“Kociarz” został przeczytany na stronach „New Yorkera” rekordowe 2 miliony razy, stając się najpopularniejszą opowieścią zamieszczoną w tym magazynie.


KociarzOpowiadanie dało początek zbiorowi, który uznano za najważniejsze amerykańskie wydarzenie literackie roku.

To prawdziwa proza XXI wieku, która w ciągu zaledwie jednej nocy została największym wiralowym fenomenem literackim w historii. To realizm magiczny w dobie mediów społecznościowych. To portret pokolenia w skondensowanej formie.

„Kociarz” to 12 opowiadań składających się w panoramę naszych czasów. To opowieści o pożądaniu i wstręcie, seksie i samotności, zagubieniu i poczuciu winy w erze Instagrama, Tindera i #MeToo.

To literatura minimalistyczna, choć – paradoksalnie – napisana z rozmachem. Właśnie dlatego stała się najpopularniejszym wiralowym tekstem literackim XXI wieku i zdobyła 2 miliony czytelników w internecie.

Teksty wywołują wiele emocji: fascynują i odstręczają, oburzają i podniecają, przerażają i zachwycają, nie pozostawiając miejsca na obojętność.

***

Przenikliwa i perfekcyjnie minimalistyczna.
„New York Times”

Idealna do książkowych dyskusji przy winie.
„Vogue”

Magiczny realizm ociera się o pełną fantazję.
„Independent”

Kristen Roupenian
Kociarz
Przekład: Magdalena Sommer
Wydawnictwo Muza
Premiera: 24 kwietnia 2019
 
 

Kociarz

Spis treści

Niedobry chłopiec
Look at Your Game, Girl
Sardynki
Nocny biegacz
Lustro, wiadro i stara kość
Kociarz
Miły facet
Chłopak w basenie
Szramy
Pudełko od zapałek
Skłonności samobójcze
Fatalny nawyk

