Elisabeth Åsbrink w książce “Made in Sweden”, z właściwą sobie elokwencją, błyskotliwością i dowcipem, zabiera nas w niesamowitą i zaskakującą podróż przez szwedzką historię, idee, język i wartości.


Made in SwedenZnane słowa, zjawiska i zwroty – od „szwedzkiej zawiści”, „bydła dyktatury”, przez „IKEA” i „przeciętnego Svenssona” po „Most nad Sundem” i „OMG” – w jej opowieści są jak piksele tworzące portret Szwecji.

„Język to władza. Dlatego napisałam tę książkę” – Autorka

Szwedzkie słowo lagom, oznaczające życie wystarczająco dobre, rozprzestrzeniło się w świecie jako symbol szwedzkiego umiaru, wygodnego i przyjemnego życia w otoczeniu ładnych przedmiotów, kojących krajobrazów, spędzanego na lekturze najlepszych na świecie kryminałów.

A co, jeśli to wyłącznie fantazja? Doskonale prowadzony narodowy marketing, na który wszyscy daliśmy się nabrać?

Elisabeth Åsbrink (ur. 1965) – szwedzka pisarka i dziennikarka, autorka książek „Czuły punkt”, „W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa”, „1947”. Kilkukrotnie nominowana do prestiżowej Nagrody Augusta, otrzymała ją w 2011 r. Jest również laureatką Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Elisabeth Åsbrink
Made in Sweden
60 słów, które stworzyły naród
Przekład: Natalia Kołaczek
Wydawnictwo Wielka Litera
Premiera: 15 maja 2019
 
 

Made in Sweden

Przedmowa

Napisałam tę książkę, bo była dla mnie kojąca. Bo była niepokojąca. Bo urodziłam się w Szwecji. Bo moi rodzice nie urodzili się w Szwecji. Bo mój ojciec przybył do tego kraju jako uchodźca polityczny, a moja matka przyjechała tu z miłości. Bo jest coś takiego jak kryzys tożsamości, ale nie ma czegoś takiego jak euforia tożsamości.
Pierwszy raz spróbowałam topionego sera serwatkowego, kiedy miałam sześć lat. Jego mdły smak był jednocześnie kuszący i odpychający. Do premiery kiełbasy falukorv doszło w szkole Aspudden w Sztokholmie w 1972 roku. Na zakończenie roku szkolnego moja najlepsza przyjaciółka przyniosła domowej roboty knäck, śmietankowe cukierki o smaku toffi. Nie wiedziałam, ani co to jest knäck, ani jak tę słodką masę wyjąć z papierowej foremki o plisowanych brzegach. Czułam się głupio, ale nie miałam odwagi zapytać. Koleżanki i koledzy z klasy używali takich słów jak surströmming czy slalom, a ja udawałam, że wiem, o czym rozmawiają. Ja mówiłam o shepard’s pie, marmite, leczo czy rakott krumpli, a oni myśleli, że jestem dziwna.
Dwadzieścia dwa lata zabrało mi zrozumienie, jak szwedzka jestem. Stało się to pewnego dnia w Egipcie, na uniwersytecie w mieście Sauhadż, zaprosiła mnie tam egipska przyjaciółka, żeby jej studenci mogli poćwiczyć angielski. Spotkanie z mieszaną grupą, składającą się z młodych mężczyzn i kobiet, zaczęło się od pytania: Czy Szwedzi biorą ślub z miłości czy dla pieniędzy?
Odpowiedziałam od razu: z miłości. Ale kiedy potem musiałam wytłumaczyć dlaczego, zdałam sobie sprawę, że wymieniam takie hasła jak powszechne prawo wyborcze, równe prawo dziedziczenia, powszechna opieka nad dziećmi, równa płaca za tę samą pracę. To stanowiło podstawę mojego życia. Młodzi egipscy mężczyźni i egipskie kobiety kiwali z zainteresowaniem głowami, a ja zdałam sobie sprawę z mojej szwedzkości. Przedtem uświadamiałam sobie tylko moją obcość.
Teksty w tej książce można czytać linearnie albo według tematów, niezależnie od chronologii. Są dla mnie pikselami w obrazie własnym Szwedów.
Wybór jest subiektywny, ale punktem wyjścia dla wszystkich tekstów jest język, słowa, które kształtują myśl, oraz myśl, która kształtuje wartości – stąd podtytuł: 60 słów, które stworzyły naród. Pod tym tytułem, niczym cichy tytuł, kryją się jeszcze inne słowa. Wyryto je na prastarej świątyni w Luksorze, zapisano przy wejściu do wyroczni w Delfach, cytowali je Sokrates, Platon i Pitagoras, są niczym ustawiczny apel ludzi do siebie samych: γνῶθι σεαυτόν. Albo nosce te ipsum, know thyself, känn dig själv, poznaj samego siebie.
Poznaj swój rozum, swoje światło i swoje cienie. Poznaj swoje sprzeczności i swoje kłamstwa: Poznaj swoją historię.
Język to władza. Dlatego napisałam tę książkę. Bo kiedy dorastałam, cały czas pytano mnie, skąd pochodzę. Bo dziś nikt mnie już o to nie pyta. Co się w tym czasie wydarzyło?
Czasy się zmieniają, język się zmienia, pojawiają się nowe słowa, inne odchodzą w niepamięć. To może niepraktyczne, może pogmatwane. Ale tak jak poeta Gunnar Ekelöf wierzę, że „to, co niepraktyczne, jest jedyną praktycznością na długą metę”.

