Opowieści o lekach, które Thomas Hager zebrał w tej książce, składają się na fascynującą historię ich roli w nowożytnej medycynie, a zarazem ewolucji naszej kultury.


Dziesięć leków, które ukształtowały medycynęKażdy znaczący lek ma swoją historię. Może być owocem geniuszu badacza dziwaka, spowodować przełom w medycynie, a nawet zmienić geopolitykę. Niektóre powstały przypadkowo – na przykład pierwszy lek uspokajający odkryto podczas prac nad penicyliną. Wypuszczony na rynek w 1955 roku pod nazwą Miltown zrobił furorę w Hollywood jako „martini w pigułce” i zmienił nastawienie społeczne do środków poprawiających nastrój.

Począwszy od używanego od tysięcy lat opium, z Dziesięciu leków, które ukształtowały medycynę dowiadujemy się, jak rozliczne medykamenty zmieniły nasze życie. Thomas Hager opowiada między innymi o zapomnianej pionierce szczepień przeciw ospie w Wielkiej Brytanii, o „kropelkach nasennych” służących temu, co obecnie „pigułka gwałtu”, o pierwszym antybiotyku, który ocalił życie milionów ludzi, o pierwszym leku antypsychotycznym, za sprawą którego opustoszały szpitale dla obłąkanych, a także o Viagrze, statynach i otwierających nową epokę medycyny przeciwciałach monoklonalnych.

Thomas Hager jest autorem wielokrotnie nagradzanych książek popularnonaukowych, w tym takich bestsellerów jak The Demon under the Microscope i The Alchemy of Air. Urodził się w 1953 roku w Portland w Oregonie. Ukończył studia medyczne ze specjalnością mikrobiologia lekarska i anestezjologia, studiował też dziennikarstwo. Publikuje m.in. w „Wall Street Journal”, „Time” i „The Atlantic”, a także wykłada dziennikarstwo i komunikację społeczną na University of Oregon.

Thomas Hager
Dziesięć leków, które ukształtowały medycynę
Przekład: Aleksander Gomola
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 17 września 2019
 
 

