Pełna napięcia i emocji dynamiczna fabuła, ciekawi bohaterowie, niespodziewane zwroty akcji – to cechy “Karmazynowego brzegu” i “Obsydianowej komnaty”, powieści które zadowolą czytelnika szukającego rozrywkowej lektury na wakacyjne wieczory.


“Karmazynowy brzeg” to piętnasty już tom cyklu Douglasa Prestona i Lincolna Childa, w którym autorzy głównym bohaterem uczynili ekscentrycznego agenta specjalnego FBI Aloysiusa A.X.L. Pendergasta. Pendergast, blady chudzielec o twarzy pokerzysty, pochodzący ze starej, wpływowej i nieco osobliwej rodziny, dziedzic sporej fortuny, pracuje dla FBI na szczególnych zasadach. Działa sam i sam wybiera sprawy, którymi będzie się zajmował.

Tym razem Pendergast i jego asystentka Constance Greene za sprawą banalnej na pierwszy rzut oka sprawy kradzieży kolekcji kilkuset butelek wina z piwniczki w starej latarni morskiej trafiają do nadmorskiego miasteczka Exmouth. Na miejscu zdarzenia agent odkrywa ślady, które kierują śledztwo na zupełnie nowe tory, gdzie rabunek wina okaże się tylko przypadkowym epizodem. Co więcej, poszukiwania Pendergasta w krótkim czasie wywołują lawinę makabrycznych wydarzeń, których korzenie sięgają lokalnych legend dotyczących kolonii czarownic (wszak słynne miasteczko Salem jest niedaleko), demonicznej postaci znanej jako Szary Żniwiarz i zbrodni, której dopuścili się mieszkańcy Exmouth w 1884 roku.

“Obsydianowa komnata” kontynuuje główne wątki opowieści od miejsca, w którym zakończyła się fabuła “Karmazynowego brzegu”. Wszystko wskazuje na to, że agent Pendergast nie żyje, Constance pogrążona w depresji ucieka od świata do podziemi rezydencji przy Riverside Drive 891 a zaufany służący Pendergasta Proctor zostaje wplątany w pościg za porywaczami. I zgodnie z przestrogą Pendergasta wyrażoną tuż przed finałowymi wydarzeniami na wybrzeżu Exmouth – “nic nie będzie takie, jak się wydaje”. Dalszy ciąg opowieści rozpoczętej w Exmouth to przeplatające się trzy wątki, które splotą się w wielki wybuchowy finał na prywatnej wysepce: historia Constance i Diogenesa, brata Aloysiusa, przygody Proctora ścigającego porywaczy przez trzy kontynenty i powrót z martwych agenta Pendergasta,

O ile w tomie piętnastym główne role przypadły w udziale Pendergastowi i Constance, to w kolejnym główne wątki dotyczą losów Diogenesa i Constance oraz ich burzliwych relacji z przeszłości. Diogenes Pendergast, młodszy brat Aloysiusa, to mroczna i niejednoznaczna postać. Skrzywdzony w dzieciństwie, wstąpił na ścieżkę zła, a wieloletnia rywalizacja z bratem zaprowadziła go w odmęty szaleństwa. Intryga, którą przygotowywał przez lata ma ostatecznie zakończyć jego cierpienia: doprowadzić do pozbycia się brata oraz odzyskania miłości Constance.

“Karmazynowy brzeg” i “Obsydianowa komnata” będąc kolejnymi tomami historii z życia agenta Pendergasta, nie wymagają jednak od czytelnika znajomości poprzednich książek z tego cyklu. Pojawiające się nawiązania do wcześniejszych śledztw są albo nieistotne dla bieżącej fabuły albo pokrótce wyjaśnione. Bardziej złożoną kwestią jest pochodzenie Constance oraz stosunki łączące ją z Pendergastem i Diogenesem. Ta podopieczna i asystentka Pendergasta dla czytelnika nie znającego poprzednich tomów może okazać się nieco zbyt tajemnicza. Co prawda dla zrozumienia fabuły dwóch najnowszych książek informacje biograficzne dotyczące kilku głównych postaci, dawkowane przez autorów w miarę rozwoju wydarzeń, w zupełności wystarczą, ale między wierszami autorzy sugerują czytelnikowi, by sięgnął po wcześniejsze tomy.

Autorzy sięgnęli po motywy klasycznej powieści detektywistycznej, wiktoriańskiej powieści grozy, horroru i thrillera

Nie jest to zła sugestia, jeśli komuś spodobał się wartki styl narracji, wykreowani przez Prestona i Childa bohaterowie oraz mieszanka stylów literackich. Autorzy sięgnęli bowiem po motywy klasycznej powieści detektywistycznej (już na pierwszych stronach pojawiają się mocne skojarzenia z postacią słynnego detektywa wykreowanego przez Arthura Conan Doyle’a), wiktoriańskiej powieści grozy, horroru i thrillera – co w efekcie dało powieści szybko wciągające czytelnika w przedstawiane wydarzenia. Obie książki duetu autorów są głęboko zakorzenione w stylistyce klasycznego zestawu: dużo akcji, sporo suspensu, szczypta upiorności, wyraziści bohaterowie z tajemniczym życiorysem – zarówno ci dobrzy jak i źli. To dobry wybór jako rozrywkowa lektura na kilka letnich wieczorów dla czytelników poszukujących sensacyjnej historii, z odrobiną gotyckiego horroru i bohaterami bliskimi opowieściom o Sherlocku Holmesie i Jamesie Bondzie. Robert Wiśniewski