Wielu doświadczonych ludzi prowadziło badania i napisało teksty, na których mogłam się oprzeć. Spis źródeł zamieszczam na końcu książki.
Ponadto chciałabym zwrócić się do tych, którzy trwali przy mnie podczas pracy i wspierali mnie swoją wiedzą, przyjaźnią i inspiracją. Są to: Johar, Karen, Gellert, Johan, Stephen, Annika. Moi synowie David i Jonas. Mój mąż Joakim. Potrzebuję was. Dziękuję.
Elisabeth Åsbrink
Sztokholm/Kopenhaga, kwiecień 2018

Naród to zbiorowisko ludzi połączonych wspólnymi błędnymi mniemaniami odnośnie do ich pochodzenia i wspólną niechęcią w stosunku do sąsiadów.
Karl Deutsch, Nationalism and its alternatives

Suionum hinc civitates
ipso in Oceano praeter viros
armaque classibus valent

98 r. n.e.

(Dalej, na samym już Oceanie, plemiona Swionów, potężne – prócz mężów i oręża – dzięki swej flocie.)

„Swionowie”, napisał rzymski historyk Tacyt w swoim dziele Germania w 98 roku. Był pierwszy.
Dawna anglosaska literatura wspomina później o sweonas, historyk Jordanes w VI wieku pisze zarówno o Suehans, jak i Suetidi, a niemiecki historyk Adam z Bremy opowiada w swojej kronice z XI wieku o Sueones. W sagach Islandczyków pojawiają się sviar.
Czy wszyscy piszą o tym samym ludzie? Nie wiadomo. Czy tym ludem mieliby być Swearowie? Nie wiadomo. Ale mitotwórstwo i pragnienie jasności sprawiają, że historycy i ojcowie narodu przez wieki powoływali się na Tacyta i innych autorów, jakby ci dostarczali niepodważalnych faktów, chociaż w rzeczywistości są jedynie wątłymi jasnymi punktami w mrokach historii. Czy też, jak to ujął anonimowy autor hasła Svear na szwedzkiej Wikipedii: to rażący brak źródeł.
Poza legendami germańskimi i mitologią nordycką – a żadne z nich nie są uznawane za rzetelną podstawę historiografii – niewiele źródeł opisuje Swearów. Z pewnością da się stwierdzić jedynie, że to plemię germańskie z terenów dzisiejszej Szwecji. Nie wiadomo natomiast, gdzie to plemię zamieszkiwało, jakie zajmowało terytoria, nie wiadomo nic o jego historycznym rozwoju.
Według ustaleń wcześniejszych historyków głównym obszarem Swearów był Uppland, to stamtąd miała rozpocząć się ich ekspansja. Ale pojęcie svear mogło też być używane w odniesieniu do konkretnej, ograniczonej grupy społecznej. Mówi się o nich często jako o żeglarzach i wojownikach, przeciwstawia się ich Gotom. Ale nawet Gotów – götar czy goter, jak wolą ich nazywać inni – też nie jest łatwo zdefiniować.
W VI wieku rzymsko-gocki historyk Jordanes spisał kronikę gockiej historii: De origine actibusque Getarum (O pochodzeniu i czynach Gotów). Gotów utożsamia ze starożytnym ludem Getów i dzięki temu przypisuje im długą i szlachetną historię. W swojej kronice Jordanes opowiada także o ludach i kulturze Skandynawii. Goci mieli na przykład wyruszyć z wyspy Skandii, „kolebki szczepów”, i zwyciężyć cały świat. Opowieść ta stała się podstawą do stworzenia mitu narodowego w wielu różnych krajach, także w Szwecji. W XIV wieku znaleziono powiązania pomiędzy Getami, Gotami (goter – göter) i Szwedami, a stwierdzenia Jordanesa stały się źródłem gockiego romantyzmu historycznego, który swoją kulminację miał w XVII wieku.
Czy to dobre story? Tak. Czy to fakty historyczne? Raczej nie.
Historyk Adam z Bremy czerpał swoje informacje od duńskiego króla Swena Estridsena. Pojęcia svear używał dwojako: jako nazwy osobnego ludu oraz obejmującej także Gotów. Niektóre z jego opisów Uppsali, Birki i Sigtuny zawierają szczegóły, które mogą być historycznie prawdziwe. Ale inne takie nie są:

Tam leży miasto wielkie Sigtuna. Od zachodu zaś graniczy z Górami Ryfejskimi, gdzie ogromne pustkowia, wysokie śniegi, gdzie stada straszliwych ludzi bronią dostępu poza nie. Tam są Amazonki, tam psiogłowcy, tam cyklopi, co jedno oko mają na czole, dalej są ci, których Solinus nazywa himantopodami, którzy skaczą na jednej nodze, dalej są ci, którym jako jedzenie smakuje mięso ludzkie, więc przed nimi się ucieka i słusznie się o nich milczy.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Adam z Bremy pisze o zjadających ludzi stworzeniach na wschód od Sigtuny, powstaje jeden z najwcześniejszych pisanych dowodów na to, że istnieli ludzie, którzy sami siebie nazywali Swearami – w porcie Pireus, tuż obok Aten.
Stał tam kiedyś kamienny lew o spojrzeniu skierowanym ku morzu, wykuty z bardzo jasnego, niemalże lśniącego bielą marmuru pentelijskiego, pochodzącego z kamieniołomu w Attyce. Około 1050 roku trafiła tam drużyna wojowników najemnych skandynawskiego pochodzenia. Wiele historycznych śladów świadczy o tym, że wojowie z Północy walczyli we flocie czy armii cesarskiej Bizancjum. Wielu z nich zostało zwerbowanych na początku XI wieku, by stłumić bułgarskie powstanie, po czym wyruszyli do Pireusu świętować zwycięstwo.
Ta konkretna drużyna straciła jednego ze swoich ludzi, chłopa Horsego. Nieszczęśliwie zmarł, nie zdążywszy odebrać zapłaty. Wiele nordyckich kamieni runicznych wzniesiono dla upamiętnienia mężczyzn, którzy podzielili jego los – zginęli w Grecji i nie zdążyli zgromadzić bogactwa dla swoich dziedziców. Po śmierci Horsego jego kompani zauważyli potężną figurę lwa w porcie i postanowili dać wyraz swojej żałobie:

[…] wyryli (runy), mężczyźni z drużyny […] i w tym porcie, ci mężczyźni wyryli runy dla Horsego chłopa […] Swearowie wykonali to na lwie. (On) zginął zanim mógł odebrać zapłatę.

Taką interpretację przedstawiła kilka lat temu runolożka Thorgunn Snædal. W XI wieku Duńczycy i inni mieszkańcy Północy przestali wznosić kamienie runiczne, lecz kultura pisania run wciąż kwitła w wielu rejonach dzisiejszej Szwecji. Thorgunn Snædal wyciąga zatem wniosek, że wiadomość na lewym boku lwa została wyryta przez Szwedów. Dzięki jej odkryciu można stwierdzić, że wpisane we wstęgę runy na marmurowym lwie z Pireusu są najstarszym świadectwem istnienia Swearów, którzy sami tak się nazywali.

Swionowie, Sweonas, Suehans, Suetidi, Sueones, Sviar… Słowa spoczywają niczym monety na dnie studni i pobłyskują, kiedy ktoś ma napisać opowieść, ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. To może być historia o ludziach, o języku, o kraju; historia o historii. Wtedy przydają się te fragmenty, to niedosięgalne srebro spoczywające na dnie w ciemności.
A może wiadomość na jasnym lwie z Pireusu można odczytywać inaczej? Że jesteśmy tymi, kim sami się nazywamy?

