Jan Matejko był artystą i historiozofem, badaczem przyczyn upadku Polski. Zaskakiwał kolorystyką obrazów, oburzał wprowadzaniem na płótna postaci niewymienianych przez kroniki.


Klan MatejkówMarek Sołtysik w książce “Klan Matejków” opisuje fascynujące losy Jana Matejki i jego rodziny – matki wychowującej dzieci „do sztuki”, braci, z których Janek wcale nie czuł się najzdolniejszy, córki Beaty, wyjątkowo utalentowanego zięcia Józefa Unierzyskiego, znakomitego witrażysty Stefana Witolda Matejki (bratanka Mistrza).

Marek Sołtysik przywołuje słowa wielkiego malarza Jerzego Nowosielskiego:

“Pamiętajmy, że »Hołd pruski« i »Bitwa pod Grunwaldem« to są ewenementy w europejskim malarstwie historycznym – to najlepsze dzieła, jakie w tym gatunku powstały. A czy na co dzień myślimy o Matejkowskiej polichromii kościoła Mariackiego w Krakowie? On […] dał genialną koncepcję polichromii kościoła gotyckiego. Jeśli chodzi o sposób zdobienia kościoła w Europie XIX wieku, to Matejko stworzył największe dzieło”.

Marek Sołtysik
Klan Matejków
Wydawnictwo Arkady
Premiera: 12 czerwca 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Klan Matejków


„Matejko stworzył największe dzieło…”

Na początku XX wieku Matejkę powszechnie opluwano, choć – w swoim czasie – był to na pewno wielki artysta. Dziś jego twórczość jest coraz bardziej akceptowana. Pamiętam zresztą uroczystość z okazji jubileuszu krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, która odbywała się w Sali Hołdu Pruskiego. Obecny na niej, a dziś już nieżyjący malarz, profesor Wacław Taranczewski, patrząc na Hołd pruski, powiedział głośno: – O zgrozo, to mi się coraz bardziej podoba…
Wędrując po muzealnych zbiorach malarstwa XIX-wiecznego, człowiek oddycha z ulgą, dopiero kiedy zobaczy płótno Sobieski pod Wiedniem: No, wreszcie! To jest o b r a z.
Pamiętajmy, że Hołd pruski i Bitwa pod Grunwaldem to są ewenementy w europejskim malarstwie historycznym – to n a j l e p s z e dzieła, jakie – w tym gatunku – powstały. A czy na co dzień myślimy o Matejkowskiej polichromii kościoła Mariackiego w Krakowie? On sam jej nie wykonał, ale dał genialną koncepcję polichromii kościoła gotyckiego. Jeśli chodzi o sposób zdobienia kościoła w Europie XIX wieku, to Matejko stworzył największe dzieło…”.
Jerzy Nowosielski
Głos w ankiecie Matejko dziś w numerze specjalnym „Przekroju” 1993, nr 23.

