Powieść Young Adult autorki światowych bestsellerów. Książki Kristin Harmel – zostały uznane za „przełomowe i wspaniałe” (Fiona Davis), „niezwykle wciągające” (Tampa Bay Times) oraz „pochłaniające i sugestywne” (Publishers Weekly).


„Potem” to poruszająca historia przyjaźni, straty i mocy miłości, która pozwala przetrwać najmroczniejsze chwile.

Świat Lacey rozpada się, gdy jej ojciec ginie w wypadku drogowym. W głębi ducha Lacey obwinia się za tragedię.

Gdyby tamtego ranka szybciej się zmobilizowała… dziś jej mama nie byłaby kłębkiem nerwów, starszy brat nie piłby, a młodszy wciąż miałby oboje rodziców.

Czas jednak biegnie naprzód, nawet gdy tego nie chcemy. Gdy życie daje Lacey cytryny, ona robi z nich lemoniadę. Choć czasami ta lemoniada bywa tak gorzka, że trudno ją przełknąć.

Tymczasem w jej życiu pojawia się Sam…

 
Kristin Harmel
Potem
Przekład: Katarzyna Rosłan
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 22 lutego 2023
 
 

Prolog

Dzień, w któ­rym cały mój świat wywró­cił się do góry nogami, zaczął się jak każda sobota.
– Lacey! – zawo­łał tata. – Idziesz czy nie? Bo nie dotrzemy do kola­cji!
Spoj­rza­łam w lustro i zro­bi­łam minę. W każdą sobotę powta­rzało się to samo, może dla­tego, że szy­ko­wa­łam się dłu­żej niż pozo­stali.
– Dla­czego po pro­stu nie możesz wcze­śniej wstać?
Mój brat Logan, jede­na­ście mie­sięcy star­szy ode mnie, sta­nął w drzwiach łazienki i z nie­za­do­wo­le­niem przy­glą­dał się mojemu odbi­ciu. Wie­dzia­łam, że go po mnie wysłali. Nakła­da­łam wła­śnie tusz na rzęsy i prze­rwa­łam, by rzu­cić mu nie­na­wistne spoj­rze­nie.
– Bo muszę się wysy­piać, żeby ład­nie wyglą­dać – odpar­łam; sta­ra­łam się, by zabrzmiało to wynio­śle.
Logan prze­wró­cił oczami.
– Aaa – mruk­nął. – W takim razie chyba na­dal śpisz za mało.
Cisnę­łam w niego tubką pasty do zębów, ale zdą­żył się scho­wać.
Po pię­ciu minu­tach zeszłam na dół. Tata, Logan i mój młod­szy brat Tan­ner stali już w przed­po­koju w kurt­kach i sza­li­kach, gotowi do wyj­ścia. Była dopiero połowa listo­pada, ale zro­biło się wyjąt­kowo zimno. W nocy zła­pał przy­mro­zek i trawę pokrył szron. Tata miał w rękach moją różową puchówkę, a kiedy się zja­wi­łam, podał mi ją i puścił do mnie oczko, uno­sząc przy tym kącik ust. Wie­dzia­łam, że się wygłu­pia, ale kryje to przed Loga­nem i Tan­nerem.
– Dla­czego zawsze musisz się tak grze­bać? – rzu­cił Tan­ner. – Cie­szę się, że nie jestem dziew­czyną.
Logan przy­bił mu piątkę. Tata pod­niósł na mnie wzrok.
– Czy Wasza Wyso­kość gotowa? – spy­tał i lekko się skło­nił.
Zawsze tak żar­to­wał, kiedy się długo szy­ko­wa­łam. Choć cza­sem uda­wał, że iry­tuje się jak Logan i Tan­ner, wie­dzia­łam, że w duchu się na mnie nie gniewa.
– A gdzie moja piękna żona? – zawo­łał śpiew­nym tonem, kiedy zapi­na­łam kurtkę.
Mama wyszła z pokoju. Miała na sobie stary różowy szla­frok, ten sam, który nosiła od lat i nie chciała go wyrzu­cić, bo był to pierw­szy pre­zent ode mnie i od Logana na gwiazdkę – Logan miał wtedy cztery lata, a ja trzy i tata zabrał nas na świą­teczne zakupy. W zeszłym roku kupi­li­śmy jej nowy, ale za nic nie chciała zre­zy­gno­wać ze sta­rego.
Mama wyglą­dała jak zawsze rano: jej ruda­wo­brą­zowe krę­cone włosy do ramion były przy­gnie­cione od poduszki i nie­ucze­sane, a policzki zaczer­wie­nione i lekko opuch­nięte, bo nie dotarła jesz­cze do toa­letki wypo­sa­żo­nej w całą gamę kosme­ty­ków do maki­jażu. Nie­usta­jąco żało­wa­łam, że nie odzie­dzi­czy­łam po niej pięk­nych wło­sów, a po tacie – nie­ska­zi­tel­nej cery, ale cóż, natura obda­rzyła mnie prze­ciw­nymi cechami: mia­łam pro­ste jak druty ciem­no­blond włosy taty, które zawsze wyglą­dały jak strąki, o ile nie pod­krę­ci­łam ich tro­chę lokówką (na co, zwa­żyw­szy że dzie­li­łam łazienkę z dwoma chłop­cami, ni­gdy nie wystar­czało mi czasu) i skłonną do trą­dziku cerę mamy. Całe szczę­ście ist­niał Cle­ara­sil, jed­nak moją twarz i tak pra­wie zawsze zdo­bił przy­naj­mniej jeden oka­zały pryszcz, naj­czę­ściej moż­li­wie naj­mniej atrak­cyj­nie poło­żony, na przy­kład pośrodku czoła lub w samym cen­trum brody.
– Zabie­rasz rodzinę i mnie opusz­czasz? – spy­tała dra­ma­tycz­nie mama, przy­ci­ska­jąc ręce do serca. – I cóż ja teraz pocznę?
Mama powta­rzała to samo co sobotę, gdy tata zabie­rał naszą trójkę na śnia­da­nie. Nazy­wał to „cza­sem dla ojca” i pod­czas gdy my wci­na­li­śmy pan­ca­kes w Ply­mo­uth Diner, mama odby­wała swój święty „czas dla matki”, który pole­gał na prze­sia­dy­wa­niu w szla­froku, popi­ja­niu kawy i nakła­da­niu maseczki przy jed­no­cze­snym prze­wi­ja­niu tych odcin­ków Chi­rur­gów lub Kry­mi­nal­nych zaga­dek Las Vegas czy innego serialu, przy któ­rych w mija­ją­cym tygo­dniu przy­snęła.