Lincoln Child, Douglas Preston, Karmazynowy brzeg, Przekład: Robert P. Lipski, Seria: „Agent Aloysius Pendergast” tom 15, Wydawnictwo Agora, Premiera w tej edycji: 19 czerwca 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
Lincoln Child, Douglas Preston, Obsydianowa komnata, Przekład: Jan Kraśko, Seria: „Agent Aloysius Pendergast” tom 16, Wydawnictwo Agora, Premiera: 19 czerwca 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

konkurs

 

Lincoln Child, Douglas Preston
Karmazynowy brzeg
Przekład: Robert P. Lipski
Seria: „Agent Aloysius Pendergast” tom 15
Wydawnictwo Agora
Premiera w tej edycji: 19 czerwca 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 

1

Kiedy rozległ się dzwonek do drzwi wejściowych, Constance przerwała grę na wirginale flamandzkim i w bibliotece zapanowała przepełniona napięciem cisza. Spojrzała w stronę siedzącego przy dogasającym kominku agenta specjalnego Aloysiusa Pendergasta, który w cienkich białych rękawiczkach kartkował w skupieniu iluminowany manuskrypt; obok niego stał na wpół opróżniony kieliszek amontillado. Constance przypomniała sobie ostatni raz, gdy ktoś zadzwonił do drzwi rezydencji przy Riverside Drive 891 – zdarzało się to bowiem wyjątkowo rzadko. Wspomnienie tamtej strasznej chwili zawisło w pokoju jak miazmaty.
Na progu biblioteki pojawił się Proctor, szofer, ochroniarz i prawa ręka Pendergasta.
– Czy mam otworzyć, panie Pendergast?
– Proszę. Ale nikogo nie wpuszczaj. Dowiedz się tylko, kto to i w jakiej sprawie przyszedł, a potem zdaj mi relację.
Trzy minuty później Proctor powrócił.
– To Percival Lake. Chce zaangażować pana do prywatnego śledztwa.
Pendergast uniósł dłoń, by z miejsca odmówić, ale nagle się zawahał.
– Czy wspomniał o naturze przestępstwa?
– Odmówił wyjawienia jakichkolwiek szczegółów.
Agent specjalny pogrążył się w zamyśleniu, jego smukłe palce stukały delikatnie w złocony grzbiet manuskryptu.
– Percival Lake… To nazwisko brzmi znajomo. Constance, czy byłabyś tak dobra i sprawdziła, co o nim piszą w…? Na tej stronie, którą nazwano na cześć wielkiej liczby.
– Google?
– Tak. Wygoogluj go dla mnie, jeśli możesz.
Constance uniosła palce znad pożółkłych ze starości klawiszy z kości słoniowej, odeszła od instrumentu, otworzyła niewielki kredens i wysunęła laptop umieszczony na przesuwanym blacie. Przez chwilę stukała w klawiaturę.
– Jest rzeźbiarz o takim nazwisku, który wykonuje pomniki z granitu.
– Wiedziałem, że coś mi to mówi. – Pendergast zdjął rękawiczki i odłożył na bok. – Wpuść go.
Gdy Proctor wyszedł, Constance spojrzała na Pendergasta z dezaprobatą.
– Czy nasze finanse są aż tak uszczuplone, że musisz dorabiać na boku?
– Oczywiście, że nie. Ale prace tego człowieka, chociaż nieco staroświeckie, są stymulujące intelektualnie. O ile dobrze pamiętam, jego postacie wyłaniają się z kamienia niemal jak Przeciągający się jeniec Michała Anioła. Mogę przynajmniej go przyjąć i wysłuchać, o co mu chodzi.
Po chwili Proctor wrócił, a za nim w drzwiach biblioteki stanął niezwykły mężczyzna. Mógł mieć sześćdziesiąt pięć lat, ale tylko gęsta grzywa białych włosów zdradzała jego wiek. Był wysoki – mierzył blisko dwa metry. Miał ogorzałą od słońca, mocno pobrużdżoną, lecz przystojną twarz oraz smukłą, atletyczną sylwetkę. Nosił niebieski blezer, a do niego nowiuteńką białą bawełnianą koszulę i brązowe spodnie. Tryskał zdrowiem, emanował wigorem. Miał ogromne dłonie.
– Inspektor Pendergast? – Podszedł i ścisnął bladą dłoń gospodarza swoim wielkim łapskiem; potrząsnął nią tak mocno, że niemal przewrócił kieliszek z sherry.
Inspektor? Constance się skrzywiła. Wyglądało na to, że jej opiekun rzeczywiście ma szansę na oczekiwaną stymulację.
– Proszę usiąść, panie Lake – rzekł Pendergast.
– Dziękuję. – Lake zajął miejsce, założył nogę na nogę i odchylił się do tyłu.
– Czy mogę zaproponować coś do picia? Sherry?
– Nie odmówię.
Proctor bez słowa nalał nieduży kieliszek i postawił obok łokcia mężczyzny. Rzeźbiarz upił łyk.
– Doskonały trunek, dziękuję. I dziękuję, że zgodził się pan ze mną spotkać.
Pendergast pochylił głowę.
– Zanim opowie mi pan swoją historię, muszę poczynić sprostowanie. Obawiam się, że nie mogę pozwolić, by tytułowano mnie inspektorem. To brytyjskie określenie. Jestem jedynie agentem specjalnym FBI.
