Upór, nieprzeciętna osobowość, świetne relacje z córką, trudne z mężem, wątpliwa reputacja – takie połączenie nie wróży nic dobrego. Bernadette nagle znika. Z jakiego powodu: można się tylko domyślać…


Gdzie jesteś, BernadetteKiedy piętnastoletnia Bee – w zamian za wzorowe świadectwo – upomina się o obiecaną wycieczkę na Antarktydę, jej inteligentna i agorafobiczna matka Bernadette rzuca się w wir przygotowań.

Znudzona życiem, którego nigdy nie chciała, Bernadette jest na skraju załamania nerwowego. W obliczu wielu następujących po sobie katastrof Bernadette znika, zostawiając rodzinę samą sobie.

Bee zbiera e-maile, oficjalne dokumenty, prywatną korespondencję, żeby odnaleźć matkę i dowiedzieć się czegoś więcej o jej przeszłości.

„Gdzie jesteś, Bernadette?” to wciągająca i wzruszająca powieść o więzach rodzinnych i niezachwianej miłości córki do niedoskonałej matki. Powieść pełna zaskakujących zwrotów akcji, porywających bohaterów i ciętego czarnego humoru!

Maria Semple
Gdzie jesteś, Bernadette?
Przekład: Maciej Potulny
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 31 lipca 2019
 
 

Gdzie jesteś, Bernadette


***

Najbardziej mnie wkurza, kiedy pytam tatę, co według niego stało się z mamą, a on odpowiada:
– Przede wszystkim musisz pamiętać, że to nie twoja wina.
Sami widzicie, że zupełnie zmienia temat. Przyciśnięty do muru wypowiada kolejne irytujące słowa:
– To nie takie proste. Nigdy nie możesz być pewna, że w stu procentach znasz drugą osobę.
Dwa dni przed Bożym Narodzeniem mama, nie mówiąc mi ani słowa, jakby się rozpłynęła w powietrzu. No jasne, że to nie takie proste. Ale jeśli coś nie jest proste albo jeżeli nie znasz w stu procentach drugiej osoby, to nie znaczy, że nie powinieneś szukać rozwiązania tajemnicy.
W każdym razie ja na pewno będę szukać.

Rozdział 1. Mama kontra gzy

Poniedziałek, 15 listopada

Szkoła Galer Street jest miejscem, w którym empatia, ciało pedagogiczne oraz globalna konektywność patronują kreowaniu społeczeństwa obywatelskiego naszej zrównoważonej, multikulturowej planety.

Uczeń/uczennica: Bee Branch
Klasa: ósma
Wychowawca/wychowawczyni: Levy
KLUCZ DO OCEN
A   arcymistrz wiedzy
M   mistrz wiedzy
K   kandydat na mistrza wiedzy
geometria   A
biologia   A
religie świata   A
muzyka   A
kreatywne pisanie   A
ceramika   A
język angielski   A
rytmika   A
UWAGI DOTYCZĄCE UCZNIA: Praca z Bee to prawdziwa przyjemność. Jej zapał do nauki jest zaraźliwy, podobnie jak życzliwość i poczucie humoru. Bee nie boi się stawiać pytań. Zawsze dąży do wszechstronnego zrozumienia tematu, a nie tylko do dobrych ocen. Inni uczniowie zwracają się do niej z prośbami o wytłumaczenie materiału, a ona zawsze chętnie, z uśmiechem każdemu pomaga. Bee wykazuje się niezwykłą koncentracją, kiedy pracuje indywidualnie, w grupie zaś jest spokojną, pewną siebie liderką. Na uwagę zasługuje jej talent do gry na flecie. Mamy za sobą dopiero jedną trzecią roku szkolnego, a ja już odczuwam smutek, myśląc o dniu, w którym Bee ukończy Galer Street i wejdzie w dorosłe życie. Wiem, że zamierza zdawać do kilku szkół z internatem na wschodzie kraju. Zazdroszczę nauczycielom, którzy po raz pierwszy się z nią spotkają i odkryją, jaka z niej cudowna młoda kobieta.

