“Święte gry”, napisana z rozmachem książka Vikrama Chandry, łączy zalety dziewiętnastowiecznej powieści i współczesnego kryminału.


Święte gryDetektyw Sartadź Singh najlepsze lata ma już za sobą. Jest czterdziestokilkuletnim rozwiedzionym policjantem, cynicznym, bez perspektyw zawodowego rozwoju.

Jednak gdy dowiaduje się, że w mieście przebywa jeden z najbardziej nieuchwytnych przywódców mafijnego półświatka, Ganeś Gaitonde, a kryjówka, w której się zabarykadował, jest szczelnie otoczona przez policję, zaczyna wierzyć w odmianę losu. Ale Gaitonde popełnia samobójstwo, zostawiając masę brudnych pieniędzy i więcej pytań niż odpowiedzi.

Choć oficjalnie sprawa zostaje zamknięta, na polecenie służb wywiadowczych Sartadź zaczyna dociekać przyczyn owego samobójstwa. Ślady prowadzą go w głąb ciemnych podziemi metropolii, w świat przestępczości zorganizowanej i powszechnej korupcji.

Powieść Chandry to mistrzowski thriller, okrzyknięty hinduską wersją Ojca chrzestnego i obsypany wieloma prestiżowymi nagrodami i wyróżnieniami. Epicka, wielowątkowa opowieść o przyjaźni i zdradzie, przemocy i wielkiej miłości – oraz o współczesnym Bombaju. Serial na podstawie książki dostępny w serwisie Netflix.

“Święte gry” – nie bez powodu przyrównywane do światowego bestsellera “Shantaram” – ukazały się w kilkunastu krajach. Powieść uzyskała nominację do National Book Award i została wyróżniona Salon Book Award i indyjską Hutch Crossword Book Award.

***

Tak samo jak trudno ją wziąć do ręki, tak samo trudno ją odłożyć.
„New York Times Book Review”

Chandra doskonale wie, kiedy łamać reguły, a kiedy się do nich stosować.
„Los Angeles Times”

Ambitna i napisana z rozmachem. Łączy zalety dziewiętnastowiecznej powieści i współczesnego kryminału.
„Elle”

Vikram Chandra – uważany za jednego z czołowych pisarzy indyjskich, jest absolwentem Pomona College, gdzie z wyróżnieniem ukończył kierunek pisania twórczego. Studiował też na wydziale filmoznawstwa Columbia University, gdzie w uczelnianej bibliotece natknął się na autobiografię legendarnego dziewiętnastowiecznego żołnierza znanego pod pseudonimem „Sikander”. Historia ta zainspirowała go do napisania powieści “Red Earth and Pouring Rain”, która została przyjęta z wielkim uznaniem w środowisku krytyków, zdobywając jednocześnie dwie prestiżowe nagrody: Commonwealth Writers Prize for Best First Book oraz David Higham Prize for Fiction. Zbiór opowiadań “Miłość i tęsknota w Bombaju” odniósł równie spektakularny sukces, bijąc rekordy popularności w Wielkiej Brytanii oraz w Stanach Zjednoczonych. Vikram Chandra obecnie stara się dzielić swój czas pomiędzy Bombaj a Berkeley w Kalifornii, gdzie w dalszym ciągu wykłada pisanie twórcze.

Vikram Chandra
Święte gry
Przekład: Witold Kurylak
Wydawnictwo Marginesy
Premiera: 13 marca 2019
 
 