Zaczarowany stół

Słońce wstało, choć miała być wieczna noc. Mosiężna klamka zabłysła w oknie – jak złota. Dziarsko zabrzmiał hejnał z wieży Mariackiej. Jak to jest, że to wszystko jest?
Przecież mamusia umarła.
Jan, taki mały, ośmioletni, zdobył pewność, że od chwili, gdy już nie będzie tej, która poznała się na jego rysunkach, musi zdać się wyłącznie na siebie. Ma mu wystarczyć ołówek, papier, własna ręka i stół.
W lipcu 1846 roku wyszedł z rodzeństwem do krewnych – lecz nie z wizytą. Musieli opuścić dom w Krakowie przy Floriańskiej, w którym w jednym pokoju leżały umarłe jego matka i siostra. Aż do kilku dni po pogrzebie nie wolno im tam nocować. Pierwsze piętro opustoszało.
Było ich dziesięcioro i to matka, drobna, czarnooka brunetka, wymyśliła ten stół. Wspólne rysowanie, kalkowanie, wyklejanie odbywało się przy stole rozległym jak mały rynek. I niekiedy podchodzenie do szyby okiennej, żeby „do światła” skopiować rysunek brata. Czasem zapominali, że przy stole także się je. Czy z chwilą śmierci matki, czterdziestotrzyletniej Joanny Karoliny z Rozbergów Matejkowej, zawali się stół do rysowania, a pozostanie tylko ten, przy którym ojciec sprawiedliwie wydziela im kromki chleba i masło?
Od chwili, gdy z domu wyniesiono dwie trumny, opiekę nad gromadką objął ojciec Franciszek Matejko, nauczyciel muzyki i organista. Dzieci szybko wyzbyły się obaw co do statusu stołu. Ojciec miał twardą rękę, ale duszę artysty. Niewiele więc się zmieni – tyle że nie będzie oceniał ich obrazków. Jaś, który najchętniej nie wypuszczałby ołówka z ręki, będzie musiał ćwiczyć na fortepianie. Ojciec, niegdyś guwerner w podkrakowskim pałacu, wiedział, że z malowania mogą wyżyć tylko najlepsi. Skoro ktoś jest – jak Jaś – niezdolny do nauki języków i matematyki, dobrze, żeby przynajmniej nauczył się grać.
Najstarszy z rodzeństwa, siedemnastoletni Franciszek, zafascynowany historią, zajął się rozwojem duchowym nadwrażliwego Jasia.
Nazwisko rodowe ojca brzmiało Matieyka. Był Czechem ze wsi Roudník w okręgu Hradec Králové, ładnym chłopcem z romantyczną przeszłością. Żona nazywała się Rozberg także od niedawna. Jej ojciec, Jan Piotr Rossberg, Niemiec, siodlarz, został zapisany w poczet obywateli Krakowa w 1785 roku i wtedy uprościł pisownię nazwiska. Był ewangelikiem.
Wykształcony muzycznie Franciszek Matejko miał nielegalnie przekroczyć granicę Wolnego Miasta Krakowa w powozie generała Józefa Chłopickiego, wolnomularza. Z polecenia generała przepracował kilkanaście lat jako guwerner u hrabiów Wodzickich. Uskładał sobie sumkę pozwalającą wejść w dorosłe życie. Joannę Karolinę poślubił w dwóch obrządkach: katolickim i ewangelickim. Pomału spłacał dom teściów.
Jaś był świadkiem przerażającej sceny przy łóżku matki (nieświadomej, że w rogu pokoju leży trup Emilki): wuj Krzysztof Groppler, gorliwy ewangelik, zerwał z piersi konającej medaliki z Matką Bożą, które przyjęła od przyjaciółki, nalegającej, by zmieniła wyznanie. Zygmunt, czternastoletni brat Jasia, ugryzł rękę, która zerwała medaliki.