– Chyba czytam za dużo kryminałów. – Mężczyzna poruszył się na krześle. – Pozwoli pan, że przejdę do rzeczy. Mieszkam w małym nadmorskim miasteczku w północnym Massachusetts o nazwie Exmouth. To spokojna mieścina, z dala od turystycznych szlaków, niezbyt znana nawet wśród letników. Jakieś trzydzieści lat temu kupiliśmy z żoną starą latarnię morską i domek latarnika w Walden Point i od tamtej pory tam mieszkam. Okazało się, że to dla mnie idealne miejsce do pracy. Zawsze ceniłem szlachetne wina – czerwone, nie przepadam za białym – a piwnice starego domu doskonale nadawały się do tego, żeby trzymać tam dość pokaźną kolekcję. Nisko osadzona piwniczka z kamiennymi ścianami i podłogą pozwala zachować przez okrągły rok stałą temperaturę dwunastu stopni Celsjusza. W każdym razie kilka tygodni temu wybrałem się na długi weekend do Bostonu, a gdy wróciłem, zobaczyłem, że okno z tyłu jest wybite. Z domu nic nie zginęło, kiedy jednak zeszliśmy do piwnicy, okazało się, że została zupełnie ogołocona. Cała zawartość mojej piwniczki zniknęła!
– To straszne.
Constance odniosła wrażenie, że w głosie Pendergasta wychwyciła delikatną nutę pogardliwego rozbawienia.
– Proszę powiedzieć, panie Lake, czy nadal jest pan żonaty?
– Moja żona zmarła przed kilkoma laty. Obecnie mam… ee… przyjaciółkę, która ze mną mieszka.
– Czy była z panem w weekend, kiedy okradziono piwniczkę?
– Tak.
– Proszę mi opowiedzieć o swoich winach.
– Od czego zacząć? Miałem całą kolekcję roczników château léoville poyferré, począwszy od tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego piątego roku, a także pokaźny zbiór najlepszych roczników château latour, pichon-longueville, petrus, durfort-vivens, lascombes, malescot-saint-excupéry, château palmer, talbot…
Pendergast przerwał tę wyliczankę, unosząc dłoń.
– Przepraszam – rzekł Lake, uśmiechając się z zakłopotaniem. – Kiedy schodzę na temat wina, czasami mnie ponosi.
– Tylko francuskie bordeaux?
– Nie. Ostatnio zacząłem zbierać również niektóre spośród przecudownych win włoskich, głównie brunello, amarone i barolo. Wszystko przepadło.
– Poszedł pan z tym na policję?
– Szef policji z Exmouth do niczego się nie nadaje. Prawdę mówiąc, to osioł. Jest z Bostonu i odbębnia swoje, ale nie mam wątpliwości, że nie traktuje tego poważnie. Podejrzewam, że gdyby chodziło o kolekcję piwa Bud Light, wykazałby się większym zaangażowaniem. Potrzebuję kogoś, kto znajdzie moje wino, zanim się bezpowrotnie rozpłynie albo, uchowaj Boże, zostanie wypite.
Pendergast powoli pokiwał głową.
– Ale dlaczego przychodzi pan z tym do mnie?
– Czytałem książki o pańskich dokonaniach. Te, których autorem był Smithback. William Smithback, o ile się nie mylę.
Minęła dłuższa chwila, zanim Pendergast znów się odezwał.
– Obawiam się, że te książki w dużej mierze przeinaczają fakty. Niemniej na podstawie ich lektury – akurat w tym zakresie są zgodne z prawdą – da się wywnioskować, że zajmuję się przede wszystkim ludzkimi dewiacjami, a nie skradzionym winem. Bardzo mi przykro, ale nie mogę panu pomóc.
– Cóż, miałem nadzieję, że pan się zdecyduje. Z książek wynikało, że i pan jest koneserem. – Lake wychylił się na krześle do przodu. – Agencie Pendergast, jestem w rozpaczliwym położeniu. Moja żona i ja poświęciliśmy mnóstwo czasu na zgromadzenie tej kolekcji. Każda butelka wina ma swoją historię, a przede wszystkim wiążą się z nimi wspomnienia cudownych lat, jakie przeżyłem u jej boku. W pewnym sensie odnoszę wrażenie, jakby żona ponownie umarła. Jestem gotów zapłacić panu sowite honorarium.
– Naprawdę bardzo mi przykro, że nie mogę panu pomóc. Proctor odprowadzi pana do wyjścia.
Rzeźbiarz wstał.
– Cóż, wiedziałem, że szanse na pozyskanie pańskiej współpracy są nikłe. Jestem wdzięczny, że zechciał mnie pan wysłuchać. – Jego udręczona twarz nieco się odprężyła. – Mogę przynajmniej podziękować Bogu, że złodzieje przegapili haut-braquilanges!
Zapadła cisza.
– Château haut-braquilanges? – spytał półgłosem Pendergast.
– Tak. Całą skrzynkę rocznika tysiąc dziewięćset czwartego. Mój najcenniejszy nabytek. Wino stało z boku, w kącie piwniczki, w oryginalnej drewnianej skrzynce. Ci cholerni idioci ją przegapili.
Proctor otworzył drzwi do biblioteki i czekał.
– Jak udało się panu zdobyć całą skrzynkę? Sądziłem, że żadne wina z rocznika tysiąc dziewięćset czwartego się nie zachowały.
