“Vera” to opowieść o matkach i córkach, miłości i zdradzie, poczuciu winy i woli przetrwania. Jedna z najlepszych szwedzkich powieści ostatnich lat napisana przez członkinię Akademii Szwedzkiej.


VeraKiedy gorset zaciska się na żebrach, ubierana do ślubu Sandrine myśli o dziwnym życiu, jakie czeka ją w arystokratycznej szwedzkiej rodzinie u boku starszego, przystojnego ginekologa, Ivana Cedera.

Kiedy nieznacznie się rozluźnia, Sandrine wspomina przeszłość: dzieciństwo na południu Francji, skąd pochodziła jej matka, i wojnę na podhalańskiej wsi, skąd wywodził się jej ojciec marynarz.

Lodołamacz toruje drogę na wyspę. Tam ma odbyć się wesele, rozgrzani alkoholem goście nie zorientują się, że w izbie za ścianą pan młody odbiera poród. W noc poślubną na świat przyjdzie niebieskooka Vera ­– jedna z wielu tajemnic Sandrine.

Znakomita, trzymająca w napięciu powieść, w której nic nie jest tym, czym się wydaje.

***

Proza Anne Swärd jest wielka i piękna. Autorka operuje obrazami, które – podobnie jak w powieściach Güntera Grassa – otwierają przed nami świat jednocześnie dziecinnie konkretny i zmysłowo złowrogi.
„Göteborgs-Posten”

Wspaniały, epicki, świetlisty i inspirowany fabułą styl.
„Dagens Nyheter”

Sieć Anne Swärd jest skomplikowana, pełna kłamstw i tajemnic. Poetycka finezja i przerażające wydarzenia sprawiają, że Verę czyta się jednym tchem. Książka Swärd to wszystko oprócz czerni i bieli, jest raczej niebieska jak morze – zimna, ponętna i przerażająca.
„Expressen”

Anne Swärd (ur. 1969 r.) – szwedzka pisarka i ilustratorka. Studiowała antropologię, sztukę i kreatywne pisanie, regularnie współpracuje z kilkoma szwedzkimi magazynami. Autorka powieści tłumaczonych na kilkanaście języków: Lato polarne (Polarsommar), 2003, nominowanej do prestiżowej Nagrody Augusta; Kvicksand (Ruchome piaski), 2006, za którą otrzymała nagrodę im. Mare Kandre; Do utraty tchu (Till sista andetaget), 2010 nagrodzonej Hjalmar Söderberg Helga Prize i nagrodą czytelników Bokcirklar Stora Läsarpriset. W 2018 roku została członkiem Akademii Szwedzkiej.

Anne Swärd
Vera
Przekład: Elżbieta Frątczak–Nowotny
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 19 czerwca 2019
 
 

Vera

Zimowa panna młoda

To Vanna ubiera pannę młodą, sznuruje mocno jej ciało. Być może ona jedna wie, o co tak naprawdę chodzi w tym małżeństwie, i czuje się w jakiś sposób odpowiedzialna za to, co wkrótce ma się wydarzyć. Nie zmrużyła oka niemal przez całą noc, przewracała się na łóżku w swoim pokoiku, czekając na świt i na to, co przyniesie. Nie ma wyboru, musi robić to, co jej każą, a skoro tak, to stara się robić to najlepiej, jak potrafi – więc ciągnie za sznurki, coraz mocniej i mocniej, aż panna młoda jest tak szczupła, jak to tylko możliwe. A nawet trochę bardziej.
Oczy Vanny zasnuwa mlecznobiały welon zmęczenia. Kiedy przygląda się swojemu dziełu w lustrze, w jej spojrzeniu jest chłód, którego zazwyczaj w nim nie ma. Ale tego dnia wszystko jest lodowate: palce, ciągnące sznurki gorsetu, są zimne jak morze, które weselnicy będą musieli pokonać, płynąc na wyspę, gdzie ma się odbyć ślub. A najbardziej lodowaty jest nastrój. W powietrzu nie ma radości, nie ma oczekiwania. Żeby tak mocno zasznurować gorset, trzeba wykazać się pewną dozą bezwzględności, a Vanna ją posiada. W rodzinie Cederów na ogół wszystko robi się w jedwabnych rękawiczkach, ale nie tym razem. Jej podstawowym zadaniem jest domyślić się, czego członkowie rodziny od niej oczekują, jeszcze zanim oni sami to zrozumieją. Vanna opanowała tę sztukę do perfekcji. Jest cichym świadkiem życia rodziny Cederów. Zawsze była.
To piąta panna młoda, którą sznuruje do ślubu, ostatnia, najmłodsza i najcierpliwsza. W miarę jak żebra coraz bardziej napierają na płuca, oddech staje się coraz płytszy, ale ona nie narzeka, nie okazuje bólu, w jej oczach, widocznych w lustrze, nie ma cienia błagania. Po prostu stoi nieruchomo, wyciąga przed siebie ręce i znosi wszystko. Tylko na skroniach pokrytych białym pudrem pojawiają się niemal niewidoczne krople potu. Patrzy skupiona w jedno miejsce, a Vanna ciągnie i ciągnie, tak mocno, jak poleciła jej matka pana młodego. Tak mocno, jak ma odwagę. Dla Ivana jest skłonna zrobić niemal wszystko.