Dziesięć leków, które ukształtowały medycynę


WSTĘP

50 000 TABLETEK

KILKANAŚCIE LAT TEMU podczas podróży służbowej miałem wolny dzień, a że byłem w Londynie, to jak wielu turystów, postanowiłem zajrzeć do Muzeum Brytyjskiego. Zobaczyłem tam coś niezwykłego.
W ogromnej, jasno rozświetlonej sali na parterze umieszczono ogromny stół, gdzie pod szkłem znajdowały się tysiące różnego kształtu i koloru tabletek. Ekspozycja ta była wspólnym pomysłem artysty i lekarza, którzy chcieli w ten sposób pokazać wszystkie czternaście tysięcy dostępnych na receptę leków przyjmowanych w ciągu życia przez przeciętnego Brytyjczyka. Stół z krótko opisanymi tabletkami i kapsułkami pod prześwitującą tkaniną był długi na czternaście metrów. Nie wierzyłem własnym oczom. Czy rzeczywiście ludzie łykają od urodzenia do śmierci aż tyle pigułek?
Odpowiedź jest krótka: nie. Łykają ich o wiele więcej. Prezentacja odzwierciedlała sytuację w Wielkiej Brytanii, a jeśli chodzi o przyjmowanie leków, Brytyjczykom daleko do Amerykanów. Ponad połowa mieszkańców Stanów Zjednoczonych przyjmuje regularnie co najmniej jeden lek przepisany przez lekarza, a wiele osób w tej grupie jeszcze więcej (ściślej, od czterech do dwunastu różnych leków na receptę w ciągu roku – zależnie od tego, do jakich badań się odwołujemy). Jeden z ekspertów szacuje, iż w Stanach Zjednoczonych na jedną osobę przypada przeciętnie dziesięć różnych tabletek dziennie. Dodajmy do tego wszystkie środki farmaceutyczne dostępne bez recepty – witaminy, tabletki na grypę i przeziębienie, aspirynę, parafarmaceutyki – i policzmy. Załóżmy ostrożnie, że Amerykanin łyka przeciętnie dwie tabletki dziennie w ciągu siedemdziesięciu ośmiu lub więcej lat życia. To daje trochę ponad pięćdziesiąt tysięcy tabletek w życiu przeciętnego Amerykanina, a całkiem możliwe, że ta liczba jest znacznie większa. My, Amerykanie, łykamy znacznie więcej środków farmaceutycznych niż jakakolwiek inna nacja i wydajemy na nie co roku znacznie więcej pieniędzy niż inni, bo ponad trzydzieści cztery miliardy dolarów na leki bez recepty i dwieście siedemdziesiąt miliardów na leki na receptę. To znacznie więcej, niż wydają mieszkańcy innych krajów, ponieważ ceny leków są w Stanach Zjednoczonych znacznie wyższe. Amerykanie stanowią niecałe pięć procent populacji świata, ale to z ich kieszeni pochodzi ponad połowa pieniędzy płynących co roku do największych firm farmaceutycznych.
A nie liczymy tutaj leków niedopuszczonych do oficjalnego obrotu.
Żaden naród w historii ludzkości nie przyjmował tylu leków i nie wydawał na nie tyle pieniędzy, ile współcześni Amerykanie. Te leki zmieniły w zasadniczy sposób nasze życie. Przede wszystkim wydłużyły je i to one odpowiadają za to, że Stany Zjednoczone to kraj coraz większej liczby coraz starszych ludzi. Leki poszerzyły możliwości społeczne i zawodowe kobiet. Zmieniły nasze podejście do ludzkiego umysłu i stosunek do prawa, wpływały na relacje międzynarodowe i były powodem wojen.
Biorąc to wszystko pod uwagę, może powinniśmy zmienić nazwę naszego gatunku na Homo pharmacum – człowiek tworzący i przyjmujący leki. Moglibyśmy także nazwać siebie ludem pigułki antykoncepcyjnej.
W Dziesięciu lekach opowiem, jak do tego doszło, koncentrując się na dziesięciu wybranych lekach dopuszczonych powszechnie do obiegu medycznego i mających własności lecznicze, nie profilaktyczne, dostępnych najczęściej na receptę. Książka ta ma formę zwięzłych, napisanych żywym językiem szkiców stanowiących rodzaj minibiografii poświęconych dziesięciu lekom, które zmieniły historię medycyny, połączonych wspólnymi wątkami, a każda opowieść prowadzi do kolejnej opowieści.
Jednym z tych wątków jest ewolucja leków. Angielskie słowo oznaczające lek (drug) pochodzi od starofrancuskich i niderlandzkich słów oznaczających baryłki, w których dawniej przechowywano zioła, by chronić je przed wilgocią. Półtora wieku temu farmaceuci nie różnili się bowiem zbytnio od współczesnych zielarzy i sporządzali lekarstwa, sięgając przede wszystkim do słojów wypełnionych suszonymi ziołami. Dzięki nim lekarze w dziewiętnastym wieku dysponowali kilkudziesięcioma mniej lub bardziej skutecznymi i otrzymywanymi drogą naturalną lekami (a także setkami bezużytecznych, często zawierających dużą ilość alkoholu eliksirów, okładów oraz pigułek sporządzanych i zachwalanych przez lokalnych aptekarzy. Dzisiaj mamy ponad dziesięć tysięcy coraz precyzyjniej celowanych i coraz skuteczniejszych leków tworzonych za pomocą nowoczesnych technologii, leczących – często całkowicie – z chorób i dolegliwości, z którymi osoby parające się medycyną nie potrafiły sobie poradzić przez tysiące lat.
W tę ewolucję wplecione jest, nadające jej kierunek, ciągłe poszukiwanie przez ludzkość „magicznych pocisków” – leków, które bezbłędnie trafiałyby we wszystko, co chore w naszym organizmie, nie niszcząc jednak niczego innego. Naszym celem zawsze było i jest stworzyć leki jak najskuteczniejsze, ale niewywołujące żadnych skutków ubocznych. To najpewniej nieosiągalny cel. Dotychczas nie udało nam się znaleźć ani jednego doskonałego „magicznego pocisku”. Ale trzeba powiedzieć, że cały czas się do niego powoli zbliżamy.