*

– Czekałem na twoją opinię. – Tata zwrócił się do mamy. – Wiem, jak bardzo nie lubisz podróży.
– A ja czekałam na twoją – odparła mama. – Przecież masz pilną pracę.
– O Boże! A więc się zgadzacie! – Zeskoczyłam z krzesła. – Zgadzacie się!
Zaraziłam radością Lodzię, która zbudziła się i zaczęła triumfalnie biegać dookoła stołu, szczekając wniebogłosy.
– Zgadzamy się? – zapytał tato przy wtórze zgniatanych w koszu na śmieci plastikowych pojemników.
– No tak – odpowiedziała mama.

Wtorek, 16 listopada

Od: Bernadette Fox
Do: Manjula Kapoor
Manjulo,
wypadło mi coś niespodziewanego, więc byłoby cudownie, gdybyś mogła popracować trochę dłużej. Jeśli o mnie chodzi, to Twój okres próbny wiele razy okazał się zbawieniem. Mam nadzieję, że Ty też jesteś zadowolona. Jeśli tak, to proszę, odpisz jak najszybciej, bo chciałabym, żebyś zrobiła użytek ze swojej hinduskiej magii w pracy nad pewnym bardzo dużym zleceniem.
OK, czas zerwać kurtynę tajemnicy.
Jak wiesz, mam córkę Bee (dla której zamawiasz lekarstwa i o którą tak dzielnie walczysz z firmą ubezpieczeniową). Okazuje się, że kiedyś razem z mężem obiecaliśmy, że spełnimy jej dowolne marzenie, jeżeli ukończy szkołę z najlepszymi ocenami. Rzeczywiście, Bee przyniosła same piątki – a raczej tytuły arcymistrza wiedzy, bo Galer Street jest jedną z tych nowoczesnych, liberalnych szkół, w których panuje przekonanie, że oceny źle wpływają na uczniów (mam nadzieję, że ta moda ominęła Indie) – i wiesz, czego sobie zażyczyła? Żebyśmy całą rodziną popłynęli na Antarktydę!
Z miliona różnych powodów wolałabym zrezygnować z tej wyprawy, główny jednak jest taki, że trzeba będzie ruszyć się z domu. Zapewne zdążyłaś się już zorientować, że nie przepadam za podróżami. Nie mogę jednak odmówić Bee. To dobre dziecko. Ma silniejszy charakter niż Elgie, ja i jeszcze dziesięć innych osób razem wziętych. Ponadto jesienią zdaje do szkoły z internatem, do której oczywiście się dostanie dzięki swoim ocenom. Ech, to znaczy tytułom! Dlatego nie wypada odmówić jej tej przyjemności.
Na Antarktydę można się dostać jedynie statkiem. Najmniejszy z nich zabiera na pokład stu pięćdziesięciu pasażerów, co oznacza, że zostanę uwięziona ze stu czterdziestu dziewięcioma innymi osobami, które będą doprowadzać mnie do szału swoim grubiaństwem, bałaganiarstwem, idiotycznymi pytaniami, nieustannym trajkotaniem, osobliwymi wymaganiami kulinarnymi, nudnymi anegdotami itp. Na domiar złego mogą się do mnie przyczepić i oczekiwać, że będę dla nich miła. Już na samą myśl o tym rejsie dostaję ataku paniki. No cóż, odrobina fobii społecznej jeszcze nikomu nie zaszkodziła, prawda?
Chciałabym Cię prosić, żebyś zajęła się formalnościami, wizami, biletami lotniczymi i wszystkimi rzeczami niezbędnymi podczas ekspedycji trzech osób z Seattle na biały kontynent. Prześlę Ci wszystkie informacje. Znajdziesz na to trochę czasu?
Proszę, powiedz, że tak.
Bernadette
Aha! Znasz numer karty kredytowej, którą zapłacisz za samolot, podróż, ubrania i ekwipunek. Jeśli jednak chodzi o honorarium, to wolałabym, żebyś je pobrała bezpośrednio z mojego osobistego konta. Kiedy Elgie przeczytał zestawienie transakcji za ubiegły miesiąc i zobaczył wynagrodzenie za Twoją pracę, to – chociaż kwota była niewielka – nie był szczególnie zachwycony, że wynajęłam wirtualną asystentkę z Indii. Obiecałam mu, że zrezygnuję z Twoich usług. Dlatego obiecaj mi, Manjulo, że nasz mały romans pozostanie tajemnicą.