Niedobry chłopiec

Wczoraj wieczorem wpadł do nas przyjaciel. On i jego koszmarna dziewczyna nareszcie ze sobą zerwali. To było jego trzecie rozstanie z tą humorzastą dziewuchą, ale i tak upierał się, że na pewno kiedyś znowu się zejdą. Chodził nerwowo po kuchni i rozwodził się na temat dziesiątek tysięcy drobnych upokorzeń i udręk, jakich doznał w ich trwającym pół roku związku, a my żałowaliśmy go, pocieszaliśmy i robiliśmy współczujące miny. Kiedy wyszedł do łazienki, żeby się trochę pozbierać, oparliśmy się o siebie bezwładnie, jakbyśmy opadli z sił, wywracając oczami i udając, że się dusimy i strzelamy sobie w głowę. Powiedzieliśmy sobie, że słuchać, jak nasz przyjaciel uskarża się na okoliczności rozstania, to jak towarzyszyć alkoholikowi narzekającemu na kaca: owszem, wiemy, że cierpi, ale, na Boga, trudno zdobyć się na współczucie wobec kogoś, kto w tak niewielkim stopniu rozumie, gdzie tkwi źródło jego problemu. Zadawaliśmy sobie pytanie, jak długo jeszcze będzie spotykać się z okropnymi osobami, a potem dziwić, że go okropnie traktują. Przyjaciel wrócił z łazienki, zrobiliśmy mu czwartego drinka i orzekliśmy, że jest zbyt pijany, by jechać do domu, ale może przespać się u nas na kanapie.
Tej nocy w łóżku rozmawialiśmy o nim. Narzekaliśmy, że nasze mieszkanie jest takie małe i nie da się w nim uprawiać seksu, tak by tego nie usłyszał. Pewnie powinniśmy zacząć się kochać, stwierdziliśmy – przynajmniej po raz pierwszy od miesięcy będzie miał do czynienia z seksem, chociaż na odległość (odmawianie współżycia należało do metod manipulacji, które stosowała jego okropna dziewczyna). Może mu się spodoba.
Nazajutrz rano, gdy wstaliśmy, żeby pójść do pracy, jeszcze spał. Leżał w rozchełstanej koszuli, dookoła poniewierały się zgniecione puszki po piwie. Było jasne, że pił dalej samotnie długo po tym, jak poszliśmy do łóżka.
Wyglądał doprawdy żałośnie, aż zrobiło się nam głupio, że stroiliśmy sobie z niego żarty. Przygotowaliśmy więcej kawy, poczęstowaliśmy go śniadaniem i powiedzieliśmy, że może zostać, jak długo chce, ale mimo wszystko byliśmy zaskoczeni, zastawszy go po powrocie na kanapie.
Skłoniliśmy go, żeby wstał i wziął prysznic, a potem zabraliśmy na kolację, pod warunkiem że nawet nie wspomni o rozstaniu. Byliśmy dla niego przemili. Śmialiśmy się z wszystkich jego żartów, zamówiliśmy drugą butelkę wina i udzielaliśmy mu życiowych rad. Zasługujesz na kogoś, kto da ci szczęście, powtarzaliśmy. Na zdrową relację z kimś, kto cię będzie kochał, ciągnęliśmy, patrząc na siebie z uznaniem, a potem znowu skupialiśmy na nim całą uwagę. Był jak smutny mały piesek spragniony ciepła i pochwał i miło było widzieć, jak się nimi syci; aż się prosiło, żeby głaskać go po miękkim łebku, drapać za uszami i patrzeć, jak merda ogonem.
Po wyjściu z restauracji byliśmy w tak świetnych humorach, że zaprosiliśmy go do siebie. Kiedy znaleźliśmy się w naszym mieszkaniu, zapytał, czy może znowu przenocować na kanapie, a gdy zaczęliśmy drążyć temat, przyznał, że nie lubi przebywać w domu, bo wszystko przypomina mu o jego okropnej dziewczynie. Naturalnie, odparliśmy, zostań, jak długo zechcesz, w końcu przyda się rozkładana kanapa. Ale spojrzeliśmy po sobie za jego plecami, bo chociaż chcieliśmy być dla niego mili, nie znieślibyśmy kolejnej nocy bez seksu – po pierwsze byliśmy pijani, a poza tym przez cały wieczór zachowywaliśmy się tak czarująco, że trochę nas to nakręciło. Poszliśmy więc do łóżka i pewnie nawet to, jak życzyliśmy mu dobrej nocy, świadczyło jasno, że zamierzamy się pieprzyć. Na początku staraliśmy się nie hałasować, ale wkrótce doszliśmy do wniosku, że wszystkie te wysiłki, a potem chichoty i uciszanie się nawzajem silniej przyciągają uwagę, niż gdybyśmy zwyczajnie robili to, co robimy, więc robiliśmy to, na co mieliśmy ochotę, i trzeba przyznać, że było nawet przyjemnie wiedzieć, że nasz przyjaciel leży tam po ciemku i się przysłuchuje.