– Wasza matka sądzi, że robimy to dla niej – szep­tał do nas tata, a mama uda­wała, że nie sły­szy – ale tak naprawdę to my mamy frajdę i obże­ramy się tłu­stym beko­nem i plac­kami ziem­nia­cza­nymi, nie?
To był nasz poranny sobotni rytuał, odkąd pamię­ta­łam. I ważny punkt każ­dego tygo­dnia. Przy śnia­da­niu tata, Logan, Tan­ner i ja roz­ma­wia­li­śmy o szkole, o kole­gach i tak dalej, a Tan­ner, który w przy­szło­ści chciał zostać komi­kiem, opo­wia­dał jakiś głupi dow­cip pod­chwy­cony w szkole lub w inter­ne­cie. Kiedy wra­ca­li­śmy do domu, było tam zawsze tro­chę czy­ściej, a mama miała dobry humor. Jeśli nikogo nie cze­kało nic pil­nego do zro­bie­nia, rusza­li­śmy wszy­scy na wycieczkę albo na rowery lub pograć w tenisa w lokal­nym klu­bie, gdzie, jak zawsze upie­rała się mama, powin­ni­śmy wyku­pić człon­ko­stwo, a tata bez prze­ko­na­nia pro­te­sto­wał.
Mama poca­ło­wała tatę na poże­gna­nie, cmok­nęła każde z nas w czu­bek głowy i wyszli­śmy.
– Pasy zapięte? – spy­tał tata, zapusz­cza­jąc sil­nik samo­chodu.
Logan usiadł na miej­scu pasa­żera z przodu.
– Tak jest! – odkrzyk­nę­li­śmy chó­rem.
Tata się odwró­cił, uśmiech­nął się do mnie i Tan­nera, sie­dzą­cych z tyłu, zapiął swój pas i wrzu­cił wsteczny. Kiedy wyjeż­dża­li­śmy z pod­jazdu, zatrą­bił do mamy i posłał jej całusa.
– Obciach! – jęk­nę­li­śmy z Loga­nem, a Tan­ner się zaśmiał.
Mama się uśmiech­nęła, poma­chała nam od drzwi i cof­nęła się do domu.
Po trzech minu­tach wyje­cha­li­śmy z naszej dziel­nicy, Ply­mo­uth Heights, na główną ulicę. Strasz­nie to dziwne, że aż do ostat­niej chwili wszystko było takie nor­malne. Pani Daniels szła pod­jaz­dem, by wyjąć gazetę ze skrzynki. Poma­chała do nas, a tata i Logan jej odma­chali. Jay Cash i Anne Fran­klin z klasy Tan­nera grali w kosza przed gara­żem Cashe’ów. Kiedy prze­jeż­dża­li­śmy, Anne wła­śnie potknęła się o sznu­rówkę, a ja się odwró­ci­łam, by spraw­dzić, czy zacznie pła­kać. Nie zaczęła. Logan prze­rzu­cał sta­cje radiowe i w końcu usta­wił tę, która nada­wała kla­sycz­nego rocka. Leciał wła­śnie Hotel Cali­for­nia grupy Eagles, jedna z ulu­bio­nych pio­se­nek taty. Tata śpie­wał, a po refre­nie, gdy zaczęło się solo gita­rowe, spoj­rzał w lusterku na mnie i na Tan­nera i wyszcze­rzył zęby.
– Spodo­ba­łoby się wam w Kali­for­nii – powie­dział. – Może kie­dyś wybie­rzemy się posur­fo­wać.
– Chcę sur­fo­wać! – wrza­snął Tan­ner.
Miał jede­na­ście lat, wła­śnie odkrył jazdę na desko­rolce i nie­dawno przy kola­cji ogło­sił, że od razu po osiem­na­stce prze­pro­wa­dza się na zachod­nie wybrzeże, far­buje włosy na blond i uczy się śli­zgać na falach. Musia­łam przy­znać, że u progu dłu­giej zimy w Mas­sa­chu­setts brzmiało to cał­kiem zachę­ca­jąco.
– Wiem, wiem! – zaśmiał się tata, gdy świa­tło na May­flo­wer Ave­nue zmie­niło się na zie­lone, po czym zdjął nogę z hamulca i wci­snął gaz. – No to aloha i jedziemy z tą falą!
I to były jego ostat­nie słowa.
Myślę, że uła­mek sekundy wcze­śniej wie­dzia­łam, co zaraz nastąpi, ale nie zdą­ży­łam otwo­rzyć ust ani wydo­być głosu przez zaci­śnięte gar­dło. Roz­pę­dzony che­vro­let sub­ur­ban wje­chał pro­sto w nas i z impe­tem ude­rzył w drzwi kie­rowcy, zgnia­ta­jąc cały bok samo­chodu, a mnie wci­ska­jąc w fotel taty. Mia­łam wra­że­nie, że nagle wszystko stało się o wiele mniej­sze niż przed chwilą. Potworny ból para­li­żo­wał całą lewą stronę mojego ciała, zaczy­nał się w nodze, prze­szy­wał bok i ramię. Wrza­snę­łam, a Tan­ner ucze­pił się mojej pra­wej ręki.
Wszystko pociem­niało i stało się nie­wy­raźne. Zostały tylko zama­zane kształty i stłu­mione dźwięki. Nie wie­dzia­łam, czy umie­ram. Gdzieś z daleka docho­dziły do mnie krzyk Logana i płacz Tan­nera. Ale głosu taty nie było sły­chać. Dla­czego tata mil­czał?
Czu­łam, że w gar­dle mam watę, a kiedy pró­bo­wa­łam się ode­zwać, usta mnie nie słu­chały. Kilka razy otwo­rzy­łam je i zamknę­łam, ale wydo­był się z nich tylko jakiś bul­got, nie słowa. Pamię­tam, że byłam prze­ra­żona, a kiedy teraz wra­cam do tego wspo­mnie­nia, myślę, że nie potra­fi­łam ode­zwać się ze stra­chu. Kiedy w końcu mi się udało, wydu­si­łam jedno jedyne słowo.
– Tatu­siu? – wyszep­ta­łam słabo.
Nie nazy­wa­łam go tak, odkąd skoń­czy­łam dwa­na­ście lat.
A potem już nic nie pamię­ta­łam. Zapa­dła ciem­ność.