Święte gry


Osoby

Sartadź Singh: sikhijski inspektor policji w Mumbaju
Katekar: posterunkowy, partner Sartadźa Singha
Śalini: żona Katekara
Mohit i Rohit: ich synowie
Kamala Pandej: stewardesa, mężatka, kochanka pilota linii lotniczych, Umeśa
Kamble: ambitny podinspektor policji pracujący z Sartadźem Singhem
Parulkar: zastępca komendanta policji w Mumbaju
Ganeś Gaitonde: słynny hinduski gangster, mafioso, szef Firmy G w Mumbaju
Sulejman Isa: straszliwy muzułmański gangster i mafioso, szef konkurencyjnego gangu w Mumbaju
Paritosz Śah: wyjątkowo utalentowany finansista pracujący dla mafii, między innymi dla Ganeśa Gaitondego
Kanta-bai: businesswoman prowadząca interesy z Paritoszem Śahem i Ganeśem Gaitondem
Badrija: ochroniarz Paritosza Śaha
Andźali Mathur: agentka służb specjalnych prowadząca śledztwo w sprawie śmierci Ganeśa Gaitondego
Ćhota Badrija: ochroniarz Ganeśa Gaitondego, młodszy brat Badriji
Juliet (Dźodźo) Mascarenas: realizatorka programów telewizyjnych, agentka początkujących aktorów i modeli… a także luksusowa stręczycielka
Mary Mascarenas: siostra Dźodźo, pracująca jako fryzjerka
Wasim Zafar Ali Ahmad: pracownik opieki społecznej w ubogiej dzielnicy Mumbaju, człowiek o aspiracjach politycznych
Prabhdźot Kaur, Nikki: pochodząca z Pendżabu matka Sartadźa Singha
Nawnit: jej ukochana najstarsza siostra
Ram Pari: służąca matki Nikki w Pendżabie
Banti: prawa ręka Ganeśa Gaitondego i organizator jego działań
Bipin Bhonsle: hinduski polityk fundamentalistyczny, któremu Ganeś Gaitonde pomaga w wyborach na urząd publiczny
Śarma (alias Triwedi): sprzymierzeniec Bipina Bhonslego, pośrednio pracujący również dla Swamiego Śridhara Śukli
Swami Śridhar Śukla, Guru-dźi: hinduski guru i nacjonalista, światowej sławy przewodnik duchowy, który zostaje mentorem Ganeśa Gaitondego
Subhadra Dewalekar: żona Ganeśa Gaitondego i matka jego synka
K.D. Jadaw (alias pan Kumar): jeden z pierwszych indyjskich agentów służb specjalnych, prowadzący Ganeśa Gaitondego i mentor Andźali Mathur
Mr Kulkarni: agent służb specjalnych, po odejściu K.D. Jadawa prowadzący Ganeśa Gaitondego
major Śahid Khan: agent pakistańskiego wywiadu, mózg operacji fałszowania indyjskich banknotów
Śambhu Śetti: właściciel baru Delite Dance
Iffat-bibi: ciotka ze strony matki Sulejmana Isy, pełniąca funkcję jednego z najważniejszych rewidentów jego gangu w Mumbaju
Madźid Khan: inspektor policji w Mumbaju, kolega Sartadźa Singha
Zoja Mirza: aktorka, wschodząca gwiazda indyjskiego przemysłu filmowego
Adil Ansari: wykształcony, ale biedny człowiek z małego miasteczka, który ucieka do Mumbaju przed gwałtownymi konfliktami w rodzinnym Biharze
Śarmin Khan: uczennica liceum, córka majora Śahida Khana, który przeniósł się do pracy w Waszyngtonie, zabierając ze sobą całą rodzinę – żonę, córkę i matkę
daddi (dosł. babcia, matka ojca): pochodząca z Pendżabu matka Śahida Khana; dla rodziny jest muzułmanką, ale w rzeczywistości skrywa tajemnicę