– Wszyscy tak uważali. Zawsze uważnie wypatruję kolekcji win na sprzedaż. Zwłaszcza gdy ich właściciel umiera, a spadkobierca chce wymienić zbiory na gotówkę. Znaleźliśmy tę skrzynkę z żoną w starej kolekcji w Nowym Orleanie.
Pendergast uniósł brwi.
– W Nowym Orleanie?
– Wystawiła je na sprzedaż pewna stara francuska rodzina, która popadła w tarapaty finansowe.
Constance zauważyła, jak na twarzy Pendergasta pojawił się wyraz rozdrażnienia – a może niepokoju?
Lake odwrócił się w stronę otwartych drzwi i w tej samej chwili Pendergast wstał z fotela.
– Myślę, że jednak zajmę się pańskim małym problemem.
– Naprawdę? – Rzeźbiarz znów się odwrócił, a na jego ustach pojawił się uśmiech. – To cudownie! Jak już wspomniałem, oferuję sowite…
– Moim honorarium będzie po prostu butelka haut-braquilanges.
Lake się zawahał.
– Myślałem raczej o czymś w rodzaju umowy finansowej.
– Jedna butelka. To moje honorarium.
– Ale otwarcie skrzynki… – Lake nie dokończył; w bibliotece zapadła długa cisza. W końcu się uśmiechnął. – Czemu nie? Przecież widać, że pieniędzy panu nie brakuje. Powinienem się cieszyć, że zdecydował się pan mi pomóc. Nawet pozwolę, żeby sam wybrał pan butelkę ze skrzynki!
Uszczęśliwiony własnym gestem szczodrości rzeźbiarz wyciągnął rękę.
Pendergast ją uścisnął.
– Panie Lake, proszę przekazać swój adres i dane kontaktowe Proctorowi. Dołączę do pana w Exmouth jutro.
– Nie mogę się doczekać. Niczego nie ruszałem w piwnicy, wszystko zostawiłem tak, jak było. Oczywiście policja przeprowadziła oględziny, ale zrobili jedynie kilka zdjęć, i to, nie uwierzy pan, aparatem w komórce.
– Byłoby dobrze, gdyby znalazł pan wymówkę, by trzymać ich z daleka od tego miejsca, na wypadek gdyby wrócili.
– Gdyby wrócili? To mało prawdopodobne.
Po chwili rzeźbiarz wyszedł odprowadzony przez Proctora. Constance odwróciła się do Pendergasta.
Odnalazł jej spojrzenie, a w jego srebrzystych oczach malowało się rozbawienie.
– Mogę zapytać, co robisz? – rzuciła.
– Przyjmuję prywatną sprawę.
– Skradzionego wina?
– Moja droga Constance, to przygnębiające, ale w ostatnich miesiącach w Nowym Jorku nie doszło do żadnych seryjnych morderstw. Umieram, jak to się mówi, z nudów. To idealna okazja, żeby wybrać się na małe wakacje. Tydzień lub dwa w uroczym nadmorskim miasteczku poza sezonem, a naszą amuse-bouche będzie mało znacząca sprawa, którą zajmiemy się na boku. Nie wspominając o sympatycznym kliencie.
– Nazwałabym go raczej pyszałkiem i samochwałą.
– Masz większą skłonność do mizantropii niż ja. Mnie za to, po ostatnich wydarzeniach, dobrze zrobi rześka, jesienna bryza.
Zerknęła na niego ukradkiem. To prawda, po przeżyciach minionego lata wszelka odmiana na pewno wyjdzie mu na dobre.
– Ale butelka wina w charakterze zapłaty? Jak tak dalej pójdzie, wkrótce zaczniesz przyjmować sprawy w zamian za darmowego hamburgera z byle sieciówki.
– To akurat wątpliwe. Jedynym powodem, dla którego przyjąłem tę sprawę, jest wino. W dziewiętnastym wieku Château Haut-Braquilanges wytwarzało najlepsze wina we Francji. Ich najsłynniejsze, czerwone, pochodziło z pojedynczej winnicy o powierzchni niespełna hektara; z tamtejszych zbiorów właśnie powstawały cabernet sauvignon, cabernet franc i merlot. Plantacja znajdowała się na wzgórzu niedaleko Fronsac. Niestety, podczas pierwszej wojny światowej, gdy o wzgórze toczyły się zawzięte walki, użyto tam gazu musztardowego, który na zawsze skaził glebę, a château zostało zrównane z ziemią. Wiadomo o istnieniu co najwyżej dwóch tuzinów butelek wina różnych roczników z tej winnicy. Nie pozostała jednak ani jedna z najlepszego ze wszystkich roczników, tysiąc dziewięćset czwartego. W każdym razie powszechnie uważa się, że się nie zachowały. Dlatego to niesamowite, że ten człowiek ma ich całą skrzynkę. Widziałaś, z jaką niechęcią rozważał myśl, że miałby oddać choćby jedną butelkę.
Constance wzruszyła ramionami.
– Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawił na urlopie.
– Nie wątpię, że będą to niezapomniane wakacje dla nas obojga.
– Dla nas? Chcesz mnie zabrać ze sobą? – Poczuła, że jej policzki zalewa rumieniec.
– W rzeczy samej. Myślę, że jesteś już gotowa na taki wyjazd, z dala od znanych ci miejsc. Powiem więcej: nalegam. Potrzebujesz wakacji podobnie jak ja, no i dobrze będzie wykorzystać okazję, żeby chociaż na jakiś czas uwolnić się od natrętnych listów, jakimi zasypuje nas administracja ogrodu botanicznego, nie uważasz?