Młot Thora

VIII/IX wiek

Kiedy polska poetka Wisława Szymborska odbierała Literacką Nagrodę Nobla w 1996 roku, mówiła o dwóch słowach, które wysoko sobie ceniła: „Nie wiem”.

Gdyby Izaak Newton nie powiedział sobie „nie wiem”, jabłka w ogródku mogłyby spadać na jego oczach jak grad, a on w najlepszym razie schylałby się po nie i zjadał z apetytem. Gdyby moja rodaczka Maria Skłodowska-Curie nie powiedziała sobie „nie wiem”, zostałaby pewnie nauczycielką chemii na pensji dla panienek z dobrych domów, i na tej – skądinąd zacnej – pracy upłynęłoby jej życie. Ale powtarzała sobie „nie wiem” i te właśnie słowa przywiodły ją, i to dwukrotnie, do Sztokholmu, gdzie ludzi o duchu niespokojnym i wiecznie poszukującym nagradza się Nagrodą Nobla.

Nie wiem – słowa, które pchają poważną naukę naprzód. Słowa, które trzeba mieć w pamięci, kiedy mówi się o młocie Thora.
W Danii, Szwecji, Norwegii, Polsce, Wielkiej Brytanii, na Islandii, w Irlandii i w Rosji odnaleziono łącznie 121 młotów Thora. Możemy być zgodni co do tego, że były biżuterią.
Możemy być zgodni co do tego, że różnią się wyglądem. Ale co dalej?
Szwedzki archeolog Hans Hildebrand jako pierwszy połączył je ze staronordyckim bogiem Thorem i jego młotem Mjöllnirem w 1872 roku. Wcześniej pewien duński archeolog wiązał ozdoby z przedchrześcijańskimi wierzeniami, a szwedzki archeolog Oscar Montelius nazywał je kotwicami. Ale co tak właściwie jest zgodne z prawdą? Nie wiemy.
Niejasne jest, skąd wzięło się powiązanie z Thorem. Od 1918 roku w tej interpretacji przywołuje się kamień runiczny z miejscowości Altuna w Upplandzie, przedstawiający boga z młotem w ręce. Młot trochę przypomina jedno ze znalezisk, ale bardzo różni się od większości znalezionych młotów Thora.
Część badaczy uważa, że to stary, przedchrześcijański symbol. Inni wierzą, że młot Thora stał się popularny, kiedy Północ miała zostać schrystianizowana, i że noszono go jako wyraz sprzeciwu wobec chrześcijańskiego krzyża. A może jest wariantem chrześcijańskiego krzyża? Są też tacy, którzy twierdzą, że symbole istniały równolegle, ponieważ znaleziono groby zarówno z młotem Thora, jak i krucyfiksem, a na niektórych młotach wyryty był krzyżyk czy też krzyż. Ale czy w takim razie oznaczało to, że ludzie byli tolerancyjni? Czy raczej otaczano się symbolami z różnych religii, by zapewnić sobie jak najlepsze życie po śmierci?
Ansgar nazywany jest apostołem Północy, mimo że jego misja chrystianizacji Szwecji się nie powiodła. Działalność misyjna przebiegała natomiast dużo skuteczniej i szybciej w Danii i dzisiejszej Norwegii. Istnieje też pewne potwierdzenie teorii mówiącej, że młot Thora rozpowszechniał się w związku z przyjmowaniem chrześcijaństwa przez pogan – ozdoby ze znalezisk archeologicznych pochodzą z tego samego okresu i z tych samych regionów, gdzie trwała chrystianizacja, przy czym znacznie więcej odkryto ich w Danii, w której działalność misyjna przynosiła więcej sukcesów. Ale tak właściwie wszystko pozostaje nierozwiązaną zagadką. Może misjonarzom udało się z młota Thora uczynić chrześcijański symbol? Skoro religia pogańska była politeistyczna, a tym samym prawdopodobnie cechowała ją duża otwartość na nowych bogów, może mieszkańcy Północy byli gotowi traktować chrześcijańskiego boga jako jednego z wielu? Jak już mówiłam, nie wiemy.
Pewne jest tylko, że władcy frankijscy w IX wieku mieli dość łupieskich wypraw i gwałtów dokonywanych przez przybyszy z północy i bardzo im zależało, by, mówiąc oględnie, uspokoić tych ludzi. Najwyraźniej ich zdaniem chrześcijaństwo było dobrym sposobem. Wiemy też, że działania te wymagały czasu i że wielu misjonarzy zginęło w wyniku napaści w miejscu pracy. Wiemy, że na tym małym kawałku ziemi, który można było nazwać Szwecją, chrystianizacja dokonała się najpóźniej. Ale nie wiemy wiele więcej ponad to.

