakowało. Maricarmen (tak nazywała się zmarła właścicielka i prawdopodobnie to na jej cześć nazwano wnuczkę) najwyraźniej brakowało już wzrostu, siły i wzroku, by dotrzeć do zakamarków z pająkami, które wykorzystały jej słabość i zajęły cały obszar, dokąd jej stara ręka z miotłą nie mogła dosięgnąć.
– Nie wiedziałam – powiedziała Irusia – że jesteś taki religijny.
Najwyraźniej kpiła, co zrozumiał tylko Tolik, a cała reszta pokiwała głowami: oczywiście, przecież Tola ma tyle Jezusków w domu!
Mama dostała tematyczną sypialnię, grzybową – wszystkie ściany były obwieszone haftowanymi grzybami. Czasami do dużych wiklinowych koszy zbierały je kobiety w koszulach z odkrytymi piersiami. Czasami wśród grzybów znajdowano owce i anioły. Mamie się podobało.
Nie przypadła jej natomiast do gustu kuchnia ze szklanymi drzwiami. „To nie jest zbyt przytulne”, powiedziała, gdy po raz pierwszy tam weszła. A potem, kiedy Tolik przyniósł torbę z zakupami, a mama rozkładała je na blatach i półkach, jakby pogodziła się z tą kuchnią – ostrożnie usypała na stole kopiec mąki, zrobiła dziurkę i wlała do niej wodę z drożdżami. Zanim jej ręce ugniotły ciasto, kuchnia już stała się jej domem. To tak, jakbyś przytulał kogoś po raz pierwszy – zapach i uczucie są ci obce, ale stopniowo się do nich przyzwyczajasz. Odkąd mama po raz pierwszy spojrzała na kuchnię jak na miejsce dla mąki, ciasto zaczęło prześladować Tolika. We wszystkich kątach rosło, bulgotało, syczało i pachniało. A Hryhoriwna szklane drzwi zasłoniła starym fartuchem.
Irusię Tolik umieścił w pokoju, gdzie królowały dorosłe anioły oraz pejzaże. Centralnym punktem był archanioł z potężnymi skrzydłami. Pod nim wisiał mały obrazek z truskawkami, a na drzwiach wyhaftowany alfabet.
– Może w końcu nauczysz się alfabetu – powiedział do Irusi.
– Tola, nikt nie wiedział, że jesteś takim fanem haftowanych aniołków! – śmiała się Irusia, podczas gdy Tolik, stojąc między dwoma aniołami, wyjął z szafy haftowane złotem narzuty, żeby pościelić siostrze. Nie miał czasu, by kupić nowe – dobrze, że Maricarmen nie miała w zwyczaju niczego wyrzucać.
Tolik próbował dodzwonić się do potomków właścicielki domu, poprosił też pośredniczkę, by dowiedziała się, czy chcą sobie coś zabrać – kilkanaście aniołów czy Jezusa, a może nawet Maryję Pannę z korytarza na drugim piętrze. Jednak pośredniczka handlu nieruchomościami, młoda czarnoskóra bizneswoman w srebrnym jeepie, powiedziała, że Tolik może wszystko wyrzucić, bo potomkowie właścicielki – Paul, Maricarmen, Maria, Carla, Marisabel, Marivictoria i Carmen – mieszkają już od dawna w Kalifornii i nie mają żadnego zamiaru odbywać wyprawy po Jezuski.
– Czy nie chcieliby zabrać przynajmniej części haftów? – zapytał Tolik.
Agentka nieruchomości paliła na parkingu i śmiała się ochryple.
– Nie martw się – powiedziała. – Wyrzuć wszystko! Wiesz, ile tego w pracy się naoglądam? W zeszłym tygodniu sprzedałam dom z kolekcją krasnali ogrodowych. Były nawet krasnale geje.
– Skąd wiesz, że były gejami?
– Całowały się.
Tak więc Tolik został sam na sam z aniołami, Jezuskami i wyszytymi imionami ludzi, którzy tych haftów nie chcieli. Wszystko inne, włącznie z flipperem, inteligentnymi żarówkami i remontem, wyglądało teraz – gdy dom z haftami wypełniali potrzebujący – absurdalnie niepotrzebnie i nierealnie. I nawet Tolik, choć jeździł do matki bez szczególnej chęci, w tym czasie odczuwał coś w rodzaju sympatii nawet do tego pokoju podzielonego na pół japońskim parawanem w kwiaty wiśni.