Bracia

To Zygmunta obrazki będą długo wisieć w pokoju chłopców. Oprawione akwarele, przedstawiające Kościuszkę wspartego na pałaszu, księcia Józefa konno wskakującego do Elstery czy Krakusa w kierezyi, nie dadzą zapomnieć o ich autorze poległym w kampanii węgierskiej. Obrazki – z wlepionymi kawałkami tkanin imitujących sztandary i żupany – nie dorównywały pracom Jasia, ale chodziło o dumę z Zygmunta patrioty.
Jaś był najlepszy. Bracia odrysowywali jego obrazki. Zwłaszcza ten przedstawiający szturmującego żołnierza, szczególnie chwalony przez matkę.
Żegnajcie, wysokie pokoje! Po śmierci Joanny Matejkowie wynieśli się z piano nobile. Zamieszkali na trzecim piętrze. Resztę rodowej kamienicy zajęli lokatorzy. Przedpokój i dwa pokoje (plus od podwórza kuchnia, spiżarnia, ubikacja). W pierwszym pokoju – z fortepianem – po zakończeniu lekcji była sypialnia ojca i sześciu synów. W drugim – długim a wąskim – sypialnia Marianny, siostry starszej o dwa lata od Jana, oraz ciotki Zamojskiej, siostry zmarłej Joanny. Mówiło się, że bezpośrednim powodem decyzji o roztoczeniu opieki nad półsierotami stał się dla ciotki szok na widok twarzy Jasia, oszpeconej złamanym, krzywo zrośniętym nosem. By upilnować dzieci, które nie powinny szaleńczo biegać, jak Jaś z podnóżkiem, zawiedziona w małżeństwie, bezdzietna, postanowiła się im poświęcić.
Oddany do szkoły trywialnej pod wezwaniem Świętej Barbary, Jaś nie zagrzał tam miejsca. Popychany z powodu koślawych butów (chodząc, ścinał obcasy na zewnątrz, toteż praktyczny ojciec nakazał mu wzuwać co drugi dzień lewy but na prawą nogę i na odwrót), niewidzący potrzeby wkuwania, „ocknął się od razu jakby w azjatyckim lesie”, powie po latach Marian Gorzkowski. To prawda, w domu, z dala od tłumu, była Europa. Świat nauki i sztuki. To bez znaczenia, że w cerowanych ubrankach.
Miejsca w mieszkaniu było mało; chłopcy sypiali po dwóch w jednym łóżku. Spośród szóstki (trzech zmarło w dzieciństwie) malarzami byli Zygmunt, Edmund i Jaś. Czas pokaże, że i Franciszek chwyci za pędzel.
Franciszek i Edmund, urodzeni w najlepszym czasie Wolnego Miasta Krakowa, studiowali na Uniwersytecie Jagiellońskim. Edmund chodził ponadto do Szkoły Sztuk Pięknych. Dziesięcioletni Jan, przygotowany przez Edmunda, zdał egzamin do Liceum Świętej Anny i uczęszczał tam od 1848 roku.
Wolne Miasto traciło autonomię, po powstaniu krakowskim w 1846 roku niewiele zostało z tej wolności. Przetaczały się przez Kraków burze dziejowe – komentowane w domu przez ojca i Józefa Pollera, hotelarza, sąsiada przez podwórze. Powstanie Wielkiego Księstwa Krakowskiego vulgo wcielenie Krakowa do Galicji, nieodległe echa niewiarygodnego okrucieństwa: rabacji chłopskiej, wreszcie odgłosy powstania węgierskiego obudziły krakowian.
Stary Matejko, Czech z pochodzenia, Polak z miłości, nie zatrzymywał w domu dwóch swoich synów. Rwali się do walki o wolność naszą i waszą. Wiosna Ludów! Brali udział w kampanii o wyzwolenie Węgier. Emigrant Edmund wróci z Paryża jako Zygmunt. Posługiwał się papierami Zygmunta, zasieczonego przez Moskali wspierających Austriaków. Jako Edmunda ścigałaby go policja austriacka – był bowiem jednym z widzianych przez szpiclów podczas zbrojnego uwalniania poborowych.
Franciszek Matejko junior, doktor historii, nie należał do radykałów. Slawista, bibliograf w Bibliotece Jagiellońskiej, utwierdzał Jasia w słuszności poszukiwań i wskazywał mu coś więcej w literaturze niż pożyteczne Śpiewy historyczne Juliana Ursyna Niemcewicza ze stalorytami Atoniego Oleszczyńskiego czy pisma „Pszczółka” i „Przyjaciel Ludu”. Choćby więc, na początek, Wieczory pod lipą Lucjana Siemieńskiego – eseje profesora, emigranta po powstaniu listopadowym, potem konserwatysty, publicysty, wyroczni w sprawach sztuki.
Jak kiedyś Edmund podczas wycieczek w podkrakowskie skałki trzymał drobnego Jasia za nogi nad przepaścią i nie pozwalał mu zamknąć oczu, aby w ten sposób uodpornić brata na lęki, tak teraz Franciszek, wygrzebawszy z foliałów drzeworytnicze reprodukcje obrazów Tycjana i Delaroche’a, pokaże je Jasiowi, by uodpornić go na bezkrytyczne przyjmowanie tanich wzorców.
Jaś za dobrze rysuje, żeby tracić cenne godziny w liceum. Nawet tak prestiżowym jak Świętej Anny. Ojciec i Franciszek debatują nad dalszą drogą trudnego trzynastolatka.