Biust panny młodej wystaje ponad gorset, nieco niżej widać krągły brzuszek. Walka trwa dalej, aż sztucznie ukształtowana talia jest idealnie wąska. Właśnie dostarczono specjalnie na tę okazję uszytą suknię, białą kreację skrojoną przez najlepszą krojczynię w mieście na polecenie teściowej. To ona wybrała materiał, wyszukaną, piekielnie drogą, lekko połyskliwą tkaninę, do tego wstawki z jedwabiu i organzy. No i użyczyła też swojego krawca, dając do zrozumienia, że robi im łaskę, ale gdyby jej odmówili i tak by nalegała. Skoro w tym małżeństwie n i c nie jest takie, jakie powinno, to niech przynajmniej suknia będzie idealna. Krawiec, stary Żyd, którego wojna oszczędziła, należy według matki, głowy rodu, do najlepszych w swoim fachu na północ od Kopenhagi. Może nawet na północ od Berlina. Jest najlepszy z tych, których do tej pory miała, a odprawiła już wielu. Poprosiła, by nie liczył się z kosztami i na niczym nie oszczędzał. Bóg tkwi w szczegółach, a teraz naprawdę był potrzebny.

Ostatni etap przemiany następuje w pokoju, który wkrótce będzie pokojem młodej pary. Małżeńskie łoże jest już gotowe, zasłane rodową pościelą. Z okien ogromnego mieszkania na najwyższym piętrze kamienicy widać zacumowane łodzie, które czekają, by przewieźć orszak weselny na wyspę. W alei lipowej, ciągnącej się wzdłuż Strandvägen, zawieszone na cienkich kablach latarnie uliczne kołyszą się niepokojąco. Wiatr się wzmaga. W powietrzu czuć śnieg.
Vanna, z zaciętym wyrazem twarzy, zaczyna teraz sznurować wysokie trzewiki, równie mocno jak sznurowała gorset, jakby w ten sposób chciała utrzymać pannę młodą w pionie. Co naprawdę ją czeka, tego może się jedynie domyślać. Od wejścia do rodziny dzieli ją teraz podróż łodzią na wyspę i wypowiedzenie sakramentalnego „tak”. To jedyne słowo, które musi opanować w języku swojego przyszłego męża. Jest krótkie, a on nauczył ją wymawiać je perfekcyjnie. Ivan, najstarszy z pięciu braci, staje na ślubnym kobiercu jako ostatni, chociaż uchodził za najbardziej pożądaną partię z nich wszystkich. Zdążył skończyć trzydzieści trzy lata, panna młoda ma siedemnaście i pochodzi znikąd. Wszyscy wydają się zgodni, że jest w tym coś podejrzanego.

*

Czuję się dziwnie spokojna. Już po wszystkim, moje dawne życie zostało zatarte, wymazane. Vanna sznuruje mnie, aż kości trzeszczą. Żebra są bardziej elastyczne, niż nam się wydaje, a przynajmniej ona jest o tym przekonana. Sznuruje mocno wysokie trzewiki wokół moich obolałych łydek, równie mocno jak sznurowała gorset między moimi biodrami a biustem. Jakby chciała, żebym przeszła wyprostowana przez to, co mnie czeka. Przy każdym milimetrze muszę przypominać sobie, że chce dla mnie jak najlepiej. Zamieram, kiedy pociąga po raz ostatni. Twardy gorset czułości.
Wszyscy tu są. Wszyscy z wyjątkiem mnie. Jestem wielką nieobecną. Jedwab i organza powinny osunąć się na podłogę wokół pustki, która jest mną. Bo ja jestem daleko stąd, w miejscu, o którym ci wszyscy wokół mnie nawet nie słyszeli.