Państwo buduje się na prawie

1296

Dla funkcjonowania państwa konieczne jest, by obywatele byli zgodni co do reguł gry. Ich przestrzeganie zapewnia zasadność podejmowanych decyzji. Przestrzeganie prawa to warunek praworządności i trwałości ustroju. Obowiązywało w Szwecji od dawien dawna. Już Prawo Upplandu z końca XIII wieku mówiło, że państwo buduje się na prawie.
Ze wstępu do konstytucji Królestwa Szwecji, 2015

Konstytucja określa fundament i ustrój szwedzkiego państwa. Już we wstępie przywołuje się Upplandslagen, Prawo Upplandu, z 1296 roku, gdzie sformułowana została nadrzędna zasada: państwo buduje się na prawie.
Dawniej trudno było stwierdzić, co w kraju było słuszne, a co nie. Upplandslagen jest najstarszym zachowanym zbiorem praw, który został zatwierdzony przez króla. Wcześniej obowiązywały różne prawa, zawarte w rozmaitych tekstach, rozproszone i niejednorodne, „niektóre mglisto napisane, niektóre trudne do zrozumienia”, jak mówiono pod koniec XIII  wieku.
Dlatego lagman (sędzia prowincji) Birger Persson otrzymał od ówczesnego władcy zadanie, by zebrać zespół ekspertów, którzy przeanalizują teksty i zdecydują, co właściwie powinno stanowić prawo. Tak powstało Upplandslagen, które najpierw miało wpływ na kodyfikację prawa w Svealandzie, a później także na inne prawa dzielnicowe: Dalalagen, Västmannalagen i Hälsingelagen, a poza tym przyczyniło się do powstania pierwszego ogólnokrajowego zbioru praw, Magnus Erikssons landslag, w połowie XIV wieku. Oznacza to, że Upplandslagen obowiązywało aż do XVII wieku i cytowane jest nawet we współczesnej konstytucji.

Prawo spisało kilkunastu wybranych mężczyzn: Andreas And, Röd Käldorsson, Bengt Bosson, Ulf Lagmansson, Hagbard z Söderby, Anders z Forkarby, Torsten z Sandbro, Filip Rudy, Håkan Lagman, Eskil Zezowaty, Sigurd Sędzia, Jon Gåsabog i wreszcie Ulv z Önsty, Götrik i Ulvheden.
W ich imionach i przydomkach pobrzmiewa przeszłość. W historii zapisali się jako twórcy podwalin szwedzkiego prawa. Szwedzkie, bardziej szwedzkie, najbardziej szwedzkie.
Najwyraźniej ci mężowie byli najbardziej oczytani i obeznani w dziedzinie szybko rozwijającego się XIII-wiecznego prawa. Niektórzy studiowali na uniwersytecie w Paryżu, przynajmniej jeden z nich znał najnowocześniejszy wówczas zbiór praw, liczące sobie wtedy pięćdziesiąt lat Prawo Jutlandzkie, den Jyske Lov, które rozpoczynają słowa Med Lov skal Land bygges, „państwo buduje się na prawie”. Grupa mężów sięga po to zdanie i bezpośrednio z niego korzysta.
Słowa te stają się filarami podtrzymującymi całą konstrukcję społeczną, a wielu historyków, językoznawców i patriotów chce w nich widzieć coś szczególnego, mającego nordyckie korzenie. Elias Wessén, członek Akademii Szwedzkiej w latach 1947–1981, napisał na przykład tak: „Jedno jest w każdym razie pewne: [Prawo Jutlandzkie] na wskroś oparte jest na prawie duńskim i nie ma w sobie żadnych elementów prawa niemieckiego czy rzymskiego. Pochodzi od ludu tak samo jak pozostałe nordyckie prawa dzielnicowe”.
Mylił się jednak.