*

Kiedy odzy­ska­łam przy­tom­ność, byłam w szpi­talu. Nie zda­wa­łam sobie sprawy, od jak dawana. Ale chyba wie­dzia­łam już o tacie. Nie mam poję­cia, skąd, bo nie widzia­łam go od chwili zde­rze­nia z SUV-em, ale podej­rze­wam, że jeśli ktoś jest ci bar­dzo bli­ski, to wyczu­wasz, że już go z tobą nie ma. W każ­dym razie tak sobie myślę.
Upły­nęło parę minut, zanim zdo­ła­łam sku­pić wzrok na twa­rzy mamy. Stop­niowo wypły­wa­łam na powierzch­nię świa­do­mo­ści. Mama miała prze­krwione oczy i czer­wone plamy na twa­rzy. Od razu zauwa­ży­łam jej stary różowy szla­frok, a pod nim piżamę. To, że nosiła ten strój w miej­scu publicz­nym, było cał­ko­wi­cie nie­zro­zu­miałe. Pra­co­wała jako praw­niczka w Bosto­nie, ni­gdy nie wycho­dziła z domu nie­od­po­wied­nio ubrana.
Szpi­talna sala, nie­przy­jem­nie jaskrawa w świe­tle dużych jarze­nió­wek, pora­żała bielą. Obli­za­łam wargi i zda­łam sobie sprawę, że nie czuję wła­snego ciała.
Mama przy­sko­czyła do łóżka i nachy­liła się nade mną. Na jej twa­rzy zoba­czy­łam strach.
– Wszystko będzie dobrze – wypa­liła. – Masz zła­maną kość udową w dwóch miej­scach, kilka pęk­nię­tych żeber i zła­many lewy nad­gar­stek, ale leka­rze mówią, że wszystko się pięk­nie wygoi.
– Gdzie tata? – wydu­si­łam powoli nie swoim, za gru­bym gło­sem.
Dolna warga mamy się zatrzę­sła, jakby mama pró­bo­wała zapa­no­wać nad jej drże­niem. Jej oczy napeł­niły się łzami.
– Lacey, skar­bie – powie­działa cicho, przy­sia­dła na skraju łóżka i się­gnęła po moje ręce. Nie czu­łam jej dotyku. W ogóle niczego nie czu­łam. – To był potworny wypa­dek.
Gapi­łam się na nią przez dłuż­szą chwilę. Nie odpo­wie­działa mi na pyta­nie.
– Gdzie tata? – powtó­rzy­łam. – Gdzie Tan­ner i Logan?
Mama parę razy mru­gnęła.
– Chłopcy są w pocze­kalni. Z wuj­kiem Pau­lem. Nic im nie będzie. Tan­ner ma zła­maną rękę, a Logan zało­żone szwy, ale są cali i zdrowi.
Przy­po­mnia­łam sobie, że na sekundę przed tym, gdy zapa­dła ciem­ność, Tan­ner się do mnie przy­tu­lił. Musiał się prze­ra­zić z mojego powodu.
– A tata? – spy­ta­łam znowu, tym razem wyż­szym tonem, w który wkra­dła się panika.
– Tata… – mama zaczęła i prze­rwała. Wzięła głę­boki oddech, odwró­ciła wzrok, a potem spoj­rzała na mnie zamglo­nymi, roz­ko­ja­rzo­nymi oczami. – Tam­ten samo­chód… ude­rzył pro­sto w fotel kie­rowcy – powie­działa powoli. – Leka­rze zro­bili wszystko, co mogli, ale… – zawie­siła głos. Nie była w sta­nie dokoń­czyć.
– Tata nie żyje – zro­bi­łam to za nią.
Czu­łam, jak łzy zbie­rają mi się pod powie­kami.
Mama ski­nęła głową. Dwie świeże łzy spły­nęły jej po policz­kach niczym nar­cia­rze sunący w dół stoku. Pamię­ta­łam ostat­nie słowa taty i pró­bo­wa­łam sobie wyobra­zić, że te łzy to nie nar­cia­rze, ale poru­sza­jący się z gra­cją sur­fe­rzy, któ­rzy sta­rają się wraz z falą dopły­nąć do samej plaży. Ale łzy sto­czyły się poza linię żuchwy mamy i wsią­kły w jej szla­frok, a mnie ude­rzyła myśl, że sur­fe­rzy spa­dli z kra­wę­dzi fali i już po nich. I to ona spra­wiła, że w końcu wybuch­nę­łam pła­czem.
Mama przy­tu­liła się do mnie i szlo­cha­ły­śmy razem. Nie musia­ły­śmy nic wię­cej mówić.
Logan i Tan­ner weszli na chwilę do sali, by się ze mną zoba­czyć, a potem wujek Paul zabrał ich do domu. Mama usia­dła przy mnie i opo­wie­działa o wypadku. Podobno tata natych­miast stra­cił przy­tom­ność. Leka­rze twier­dzili, że naj­praw­do­po­dob­niej w ogóle nie widział koli­zji, że nawet nie poczuł stra­chu. Nie odzy­skał świa­do­mo­ści, więc nie czuł też bólu. Według nich śmierć była cał­ko­wi­cie bez­bo­le­sna. A więc w sobotni pora­nek jedziesz sobie z trójką dzieci samo­cho­dem, śpie­wasz i żar­tu­jesz, a za moment nie ist­nie­jesz. Tata nawet nie wie­dział. Nie miał szansy się poże­gnać.
Mama spy­tała, czy chcę coś jesz­cze wie­dzieć. Powie­dzia­łam, że nie, ale oczy­wi­ście to była nie­prawda.
Chcia­ła­bym wie­dzieć, co by było, gdy­bym nie musiała koniecz­nie pod­krę­cać wło­sów, nie upie­rała się przy malo­wa­niu rzęs lub gdy­bym po pro­stu tak się nie ocią­gała tylko po to, by wku­rzyć braci. Ale nie musia­łam o to pytać. Sama wie­dzia­łam, co by było. Sie­dzie­li­by­śmy sobie w domu i zasta­na­wiali się, czy zagrać w Mono­poly, czy w Życie, a może w nic nie grać, tylko obej­rzeć jakiś film. Tata powoli gła­dziłby mamę po ple­cach, a ja i Logan uśmie­cha­li­by­śmy się do sie­bie i prze­wra­cali oczami na widok tych czu­ło­stek. Mama co chwila by wsta­wała, by zała­do­wać zmy­warkę lub nasta­wić pra­nie. Logan i Tan­ner kłó­ci­liby się o pilota, bo Tan­ner chciałby oglą­dać film o Poke­mo­nach, a Logan sport.
Tata by żył.
I nie zgi­nąłby przeze mnie.