2

Constance poczuła zapach morskiego powietrza, gdy tylko Pendergast wjechał klasycznym porsche roadsterem na most Metacomet – niszczejącą konstrukcję z zardzewiałych podpór i kratownic, rozciągniętą nad rozległymi słonymi trzęsawiskami. Promienie październikowego słońca odbijały się od tafli wody, gdy mknęli po estakadzie. Na drugim końcu moczarów droga biegła na krótkim odcinku przez ciemny sosnowy las, po czym znów wychodziła na otwartą przestrzeń. To właśnie tam, wzdłuż rozległego zakola, gdzie bagniste tereny spotykały się z oceanem, leżało miasteczko Exmouth. Constance tak właśnie wyobrażała sobie typową dla Nowej Anglii osadę – z jedną główną ulicą i skupiskiem niewielkich, krytych gontem domów, kilkoma kościołami i ceglanym budynkiem ratusza.
Kiedy zwolnili, sunąc w dół głównej ulicy, zaczęła się z zaciekawieniem rozglądać wokoło.
Exmouth wydawało się nieco zaniedbane, lecz paradoksalnie przydawało mu to uroku: ot, typowe nadmorskie miasteczko z białymi budynkami z desek szalunkowych, nierównymi ceglanymi chodnikami, lokalnymi sklepikami i krążącymi w powietrzu mewami. Minęli stację benzynową i kilka starych przeszklonych witryn sklepowych, przydrożny bar, dom pogrzebowy, kino przerobione na księgarnię i osiemnastowieczną rezydencję kapitańską z charakterystycznym dla Nowej Anglii tarasem na dachu. Tablica informacyjna przed budynkiem głosiła, że mieści się tu Towarzystwo Historyczne oraz Muzeum Exmouth.
Kilkoro przechodniów na ulicach zatrzymało się, by na nich popatrzeć. Constance była zaskoczona swoją nienasyconą ciekawością. Choć nigdy by się do tego nie przyznała, we własnym kraju czuła się jak Marco Polo, bo mimo swego oczytania prawie w ogóle nie zaznała świata.

Lincoln Child, Douglas Preston
Obsydianowa komnata
Przekład: Jan Kraśko
Seria: „Agent Aloysius Pendergast” tom 16
Wydawnictwo Agora
Premiera: 19 czerwca 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 

