“Pomówmy szczerze” to historia trzech osób, jednej kobiety i dwóch mężczyzn, uwięzionych w trójkącie miłosnym, opowieść o eskalacji i rozpadzie uczuć, obarczaniu winą i selektywnej pamięci.


Pomówmy szczerzeNa pozór banalny trójkąt miłosny – on, ona i ten trzeci. Ludziom zdarza się przecież odkochać, nawet w miesiąc po ślubie, a rozwody są na porządku dziennym.

Jednak z relacji trojga zainteresowanych, którzy przedstawiają całą historię każde z własnego punktu widzenia, przebija, prócz prawdziwego cierpienia i śmiechu przez łzy, odrobina obłędu i niezwykły komizm.

Opowieść Barnesa rozpisana na trzy głosy, opowiadające trzy niezwykle różne wersje jednej historii, przedstawia proces rozpadu i eskalacji uczuć, obwiniania i obarczania winą, mówienia o sobie, o docieraniu do trudno uchwytnej prawdy i selektywnej pamięci.

Julian Patrick Barnes (ur. 19 stycznia 1946 w Leicester) – angielski powieściopisarz, autor opowiadań i eseista. Barnes jest uważany za czołowego angielskiego postmodernistę. Trzy jego książki – “Papuga Flauberta”, “Anglia, Anglia” oraz Arthur & George” – były nominowane do Booker Prize, a powieść “Poczucie kresu” zdobyła ją w 2011.

Julian Barnes
Pomówmy szczerze
Przekład: Katarzyna Kasterka
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 18 września 2019
 
 