Rozdział 1

Dzie­sięć mie­sięcy póź­niej

– Więc powie­dzia­łam Wil­low, że te buty total­nie nie pasują kolo­ry­stycz­nie do reszty, a w zasa­dzie to koszula jest brzydka i że nie rozu­miem, jak ona mogła chcieć w tym wyjść z domu, już nie wspo­mi­na­jąc o pój­ściu ze mną do kina, a potem Melixa mi mówiła, że…
Syd­ney nada­wała z przed­niego sie­dze­nia, a ja pró­bo­wa­łam wyci­szyć ją sobie w gło­wie. Jej wysoki, piskliwy głos spra­wiał jed­nak, że było to nie­moż­liwe. Razem z moją naj­lep­szą kole­żanką, Jen­nicą, doszły­śmy kie­dyś do wnio­sku, że Syd­ney pró­buje łowić chło­pa­ków na swój głos podobny do dźwięku pisz­czą­cej gumo­wej zabawki, ale potem uzna­łam, że ten kosz­marny pisk przy­ciąga chyba tylko psy, wie­lo­ryby i inne stwo­rze­nia, które odbie­rają dźwięki o wyso­kiej czę­sto­tli­wo­ści.
No ale ostat­nio Syd­ney usi­dliła Logana, który naj­wy­raź­niej dał się zła­pać na wyso­kie tony. A to w zasa­dzie ozna­czało, że byłam na nią ska­zana, bo teraz to ona pod­wo­ziła nas do szkoły. Po wypadku mama nie pozwo­liła mnie ani Loga­nowi zro­bić prawa jazdy, więc w grę wcho­dził albo auto­bus szkolny, albo cier­piąca na obse­sję popu­lar­no­ści dziew­czyna Logana.
– Yhy – ode­zwał się cier­pli­wie mój brat, jakby cokol­wiek z tego reje­stro­wał. O ile się orien­to­wa­łam, Syd­ney opo­wia­dała wła­śnie naj­dłuż­szą na świe­cie histo­rię o jakichś star­szych che­er­le­ader­kach, które kom­plet­nie mnie nie obcho­dziły.
– I co sądzisz? – w końcu prze­rwała dla zaczerp­nię­cia odde­chu, byłam gotowa się zało­żyć, że pierw­szego od chwili roz­po­czę­cia jazdy.
– Hm… – rzu­cił Logan, jakby się zasta­na­wiał. Stłu­mi­łam uśmiech. Z całą pew­no­ścią też nie słu­chał. Z roz­ba­wie­niem przy­glą­da­łam się, jak roz­pacz­li­wie szuka słów. – Co ja sądzę? Sądzę, że jesteś naj­ład­niej­szą dziew­czyną na świe­cie – wybrnął w końcu.
A niech mnie. Cze­ka­łam, aż Syd­ney sobie uświa­domi, że Logan total­nie zmie­nił wątek, ale ona tylko zachi­cho­tała, okryła się wdzięcz­nym pąsem i zer­k­nęła na mnie w lusterku.
– A ty, co sądzisz, Lacey? – spy­tała. – Nie uwa­żasz, że Sum­mer zacho­wała się jak totalna zdzira? Mam na myśli: zwa­żyw­szy na to, że jest prak­tycz­nie zarę­czona z Robem Maca­veyem?
– Ja jej nawet nie znam – wes­tchnę­łam.
– Sum­mer Andrews znają wszy­scy – odparła Syd­ney, patrząc na mnie jak na wariatkę.
– No tak. – Ugry­złam się w język; chcia­łam spro­sto­wać, że ow­szem, wszy­scy wie­dzą, kim jest Sum­mer Andrews – lśnią­co­włosą che­er­le­aderką, jeż­dżącą BMW kró­lową szkol­nego roju – ale nie­wielu jest tych, któ­rych ona zaszczyca zain­te­re­so­wa­niem. I ja do nich nie należę. Byłam lubiana w kla­sie, ale można mnie było raczej zali­czyć do kate­go­rii moli książ­ko­wych niż uczest­ni­czek kon­kur­sów pięk­no­ści, co ozna­czało, że Sum­mer i jej świta nie zda­wali sobie sprawy z mojego ist­nie­nia.
Z Loga­nem było zupeł­nie ina­czej. Od pół roku, kiedy to zaczął się spo­ty­kać z pnącą się po dra­bi­nie popu­lar­no­ści Syd­ney, nie­je­den raz po powro­cie z imprezy z dumą dono­sił – oczy­wi­ście tak, by mama nie sły­szała – że pił z Sum­mer Andrews i jej klo­nami, Wil­low i Melixą. Jakby to było nie wia­domo jakie osią­gnię­cie.
Ja jed­nak nikomu tego nie powta­rza­łam, bo Logan chyba by mnie zabił, gdy­bym pisnęła coś na ten temat. Cac­kał się z Syd­ney i uwa­żał na każde słówko, które przy niej mówi. Musia­łam bez­wied­nie zro­bić jakąś minę, bo Syd­ney znów zer­k­nęła na mnie w lusterku i prych­nęła.
– Ej, no, Lacey – powie­działa. – To, że ty aku­rat nie masz czasu, bo musisz mieć same piątki od góry do dołu, cho­dzić na zebra­nia samo­rządu i robić jesz­cze nie wiem co, co tam uwa­żasz za ważne, nie ozna­cza, że inni nie mogą mieć żad­nego życia.
Zago­to­wa­łam się w środku i pró­bo­wa­łam zapa­no­wać nad zło­ścią. Byłam nie­zła w trzy­ma­niu buzi na kłódkę i zamy­ka­niu emo­cji w wewnętrz­nym żela­znym sej­fie, któ­rego nie da się otwo­rzyć. Wzię­łam głę­boki oddech, kilka razy mru­gnę­łam i powie­dzia­łam:
– No patrz­cie, już pra­wie jeste­śmy!
Zanim któ­reś z ich zdą­żyło zare­ago­wać, wysko­czy­łam z samo­chodu i sprę­ży­stym kro­kiem, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, ruszy­łam przez boisko w stronę wej­ścia do szkoły. Gdzieś za mną Syd­ney paplała, że nie wie­rzy, że wysia­dłam, zanim zdą­żyła zapar­ko­wać.