Inny wątek łączący wszystkie rozdziały tej książki dotyczy tego, jak powstał i rozwinął się przemysł farmaceutyczny – gigantyczna bestia tworząca przychody w wysokości bilionów dolarów rocznie – i jak zmieniały się regulacje dotyczące tego przemysłu. Na przykład w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku można było kupić bez recepty każdy lek dostępny na rynku, w tym różne mikstury zawierające opium, kokainę i marihuanę. Dziś wszystkie leki o mocnym działaniu można nabyć wyłącznie na receptę, a nawet na nią nie można kupić narkotyków, takich jak heroina (przynajmniej nie w Stanach Zjednoczonych). Przed rokiem 1938 wytwórcy leków mogli zaoferować każdy specyfik, pod warunkiem że nie wysyłał on człowieka na tamten świat, i nie starali się nikogo oszukać fałszywymi reklamami. Dzisiaj wszystkie leki na receptę, zanim zostaną dopuszczone do obiegu, muszą zostać zbadane pod kątem bezpieczeństwa dla zdrowia i skuteczności. Przepisy dotyczące sprzedaży leków zmieniały się, niekiedy zaskakująco, podobnie jak same leki.
Zmieniał się także nasz stosunek do leków. W wieku dziewiętnastym ludzie uważali, że mają nieomal niezbywalne prawo aplikować sobie to, na co mają ochotę. Nieistotne było, czy lek komuś służył, czy nie – decyzja należała do chorego, nie do jego lekarza. Jeśli ktoś chciał nabyć jakiś „nadzwyczaj skuteczny” specyfik zachwalany w miejscowej aptece – radioaktywną wodę na raka czy nafaszerowane opium syropy na bezsenność – miał wolny wybór, ponieważ każdy mógł robić ze swoim zdrowiem, co chciał, i nikt nie mógł mu tego zabronić.
Dzisiaj jest odwrotnie. Klucze do większości leków (w postaci bloczka z receptami) dzierżą lekarze i kiedy łykamy „nasze” lekarstwa, łykamy to, co oni nam każą łykać.
Leki zmieniły także sposób praktykowania medycyny przez lekarzy. Jeszcze pod koniec dziewiętnastego wieku przede wszystkim służyli oni radą i diagnozą oraz nieśli pociechę członkom rodziny chorego, byli jednak praktycznie bezsilni wobec chorób śmiertelnych. Dzisiaj lekarze potrafią zdziałać cuda i uratować w takich przypadkach życie, o czym ich poprzednicy sto lat wcześniej mogli jedynie marzyć. Zarazem jednak współcześni lekarze to często przepracowani technokraci ciągle karmiący się różnymi danymi, którzy lepiej się czują, czytając wyniki badań laboratoryjnych, aniżeli trzymając dłoń pacjenta.
Przez ostatnie sześćdziesiąt lat przeciętna długość życia w Stanach Zjednoczonych wzrastała co roku o dwa miesiące – przede wszystkim właśnie za sprawą leków. Szczepionki pozwoliły nam całkowicie pokonać odwiecznych wrogów ludzkości, takich jak ospa, i prawie zupełnie wyeliminować zachorowania na polio. Leki przepisywane przez lekarzy oraz starania publicznej służby zdrowia sprawiły, że żyjemy dłużej i – ogólnie rzecz biorąc – zdrowiej.
Nie znaczy to jednak, że nie towarzyszą temu żadne niebezpieczeństwa. Przedawkowanie leków pochodzących zarówno ze źródeł legalnych, jak i nielegalnych zabija rokrocznie w Stanach Zjednoczonych sześćdziesiąt cztery tysiące osób – a to więcej niż liczba wszystkich amerykańskich żołnierzy poległych w Wietnamie.
Spójrzmy na to, jak leki zmieniły nasze życie. W dawnych, złych czasach, powiedzmy dwieście lat temu, mężczyźni żyli przeciętnie dwa razy dłużej niż kobiety (które umierały często podczas porodu lub połogu). I mężczyźni, i kobiety żyli wówczas o połowę krócej niż współczesne pokolenia. Większość zgonów następowała w bardzo wczesnym okresie życia. Jeśli ktoś mimo niebezpieczeństw i traum towarzyszących porodowi szczęśliwie przyszedł na świat, przeżył choroby zakaźne wieku dziecięcego: ospę, odrę, krztusiec, błonicę (by wymienić tylko niektóre z nich) i dożył do wieku dorosłego, mógł się uważać za szczęśliwca. Wówczas groziły mu jedynie gruźlica, ropień, róża, cholera, gangrena, obrzęki, kiła i płonica oraz kilka innych chorób, o których mało kto już dzisiaj słyszał. Obecnie umieramy z powodu nowotworów i zaburzeń układu krążenia, czyli chorób wieku średniego i starczego. Dawniej ludzie nie przejmowali się ani nowotworami, ani sercem, ponieważ niewielu z nich dożywało wieku, w którym mogły ich dopaść takie problemy. Jak napisała ostatnio grupa badaczy, właśnie lekom zawdzięczamy to, że „ludzie chorują dziś na inne choroby, lekarze mają na nie inny pogląd, a one same mają inne znaczenie społeczne”.
Zobaczymy w tej książce, że dzięki szczepionkom i antybiotykom nie jesteśmy już bezbronnymi ofiarami epidemii chorób zakaźnych, lecz potrafimy je zwalczać. Leki, w połączeniu z bardziej skutecznymi metodami dbania o zdrowie i higienę ludzi – czystszą wodą pitną, lepszymi systemami odprowadzania nieczystości, lepszymi szpitalami – sprawiły, że nie boimy się już chorób wieku dziecięcego, lecz cierpimy z powodu chorób wieku starczego. To zasługa medycyny w ogólności, a leków w szczególności.
Naszą kulturę i sposób życia zmieniło wiele wynalazków technicznych. Ale leki na tym tle jeszcze bardziej fascynują, są bowiem owocem zaawansowanych technologii i powstają w najnowocześniejszych laboratoriach świata w wyniku inwestycji sięgających dziesiątków milionów dolarów, a równocześnie mimo swego zaawansowania mają wymiar bardzo intymny i osobisty, ponieważ aby wykonać swe zadanie, muszą się stać częścią nas. Musimy je wypić, wciągnąć nosem, połknąć, wstrzyknąć do krwi, wetrzeć w skórę. Rozpuszczają się w nas i pędzą naczyniami krwionośnymi od mięśni do serca, od wątroby do mózgu. Dopiero gdy nasz organizm je wchłonie, gdy się w nas rozpuszczą, gdy zleją się z naszymi tkankami i komórkami, mogą przystąpić do działania. Wówczas mogą się przyłączać i inicjować procesy biochemiczne, łagodzić i uspokajać, niszczyć i chronić, zmieniać naszą świadomość, przywracać zdrowie. Potrafią pobudzić nas do działania lub uspokoić. Potrafią uzależnić od siebie, ale także ocalić życie.
Co daje im tę moc? Czy leki to zwierzę, roślina czy kamień? Każde z nich. Czy nam dobrze służą? Zazwyczaj tak. Czy są niebezpieczne? Zawsze. Czy potrafią zdziałać cuda? Bez wątpienia. Czy mogą nas zniewolić? Niektóre tak.