Pomówmy szczerze


1
On, ona i on, oni

Stuart
Nazywam się Stuart i wszystko świetnie pamiętam. Stuart to właściwie moje pierwsze imię. Moje pełne nazwisko brzmi Stuart Hughes. Stuart Hughes i nic poza tym. Żadnego drugiego imienia. Hughes – takie nazwisko nosili moi rodzice, którzy przeżyli w małżeństwie dwadzieścia pięć wspólnych lat. To oni dali mi na imię Stuart. Z początku nie lubiłem brzmienia tego imienia – szczególnie gdy w szkole przezywali mnie Stówa lub Stója – ale w końcu jakoś się do niego przyzwyczaiłem. Ostatecznie mogę je znieść. Mogę znieść, że je muszę nieść.
Proszę wybaczyć. Wymyślanie dowcipnych powiedzonek nie jest moją najmocniejszą stroną. Już mi to mówiono. W każdym razie nazwisko Stuart Hughes uważam teraz za całkiem dla mnie odpowiednie. Nie chciałbym się nazywać, powiedzmy, St John St John de Vere Knatchbull. Moi rodzice nazywali się Hughes. Umarli i teraz ja noszę ich nazwisko. I kiedy umrę, wciąż będę się nazywał Stuart Hughes. Nie ma wielu pewników na naszym wielkim świecie, ale o tym jednym jestem święcie przekonany.
Rozumie pan, do czego zmierzam? Przepraszam. Zapewne nie. Bo i czemu miałby pan rozumieć? Przecież dopiero co zacząłem. W zasadzie wcale się nie znamy. A więc rozpocznijmy wszystko od nowa. Witam, nazywam się Stuart Hughes. Bardzo mi miło. Czy powinniśmy uścisnąć sobie dłonie? Ach, tak. No dobrze. Nie, tak naprawdę zmierzam do tego, że poza mną nie ma już nikogo, co by nie pozmieniali sobie imion czy nazwisk. To doniosłe spostrzeżenie. I nawet nieco przerażające.
Czy przypadkiem zauważył pan, że użyłem liczby mnogiej po słowie „nikogo”? „Nie ma już nikogo, co by nie pozmieniali sobie imion czy nazwisk”. Zrobiłem tak celowo, pewnie po to, żeby rozdrażnić Olivera. Pewnego razu strasznie się pokłóciliśmy na ten temat. No, w każdym razie się posprzeczaliśmy. A przynajmniej wymieniliśmy poglądy. Oliver to wielki pedant. Jest moim najstarszym przyjacielem, więc wolno mi go nazywać wielkim pedantem. Gill – to znaczy moja żona Gillian – powiedziała wkrótce potem, jak go poznała: „Wiesz, twój przyjaciel mówi tak, jakby był słownikiem”.
Wtedy akurat siedzieliśmy we trójkę na plaży nieopodal Frinton i kiedy Oliver usłyszał uwagę Gill, natychmiast wpadł w jeden z tych swoich słownych transów. On nazywa to riffowaniem, ale ja nie używam tego rodzaju wyrazów. Nie jestem w stanie naśladować sposobu, w jaki mówi Oliver – będzie pan sam musiał go posłuchać – w każdym razie to tak, jakby startował superodrzutowiec. I wówczas też było podobnie. „Jakim jestem słownikiem? Czy mam układ alfabetyczny? Czy łatwo się mną posługiwać? Czy jestem dwujęzyczny?”. I tak dalej, wciąż w tym guście. Ciągnął tę zabawę przez kilka ładnych minut, a na koniec zapytał, kto mógłby go kupić. „A co, jeżeli nikt mnie nie zechce? Każdy mną wzgardzi? Zostanę odrzucony. Mój górny brzeg pokryje się kurzem. Och, nie. Będę przeceniony. Już to widzę – trafię na wyprzedaż”. I zaraz potem zaczął walić rękami w piasek i wyć do mew – odstawił tak autentyczną szopkę, że pewne starsze małżeństwo, słuchające radia za parawanem, wyraźnie popadło w lekki popłoch. Gillian zaś tylko się roześmiała.
Tak czy owak, Oliver to pedant. Nie wiem, co pan sądzi o stosowaniu liczby mnogiej po wyrazie „nikt”. Pewnie w ogóle pan o tym nie myśli, bo i dlaczego miałby pan to robić. Ja sam nie umiałbym już teraz powiedzieć, czemu ten temat w ogóle wypłynął, ale pamiętam, że się posprzeczaliśmy. Oliver, Gillian i ja. Każde z nas miało inne zdanie w tej kwestii. Spróbuję, jeśli można, przedstawić nasze odmienne opinie. Może w formie protokołu z zebrania, takiego, jaki zdarza mi się sporządzać w banku.
OLIVER oznajmił, że słowa takie jak „nikt” i „ktoś” są zaimkami w liczbie pojedynczej, odmieniającymi się jak rzeczowniki męskoosobowe, dlatego należy po nich używać czasowników w liczbie pojedynczej i w rodzaju męskim.
GILLIAN zaoponowała, że nie można czynić uwag natury ogólnej, wykluczając przy tym połowę rodzaju ludzkiego, jako że co najmniej w pięćdziesięciu procentach przypadków ten „ktoś” czy „nikt” okazuje się kobietą. Dlatego logika i uczciwość nakazują w takich wypadkach uwzględniać ten fakt.
OLIVER wtrącił, że dyskutujemy o gramatyce, a nie o równouprawnieniu płci.
GILLIAN powiedziała, że nie można oddzielać jednego od drugiego, ponieważ skąd pochodzi gramatyka, jeśli nie od gramatyków, a przecież większość gramatyków – a właściwie, o ile jej wiadomo, każdy z nich – to mężczyzna, więc czegóż innego można się po nich spodziewać; a poza tym tak naprawdę ona odwołuje się jedynie do zdrowego rozsądku.