*

Koń­czył się trzeci tydzień szkoły i zda­wało się, że nade­szła jesień. W zeszłym roku lato trwało całe wieki i doku­czało nam nie­ustę­pli­wym słoń­cem, które co dzień wpa­dało przez okna do klas. Ale w tym roku zwy­czajna, ponura, typowa dla Nowej Anglii aura roz­pa­no­szyła się wcze­śnie, przy­no­sząc ze sobą toczące się po nie­bie szare chmury i lodo­wate wichry. Pierw­sze liście z dnia na dzień zmie­niały kolor z zie­lo­nego na ciem­no­czer­wony, poma­rań­czowy i zło­ci­sty – paletę, która nie­zmien­nie przy­wo­dziła na myśl zachód słońca. Nie byłam jesz­cze gotowa na kolejną jesień, ale pory roku nic sobie z tego nie robiły i nastę­po­wały po sobie jak zawsze.
Czter­dzie­ści pięć minut po opusz­cze­niu samo­chodu Syd­ney pró­bo­wa­łam sku­pić się na try­go­no­me­trii, co wcale nie było takie łatwe, bo sie­dząca obok mnie Jen­nica sta­rała się zwró­cić na sie­bie moją uwagę. Uda­wa­łam, że ją igno­ruję.
Matma przy­cho­dziła mi bez trudu. Od zawsze chcia­łam iść w ślady taty i zostać archi­tek­tem. No i coś mnie pocią­gało w tym, że w mate­ma­tycz­nych rów­na­niach nie było żad­nych nie­do­mó­wień – wszystko się zga­dzało lub nie. Szare plamy nie­ja­sno­ści nie ist­niały. Obo­wią­zy­wały kon­kretne zasady, a ja odkry­łam, że jeśli się ich prze­strzega, życie nabiera sensu.
– Psst – szep­nęła Jen­nica.
Zer­k­nę­łam w prawo. Prze­su­nęła tro­chę sto­lik, żeby go zbli­żyć do mojego, i wycią­gała do mnie zło­żoną kartkę.
Spoj­rza­łam na tablicę, na któ­rej pani Bost, nasza dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nia mate­ma­tyczka, wypi­sy­wała wła­śnie dłu­gie rów­na­nie z cosi­nu­sem. Przez parę tygo­dni, które minęły od początku roku, zdą­ży­łam się prze­ko­nać, że ma ona nad­ludzki słuch. Podej­rze­wa­łam, że sły­szy każdy dźwięk w pro­mie­niu wielu kilo­me­trów. Kaszl­nę­łam więc gło­śno, by stłu­mić sze­lest i szybko otwo­rzy­łam podany przez Jen­nicę liścik.
„Ni­gdy nie uwie­rzysz: wczo­raj Brian powie­dział, że mnie KOCHA!” – napi­sała. Czu­łam na sobie jej wzrok, więc sta­ra­łam się nie zro­bić niczego nie­od­po­wied­niego, na przy­kład nie zmarsz­czyć nosa lub wysta­wić języka. Nie dla­tego, że nie lubi­łam Briana. Brian był w porządku. Ale gru­chali do sie­bie z Jen­nicą jak gołąbki. Od patrze­nia na nich aż mdliło. Poza tym, choć oczy­wi­ście nie bez trudu, musia­łam przy­znać, że jestem tro­chę zazdro­sna. Od pierw­szej klasy, czyli odkąd się pozna­ły­śmy, to ja byłam nie­od­łączną towa­rzyszką i powier­niczką Jen­niki. A teraz cią­gle krę­cił się przy niej Brian, ja zaś czu­łam się jak piąte koło u wozu.
Było tak, jak­bym stra­ciła naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. Wie­dzia­łam, że to ego­istyczne, więc zabro­ni­łam sobie tak myśleć. Cał­kiem nie­źle opa­no­wa­łam naka­zy­wa­nie sobie, jak powin­nam się czuć i jak nie powin­nam. Cza­sem mia­łam wra­że­nie, że reży­se­ruję film przed­sta­wia­jący moje życie, że krzy­czę do sie­bie samej: „Akcja!”, a potem nakrę­cam kolejne sceny zgod­nie z tym, jak moim zda­niem powinny wyglą­dać.
Wyję­łam tele­fon i, uwa­ża­jąc, by pani Bost niczego nie zauwa­żyła, szybko napi­sa­łam do Jen­niki: „Super”. Patrzy­łam, jak nie­po­strze­że­nie wyj­muje tele­fon z torby, czyta i marsz­czy czoło. Po chwili namy­słu zaczęła odpo­wia­dać, a ja tym­cza­sem spró­bo­wa­łam znowu sku­pić się na tym, co mówi nauczy­cielka. Wykład był jed­nak nudny, a ja znu­żona i try­go­no­me­trią, i chło­pa­kami, i innymi głu­pimi rze­czami, które wią­zały się z trze­cią klasą. Marzy­łam już tylko o jed­nym – żeby skoń­czyć tę szkołę i się z niej wydo­stać, by roz­po­cząć następny etap życia i zapo­mnieć o liceum Ply­mo­uth East. Ale aby to się stało, musiał minąć jesz­cze rok i dzie­więć mie­sięcy. Czyli potwor­nie dużo czasu.
Na ekra­nie poja­wiła się ikonka nowej wia­do­mo­ści. „Wiem, że jesz­cze nie byłaś zako­chana, ale serio TO JEST COŚ” – napi­sała Jen­nica i dodała na końcu uśmiech­niętą buźkę, by mi poka­zać, że nie pró­buje być nie­miła. Ale jej słowa i tak mnie zabo­lały. Wie­dzia­łam, że dla niej to naprawdę coś. Jed­nak w moim świe­cie to, że chło­pak mówi, że cię kocha, nie wywie­rało rów­nie dru­zgo­czą­cego efektu jak to, że umiera ci tata. „Oglą­da­li­śmy Chi­rur­gów – czy­ta­łam dalej – i Mcdrmy powie­dział Mrdth, że ją kocha & B odwró­cił się do mnie i powie­dział: kocham cię tak jak Derek ją. Roman­tyczne, cooo?”.