*

Od: Manjula Kapoor
Do: Bernadette Fox
Droga Pani Fox,
z przyjemnością pomogę Pani w przygotowaniach do rodzinnej wyprawy na Antarktydę. Załączam umowę dotyczącą dalszej współpracy w pełnym wymiarze godzin. We wskazanych rubrykach proszę uzupełnić numer identyfikacyjny Pani banku. Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie długa i owocna.
Pozdrawiam serdecznie,
Manjula

*

Wystawca rachunku: Delhi Virtual Assistants International

Nr faktury: BFB39382
Pracownik: Manjula Kapoor

40 godzin tygodniowo, stawka 0,75 USD/godz.
SUMA: 30,00 USD
Płatne w całości po otrzymaniu rachunku.

Środa, 17 listopada

List od Olliego Ordwaya (Ollie-O)

KORESPONDENCJA POUFNA:
DO RADY RODZICÓW SZKOŁY GALER STREET
Drodzy Rodzice,
cudownie było się z Wami spotkać w ubiegłym tygodniu. Niezmiernie się cieszę, że zostałem obdarzony misją konsultanta niezwykłej szkoły, jaką jest Galer Street. Pani dyrektor Goodyear uprzedziła mnie, że wybieram się na spotkanie ze szczególnie prężną Radą Rodziców, i jej zapowiedź w stu procentach się spełniła.
Weźmy od razu byka za rogi – za trzy lata skończy się Państwu okres dzierżawy aktualnej lokalizacji. Naszym celem jest organizacja kampanii zbierania funduszy na zakup większego, odpowiedniejszego kampusu. Tych z Państwa, którzy nie mogli uczestniczyć w spotkaniu, proszę o zapoznanie się z podanym poniżej meritum.
Przeprowadziłem na własną rękę ankietę z udziałem 25 rodziców z okręgu Seattle, których dochód przekraczał dwieście tysięcy dolarów i których dzieci zaczęły edukację przedszkolną. Konkluzją tego badania był fakt, że Galer Street jest szkołą drugiego wyboru – alternatywą dla tych, którzy nie dostali się do preferowanych przez siebie placówek.
Naszym celem jest przesunięcie języczka u wagi na Galer Street, a tym samym dokooptowanie jej do grona szkół pierwszego wyboru (SPW) wśród elity Seattle. Jak tego dokonać? Jaka jest sekretna receptura?
W Państwa misji można przeczytać, że Galer Street opiera się na globalnej „konektywności”. (Trzeba przyznać, że potrafią Państwo przełamywać nie tylko stereotypy, ale też konwencje językowe!). Media piały peany na temat krów, które Państwo zakupili dla Gwatemalczyków, i kuchenek zasilanych promieniowaniem słonecznym dla wiosek w Afryce. Oczywiście zbieranie drobnych kwot na rzecz ludzi, których nigdy w życiu Państwo nie widzieli, jest godne pochwały, ale czas pomyśleć o zgromadzeniu dużych funduszy dla dobra prywatnej szkoły, do której uczęszczają Państwa dzieci. W tym celu należy przestawić się z mentalności rodzica-subaru na sposób myślenia rodzica-mercedesa. Jak zatem myślą rodzice-mercedesy? Moje badania zaowocowały następującymi wnioskami:

1. Wybór szkoły prywatnej jest podyktowany zarówno obawą, jak i ambicją. Rodzice-mercedesy boją się, że ich dzieci nie otrzymają „najlepszej dostępnej edukacji”, co ma niewiele wspólnego z samą nauką, a skupia się przede wszystkim na liczbie innych rodziców-mercedesów w danej szkole.
2. Wybierając przedszkole, rodzice-mercedesy już myślą o nagrodzie. Tą nagrodą jest szkoła Lakeside, alma mater Billa Gatesa, Paula Allena itp. Lakeside cieszy się opinią najlepszej trampoliny do szkół z Ivy League. Postawmy więc sprawę jasno – pierwszym przystankiem tego szalonego pociągu jest dworzec przesiadkowy „Przedszkole”, a wszyscy pasażerowie robią, co w ich mocy, żeby wytrwać na swoich miejscach aż do stacji końcowej „Harvard”.

Pani dyrektor Goodyear zaprosiła mnie na obchód Państwa kampusu w tutejszym parku przemysłowym. Zdaje się, że rodzicom-subaru nie przeszkadza fakt, że posyłają dzieci do szkoły sąsiadującej z hurtownią owoców morza. Proszę mi wierzyć, że rodzice-mercedesy nigdy by się na to nie zgodzili.
Wszystko zatem sprowadza się do kumulacji środków na budowę nowego kampusu. Najlepszy sposób realizacji tego zamierzenia to ściągnięcie do grupy przedszkolnej jak największej liczby rodziców-mercedesów.
Przygotujcie czekany i raki, bo czeka nas trudna, mozolna wspinaczka. Proszę się jednak nie bać – będę Państwa piorunochronem. Na podstawie zaplanowanego przez Państwa budżetu opracowałem dwustopniowy plan działania.
Pierwszym etapem naszej ofensywy jest przeprojektowanie logotypu Galer Street. Nie twierdzę, że grafika wektorowa przedstawiająca odciski dłoni jest zła, ale spróbujmy znaleźć wizerunek, który lepiej manifestuje sukces. Może podzielony na cztery części herb przedstawiający Space Needle1, kalkulator, jezioro (żeby nawiązać do nazwy Lakeside) i coś jeszcze – na przykład piłkę? Oczywiście to tylko luźne propozycje, a nie ostateczna wersja.
Następnym etapem ofensywy musi być Drugie Śniadanie Rodziców z Aspiracjami, które zorganizujemy z myślą o elicie Seattle – lubię ją nazywać rodzicami-mercedesami. Pani Audrey Griffin, jedna z matek uczniów z Galer Street, uprzejmie zgodziła się udostępnić w tym celu swój piękny dom. (Dzięki czemu unikniemy nieprzyjemnej bliskości hurtowni ryb).
Proszę Państwa o pobranie załącznika z listą mieszkających w Seattle rodziców-mercedesów. Jest dla nas niezwykle ważne, żeby przejrzeli Państwo tę listę i zadeklarowali, które z wymienionych osób są Państwo w stanie osobiście nakłonić do udziału w Drugim Śniadaniu. Musimy skompletować grupę bazową. Będzie kołem zamachowym, które napędzi kolejnych rodziców-mercedesy. Kiedy zobaczą u nas ludzi podobnych sobie, porzucą obawy, że Galer Street jest szkołą drugiego wyboru, a na nasze biurka zaczną spływać podania o przyjęcie pożądanych przez nas uczniów.
Tymczasem ja na swoim ranczu zajmę się zredagowaniem zaproszenia. Proszę Państwa o jak najszybsze dostarczenie tych nazwisk. Musimy zorganizować Drugie Śniadanie w domu państwa Griffinów przed świętami Bożego Narodzenia. Wyznaczyłem docelową datę na sobotę jedenastego grudnia. Nasza mała impreza ma wszelkie predyspozycje, by stać się najekskluzywniejszym wydarzeniem w mieście.
Kłaniam się Państwu,
Ollie-O