PROLOG

8 listopada

Proctor delikatnie uchylił podwójne drzwi, wpuszczając do biblioteki panią Trask, która niosła srebrną tacę zastawioną serwisem do herbaty.
Bibliotekę, mroczną i wyciszoną, oświetlał jedynie ogień dogasający w kominku. Przed kominkiem w wysokim fotelu siedziała nieruchoma postać, ledwo widoczna w rozmytym świetle. Pani Trask podeszła do niej i postawiła tacę na stoliku.
– Pomyślałam, że zechce się pani napić herbaty, panno Greene.
– Nie, dziękuję – odparła cicho Constance.
– To pani ulubiona. Jaśminowa, pierwszorzędna. Przyniosłam także magdalenki. Świeżutkie, upiekłam dziś rano. Wiem, jak bardzo je pani lubi.
– Nie jestem szczególnie głodna. Ale dziękuję, że zadała pani sobie trud.
– Zostawię je na wypadek, gdyby zmieniła pani zdanie. – Pani Trask uśmiechnęła się z matczyną troską, odwróciła i ruszyła do drzwi. Gdy mijała stojącego w nich Proctora, uśmiech zniknął, ponownie ustępując miejsca wyrazowi niepokoju.
– Nie będzie mnie tylko kilka dni – powiedziała półgłosem. – Do weekendu moją siostrę powinni już wypisać ze szpitala. Na pewno sobie poradzicie?
Proctor kiwnął głową, odprowadził ją wzrokiem – pani Trask wróciła spiesznie do kuchni – po czym znów spojrzał na siedzącą w fotelu postać.
Minęły ponad dwa tygodnie, odkąd Constance zjawiła się ponownie na Riverside Drive 891. Wróciła posępna i milcząca, bez agenta Pendergasta, ani słowem nie wyjaśniając, co się właściwie stało. Proctor – szofer Pendergasta, jego były podwładny z czasów wojska, a obecnie prawa ręka do spraw bezpieczeństwa – uznał, że pod nieobecność chlebodawcy to on powinien pomóc Constance przejść przez to, przez co właśnie przechodziła. Namówienie jej do tego, żeby zechciała cokolwiek powiedzieć, wymagało czasu, cierpliwości i nie lada wysiłku, mimo to jej relacja wciąż nie miała zbyt wielkiego sensu. Wiedział jednak na pewno, że gdy zabrakło gospodarza, wielki dom przy Riverside Drive 891 bardzo się zmienił – zmienił się całkowicie. Zmieniła się także Constance.
Po powrocie z Exmouth w stanie Massachusetts, gdzie pomagała Pendergastowi prowadzić prywatne śledztwo, na wiele dni zamknęła się w swoim pokoju, bardzo niechętnie przyjmowała posiłki. Gdy w końcu wyszła, wymizerowana i blada jak duch, zdawała się zupełnie inną osobą. Proctor znał ją od zawsze jako kobietę pewną siebie, powściągliwą i opanowaną, tymczasem teraz a to apatyczna, a to pełna niespokojnej energii krążyła po holach i korytarzach, jakby ciągle czegoś szukała. Przestała się interesować wszystkim tym, co ją kiedyś pochłaniało: badaniem historii rodziny Pendergasta, studiami antykwarycznymi, czytaniem i grą na klawesynie. Po kilku krótkich i nerwowych wizytach, jakie złożyli jej porucznik D’Agosta, kapitan Laura Hayward i Margo Green, nie chciała już nikogo widzieć. Proctor miał wrażenie, że nieustannie ma się na baczności; nie znalazł na to lepszego określenia. Iskierka dawnej Constance rozbłyskiwała w niej niezmiernie rzadko, tylko wtedy, kiedy dzwonił telefon albo kiedy Proctor przynosił jej odebraną ze skrytki pocztę. Jakby wciąż i wciąż miała nadzieję, że Pendergast jednak się odezwie. Ale on uparcie milczał.
Mimo że pewien wysoki rangą urzędnik FBI zarządził poszukiwania i wszczął oficjalne śledztwo poza zasięgiem mediów, Proctor postanowił rozpocząć swoje i zebrać jak najwięcej informacji na temat zaginięcia chlebodawcy. Dowiedział się, że poszukiwania ciała trwały pięć dni. Ponieważ zaginiony był agentem federalnym, zaangażowano w nie wyjątkowe siły. Szukając jakichkolwiek śladów, choćby strzępków ubrania, kutry Straży Wybrzeża dokładnie spenetrowały wody w okolicach Exmouth, a Gwardia Narodowa przeczesała wybrzeże od granicy New Hampshire aż po Cape Ann. Płetwonurkowie uważnie obejrzeli skały, na których mogło uwięznąć wyniesione przez prądy ciało, zbadano sonarem dno. Jednak nie znaleziono nic. Sprawa wciąż była oficjalnie otwarta, lecz skłaniano się ku niewypowiedzianemu wnioskowi, że Pendergast – ciężko ranny w walce, zmagający się ze zdradzieckim odpływem, osłabiony przez przybój i narażony na niską temperaturę (dziesięć stopni Celsjusza) – po prostu utopił się na otwartym morzu i jego zwłoki spoczęły w głębinach. Ledwie przed dwoma dniami jego adwokatowi – wspólnikowi w jednej z najstarszych i najbardziej dyskretnych kancelarii prawniczych w Nowym Jorku – udało się skontaktować z Tristramem, jedynym żyjącym synem Pendergasta, i przekazać mu smutną nowinę o zaginięciu ojca.
Proctor podszedł bliżej i usiadł obok Constance. Gdy siadał, zerknęła na niego z bladym uśmiechem, po czym znów spojrzała w ogień. Migotliwe światło rzucało cienie na jej fiołkowe oczy i krótko podcięte ciemne włosy.