Rankiem byliśmy nieco skrępowani, ale powiedzieliśmy sobie, że może uda się w ten sposób wypchnąć go z gniazda i skłonić do powrotu do własnego mieszkania, a nawet zmotywować do poszukania dziewczyny, która sypiałaby z nim częściej niż raz na dwa miesiące. Po południu jednak zapytał, co robimy wieczorem, i niebawem okazało się, że nocuje u nas przez większość dni w tygodniu.
Dawaliśmy mu kolację, a potem jechaliśmy gdzieś we trójkę, i zawsze to my siedzieliśmy z przodu, a on na tylnym siedzeniu. Żartowaliśmy, że powinniśmy przyznać mu kieszonkowe i wymagać uczestniczenia w obowiązkach domowych; śmialiśmy się, że musimy dopisać go do pakietu rodzinnego w umowie o telefon, skoro spędzamy razem tyle czasu. Poza tym, mówiliśmy sobie, skoro u nas pomieszkuje, łatwiej nam go pilnować i powstrzymywać przed pisaniem do okropnej byłej dziewczyny, bo chociaż zerwali, wciąż utrzymywali kontakt i nasz przyjaciel nie rozstawał się z telefonem. Obiecywał, że z tym skończy, wiedział doskonale, że nie powinien, ale potem znowu do tego wracał. Tak czy owak, przez większość czasu było nam fajnie. Lubiliśmy martwić się o niego i opiekować nim, besztać, gdy postępował nieodpowiedzialnie, na przykład pisał do swojej byłej albo nie szedł do pracy, bo poprzedniego wieczoru za późno się położył.
Uprawialiśmy seks, chociaż przebywał z nami pod jednym dachem. I o dziwo, tak udanego seksu nie mieliśmy nigdy wcześniej. Z tego zrodziła się nasza wspólna fantazja, wizja, jak siedzi tam z uchem przyciśniętym do ściany, udręczony zazdrością, podniecony i zawstydzony. Nie wiedzieliśmy, czy było tak naprawdę – może zakrywał głowę poduszką i usiłował nie zwracać na nas uwagi; może ściany w naszym mieszkaniu były bardziej dźwiękoszczelne, niż nam się wydawało – ale udawaliśmy sami przed sobą i podpuszczaliśmy się nawzajem do wyjścia z sypialni i pójścia do lodówki po wodę, wciąż zarumienieni i bez tchu, żeby zobaczyć, czy nie śpi. Jeżeli nie spał (nigdy nie spał), zamienialiśmy kilka niezobowiązujących słów i pospiesznie wracaliśmy do łóżka, żeby się pośmiać i pieprzyć po raz drugi z jeszcze większym zapałem.
Ta zabawa tak nas wkręciła, że podnieśliśmy poprzeczkę: wychodziliśmy na wpół rozebrani albo owinięci ręcznikiem, zostawiając drzwi odrobinę czy nawet trochę szerzej uchylone. Rano po szczególnie głośnej nocy droczyliśmy się z nim, pytając, czy dobrze spał i co mu się śniło, a on wbijał wzrok w ziemię i odpowiadał, że nie pamięta.
Myśl, że chciałby dołączyć do nas w łóżku, była tylko fantazją, ale co dziwne, po pewnym czasie zaczęło nas irytować, że zachowuje się tak cnotliwie. Wiedzieliśmy, że jeśli coś ma się wydarzyć, musimy wykonać pierwszy ruch. Po pierwsze, mieliśmy przewagę liczebną, po drugie, to było nasze mieszkanie, a po trzecie, tak układały się nasze stosunki: my mu wydawaliśmy rozkazy, a on wypełniał nasze polecenia. Mimo to pozwalaliśmy sobie odczuwać irytację, czepiać się go, obwiniać za nasze niezaspokojone pragnienie i drażnić się z nim nieco okrutniej niż przedtem.
Kiedy wreszcie znajdziesz sobie dziewczynę? – pytaliśmy. Boże, od tak dawna z nikim nie byłeś, że pewnie wariujesz. Nie onanizujesz się chyba na naszej kanapie, co? Lepiej tego nie rób. Przed pójściem do łóżka stawaliśmy nad nim z rękami skrzyżowanymi na piersi, jakbyśmy byli na niego źli, i mówiliśmy: bądź lepiej grzeczny, to ładna kanapa, nie chcemy rano znaleźć na niej żadnych plam. Pozwalaliśmy sobie nawet na takie żarty, tyle że bardziej zawoalowane, przy innych osobach, zwłaszcza ładnych dziewczynach. Powiedz jej, zachęcaliśmy. Powiedz jej o kanapie, jak bardzo ją lubisz, lubisz u nas mieszkać, prawda? A on wił się, kiwał głową i potwierdzał.