*

Liścik Audrey Griffin do specjalisty od likwidacji jeżyn

Tomie,
wczoraj poszłam do ogrodu, żeby przyciąć byliny i zasadzić kolorowe zimowe kwiaty z okazji szkolnego Drugiego Śniadania, które organizujemy w naszym domu 11 grudnia. Kiedy chciałam przerzucić kompost, zaatakowały mnie kolce jeżyn.
Jestem zdruzgotana tym, że znowu się pojawiły – nie tylko w kompoście, ale też na grządkach warzywnych, w szklarni, a nawet w skrzyni na dżdżownice. Chyba sobie wyobrażasz moją frustrację, zwłaszcza że trzy tygodnie temu zapłaciłam Ci fortunę za ich usunięcie. (Może dla Ciebie 235 dolarów to nie jest dużo, ale dla nas to pokaźna kwota).
Na swojej ulotce piszesz, że gwarantujesz efekt. No więc proszę, żebyś wrócił i do 11 grudnia usunął wszystkie jeżyny. Tym razem już na dobre.
Niech Bóg ma Cię w opiece. Możesz sobie wziąć trochę botwiny, Audrey

*

Liścik od Toma, specjalisty od likwidacji jeżyn

Audrey,
usunąłem jeżyny z Twojej posesji. Źródłem problemów, o których mówisz, jest dom sąsiadów na szczycie wzgórza. To ich jeżyny wpełzają pod płotem do Twojego ogrodu.
Aby temu zapobiec, moglibyśmy wykopać rów wzdłuż Twojej posesji i zalać go betonem, ale musiałby być głęboki na co najmniej pięć stóp, a to się wiąże z kosztami. Możesz też walczyć z nimi za pomocą środków chwastobójczych, ale ze względu na dżdżownice i warzywa nie sądzę, żeby ten pomysł Cię zachwycił.
Szczerze mówiąc, to Twoi sąsiedzi powinni trochę posprzątać. Nigdy nie widziałem w Seattle takiego gąszczu dzikich jeżyn, a już na pewno nie na Queen Anne Hill, wśród Waszych drogich domów. Tylko raz na wyspie Vashon trafiłem na budynek, którego fundamenty były kompletnie zniszczone przez pnącza jeżyn.
Krzaki sąsiada rosną na stromym zboczu, więc będzie potrzebne specjalne urządzenie. Najlepszy byłby CXJ Hillside Side-Arm Thrasher, którego niestety nie mam.
Innym sposobem, i to według mnie jeszcze lepszym, są świnie. Wystarczy wypożyczyć dwie, a po tygodniu masz z głowy jeżyny i parę innych problemów. Poza tym są całkiem fajne.
Chcesz, żebym pogadał z sąsiadami? Mogę do nich zapukać, chociaż zdaje się, że nikt tam nie mieszka.
Daj mi znać,
Tom