Odkąd wróciła, Proctor się nią opiekował. Wiedział, że właśnie tego chciałby jego chlebodawca. Jej niepokój wzbudzał w nim nietypowe dla niego opiekuńcze uczucia – czysty paradoks, ponieważ w normalnych okolicznościach Constance była ostatnią osobą, która pragnęłaby czyjejś opieki. Mimo to wyraźnie czuł, że cieszy ją ta atencja.
Wyprostowała się.
– Proctorze, postanowiłam zejść na dół.
To nagłe oświadczenie zbiło go z tropu.
– To znaczy… tam? Tam gdzie przedtem?
Constance nie odpowiedziała.
– Dlaczego?
– Żeby pogodzić się z nieuchronnym. Żeby się tego nauczyć.
– Dlaczego nie może pani zrobić tego tutaj, z nami? Nie może pani tak po prostu…
Constance odwróciła się i przeszyła go tak ostrym spojrzeniem, że zamarł. Natychmiast zrozumiał, że niczego jej nie wyperswaduje, że to beznadziejne. Ale kto wie, może znaczyło to, że w końcu zaczynała oswajać się z myślą, że Pendergast nie wróci? Może to jakiś postęp? Może.
Wstała.
– Napiszę list do pani Trask z listą rzeczy, które ma zostawiać dla mnie w windzie służbowej. Będę jadła jeden gorący posiłek dziennie, o ósmej wieczorem. Ale nie przez pierwsze dwa dni, muszę odpocząć od nadmiaru opieki. Poza tym pani Trask nie będzie i nie chciałabym narażać pana na niewygody.
Proctor też wstał. Ujął ją za ramię.
– Constance, proszę mnie wysłuchać…
Spojrzała na jego rękę, a potem popatrzyła mu w oczy takim wzrokiem, że natychmiast zwolnił uścisk.
– Dziękuję, że zechciał pan uszanować moje życzenia.
Stanęła na palcach i ku jego zaskoczeniu lekko pocałowała go w policzek. Potem odwróciła się i idąc niemal jak lunatyczka, skierowała się w stronę przeciwległego krańca biblioteki, ku windzie służbowej ukrytej za fałszywymi regałami. Rozsunęła je, wślizgnęła się do kabiny, zamknęła ją za sobą i… zniknęła.
Proctor długo patrzył w to miejsce. Zupełny obłęd. Pokręcił głową. Nieobecność Pendergasta kładła się cieniem na całym domu, na nim też. Musiał pobyć trochę sam, musiał to przemyśleć.
Wyszedł z biblioteki, przeciął hol, otworzył drzwi do wyłożonego dywanami korytarza i wszedł na rozchwierutane schody prowadzące do dawnych kwater dla służby. Na drugim piętrze skręcił w kolejny korytarz i po kilkunastu krokach stanął przed drzwiami swojego niewielkiego mieszkania. Otworzył je i wszedł do środka.
Powinien był oprotestować jej plan bardziej stanowczo. Pod nieobecność Pendergasta to on za nią odpowiadał. Ale niczego by to nie zmieniło, dobrze o tym wiedział. Już dawno się przekonał, że choć dałby radę niemal każdemu, wobec niej był kompletnie bezbronny. Z czasem, pomyślał, z delikatną zachętą z mojej strony, Constance pogodzi się z odejściem Pendergasta, powróci do żywych i…
Obleczona w rękawiczkę ręka błyskawicznie objęła go od tyłu i z potężną siłą ścisnęła klatkę piersiową.
Choć zaskoczony, zareagował odruchowo, gwałtownie pochylając się w dół i próbując pozbawić napastnika równowagi, jednak ten się tego spodziewał i pokrzyżował mu plany. W tej samej chwili poczuł ukłucie igły zagłębiającej się w kark. Zamarł.
– Jakikolwiek ruch byłby wielce niewskazany.
Ten dziwny, jedwabisty głos – natychmiast go rozpoznał. Zastygł bez ruchu. Nie mógł uwierzyć, że dał się tak zaskoczyć. Jak to możliwe? Nie uważał, był pochłonięty myślami. Nigdy sobie tego nie wybaczy. Zwłaszcza że miał do czynienia z największym wrogiem Pendergasta.
– Jesteś dużo lepiej wyszkolony w sztuce walki wręcz – ciągnął aksamitny głos. – Dlatego pozwoliłem sobie wyrównać szanse. To, co tkwi w twojej szyi, to oczywiście igła. Jeszcze nie nacisnąłem tłoczka. W strzykawce jest pentotal sodu, bardzo silna dawka. Poproszę cię raz i tylko raz: potwierdź gotowość do współpracy, rozluźniając mięśnie ciała. Od twojej reakcji zależy to, czy wstrzyknę ci dawkę znieczulającą, czy też… śmiertelną.
Proctor rozważył dostępne opcje. I rozluźnił mięśnie.
– Znakomicie – kontynuował głos. – O ile dobrze pamiętam, nazywasz się Proctor, prawda?
Proctor nie odpowiedział. Na pewno będzie miał okazję, żeby odwrócić sytuację. Zawsze jest jakaś okazja, musiał tylko pomyśleć.
– Obserwuję tę rodzinną rezydencję od dłuższego czasu. Pan domu wyjechał, wygląda na to, że na zawsze. Ponuro tu jak w grobie. Aż dziw bierze, że nie nosicie się na czarno.
Proctor błyskawicznie analizował różne scenariusze. Musiał wybrać jeden i go zrealizować. Potrzebował tylko czasu, trochę więcej czasu, wystarczyłoby kilka sekund…
– Nie jesteśmy w nastroju na pogawędkę? Nie szkodzi. Mam na głowie mnóstwo spraw, pozwolisz więc, że się pożegnam, życząc ci dobrej nocy.
Gdy tłoczek ruszył, Proctor zdał sobie sprawę, że jednak zabrakło mu czasu i że – ku swemu wielkiemu zaskoczeniu – całkowicie zawiódł.