Dzień z życia policjanta

Biały szpic o imieniu Pusia wyleciał z okna czwartego piętra budynku w Pannie, z nowiutkiego domu, wokół którego wciąż jeszcze stały rusztowania malarzy. Przez całą drogę w dół Pusia wyła cieniutkim głosikiem pieska salonowego, jak biały czajniczek, z którego uchodzi para. Potem odbiła się od maski daewoo cielo i poturlała w pobliże grupki uczennic oczekujących na autobus do prowadzonej przez zakonnice szkoły St. Mary. Krwi pojawiło się wyjątkowo mało, ale na widok mózgu Pusi dziewczynki wpadły w histerię, tymczasem zaś widoczny w górze mężczyzna, który wcześniej zakręcił nad głową pieskiem trzymanym za nóżkę i cisnął nim w otchłań, ten mężczyzna, niejaki Maheś Pandej z Mirage Textiles, oparty o parapet, wychylał się teraz z okna i głośno się śmiał. Pani Kamala Pandej, która, zwracając się do Pusi, zawsze mówiła o sobie „mamusia”, teraz, słaniając się na nogach, pobiegła do kuchni i z uchwytu magnetycznego porwała nóż długi na dwadzieścia centymetrów i szeroki na pięć. Kiedy Sartadź i Katekar wyłamali zamki i wpadli drzwi do mieszkania numer 502, pani Pandej stała przed zamkniętymi drzwiami do sypialni, wpatrując się w znajdujący się mniej więcej na wysokości piersi okrąg gęsty od pięciocentymetrowych ran w drewnie. Na oczach Sartadźa westchnęła, podniosła rękę i ponownie wbiła ostrze. I dopiero kiedy chwyciła nóż oburącz, zdołała go znowu wyjąć.
– Pani Pandej – odezwał się Sartadź.
Odwróciła się do nich, wciąż ściskając broń w uniesionych dłoniach. Jej blada twarz pokryta była smugami po zaschniętych łzach.
– Pani Pandej, jestem inspektor Sartadź Singh. Proszę odłożyć nóż. – Zrobił krok do przodu, podnosząc ręce do góry i ukazując jej otwarte dłonie. – Proszę – powtórzył.
Ona stała jednak nieruchomo z szeroko otwartymi i martwymi oczami, jedynie przedramiona lekko jej drżały. Znajdowali się w wąskim przedpokoju i Sartadź czuł za sobą obecność Katekara, który chciał minąć go i wystąpić do przodu. Zatrzymał się. Jeszcze jeden krok i znalazłby się w zasięgu noża.
– Policja? – dobiegł ich głos zza drzwi sypialni. – Policja?
Pani Pandej drgnęła nerwowo, jakby nagle coś sobie przypomniała:
– Ty bydlaku, ty bydlaku… – powiedziała i ponownie uderzyła nożem w drzwi. Była już zmęczona i czubek ostrza odbił się od drewna, drasnąwszy jego powierzchnię. Sartadź chwycił rękę kobiety i wykręciwszy ją w nadgarstku, z łatwością rozbroił desperatkę. Teraz jednak ona rzuciła się z pięściami do drzwi, gniotąc i łamiąc swoje bransolety, a ten jej ostatni furiacki wybuch złości trudno było pohamować czy opanować. W końcu udało im się usadowić ją na zielonej kanapie w salonie.