Vanna mnie ubiera, Eva, Cecilia i Irene jej asystują. Ich imiona brzmią jak nazwy delikatnych kwiatów, ale szybko się przekonuję, że wcale takie nie są. Kobiety, które weszły do rodziny Cederów. Moje przyszłe szwagierki, brakuje tylko Nory. Dyskretnie umalowane, wypełniają pokój swoimi zimnymi, pięknymi postaciami. Irene poczerniła mi rzęsy, są tak ciężkie od tuszu, że z trudem unoszę powieki. „Jak poradzimy sobie z jej włosami?” – pyta Eva. „Szpilki. Z tysiąc szpilek” – rzuca Cecilia zdecydowanie i marszczy przypudrowane na biało czoło. Specjalnie na dzisiejszą uroczystość ściągnęła mocno włosy. Eva i Cecilia, obie z jasnorudymi włosami i mlecznobiałą cerą, wyglądają jak siostry. Irene, z ciemniejszą karnacją i wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi, jak ich starsza siostra. Dzięki ci, Boże, za szpilki, co robiły kobiety, kiedy ich nie było – wszędzie włosy, oklapnięte loki, w nieładzie, bez żadnego stylu. Kiedy słyszę, jak rozmawiają o niesfornej fryzurze jako o czymś najgorszym, co może się przytrafić kobiecie, wydaje mi się, że nigdy się nie porozumiemy. Omiatają mnie niezadowolonymi spojrzeniami. Patrzą na moją skórę, która nadal nosi ślady lata, na moje ręce naznaczone rąbaniem drew, zbieraniem owoców rokitnika i pieleniem, na mój kark, spalony słońcem podczas wędrówek wzdłuż brzegu, kiedy zbierałam wodorosty i wypatrywałam kawałków bursztynu. Wszystko musi zostać zasłonięte, pokryte, przypudrowane: ręce, kark, szyja, piersi. Co pomyślałyby moje siostry, gdyby mnie teraz zobaczyły? Czy właśnie o tym marzyły?

Zaczyna się walka z czasem, szwagierki wyrzucają sobie, że nie przewidziały, ile czasu zajmie wykonanie zadania powierzonego im przez naszą wspólną teściową. Widać, że traktują je z największą powagą. Pracują od samego rana, ale wciąż nie wydają się zadowolone.
Ivana nie ma w pokoju, ale czuję na sobie jego wzrok: przez szparę w drzwiach śledzi z daleka walkę o to, by zmienić mnie tak, żeby można było mnie pokazać. Vanna ze swoją szorstką troską służącej. Moje szwagierki mające zadbać o ostatnie decydujące szczegóły. Z czasem pojawia się też matka Ivana, posyła mi chłodne kontrolujące spojrzenie. Kiedy się zjawia, bez słowa wchodzi do sypialni, wszyscy milkną, wstrzymują oddech. Postawna, wyższa od moich szwagierek, co dodatkowo podkreśla fryzurą: upięte wysoko włosy przypominają srebrną wieżę. Na białej szyi kropla ciemnego rubinu. Zimne, blade oczy. Omiata mnie krytycznie wzrokiem, sprawdza, jak przebiega transformacja. Nic nie mówi. Kiwa głową w milczącej pochwale, poprawia pachnące olejkiem do włosów narzutki na oparciach foteli w sypialni, i opuszcza pokój.

Wszystko to dzieje się gdzieś daleko poza mną. Panna młoda szykowana do wydania za mąż. Widzę ją w wysokim, sięgającym sufitu lustrze w pozłacanych ramach. Złapana w szklanej tafli tak krzywej, że rysy twarzy rozmazują się nie do poznania. A może to ja już siebie nie poznaję? Przyglądam się krzątaninie i wysiłkom, jakie moje przyszłe szwagierki wkładają w mój wygląd, czuję ich ruchy, coraz mniej łagodne, w miarę jak czas ucieka. Ostry grzebień, ostre szpilki do włosów. I nagła szorstkość Vanny. Widzę ich ręce wędrujące po moim ciele. W lustrze szwagierki zamieniają mnie w swoje własne odbicie. A przynajmniej próbują. Nie wydają się zadowolone z wyniku, ale na pewno nie szczędzą sił. A ja oddaję im swoje ciało, to wszystko. Wszystko, czego potrzebują. To ono jest wydawane za mąż.
Jedyne, co panna młoda musi zrobić sama, to wytrwać. Dają mi to do zrozumienia. Za pozwoleniem mojego przyszłego męża będę mogła wcześniej opuścić przyjęcie, nie budząc większego zainteresowania. Zresztą czy nie tak kończą się wesela w tej rodzinie? Główna bohaterka, zmęczona napięciem, nieprzywykła do szampana i tańczenia na wysokich obcasach, znika z parkietu, kiedy wieczór wciąż jeszcze jest młody. A jej miejsce zajmują inne kobiety, bardziej odprężone, nie ulegające powadze chwili, bardziej skore do zabawy, doświadczone, dostępne?