OLIVER przewrócił oczami, zapalił papierosa, po czym obwieścił, że w jego opinii już w samym wyrażeniu „zdrowy rozsądek” kryje się wewnętrzna sprzeczność i że jeżeli człowiek kierowałby się… – w tym momencie Oliver udał potężne zmieszanie i natychmiast się poprawił na „mężczyzna lub kobieta” – …i że jeżeli mężczyzna lub kobieta kierowaliby się zdrowym rozsądkiem przez ostatnie milenia, to wciąż jeszcze mieszkalibyśmy w lepiankach, jadali jakieś paskudztwa i słuchali płyt Dela Shannona.
STUART w tym momencie przedstawił doskonałe rozwiązanie. Oświadczył, że ponieważ używanie rodzaju męskiego jest nieprecyzyjne lub obraźliwe, lub też jednym i drugim naraz, natomiast dodawanie wszędzie „mężczyzna lub kobieta”, choć zgodne z zasadami dyplomacji, jest jednocześnie szalenie niewygodne, należy po zaimkach nieokreślonych zawsze stosować czasowniki w liczbie mnogiej. Stuart wysunął tę kompromisową koncepcję bardzo pewnym siebie głosem, więc był niezwykle zdumiony, gdy jednomyślnie odrzuciło ją całe gremium.
OLIVER wtrącił, że na przykład zdanie: „nie widać już tego kogoś, ale przed chwilą wsuwali głowę przez drzwi”, brzmi tak, jakby chodziło o dwa ciała obdarzone tylko jedną głową – jak w jakimś przerażającym rosyjskim eksperymencie naukowym. I natychmiast zaczął opowiadać o ludziach, będących swoistymi wybrykami natury, przedstawianych swego czasu jako atrakcje objazdowych lunaparków, wspomniał coś przy okazji o brodatych kobietach, zdeformowanych płodach owczych i najwyraźniej zamierzał się rozwodzić dalej nad podobnymi przyjemnościami, jednak został szybko przywołany do porządku przez Przewodniczącego (czytaj: mnie).
GILLIAN oznajmiła, że używanie czasowników w liczbie mnogiej po zaimkach nieokreślonych jest owszem dyplomatyczne, ale równie niewygodne, jak stosowanie formy „mężczyzna lub kobieta”, a do tego brzmi bardzo dziwacznie. I że tak naprawdę nie rozumie, czemu zebrani tak zdecydowanie bronią się przed zaakceptowaniem jej propozycji. Ostatecznie przez wiele wieków kobiety pouczano, by używały form męskoosobowych po zaimkach nieokreślonych, więc czy nie nadszedł już czas, by podjąć w tej materii jakieś działania naprawcze, choćby bardzo spóźnione i stające kością w kilku (męskich) gardłach?
STUART pozostał przy opinii, że jego propozycja jest najlepsza, ponieważ najmniej kategoryczna.
I na tym SPOTKANIE zakończono sine die.
Jeszcze długo po tym rozmyślałem o naszej rozmowie. Jak to możliwe, żeby troje całkiem inteligentnych ludzi siedziało i prowadziło zagorzałą dyskusję na temat sprowadzający się tak naprawdę do używania kilku banalnych słów: on, ona i on, oni. To takie krótkie, drobne wyrazy, my jednak nie mogliśmy dojść w ich kwestii do porozumienia. Mimo że byliśmy przyjaciółmi, nie osiągnęliśmy zgody. Z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu mnie to zmartwiło.
Ale dlaczego w ogóle zacząłem o tym wszystkim opowiadać? Ach tak. Poza mną nie ma już nikogo, co by nie pozmieniali sobie imion czy nazwisk. To prawdziwe i do tego całkiem doniosłe spostrzeżenie, czyż nie? Gillian, na przykład, zmieniła nazwisko, gdy została moją żoną. Jej panieńskie nazwisko brzmiało Wyatt, a teraz Gillian nazywa się Hughes. Nie pochlebiam sobie, że marzyła o tym, by nazywać się tak jak ja. Myślę, że raczej chciała się uwolnić od tego Wyatt. Bo, widzi pan, tak brzmiało nazwisko jej ojca, a ona nie bardzo go lubiła. Porzucił jej matkę, która potem przez lata musiała żyć z nazwiskiem kogoś, kto od niej odszedł. Zapewne nie było to przyjemne dla pani Wyatt, czy raczej Mme Wyatt, jak ją nazywają niektórzy, bo z pochodzenia jest Francuzką. Podejrzewam, że dla Gillian pozbycie się nazwiska Wyatt było czymś w rodzaju ostatecznego zerwania więzi z ojcem (który, nawiasem mówiąc, nie pojawił się na naszym ślubie) i uświadomienia swojej matce, co ona powinna była zrobić już bardzo dawno temu. Mme Wyatt nie pojęła jednak tej aluzji, zakładając, oczywiście, że za tym wszystkim w istocie kryła się jakaś aluzja.
Oliver – jakże to dla niego typowe! – powiedział, że po ślubie Gill powinna mówić o sobie pani Gillian Wyatt-lub-Hughes, jeżeli chciałaby być w zgodzie z logiką, gramatyką, zdrowym rozsądkiem i dyplomacją. I zupełnie nie powinna zawracać sobie głowy niedogodnościami wynikającymi z przyjęcia takiego rozwiązania. W tym twierdzeniu objawił się cały Oliver.