Pewnego wieczoru, gdy wszyscy byliśmy porządnie pijani, zaczęliśmy dociskać go jeszcze mocniej, upierając się, by się przyznał: daj spokój, robisz to bez przerwy, słuchając nas, walisz konia jak szalony, zboku, myślisz, że tego nie wiemy? A potem zamarliśmy na sekundę, bo pierwszy raz przyznaliśmy to głośno: wiemy, że może nas usłyszeć. A przecież w gruncie rzeczy nie mieliśmy zamiaru tego zdradzać. Nie zareagował, więc napieraliśmy – my cię słyszymy, mówiliśmy, wymachując w jego stronę butelkami z piwem, słyszymy twoje sapanie i trzeszczenie kanapy, pewnie przez połowę czasu stoisz pod drzwiami i nam się przyglądasz, nie szkodzi, to nam nie przeszkadza, wiemy, że jesteś zdesperowany, tylko, na Boga, przestań kłamać. Po tych słowach zaśmialiśmy się zbyt głośno i wypiliśmy jeszcze po jednym, a potem zrodził się nowy żart: skoro dziesiątki razy przyglądał się nam, byłoby fair, gdyby pozwolił nam też popatrzeć. Niech nam pokaże, niech pokaże, co robi na kanapie, naszej kanapie, gdy nas nie ma w domu. Wydawało się, że te kpiny, prowokacje i zaczepki ciągną się godzinami, on zaś denerwował się coraz bardziej, ale nie wychodził, siedział jak przymurowany do swojego miejsca. W końcu zaczął rozpinać spodnie, a nas ogarnęło nieopanowane pożądanie, jak jeszcze nigdy wcześniej. Przyglądaliśmy mu się, dopóki zdołaliśmy wytrzymać, wreszcie potykając się, runęliśmy do sypialni i zrobiliśmy to przy otwartych drzwiach. Za tym pierwszym razem nie wezwaliśmy go, by podszedł bliżej, chcieliśmy, by został na miejscu i podglądał nas z zewnątrz.
Kolejny ranek był trudny, ale przetrwaliśmy go jakoś, podkreślając, jak bardzo urżnęliśmy się poprzedniego wieczoru. Boże, spiliśmy się jak świnie. Nasz przyjaciel wyszedł po śniadaniu i zniknął na trzy dni, ale czwartego dnia napisaliśmy do niego i poszliśmy razem do kina, a piątego dnia wieczorem przyszedł do nas. Nie wspominaliśmy o naszych żartach, o tym, co zaszło, lecz znowu piliśmy razem we trójkę i w ten sposób chyba godziliśmy się wszyscy na to, by wydarzyło się to ponownie. Piliśmy dużo, nieprzerwanie, i z każdą kolejną godziną nasze napięcie rosło, tak jak rosła pewność, że był na to gotowy. W końcu poleciliśmy, żeby poszedł do sypialni i tam na nas poczekał. Bez pośpiechu dopiliśmy drinki, rozkoszując się nimi, zanim odstawiliśmy szklanki i do niego dołączyliśmy.
Ustanowiliśmy zasady dotyczące tego, co mu wolno, a czego nie wolno robić, czego dotykać, a czego nie. W gruncie rzeczy nie mógł robić nic; przede wszystkim nam się przyglądał, a czasem nie pozwalaliśmy mu nawet na to. Byliśmy tyranami; przyjemność czerpaliśmy w głównej mierze z wprowadzania reguł i ich zmieniania, z obserwowania jego reakcji. Początkowo to, co działo się nocami, wydawało się dziwne, trudne do opisania, było jak bańka drżąca niepewnie na krawędzi prawdziwego życia, później, mniej więcej po tygodniu, wprowadziliśmy pierwszą zasadę, do której miał się stosować w ciągu dnia, i nagle otworzył się przed nami świat wypełniony możliwościami po brzegi.
Były to rzeczy, o których mówiliśmy mu już wcześniej: że powinien wstać z łóżka, wziąć prysznic, ogolić się, przestać pisać do tej okropnej dziewczyny. Teraz, wydając mu te polecenia, czuliśmy namacalne napięcie, drżenie powietrza. Wymyślaliśmy kolejne zadania: miał iść do sklepu i kupić sobie coś ładnego do ubrania, coś, co sami wybraliśmy. Iść do fryzjera. Przygotować nam śniadanie. Posprzątać wokół kanapy, na której sypiał. Tworzyliśmy coraz bardziej szczegółowy plan czynności, aż w końcu nawet spał, jadł i sikał tylko na nasz rozkaz. Wydaje się to okrutne, gdy o tym opowiadam, może zresztą rzeczywiście było, ale podporządkowywał się bez słowa skargi i przez pewien czas rozkwitał pod naszą pieczą.
Z początku byliśmy zachwyceni, że pragnie nas zadowolić, potem powoli zaczęło nas to drażnić. Czuliśmy się sfrustrowani jego skłonnością do absolutnego posłuszeństwa. Kiedy ustalił się nowy model zachowania, znikło napięcie seksualne i niepewność, jakie charakteryzowały pierwszą, przyprawiającą o zawrót głowy noc. Wkrótce znowu zaczęliśmy mu dokuczać; dowcipkowaliśmy, że jesteśmy niczym jego rodzice, podkreślaliśmy, jak bardzo jest dziecinny, przypominaliśmy, co wolno mu robić na kanapie, a czego nie. Wprowadziliśmy niemożliwe do stosowania zasady i drobne kary za ich nieprzestrzeganie; niedobry chłopiec, besztaliśmy go. Popatrz, co narobiłeś. To nas zajęło na pewien czas. Byliśmy diabelnie twórczy, gdy chodziło o kary, ale w końcu to przestało wystarczać.