*

Od: Soo-Lin Lee-Segal
Do: Audrey Griffin
Audrey,
już Ci mówiłam, że zaczęłam dojeżdżać do pracy autobusem, prawda? Zgadnij, z kim jechałam dzisiaj rano. Z mężem Bernadette, Elginem Branchem. (Chyba nikogo nie dziwi, że ja muszę korzystać z Microsoft Connector, ale co tam robił Elgin Branch?). W pierwszej chwili nie byłam pewna, czy to on – co świadczy o tym, jak często widzimy go w szkole.
Ale posłuchaj najlepszego. W autobusie było tylko jedno wolne miejsce – obok Elgina Brancha, przy oknie.
– Przepraszam – powiedziałam.
Branch wściekle stukał w klawiaturę laptopa. Nawet nie uniósł głowy, tylko odchylił kolana, żeby zrobić dla mnie przejście. Rozumiem, że jest członkiem kadry kierowniczej najwyższego szczebla, a ja jedynie pracownicą administracji, ale niemal każdy prawdziwy dżentelmen wstałby i przepuścił kobietę. Przecisnęłam się koło niego i usiadłam.
– Chyba w końcu wyjdzie słońce – zagadnęłam.
– Przydałoby się.
– Już nie mogę się doczekać Święta Ziemi.
Wyglądał na nieco spłoszonego, jakby nie miał pojęcia, z kim rozmawia.
– Jestem mamą Lincolna. Z Galer Street.
– Och, oczywiście! – powiedział. – Naprawdę chciałbym porozmawiać, ale muszę wysłać pilną wiadomość.
Nasunął na uszy słuchawki, które nosił na szyi, i pochylił się nad laptopem. Wyobrażasz to sobie?! Te słuchawki nawet nie były wpięte do żadnego urządzenia! Po prostu używał ich, żeby się odciąć od świata! Przez całą drogę do Redmond nie odezwał się do mnie już ani słowem.
Widzisz, Audrey? Od pięciu lat wiemy, że Bernadette jest odpychającym babsztylem, ale okazuje się, że jej mąż jest równie gburowaty i aspołeczny! To spotkanie tak bardzo wyprowadziło mnie z równowagi, że w pracy od razu wpisałam w wyszukiwarkę Google: Bernadette Fox. (Nie do wiary, że do tej pory tego nie zrobiłam! Przecież od dawna mamy na jej punkcie niezdrową obsesję!). Każdy wie, że Elgin Branch jest szefem zespołu pracującego nad projektem Samantha 2 w Microsofcie. Jednak kiedy próbowałam wygooglować nazwisko jego żony, nie znalazłam żadnych wyników. Jedyna znana Bernadette Fox to jakaś architekt z Kalifornii. Próbowałam różnych kombinacji: Bernadette Branch, Bernadette Fox Branch, ale nasza Bernadette, matka Bee, nie istnieje w rzeczywistości wirtualnej. W dzisiejszych czasach to niezły wyczyn.
A tak z innej beczki, nie sądzisz, że Ollie-O jest cudowny? Zdruzgotała mnie wiadomość, że w ubiegłym roku Microsoft obciął mu dziesięć procent honorarium. Jednak gdyby tak się nie stało, to nie moglibyśmy go wynająć do zmiany wizerunku naszej kochanej szkoły.
Tutaj w Microsofcie też szykują się zmiany. SteveB zaprosił ludzi z ratusza na poniedziałek po Święcie Dziękczynienia. W firmie huczy od plotek. Mój project manager właśnie kazał mi zarezerwować pokój konferencyjny na parę godzin i mam twardy orzech do zgryzienia. To może oznaczać tylko jedno – kolejną serię zwolnień. („Udanych wakacji!”). Naszemu liderowi zespołu ktoś szepnął w tajemnicy, że projekt, nad którym pracowaliśmy, zostanie odrzucony, więc znalazł w swojej skrzynce e-mail z najdłuższą listą adresatów, napisał wiadomość: „Microsoft jest dinozaurem, którego akcje spadają do zera”, a potem rozesłał ją do wszystkich na liście. To się nie mogło dobrze skończyć. Teraz się boję, że kara dosięgnie wszystkich członków zespołu, a ja będę miała poważny kłopot, żeby się z tego wykręcić. O ile w ogóle uda mi się wykręcić! Może zarezerwowałam salę konferencyjną tylko po to, żeby usłyszeć w niej o swoim zwolnieniu?
Och, Audrey, proszę, pamiętaj o mnie, Alexandrze i Lincolnie w swoich modlitwach. Nie wiem, co zrobię, jeśli mnie wyleją. Takich świadczeń jak tutaj trzeba by ze świecą szukać. Jeśli po świętach wciąż będę miała pracę, to chętnie pokryję część kosztów związanych z Drugim Śniadaniem Rodziców z Aspiracjami.
Soo-Lin