– Zastrzelcie go – powiedziała. – Zastrzelcie. – A potem objęła rękami głowę. Na jej ramieniu widać było zielono-błękitne siniaki. Katekar szeptał coś przy drzwiach sypialni.
– O co się pokłóciliście? – zapytał Sartadź.
– On chce, żebym już więcej nie latała.
– Co takiego?
– Jestem stewardesą. On myśli…
– Tak?
Miała oszałamiające jasnobrązowe oczy i pytania policjanta wyraźnie ją rozzłościły.
– Myśli, że skoro jestem stewardesą, to podczas postojów zabawiam pilotów. – Odwróciła twarz do okna.
Katekar wyprowadzał właśnie jej męża, trzymając mu rękę na karku. Pan Pandej podciągnął jedwabne spodnie od piżamy w czerwono-czarne pasy i uśmiechnął się poufale do Sartadźa.
– Dziękuję – powiedział. – Dziękuję, że przyjechaliście.
– Widzę, że lubi pan bić żonę, panie Pandej – warknął Sartadź, pochylając się do przodu. Katekar energicznym ruchem usadził mężczyznę, kiedy ten wciąż jeszcze miał otwarte usta. Bardzo ładnie to zrobił. Katekar był starszym posterunkowym, wieloletnim podwładnym, ale w rzeczywistości kolegą. Z przerwami pracowali razem już prawie siedem lat. – Lubi pan ją bić, a potem wyrzuca pan przez okno biednego pieska, tak? A na koniec wzywa nas, żebyśmy pana uratowali?
– Powiedziała, że ją uderzyłem?
– Mam oczy. Sam widzę.
– To niech pan spojrzy na to. – Pandej wykrzywił twarz. – Proszę, niech pan tu popatrzy. – Podciągnął lewy rękaw piżamy, ukazując błyszczący srebrny zegarek i cztery równo rozmieszczone zadrapania, sine i głębokie, biegnące od wewnętrznej części nadgarstka i wokół przedramienia w kierunku łokcia. – Mam ich więcej – dodał. Opuścił nisko głowę, sięgając ręką do kołnierzyka, aby go odchylić. Sartadź wstał i obszedł niski stoliczek. Na łopatce pana Pandeja widniała pofałdowana, czerwona pręga, której końca nie było widać.
– A to skąd? – zapytał Sartadź.
– Złamała mi na plecach kaszmirską laskę. Taką grubą – odparł pan Pandej, z kciuka i palca wskazującego robiąc kółko.
Sartadź podszedł do okna. Wokół małego, białego ciałka w dole zebrał się krąg chłopców w mundurkach, popychających jeden drugiego bliżej środka. Dziewczynki ze szkoły St. Mary piszczały i dłońmi zasłaniały usta, prosząc chłopców, żeby przestali. W salonie pani Pandej siedziała z podbródkiem wciśniętym w klatkę piersiową i jasnym wzrokiem patrzyła na swojego męża.
– Miłość – powiedział Sartadź łagodnie. – Miłość to morderczy gandu. Biedna Pusia.