CORAZ SKUTECZNIEJSZE LEKI, coraz lepiej uzbrojeni do walki lekarze, coraz więcej pokonanych chorób. Ktoś mógłby powiedzieć, że historia leków to nic innego jak zwycięski marsz postępu. Nie dajmy się zwieść. Jak zobaczymy, spora część tej historii ma początek w błędach, przypadkach i łutach szczęścia.
Kiedy jednak pisałem tę książkę, utwierdziłem się w przekonaniu, że dobry, staroświecki postęp też odegrał w tej historii niebagatelną rolę – jeśli przez postęp rozumieć logiczne i racjonalne zastosowanie rosnącej liczby przebadanych faktów. Każdy nowy lek mówi nam coś nowego o naszym organizmie, a coraz lepsze rozumienie organizmu człowieka pozwala nam opracowywać jeszcze lepsze leki. Gdy system działa jak należy, każde nowe odkrycie naukowe jest weryfikowane, badane eksperymentalnie, znowu badane, a potem, jeśli trzeba, wprowadza się zmiany i poprawki i wreszcie staje się ono częścią globalnej skarbnicy faktów dostępnej innym naukowcom. W ten sposób skarbnica wciąż się powiększa. Ta synergia badań nad lekami i nauk podstawowych, ten kontredans, w którym biorą udział laboratorium, tabletka i ludzki organizm, opisywany w dziesiątkach tysięcy publikacji naukowych w ostatnich trzech stuleciach, nabiera coraz większego tempa i staje się coraz intensywniejszy. To rzeczywisty postęp. Jeśli tylko uda nam się uchronić nasz świat przed rozpadem, czekają nas jeszcze wspanialsze rzeczy.