*

Irene opuszcza powoli welon na moją twarz. Wbija we mnie wzrok, próbując zmusić mnie do stania tak spokojnie jak to możliwe, i przytwierdza welon szpilkami. Jej sarnie oczy w tym szczególnym świetle przypominają nagle oczy owada, intensywne spojrzenie, a jednocześnie nic nie widzące, metalicznie zimne. Kiedy unosi ręce nad moją głową i obnaża pachy, czuję zapach talku. Chłonę dyskretną, słodką woń potu, nieprzewidzianą pochodną wysiłku włożonego w przygotowania. Ale Vanna, jak zwykle uważna, natychmiast zjawia się z talkiem, którym posypuje jej gładko ogoloną skórę i dyskretnie ratuje sytuację. Irene w sukni koloru miedzi z delikatnym zielonym połyskiem prezentuje się najpiękniej z nas wszystkich. W tym kolorze każdy wyglądałby jak poczwarka, a ona wygląda jak ponętny motyl. Długie śnieżnobiałe ręce i ciemne włosy perfekcyjnie ułożone w dwa misterne victory rolls.
Nagle opuszcza ręce. „Szczerze mówiąc…” – zaczyna. „Co?” – dziwią się Cecilia i Eva. Starania włożone w to, żebym wyglądała bardziej dorośle, sprawiają, że wyglądam jeszcze bardziej jak umalowane, wystrojone dziecko, twierdzi Irene, patrząc, jak Cecilia nakłada kolejne warstwy pudru na moją już gładką skórę. Jakby miały ją chronić przed ciekawskimi spojrzeniami. „I jeszcze welon” – rzuca Irene i poprawia go tak, żeby układał się bliżej twarzy – nie zasłaniał jej, a jedynie ją osłaniał. Tłumaczy mi, jak to powinno wyglądać. Jej francuski jest językiem dziecka, ale mój też. „Panna młoda biorąca ślub z welonem zasłaniającym usta… Jakby nie miała prawa się wypowiadać”. Cecilia i Eva patrzą rozbawione na Irene. Natomiast Vanna wydaje się zaniepokojona. To pytanie czy konstatacja, a może wręcz jawna prowokacja? Przerywa im, syczy, matka Ivana może usłyszeć je przez szparę w drzwiach.
W pokoju obok gra radio. W Norymberdze nadal trwają procesy: …Na ławie oskarżonych siedzą obok siebie Dönitz, Frank, Frick, Fritzsche, Funk, Göring, Hess, Jodl, Kaltenbrunner, Keitel, von Neurath, von Papen, Reader, von Ribbentrop, Rosenberg, Sauckel, Schacht, von Schirac, Seyss-Inquart, Speer, Streicher… informuje zimny głos. Ci, którzy nie zdążyli odebrać sobie życia, którym nie udało się uciec czy z jakiegoś niewiadomego powodu uzyskać ułaskawienia.

By ślub w ogóle mógł się odbyć, Ivan musiał zwrócić się do króla o pozwolenie. Jestem za młoda, ale okoliczności są – jak to podkreślił w swoim długim wywodzie – „wyjątkowe”. Jakby dążył do skandalu, szepczą wrogo nastawione języki. Jakby świadomie go szukał. Ale dlaczego? Plotki przybierają niebezpiecznie na sile, krążą wśród znajomych. Panna młoda to jeszcze dziecko. Kim ona jest, dziewczyna znikąd, z wojny, Bóg jeden wie skąd? Ivan, który mógł mieć k a ż d ą, naprawdę pierwszą z brzegu. No cóż, wydaje się, że niestety trafiła mu się właśnie taka „pierwsza z brzegu”. Najbardziej odporny na plotki wydaje się pan młody, a jednak to on przyciąga wszystkie spojrzenia. Cokolwiek opowiadano by o mnie, obcej pannie młodej, to i tak największą zagadką pozostaje Ivan. Ostatni do wzięcia z gromadki pożądanych braci, który niepokojąco długo pozostawał kawalerem. Podczas gdy młodsi bracia po kolei zakładali rodziny – i to na dodatek z kobietami odtrąconymi przez Ivana. Tak przynajmniej mówią ludzie. Że wszystkie moje szwagierki pragnęły właśnie jego, zanim zadowoliły się którymś z braci.

Wystrojona, w futrze chroniącym przed nieznośnym zimnem, zostaję wyprowadzona na nabrzeże, gdzie orszak weselny czeka już, siny z zimna. Pod ostrzałem lustrujących spojrzeń wioślarze znoszą mnie do łodzi, która popłynie pierwsza. W oczach kobiet dostrzegam, poza zazdrością, także współczucie. Taka młoda, a już trafia w sidła małżeństwa, rodzenia dzieci…
Współczują? Mnie? Nie mają o niczym pojęcia.