– Namaskar, Sartadź-sahab – zawołał podinspektor Kamble przez cały komisariat. – Parulkar-sahab pytał o ciebie. – Pokój miał jakieś osiem metrów długości i znajdowały się w nim cztery biurka ustawione w poprzek. Na ścianie widniał prawie dwumetrowy plakat Sai Baby, na biurku Kamblego wizerunek Ganeśi za szkłem, a Sartadź już wcześniej miał ochotę umieścić na drugiej ścianie obrazek guru Gobinda Singha, by w ten dosyć pokrętny sposób dopomnieć się o poszanowanie sekularyzmu. Pięciu posterunkowych wyprężyło się na baczność, a po chwili opadło z powrotem na plastikowe krzesełka, rozsiadając się wygodnie.
– Gdzie jest Parulkar-sahab?
– Z dziennikarzami. Częstuje ich herbatą i opowiada im o naszych nowych inicjatywach w zakresie zwalczania przestępczości.
Parulkar był komendantem policji w strefie trzynastej i miał biuro bardzo blisko, w drugim budynku, w którym znajdowała się siedziba komendy strefy. Uwielbiał dziennikarzy i miał wyjątkowy talent do zabawiania ich, a do tego jeszcze ostatnio zaczął wykazywać dryg do deklamowania dwuwierszy podczas wywiadów. Sartadź nieraz już zastanawiał się, czy aby zastępca komendanta nie ćwiczy wieczorami z tomikiem poezji przed lustrem.
– To dobrze – stwierdził Sartadź. – Ktoś musi im powiedzieć o naszej ciężkiej pracy.
Kamble parsknął śmiechem.
Sartadź usiadł przy biurku obok Kamblego i otworzył egzemplarz „Indian Express”. Dwóch członków gangu Gaitondego zastrzelono podczas akcji lotnej brygady w Bhajanderze. Po uzyskaniu informacji wywiadowczej policja dopadła ich, kiedy wchodzili do biura tamtejszej fabryki.
Wezwani do poddania się, zaczęli strzelać do policjantów, ci odpowiedzieli ogniem i tak dalej, i tak dalej. W gazecie opublikowano kolorowe zdjęcia tajniaków pochylających się nad dwoma podłużnymi czerwonymi plamami na ziemi. Wśród innych wiadomości znalazła się również informacja o dwóch włamaniach w Andheri East i jednym w Worli, a to ostatnie zakończyło się zasztyletowaniem dwojga młodych ludzi. Czytając gazetę, Sartadź słyszał, jak siedzący naprzeciwko Kamblego starszy mężczyzna opowiada o powolnej śmierci. Jego osiemdziesięcioletnia mausi spadła ze schodów i złamała biodro. Przyjęto ją do polikliniki Śiwsagar, gdzie ze swoim zwykłym, stoickim spokojem znosiła nieustający ból w starych kościach. Przecież w czterdziestym drugim roku szła razem z Gandhim i wtedy doznała swojego pierwszego złamania, kości obojczyka, od uderzenia lathi konnego policjanta, a później przetrzymała gołą podłogę celi aresztu. Miała tę staroświecką moc, wedle której obowiązkiem człowieka na tym świecie było poświęcenie. Kiedy jednak odleżyny utworzyły głębokie, czerwone rany na jej rękach, ramionach i plecach, nawet ona stwierdziła, że być może czas umierać. Starszy mężczyzna nigdy wcześniej nie słyszał, żeby mówiła coś podobnego, ale teraz jęczała, że pragnie umrzeć. Minęły dwadzieścia dwa dni, zanim zaznała ulgi, dwadzieścia dwa dni, zanim nadeszła ta błogosławiona ciemność. Sam byś się rozpłakał, mówił ten starszy mężczyzna, gdybyś ją zobaczył.
Kamble przerzucał strony rejestru. Sartadź w pełni wierzył w opowieść starszego mężczyzny i rozumiał jego problem – poliklinika Śiwsagar nie mogła wydać mu ciała, jeśli wcześniej nie otrzyma wystawionego przez policję zaświadczenia o braku zastrzeżeń. Odręcznie napisana notatka na papierze listowym Rady Miejskiej Brihanmumbai stwierdzała, że policja uznaje daną śmierć za naturalną, że nie popełniono żadnego przestępstwa, a ciało można wydać krewnym. Taka procedura miała zapobiec uznawaniu morderstw – zabójstw dla pozyskania posagu i tym podobnym – za wypadki, a do obowiązków podinspektora Kamblego należało podpisywanie takich dokumentów w imieniu baczących na wszystko, ubranych w mundury khaki stróżów miasta Mumbaj. Chociaż jednak formularze leżały tuż obok łokcia Kamblego, on gryzmolił coś w swoim rejestrze. Starszy mężczyzna, ze złożonymi rękami i z opadającymi na czoło siwymi włosami, patrzył na obojętnego policjanta wilgotnymi oczami.