PORA POWIEDZIEĆ, o czym ta książka nie jest.
Nie jest to pisana z perspektywy naukowej historia przemysłu farmaceutycznego. Nie ma w niej przypisów. Ponieważ musi być zwięzła, pomija wiele wypadków opracowania leków, które wstrząsnęły światem. Nie znajdziemy w niej wszystkich ważnych leków, dowiemy się jednak sporo o wielu takich, które wpłynęły na historię medycyny i kształt współczesnego świata. Mam nadzieję, że po jej lekturze każdy będzie lepiej rozumiał ten fascynujący element naszego życia społecznego.
Ta książka nie powie niczego nowego osobom zawodowo prowadzącym badania nad lekami, ponieważ nie oni są jej adresatami. Pisałem ją z myślą o wszystkich, którzy mają odrobinę wiedzy o lekach, a chcieliby wiedzieć więcej. Kieruję ją do czytelnika niespecjalisty, aczkolwiek mam nadzieję, że i specjaliści zaczerpną z niej kilka nowych interesujących historii, o których będą opowiadać innym.
Książka ta nie uszczęśliwi producentów leków. Ani lobbystów koncernów farmaceutycznych. Ani przeciwników leków syntetycznych i antyszczepionkowców. Nie jest to elaborat, w którym pomstuję nad złymi postępkami przemysłu farmaceutycznego, ani pean pochwalny na cześć cudów nauki. Nie mam żadnego upatrzonego przeciwnika, a za powstaniem tej książki nie stoi żaden ukryty cel.
Moim zamiarem jest po prostu obudzić ciekawość czytelnika, ukazując mu zupełnie nowy świat – świat związany z odkrywaniem nowych leków – i objaśnić mu nie tylko wiele aspektów historii medycyny, ale także naszego współczesnego życia, począwszy od dzisiejszych relacji pacjent–lekarz, po telewizyjne reklamy środków farmaceutycznych, od masowego nadużywania opioidów w dziewiętnastym wieku po współczesne możliwości medycyny spersonalizowanej. Firmy farmaceutyczne zarabiają gigantyczne pieniądze, a wielu z nas wciąż nie stać na potrzebne nam leki. Ta książka skłoni do zastanowienia, dlaczego tak się dzieje.

JEŚLI JEST JAKAŚ JEDNA nadrzędna nauka, którą – mam nadzieję – czytelnicy wyniosą z tych stronic, można ją streścić następująco: Żaden lek nie jest dobry. Żaden lek nie jest zły. Każdy lek jest zarazem dobry i zły.
Można to wyrazić inaczej i powiedzieć, że każdy bez wyjątku skuteczny lek zawsze może wywołać niebezpieczne skutki uboczne. Łatwo się o tym zapomina, kiedy dowiadujemy się z entuzjazmem o nowym leku, który pojawił się na rynku. Każdy nowy doskonały lek promowany za pomocą ogromnej kampanii reklamowej i wspierany często pełnymi zachwytów doniesieniami z mediów przechodzi tak zwany cykl Seige’a (od nazwiska niemieckiego neurologa i psychiatry Maxa Seige’a, który opisał go po raz pierwszy na początku dwudziestego wieku). Cykl ten powtarza się bez końca. Do obiegu zostaje dopuszczony nowy lek, przepisywany na potęgę przez lekarzy i przyjmowany z entuzjazmem przez pacjentów (to pierwszy etap cyklu). Po kilku latach zachwytu zaczyna się pojawiać coraz więcej negatywnych publikacji wskazujących na jego niebezpieczeństwo, a takie wiadomości bardzo dobrze się sprzedają (to etap drugi). Nagle wszyscy z przerażeniem konstatują, że to, co wczoraj było cudownym lekiem, dzisiaj okazuje się potencjalnie groźne. Ten etap również mija i następuje etap trzeci, kiedy pojawia się bardziej zrównoważone podejście do leku i trzeźwiejsze spojrzenie na jego rzeczywiste własności lecznicze. Jego sprzedaż stabilizuje się na umiarkowanym poziomie i zajmuje odtąd właściwe sobie miejsce w panteonie leków.
A potem – ta dam! – ta sama lub inna firma farmaceutyczna wypuszcza na rynek nowy cudowny lek i cała historia się powtarza. Dlatego gdy znowu przeczytasz zapierające dech w piersiach doniesienia o kolejnym przełomowym leku, przypomnij sobie cykl Seige’a.