„Jaki to ładny król na ziemi!”

Franciszek powie, że żyła szczęścia przebiegała przez wąski pokój, w którym urodził się Jan. Dobre promieniowanie, złe promieniowanie – rzecz dyskusyjna. Ale kiedy dokładnie latem 1838 roku przyszedł na świat? 30 lipca (jak utrzymywał jego sekretarz Marian Gorzkowski) czy 24 czerwca, jak ostatecznie przyjęto po rewelacjach sędziego Gustawa Groegera (ogłoszonych w setną rocznicę urodzin artysty). Otóż w aktach parafii Świętego Krzyża w Krakowie czytamy, że „trzydziestego lipca o godzinie jedenastej przed południem […] JWPan Franciszek Matejko, obywatel tutejszokrajowy […] okazał nam dziecię płci męskiej, które urodziło się przeonegdaj [„onegdaj” to przed trzema dniami, „przeonegdaj” – nie później niż przed tygodniem], i że życzeniem jego jest nadać mu imiona Jan Alojzy”. Cechy psychofizyczne wskazują astrologowi przełom znaków Raka i Lwa. Z cicha pęk z jednej strony, z drugiej Król Lew.
Był już jako dziecko nierówny. Nieodporny na nocne lęki – a żądny hołdów. Powiedziałby ktoś: będzie z niego reżyser. Gorzkowski nie może się nadziwić doskonałej pamięci Mistrza, który wprawdzie nie posiadł żadnego obcego języka, pamiętał natomiast daty historyczne, tysiące nazwisk, co rusz cytował z pamięci fragmenty Don Kichota, „znał na pamięć” wszystkie swoje obrazy, wiedział, u kogo się znajdują.
Z opowieści Mistrza sekretarz odtwarzał czasy dzieciństwa. Ot, gdy do domu przychodziły znajome dzieci, Jaś robił przedstawienia – ze scenografią z krzeseł i z kapy z łóżka – w których zazwyczaj występował król, „a po bokach tronu dwóch stawiał dzieciaków asystujących królowi, a gdy ci siedli na krzesłach, wówczas […] w upojeniu radości, klaszcząc w dłonie, mówił donośnie: «Jaki to ładny król na ziemi!»”.
To właśnie podczas podobnej inscenizacji, potknąwszy się na progu, złamał nos.