Już mia­łam odpi­sać, gdy drzwi do klasy skrzyp­nęły i sta­nął w nich pan Dor­sett, sekre­tarz dyrek­tora. Ktoś skry­wał się za jego ple­cami. Pani Bost uśmiech­nęła się i odło­żyła mar­ker, któ­rym pisała po tablicy.
– Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam – ode­zwał się pan Dor­sett, szybko omiótł salę wzro­kiem i znowu spoj­rzał na panią Bost – ale przy­pro­wa­dzi­łem nowego ucznia.
Dwa­dzie­ścia cztery pary oczu skie­ro­wały się na wyso­kiego chło­paka w spło­wia­łej skó­rza­nej kurtce i ciem­nych dżin­sach, który z chłod­nym spoj­rze­niem wbi­tym w dal ponad naszymi gło­wami wszedł do sali. Jego ciemne włosy doma­gały się strzy­że­nia lub przy­naj­mniej przy­cze­sa­nia – w nie­któ­rych miej­scach dziko ster­czały, w innych doty­kały koł­nie­rzyka, co spra­wiało, że chło­pak wyglą­dał tro­chę jak sza­lony nauko­wiec, który zapo­mniał o wizy­cie u fry­zjera. Lśniące bla­do­zie­lone oczy w opra­wie gru­bych rzęs mocno kon­tra­sto­wały z jego opa­loną skórą.
W kla­sie roz­legł się szmer. Ply­mo­uth było nie­wiel­kim mia­stem, pra­wie wszy­scy cho­dzi­li­śmy razem do pod­sta­wówki i gim­na­zjum, więc nie­czę­sto tra­fiała się nie­zna­joma twarz. Może się prze­niósł z liceum kato­lic­kiego, cza­sem stam­tąd przy­cho­dzili do nas nowi.
– Kto to? – wyszep­tała z prze­ję­ciem Jen­nica, jak gdyby ją jedną zże­rała cie­ka­wość.
Nie odry­wa­jąc wzroku od chło­paka, wzru­szy­łam ramio­nami. Nor­mal­nie nie zwra­ca­łam uwagi na takie rze­czy, ale te jego oczy były nie­sa­mo­wite. Pra­wie tego samego koloru, co ocean przed burzą. Zawsze naj­bar­dziej lubi­łam patrzeć na wodę, gdy wiatr tar­gał mi włosy, a w nie­bio­sach, które zaraz miały się otwo­rzyć, roz­le­gały się głu­che pomruki.
Pan Dor­sett pro­wa­dził cichą wymianę zdań z panią Bost, a nowy prze­stę­po­wał z nogi na nogę i usi­ło­wał na nikogo nie patrzeć. Nie wie­dzia­łam, czy to dla­tego, że uważa się za lep­szego od nas, czy ze względu na tremę.
– Okej – powie­działa wresz­cie pani Bost, odwra­ca­jąc się od pana Dor­setta.
Sekre­tarz ski­nął do nas głową, nie­zgrab­nie klep­nął nowego w plecy i skie­ro­wał się do wyj­ścia.
– Przed­sta­wiam wam Samu­ela Stone’a – ode­zwała się nauczy­cielka, gdy pan Dor­sett wyszedł. – Będzie cho­dził na nasze zaję­cia. Mam nadzieję, że go miło przyj­mie­cie.
Wymie­ni­ły­śmy z Jen­nicą spoj­rze­nia. W sali przez moment pano­wała cisza, a potem ktoś z tyl­nych rzę­dów zaczął powoli kla­skać. Reszta się przy­łą­czyła. Nowy postą­pił krok naprzód i szep­nął coś do pani Bost.
– Słu­cham? – spy­tała i prze­nio­sła wzrok na nas. – Pro­szę o ciszę! Ćśśś!
Har­mi­der ucichł w samą porę, byśmy usły­szeli, jak nowy gło­śno mówi:
– Sam.
Wszyst­kie oczy skie­ro­wały się teraz na niego, a mnie zro­biło się go szkoda. Wie­dzia­łam, jak to jest. Rok temu jesie­nią, gdy wresz­cie wró­ci­łam do szkoły po wypadku, byłam obiek­tem takich samych spoj­rzeń. To naj­gor­szy rodzaj uwagi – nikt się nie odzywa, wszy­scy tylko patrzą; patrzą i oce­niają. Mruk­nę­łam, odchrząk­nę­łam i utkwi­łam wzrok w pod­ło­dze.
– Sam – powtó­rzył chło­pak gło­sem głęb­szym, niż się spo­dzie­wa­łam. – Pro­szę na mnie mówić Sam.
– Aha – powie­działa pani Bost. – Prze­pra­szam. Witaj, Samie. Tam masz wolny sto­lik. Obok Lacey Mann. Lacey, pokaż się.
Zdzi­wiona pod­nio­słam wzrok. Nie było chyba wiel­kiej potrzeby, żebym pod­no­siła rękę, skoro pani Bost wska­zy­wała pro­sto na mnie, ale i tak ją pod­nio­słam. Czu­łam, że się rumie­nię.
Sam ruszył mię­dzy rzę­dami ławek, a sie­dzący w nich ucznio­wie gapili się na niego jak na doświad­cze­nie che­miczne. Trudno było się dzi­wić. Był nie tylko nowy, lecz także cudowny. Cu-dow-ny.
– Cześć – przy­wi­tał się, zaj­mu­jąc miej­sce obok mnie.
– Cześć – odpo­wie­dzia­łam.
Przy­su­nął sobie sto­lik bli­żej mojego, żeby­śmy mogli korzy­stać z jed­nej książki, a kiedy się pochy­lił, by spoj­rzeć na tekst, poczu­łam na ramie­niu cie­pło jego odde­chu. Pod­nio­słam wzrok i ze zdzi­wie­niem stwier­dzi­łam, że mi się przy­gląda.
Spoj­rzał mi pro­sto w oczy. Odwró­ci­łam się i uda­łam, że spraw­dzam coś w książce. Kiedy znowu na niego zer­k­nę­łam, na­dal na mnie patrzył.
Wtedy po raz pierw­szy Sam Stone pół­gęb­kiem się do mnie uśmiech­nął, a ja poczu­łam ciarki na ple­cach. Odwza­jem­ni­łam uśmiech i odwró­ci­łam głowę.