JEŚLI CHODZI O DZIESIĘĆ tytułowych leków przedstawionych w tej książce, to niektóre prawdopodobnie będą ci znane, inne jednak – niekoniecznie. Sam pomysł na książkę pochodzi od mojego utalentowanego wydawcy, Jamisona Stoltza, lecz lista leków jest mojego autorstwa.
Nie chciałem iść utartym szlakiem standardowych „największych przebojów” farmaceutycznych w dziejach ludzkości, toteż pominąłem niektórych oczywistych kandydatów, na przykład aspirynę i penicylinę, ponieważ na ich temat powstało już mnóstwo publikacji. Zamiast nich opisałem leki mniej znane, ale nie mniej – co może być zaskakujące – ważne, takie jak wodzian chloralu, „kropelki nasenne” (stosowane przez lekarzy i dodawane do drinków w zbójeckim barze Mickeya Finna), chloropromazyna (pierwszy lek przeciwpsychotyczny, dzięki któremu opustoszały dawne zakłady dla obłąkanych), a także specyfiki lepiej od nich znane, takie jak pigułka antykoncepcyjna czy oksykodon. Sporo miejsca poświęciłem opioidom w ich wielorakiej postaci, począwszy od stosowanego od czasów prehistorycznych soku mlecznego z makówek, po współczesne morderczo skuteczne medykamenty syntetyzowane sztucznie. Wszystkie wywodzące się z opium związki są warte uwagi ze względu na ich znaczenie w dziejach ludzkości (tysiące lat pracy nad uzyskaniem ich w jak najczystszej postaci oraz ich doskonalenia bardzo wiele nam mówią o sporządzaniu leków w ogólności), ze względu na to, że są przyczyną takich współczesnych problemów społecznych jak narkomania, a także dlatego, że ich historia pełna jest ciekawych postaci i epizodów, począwszy od pewnego genialnego średniowiecznego alchemika, przez zrozpaczoną chińską cesarzową, po laboratorium, w którym legli pokotem nieprzytomni chemicy.
Uważni czytelnicy zauważą, że w rzeczywistości przedstawiam w tej książce trochę więcej niż dziesięć leków. W niektórych rozdziałach koncentruję się na jednej substancji (sulfanilamid), w innych zaś na rodzinie spokrewnionych ze sobą związków (takich jak statyny). Nie trzymajmy się zatem kurczowo liczb – one nie są najważniejsze.
Trzeba bowiem pamiętać, że nie sposób ułożyć definitywnej, a zarazem krótkiej listy najważniejszych leków w dziejach ludzkości – to daremny trud – dlatego tworząc moją listę, kierowałem się własnym przekonaniem o historycznym znaczeniu tego czy innego leku oraz tym, czy można opowiedzieć o nim coś zajmującego. Starałem się unikać w tej książce, jak to tylko możliwe, żargonu naukowego i chcę, żeby była przystępna w lekturze. Na pierwszym miejscu stawiam w niej barwne historie i zapadające w pamięć postaci. Możliwe, że naukowcy będą kręcić nosem, ale mam nadzieję, że tobie się spodoba. Zapraszam do świata leków.