A gdy już mówimy o Oliverze. On też nie miał tak na imię, kiedy go poznałem. Chodziliśmy razem do szkoły. Wówczas mówiliśmy na niego Nigel, a czasami „N.O.” lub „Russ”. Nigdy jednak Nigel Oliver Russel nie był nazywany Oliverem. Wydaje mi się, że w owym czasie nie wiedzieliśmy nawet, co oznacza to „O” przed jego nazwiskiem; choć być może on coś zmyślił na ten temat. W każdym razie chciałem powiedzieć, że ja nie poszedłem na uniwersytet, a Nigel tak. Wyjechał i gdy zjawił się po pierwszym semestrze, był nagle Oliverem. Oliverem Russellem. Całkowicie i nieodwołalnie pozbył się swego N – nawet z książeczki czekowej.
Widzi pan, ja naprawdę wszystko pamiętam. Ten facet poszedł do banku i jakoś zmusił ich, żeby wydrukowali mu nowe książeczki czekowe. I od tamtej pory zamiast „N.O. Russell” zaczął się podpisywać „Oliver Russell”. Zdziwiłem się, że mu na to pozwolono. Zawsze wydawało mi się, że imię można zmienić jedynie sądownie czy w jakiś równie urzędowy sposób. Zapytałem go, jak tego dokonał, ale nie chciał mi powiedzieć. Oznajmił jedynie: „Zagroziłem, że przeniosę swój debet gdzie indziej”.
Ja nie jestem tak inteligentny jak Oliver. W szkole zdarzało mi się dostawać wyższe od niego stopnie, ale tylko wtedy, gdy on postanowił się nie wysilać. Byłem lepszy w matematyce, przedmiotach ścisłych i zajęciach praktyczno-technicznych – Oliverowi wystarczyło pokazać tokarkę w warsztacie szkolnym, a już udawał, że mdleje – jednak gdy tylko miał ochotę mnie pokonać, nie sprawiało mu to żadnych trudności. I nie tylko mnie, ale i wszystkich innych. Umiał sobie radzić w życiu. Gdy musieliśmy zabawiać się w wojsko na szkolnych ćwiczeniach kadetów, Oliver zawsze potrafił się od tego wymigać. Jeżeli tylko chce, umie być bardzo sprytny.
I do tego jest moim najstarszym przyjacielem.
Był też moim drużbą. No, może niedokładnie, ponieważ braliśmy z Gillian jedynie ślub cywilny w urzędzie, a tam nie ma kogoś takiego jak drużba. Prawdę mówiąc, na ten temat też mieliśmy z Oliverem głupią sprzeczkę. Naprawdę idiotyczną. Ale o tym opowiem panu przy innej okazji.
To był przepiękny dzień. Wymarzony na ślub. Ciepły czerwcowy poranek, błękitne niebo i lekki wietrzyk. Zebrało się nas sześcioro: ja, Gill, Oliver, Mme Wyatt, moja siostra (dawniej mężatka, teraz rozwiedziona, ale i tak nosząca inne nazwisko – no i co, czy nie mówiłem?) oraz jakaś bardzo wiekowa ciotka, którą Mme Wyatt wytrzasnęła w ostatniej chwili, nie wiadomo skąd. Nie dosłyszałem jej nazwiska, ale co tam. Założę się, że i tak nie było takie, jakie nosiła w chwili urodzenia.
Urzędnik stanu cywilnego okazał się dystyngowanym dżentelmenem, zachowującym należną swemu stanowisku dozę powagi i formalizmu. Obrączka, którą kupiłem dla Gillian, spoczywała na śliwkowej, welwetowej poduszce i mrugała do nas radośnie aż do chwili, gdy przyszło mi ją włożyć na palec oblubienicy.
Wypowiedziałem słowa przysięgi małżeńskiej nieco za głośno, tak że zdawały się odbijać echem od jasnej dębowej boazerii ścian; za to Gill, jakby dla równowagi, wypowiedziała wszystko tak cichym szeptem, że i urzędnik, i ja ledwie zdołaliśmy ją usłyszeć. Ale oboje byliśmy bardzo szczęśliwi. Świadkowie podpisali akt ślubu. Urzędnik wręczył Gillian jego odpis i oznajmił: „To należy do pani, pani Hughes, i temu młodemu człowiekowi u pani boku zupełnie nic do tego”. Tuż obok ratusza stał duży zegar i to właśnie pod nim zrobiliśmy sobie ślubne zdjęcia. Na pierwszej fotografii widnieje godzina 12.13, a więc wówczas byliśmy małżeństwem od całych trzech minut. Na ostatniej – 12.18, co oznacza, że już od ośmiu minut mogliśmy oficjalnie nazywać się mężem i żoną. Niektóre z ujęć są zrobione pod dziwacznym kątem, ponieważ Oliver strasznie się wygłupiał. Później poszliśmy wszyscy do restauracji i zajadaliśmy łososia z grilla. Do tego piliśmy szampana. A potem znowu piliśmy szampana. Oliver wygłosił mowę. Powiedział, że chciał wznieść toast na cześć pierwszej druhny, ale skoro nikogo takiego nie ma w pobliżu, wypije za zdrowie Gill. Wszyscy zaśmiewali się w głos i klaskali, a po chwili Oliver zaczął wyrzucać z siebie cały potok strasznie długich słów. Po każdym z nich wydawaliśmy przeciągłe okrzyki radości. Siedzieliśmy w czymś w rodzaju bocznej sali i w pewnym momencie – gdy wrzasnęliśmy wyjątkowo głośno po jakimś wyjątkowo długim słowie – zajrzał do nas kelner, by sprawdzić, czy czegoś nie potrzebujemy, ale zaraz się wycofał. Oliver skończył swój występ i usiadł, poklepywany z aprobatą po plecach. Zwróciłem się w jego stronę i powiedziałem: „A tak na marginesie, nie widać już tego kogoś, ale przed chwilą wsuwali głowę przez drzwi”.
– Czego chcieli?
– Nie. Posłuchaj. Nie widać już tego kogoś, ale przed chwilą wsuwali głowę przez drzwi – powtórzyłem z emfazą.
– Upiłeś się? – zdziwił się Oliver.
A więc zapomniał. Ale ja pamiętam. Bo widzi pan, ja wszystko świetnie pamiętam.