Rozdział 2

Sam Stone zja­wił się też na roz­sze­rzo­nym angiel­skim, który mia­łam na szó­stej lek­cji. Kiedy sta­nął w drzwiach, na mój widok na jego twa­rzy odma­lo­wała się ulga.
– Hej – powie­dział, sia­da­jąc w ławce obok mnie po przy­dłu­gim i krę­pu­ją­cym powi­ta­niu ze strony nauczy­cielki. – Też na to cho­dzisz.
To było naj­dłuż­sze zda­nie, jakie wypo­wie­dział przez cały dzień. Kiw­nę­łam głową. Nie rozu­mia­łam, dla­czego nie potra­fię skle­cić nawet kilku pro­stych słów.
– Jesteś Lacey, tak? – spy­tał Sam, znów się do mnie uśmie­cha­jąc.
– Tak – odpar­łam i obla­łam się rumień­cem.
– Fajne imię – powie­dział, a ja po raz pierw­szy zauwa­ży­łam, że ma dołeczki. Nie takie zwy­czajne, tylko pra­wie pio­nowe. Te wgłę­bie­nia w policz­kach spra­wiały, że jego twarz wyglą­dała jak sta­ran­nie wyrzeź­biona przez naprawdę uta­len­to­wa­nego arty­stę. – Ja jestem Sam.
– Wiem.
Nie mia­łam poję­cia, co dodać, więc mil­cza­łam. Pew­nie myślał, że jestem nie­grzeczna. A może po pro­stu mało roz­gar­nięta. Sama nie wie­dzia­łam, co gor­sze.
Po lek­cjach poje­cha­ły­śmy z Jen­nicą do mnie, żeby się razem uczyć do piąt­ko­wej kla­sówki z try­go­no­me­trii. Syd­ney i Logan wybie­rali się na spo­tka­nie komi­tetu orga­ni­zu­ją­cego doroczny zjazd absol­wen­tów, więc były­śmy ska­zane na auto­bus. Jen­nica też nie miała samo­chodu, choć zro­biła prawo jazdy. Mama pozwa­lała jej korzy­stać z auta cza­sem w week­endy.
– Jak to się dzieje, że ty jesteś z tego taka dobra, a ja taka bez­na­dziejna? – narze­kała, kiedy zasia­dły­śmy już przy kuchen­nym stole i roz­ło­ży­ły­śmy książki do matmy.
Mama, która, jak się zda­wało, pra­co­wała teraz w sys­te­mie dwa­dzie­ścia cztery na sie­dem, spę­dzała całe dnie w biu­rze, a Tan­ner wła­śnie wró­cił i od razu zamknął się w swoim pokoju, więc w domu pano­wała cisza.
Wzru­szy­łam ramio­nami.
– Nie jesteś bez­na­dziejna – odpo­wie­dzia­łam. – A mnie po pro­stu matma łatwo przy­cho­dzi. Jak tobie pły­wa­nie.
Jen­nica, choć cho­dziła dopiero do trze­ciej klasy, była kapi­ta­nem szkol­nej dru­żyny pły­wac­kiej.
– Uhm, jakby pły­wa­nie było umie­jęt­no­ścią, która naprawdę przyda mi się w życiu – prych­nęła. – Tak, na pewno zdo­łam ją wyko­rzy­stać.
Wie­dzia­łam, że ma na myśli stu­dia i tak dalej, ale pró­bo­wa­łam obró­cić to w żart.
– Ni­gdy nic nie wia­domo – odpar­łam. – Może nadej­dzie dzień, kiedy ura­tu­jesz tonące dziecko.
– Dla­czego cią­gle dziecko i dziecko? Nie mógłby tonąć jakiś cele­bryta albo gwiazda fil­mowa? – spy­tała z uśmie­chem.
– Jasne – spro­sto­wa­łam. – Widzę to. Widzę, jak wycią­gasz z wody Roberta Pat­tin­sona.
– Albo Shię LaBe­ouf – dodała Jen­nica, zamil­kła i zachi­cho­tała. – Wszystko może się zda­rzyć.
– No bez jaj. Musia­ła­byś im zro­bić sztuczne oddy­cha­nie. Usta–usta – doda­łam ze śmier­telną powagą. – Oczy­wi­ście dla rato­wa­nia życia.