Tolik mógł kontrolować hafty i anioły tylko wybiórczo. Zebrał już niemal całe pudło ceramicznych aniołków, które patrzyły na niego z kartonowych głębin. Najpierw wyniósł je do śmietnika, pudełko położył koło kontenerów, ale rano zobaczył, że nikt go nie zabrał. Ktoś tylko wziął na chwilę anioła, by się pobawić, utrącając mu przy okazji rękę. Potem Tolik wystawił je na sprzedaż: „Anioły w różnych pozach, autorzy nieznani, retro, dwa euro tuzin”. Nikt się nie zgłosił. Aniołki leżały w pudle w kuchni między skrzynkami pomidorów, bakłażanów i cukinii, które matka i Hryhoriwna przerabiały na skalę przemysłową.
W swoim pokoju, w większości obwieszonym kwiatami i z naturalnej wielkości drzewkiem cytrynowym, Hryhoriwna znalazła pudełko z rozpoczętym haftem i postanowiła go dokończyć. Maricarmen byłaby szczęśliwa.
Dom był wąski i wysoki: piwnica, salon i kuchnia na dole, dwie sypialnie na górze i jeszcze dwie sypialnie na trzecim piętrze. Trzecie piętro było jakby opuszczone – prawdopodobnie w ostatnich latach życia Maricarmen nie była w stanie już tam dotrzeć. Świadczyła o tym również koncentracja haftów. Im niżej, tym większe było ich zagęszczenie we wnętrzu – jakby rozrzedzone powietrze trzeciego piętra wciąż pozwalało Maricarmen zachować zdrowie psychiczne. Gdzieniegdzie na ścianach nadal wisiały zdjęcia uśmiechniętych dzieci, nagich niemowląt w koronkowych wózkach, młodej dziewczyny na tle fototapety z palmami.
Na trzecim piętrze Tolik zamierzał ustawić teleskop i obserwować gwiazdy nad winnicą. Zamiast tego przebywał z haftowaną Ostatnią wieczerzą, Jezusem, zdjęciami cudzych dzieci i wnuków. Polina zajmowała drugą sypialnię. Spotykali się rano na korytarzu, gdzie zgodnie z tradycją ustawiono umywalkę z ceramicznymi kranami, a na niej namalowano kwiat słonecznika.
– Wiesz – powiedział kiedyś Tolik rano, kiedy spotkali się z Poliną przy umywalce – Antoni Gaudi kochał słoneczniki. Zbudował nawet cały słonecznikowy dom, w którym wszędzie są słoneczniki, słoneczniki, słoneczniki.
Patrzył w lustrze na Polinę pochyloną nad umywalką.
– Mnie słoneczniki kojarzą się z czymś zupełnie innym – odpowiedziała Polina. – A kiedyś – spojrzała w lustro – po prostu kochałam je jako kwiaty. Jak Gaudi.
Polina przy umywalce połknęła garść tabletek. Tolik wiedział tylko, że bierze antydepresanty – wyjaśniła mu to Irusia, bo gdy po raz pierwszy zobaczył tyle tabletek w bladej dłoni Poliny, pomyślał, że chce skrócić sobie życie. Zaskoczyła go egoistyczna myśl, że w tej sytuacji najbardziej przeraziło go to, iż będzie musiał zawieźć ją do szpitala i tam z kimś rozmawiać, a potem zająć się dokumentami i przewozem ciała. W ciągu ostatnich dwóch tygodni jakakolwiek komunikacja z ludźmi stała się dla Tolika o wiele bardziej nie do zniesienia niż zwykle.
Anatolij Stiepanowycz, wujek Tolika, mieszkał w piwnicy, skąd było wyjście na podwórze i do kuchni. Tolik zbudował dla jego wózka zjazd ze schodów. Anatolij Stiepanowycz mógł podjeżdżać do punktu obserwacyjnego w kuchni i stamtąd pytać:
– No, ile tam?
– Już prawie sześciu – odpowiedziała Irusia z salonu, sprawdzając liczbę zabitych wrogów.
– Mało… – oceniał Anatolij Stiepanowycz. Ciągle było mało mało. Okazał się strategiem: oprócz genialnego pomysłu obłożenia się dynamitem i śmierci, zawsze wiedział, skąd, jak i czym atakować oraz w jaki sposób się bronić, choć do opisów swoich strategii często obficie używał przekleństw.

 
Wesprzyj nas