1

Wypływał z atramentowych głębin. Powracał do świadomości długo i powoli, jednak w końcu otworzył oczy. Powieki miał tak ciężkie, że omal znów nie opadły. Co się stało? Leżał bez ruchu, badając wzrokiem otoczenie. I po chwili zrozumiał: to podłoga, podłoga w saloniku.
Jego własnym saloniku.
„Mam na głowie mnóstwo spraw…”.
Nagle wszystko wróciło do niego w oszalałym pędzie. Spróbował wstać, lecz nie zdołał. Spróbował ponownie i tym razem z wielkim trudem udało mu się usiąść. Czuł się tak, jakby zamiast ciała miał wór mąki.
Spojrzał na zegarek. Kwadrans po jedenastej. Był nieprzytomny ponad pół godziny.
Pół godziny. Bóg wie, co mogło się przez ten czas wydarzyć.
„Mam na głowie mnóstwo spraw…”.
Z heroicznym wprost wysiłkiem chwiejnie wstał. Musiał przytrzymać się stołu, bo pokój zakołysał się na wszystkie strony. Żeby szybciej otrzeźwieć, gwałtownie potrząsnął głową i postał przez chwilę, aby odzyskać pełnię władz umysłowych i fizycznych. Potem otworzył pojedynczą szufladę w stole, wyjął z niej glocka 22 i wetknął go za pasek spodni.
Drzwi były otwarte i widział przez nie główny korytarz w skrzydle dla służby. Ruszył w tamtą stronę jak pijany, przytrzymał się futryny, dotarł do wąskich schodów i kurczowo chwytając się poręczy, na wpół zszedł, na wpół zsunął się na parter. Towarzyszący temu wysiłek i poczucie najwyższego niebezpieczeństwa pomogło wyostrzyć zmysły. Przeszedł krótkim korytarzem i otworzył drzwi prowadzące do ogólnie dostępnych pomieszczeń.
Przystanął, żeby zawołać panią Trask. Ale szybko z tego zrezygnował. Obwieszczanie swojej obecności nie było wskazane. Poza tym pani Trask pewnie już wyszła, wyjechała do chorej siostry. Zresztą to nie jej groziło największe niebezpieczeństwo. Największe niebezpieczeństwo groziło Constance.
Wstąpił na marmurową posadzkę, chcąc wejść do biblioteki, zjechać windą do podziemi i zrobić wszystko, aby ją chronić. Jednak przed szeroko otwartymi drzwiami ponownie przystanął. W środku dostrzegł przewrócony stolik, walające się na dywanie książki i papiery.
Szybko się rozejrzał. Po prawej stronie, w sali recepcyjnej o ścianach zabudowanych szafkami pełnymi dziwacznych eksponatów, panował bałagan. Ktoś strącił etruską urnę z cokołu i jej szczątki walały się teraz na podłodze. Wielka waza ze świeżo ściętymi kwiatami – pani Trask codziennie je zmieniała – która zawsze stała na środku sali, leżała teraz roztrzaskana na marmurowej posadzce, a wraz z nią, w kałużach wody, dwa tuziny róż i lilii. Drzwiczki jednej z szafek na drugim końcu sali, tuż przy wejściu do jadalni, były otwarte na oścież, mocno przekrzywione i prawie wyrwane z zawiasów. Wyglądało to tak, jakby ktoś się ich rozpaczliwie chwycił, żeby stawić opór przeciwnikowi i nie dać się nigdzie zawlec.
Wszystkie ślady aż zbyt wyraźnie wskazywały na to, że doszło tu do straszliwej walki. Wszystkie przecinały salę recepcyjną, prowadząc w stronę głównych drzwi domu i… rozciągającego się za nimi świata.
Proctor pobiegł przed siebie. Porozrzucane książki i dokumenty, poprzewracane krzesła, przewrócony laptop – w długiej, wąskiej jadalni mignął mu stół, przy którym jeszcze do niedawna Constance badała historię rodziny Pendergasta. Na końcu pomieszczenia, tam gdzie zaczynał się frontowy hol, ujrzał coś jeszcze bardziej niepokojącego – ciężkie drzwi, które prawie zawsze były zamknięte na klucz i rzadko kiedy otwierane, stały teraz uchylone, wpuszczając do holu jaskrawe światło dnia.
Chłonąc to wszystko z narastającym przerażeniem, usłyszał nagle zza otwartych drzwi przytłumiony głos kobiety wołającej o pomoc.
Choć wciąż miał zawroty głowy, wyjął zza pasa pistolet i popędził w tamtą stronę. Przebiegł pod łukowatym przejściem, przeciął frontowy hol, kopniakiem otworzył drzwi na oścież, wypadł na dwór, przystanął pod portykiem i zbadał wzrokiem teren.
Na końcu podjazdu, przodem do ulicy, na jałowym biegu czekał lincoln navigator z przyciemnionymi oknami. Tylne drzwi były otwarte i stała przy nich Constance ze związanymi z tyłu rękami. Stała plecami do niego i gwałtownie się szarpała, jednak po obciętych na pazia włosach i oliwkowym trenczu poznał, że to ona. Jakiś mężczyzna, też stojący przodem do ulicy, wpychał ją właśnie na tylne siedzenie lincolna, już zatrzaskiwał drzwi.
Proctor poniósł pistolet i wystrzelił, lecz tamten przeskoczył przez maskę samochodu, zanurkował do środka i kula chybiła celu. Druga zrykoszetowała na kuloodpornej szybie i w tej samej chwili wóz ruszył, gwałtownie przyspieszył, w kłębach dymu z palonej gumy wyjechał na ulicę i z wciąż szarpiącą się za tylną szybą Constance szybko znalazł się poza zasięgiem strzału.
Ułamek sekundy przed skokiem do samochodu porywacz odwrócił się do Proctora i spotkali się wzrokiem. Dziwne oczy, jedno zielone, drugie białawoniebieskie, blada cera, wyraziste rysy twarzy, bijące z niej okrucieństwo, starannie wypielęgnowana broda, rude włosy – nie sposób go było z nikim pomylić. Proctor miał przed sobą Diogenesa, brata i nieprzejednanego wroga Pendergasta w jednej osobie, człowieka, którego – jak wszyscy myśleli – Constance zabiła przed ponad trzema laty.
I który właśnie odżył. Żeby ją uprowadzić.
W jego oczach było tyle dzikości, tyle mrocznego, perwersyjnego triumfu, że przez krótką chwilę nawet stoicki Proctor czuł się bezradny. Jednak paraliż trwał tylko ułamek sekundy. Otrząsnąwszy się z przerażenia i pokonawszy skutki działania pentotalu sodu, puścił się w pościg, pędząc przez podjazd i jednym susem przeskakując przez równo przycięty żywopłot.