– Taaaak. Masz rację. Zde­cy­do­wa­nie czeka mnie kariera ratow­niczki wod­nej cele­bry­tów – powie­działa Jen­nica i spu­ściła wzrok na książkę. – Ale zanim do tego doj­dzie, lepiej wytłu­macz mi te sinusy i cosi­nusy. Żebym miała jakiś plan awa­ryjny na wypa­dek, gdyby Roba i Shii jed­nak nie wyrzu­ciło na brzeg u nas w Ply­mo­uth.
Wyszcze­rzy­łam zęby. Przez następne czter­dzie­ści pięć minut powoli oma­wia­łam rów­na­nia i wzory, które pozna­li­śmy na lek­cjach, i ryso­wa­łam wykresy, by wyło­żyć Jen­nice wszystko po kolei. Zdą­ży­łam się do tego przy­zwy­czaić: przy­swo­je­nie wie­dzy w kla­sie przy­cho­dziło mojej przy­ja­ciółce z tru­dem. Potrze­bo­wała dodat­ko­wych wyja­śnień, zwłasz­cza z matmy i przed­mio­tów ści­słych. Jej tato, pan Arroyo, nazy­wał mnie „Man­n­ta­styczną nauczy­cielką”, bo w siód­mej kla­sie pomo­głam jej się wycią­gnąć z dwa plus na cztery minus z nauki o Ziemi.
Wcale mi to nie prze­szka­dzało. Nawet lubi­łam rolę nie­ofi­cjal­nej oso­bi­stej kore­pe­ty­torki Jen­niki, zwłasz­cza ostat­nio. Dzięki temu mogłam spo­koj­nie spę­dzić z nią tro­chę czasu bez towa­rzy­stwa Briana, który stale się do niej kleił lub opie­kuń­czo opla­tał ją ramie­niem. Przy­po­mi­nało to lata, kiedy były­śmy jesz­cze we dwie. Żało­wa­łam, że nie da się zatrzy­mać czasu lub zamro­zić chwili i cie­szyć się nią dłu­żej. Ale – podob­nie jak wszystko, co dobre – chwila mijała i zanim czło­wiek zdą­żył się obej­rzeć, już sta­wała się prze­szło­ścią.
– Masz coś do jedze­nia? – spy­tała Jen­nica, kiedy dobrnę­ły­śmy do końca zada­nia.
– Zoba­czę. – Prze­szłam przez kuch­nię i sze­roko otwo­rzy­łam lodówkę. – Nie­spe­cjal­nie.
– Ale coś musisz mieć – zapro­te­sto­wała Jen­nica. – Padam z głodu.
Ze zmarsz­czo­nym czo­łem patrzy­łam na jaskrawo oświe­tlone półki. W lodówce był kar­ton prze­ter­mi­no­wa­nego mleka, pięć puszek die­te­tycz­nej coli, trzy jajka, parę mar­che­wek i dwa kawałki pizzy z soboty. Zakupy zwy­kle robił tata, a po wypadku mama cza­sem o tym zapo­mi­nała. Pra­co­wała do późna w Bosto­nie. Kiedy wra­cała do domu, była zbyt zmę­czona, by się brać do goto­wa­nia.
Myśla­łam, że sytu­acja cho­ciaż tro­chę poprawi się w lipcu, kiedy zakoń­czył się pro­ces w spra­wie spo­wo­do­wa­nia wypadku ze skut­kiem śmier­tel­nym. Kobieta, która w nas wje­chała, była pod wpły­wem nar­ko­ty­ków. Poli­cja nie usta­liła, co robiła w naszej oko­licy, bo miesz­kała w odda­lo­nym o pięt­na­ście kilo­me­trów North Carver. Mama codzien­nie sta­wiała się w sądzie, wygło­siła też mowę na posie­dze­niu, pod­czas któ­rego ogło­szono wyrok, ale kobieta i tak dostała tylko cztery lata, cza­sowo ode­brano jej prawo jazdy i zasą­dzono man­dat. Nie mogłam uwie­rzyć, że tyle było warte życie mojego taty.

 
Wesprzyj nas