Pożar Krakowa, blichtr cesarski i ciepło dłoni sąsiada

Dwunastoletni Jaś był świadkiem pożaru Krakowa. Koszmarna to malowniczość. 18 lipca 1850 roku, w dzień upalny i wietrzny, od ognia zaprószonego przez młynarczyka w czeladnej izbie kowala na przedmieściu Dolne Młyny zajęło się śródmieście. Po kilku dniach straszyły spalone kamienice Małego Rynku i ulic odchodzących na południowy wschód od Rynku Głównego. Planty zapełnione pogorzelcami.
Wuj Groppler, który zrywał medaliki, teraz budził już tylko litość. Znalazł dach nad głową u Matejków na czas remontu swej kamienicy przy Grodzkiej, nadgryzionej przez ogień. Wypalone kościoły Dominikanów i Franciszkanów, starty z powierzchni ziemi kościół Wszystkich Świętych. Zniszczone pałace Wielopolskich i Biskupi, pogorzelisko na Gołębiej… Floriańska nietknięta, jednak gdy popatrzeć na to kochane miasto z dachu – żałość. I trochę strach.
Krążyła pogłoska, że ktoś podpalił rozmyślnie. Z pobudek politycznych. Bezpieczniej utrzymywać, że ogień przeniosły gonty (kto miał dach z blachy, ten wygrał), płonące rupiecie ze strychów i orzechy suszące się w młynach. „Włoski orzech bowiem – wyjaśniał świadek Józek Louis ojciec – po spaleniu się zachowuje swoją zwykłą sklepistość, łupina jego zamieniona zostaje w najdoskonalszy węgiel drzewny, a podsycana palącą się wewnątrz tłustością owocu, długo bardzo jest tlejącym się zarzewiem, po wytopieniu się owocu wewnątrz zostaje tam próżnia, która tej zwęglonej łupinie nadzwyczajną nadaje lekkość i ulotność”.
Pamiętnikarz notował dalej: „Dym i płomienie osiadały nad całym miastem i zasłoniły przed wzrokiem całe niebo… Wicher szalał, niosąc palące się głownie, gonty, iskry i zasypując nimi dachy domów… i rozrzucając to zarzewie aż na pola od miasta odległe… Trzask palących się gontów, huk upadających dachów… płacz, krzyk, lament ludzi unoszących w popłochu co kto mógł”.
Jaś narysował sobie horyzont objętego pożarem Krakowa, widziany z dachu rodzinnego domu. Dopisał na marginesach, jaki kolor przybierała łuna. Dokument schował do „skarbczyka”. „Skarbczyk” – oprócz szkiców z natury i rysunkowych kopii zabytkowych przedmiotów – zawierał szmatki: resztki tkanin pozostałe z domowego szycia. „Skarbczyk” rozrośnie się z czasem do 2149 kartek, dopełnią go artefakty. Malując w przyszłości obrazy historyczne, zawsze będzie wiedział, gdzie sięgnąć po pomoc. A teraz, młodziutki, te babskie kawałki sukna i jedwabiu nakłada na dwa zbite prostopadle patyki, żeby studiować, jak układa się światło na fałdach rękawa zgiętej ręki.
Jakaś inna ręka wyciąga Jasia z tłumu, w którym mógł zostać stratowany. Uczniów zwolniono wcześniej, z nakazem powrotu do domu, ze względu na uliczne rozruchy patriotów na znak niezgody w obliczu zawieszenia konstytucji, wcześniej nadanej przez Austrię. To ręka – poznał – pana Antoniego Giebułtowskiego, byłego właściciela ziemskiego, urzędnika w magistracie, sąsiada, którego widuje się niekiedy w kącie pokoju za fortepianem, gdzie przy stoliczku ojciec przyjmuje gości.
Najmłodszą córką Giebułtowskich jest sześcioletnia fiołkowooka Teodora. Zostanie kiedyś żoną Jana, będzie jego szczęściem i udręką. Ale na razie to jeszcze dziecko, które przyszły teść przyprowadza wystrojone do Franciszka Matejki na lekcje muzyki. „To cała kapryśnica!” – tak Teosię określa nauczyciel.
Upłynie kwartał od wyciągnięcia przyszłego zięcia z tłumu i w październiku 1851 roku rosły pan Giebułtowski znowu mu pomoże. Pośród motłochu na trotuarach utoruje mu drogę, by mógł zobaczyć pierwszy wjazd Franciszka Józefa do Krakowa. Pamiętamy: „Jaki to ładny król na ziemi!”. Cesarz łagodny i miły… Zaraz po obejrzeniu parady Jan po raz pierwszy w życiu użyje farb olejnych. Z napięciem, nie bez tremy, namaluje wreszcie z pasją na naprężonym zagruntowanym płótnie Wjazd cesarza Franciszka Józefa do Krakowa. Obraz szybko, bo już na początku 1852 roku, znajdzie nabywcę. Ślad po nim zaginął, gdyż oddany został jako fant na loterię. Wojskowego, który go wygrał, nie spytano o personalia.