– Bardzo pana proszę – powiedział.
Sartadź pomyślał, że w sumie całe to przedstawienie zostało dobrze przemyślane i że żal jest szczery, chociaż ten fragment o Gandhim i złamanych obojczykach był przesadzony i nadmiernie melodramatyczny. Zarówno ten starszy mężczyzna, jak i Kamble wiedzieli, że przed podpisaniem zaświadczenia należy wnieść stosowną opłatę. Prawdopodobnie Kamble zażąda ośmiuset rupii, starszy mężczyzna będzie chciał dać jedynie pięćset lub coś koło tego, ale tematyka poświęcenia starych ludzi została już wyeksploatowana w filmach i Kamble był całkowicie odporny na numer z upadkiem Indii. Zamknął swój czerwony rejestr i sięgnął po zielony. Bacznie się w niego wpatrywał. Stary mężczyzna podjął swoją historię, zaczynając od upadku na schodach. Sartadź wstał, przeciągnął się i wyszedł na dziedziniec komisariatu. W cieniu biegnących od frontu arkad i pod blaszanym portykiem jak zawsze kłębił się tłum naganiaczy, pasożytów, krewnych aresztantów, posłańców i przedstawicieli lokalnych biznesmenów, osób zabiegających o względy oraz nielicznych ludzi naznaczonych piętnem nieszczęścia i nagłej niedoli, teraz spoglądających na niego z nadzieją pomieszaną z goryczą.
Sartadź minął ich wszystkich. Cały kompleks był otoczony ponadtrzymetrowym murem, zbudowanym z tej samej brunatnej cegły co komisariat i siedziba komendy strefy. Oba dwukondygnacyjne budynki miały identyczne dachy z czerwonej dachówki i łukowate oknami. W tych ponurych łukach, w grubości ścian i nieustępliwym ciężarze fasad kryła się jakaś nadzieja, jakaś otucha masywnej potęgi, a zatem prawa i porządku. Na widok wkraczającego na schody inspektora wartownik stanął na baczność. Na długo zanim dojrzał gabinet Parulkara, wciąż jeszcze lawirując w labiryncie boksów zastawionych stertami papierów, Sartadź usłyszał dobiegający stamtąd śmiech. Zastukał energicznie w lśniące, drewniane drzwi gabinetu zastępcy komendanta, a potem je otworzył. Roześmiane twarze na moment odwróciły się w stronę przybysza, ten zaś zauważył, że na spotkaniu pojawił się nawet przedstawiciel dziennika o zasięgu krajowym, aby wysłuchać opowieści o nowych pomysłach Parulkara albo przynajmniej jego poezji. Stanowił on świetny temat na artykuł.
– Panowie, panowie. – Parulkar podniósł rękę, wskazując wchodzącego funkcjonariusza. – Oto mój najdzielniejszy policjant, Sartadź Singh. – Przy akompaniamencie przeciągłego brzęku dziennikarze odstawili filiżanki i sceptycznie popatrzyli na Sartadźa. Parulkar obszedł biurko, trzymając się za pas. – Przepraszam na moment. Musimy porozmawiać na zewnątrz, a potem on opowie wam o naszej inicjatywie.
Zamknął drzwi i poprowadził Sartadźa na tyły gabinetu, do malutkiej kuchenki, w której pysznił się nowy nabytek, błyszczący filtr wody firmy Brittex. Ponaciskał guziki i błyszczący strumień popłynął do trzymanej przezeń szklanki.
– Bardzo smaczna woda, taka czysta, panie komendancie – odezwał się Sartadź. – Naprawdę bardzo dobra.
Parulkar dużymi haustami pił ze stalowego kubka.
– Zażyczyłem sobie najlepszego modelu – powiedział. – Uważam, że czysta woda to podstawa.
– Oczywiście, panie komendancie. – Sartadź upił łyk. – Najdzielniejszy, panie komendancie?
– Oni lubią dzielnych. A i dla ciebie lepiej będzie, żebyś był dzielny, jeśli chcesz zostać w tej robocie.
Parulkar miał opadające ramiona i gruszkowate ciało, z którym nawet najlepsi krawcy nie mogli sobie poradzić, i już teraz jego mundur był pognieciony, w zasadzie jak zwykle. Mówił przygaszonym głosem, patrząc na bok z jakąś rezygnacją, której Sartadź nigdy wcześniej nie widział.
– Czy coś się stało, panie komendancie? Jakieś problemy z naszą inicjatywą?
– Nie, nie, z inicjatywą wszystko w porządku. Nie w tym rzecz. Chodzi o coś innego.