“Ekstaza we Florencji” to opowieść o walce z własnym ciałem, włoskiej witalności i smakowitej kuchni.


Ekstaza we FlorencjiMłoda Amerykanka przyjeżdża do Florencji, by odzyskać zdrowie po wyniszczającym ataku anoreksji. Nieznane miasto odurza ją nie tylko swoim pięknem, witalnością i smakowitą kuchnią, wzbudzając w niej głód, jakiego nie czuła nigdy wcześniej.

Francesca i Luca, nowi znajomi Hannah, szybko wciągają ją w tętniące energią życie włoskiego miasta: skomplikowane relacje towarzyskie, uwielbienie dla piłki nożnej i sztuki, jedzenie, wino, seks oraz ciągłe poczucie nienasycenia.

Odkrywając historię regionu, Hannah rozwija w sobie obsesję na punkcie średniowiecznych mistyczek, ascetek, które w imię Boga wyrzekły się wszystkiego – także przyjmowania pokarmów – skazując się na lata cierpienia i bólu.

Zaczyna kwestionować wszystko, co dotychczas myślała o anoreksji, i zaczyna postrzegać swoją chorobę w innym świetle, zadając sobie pytanie o sens swoich wyborów i moralny aspekt walki z własnym ciałem.

Jessie Chaffee jest redaktorką internetowego magazynu o literaturze światowej, Words Without Borders. Ekstazę we Florencji, swoją debiutancką powieść, pisała we Włoszech dzięki stypendium Fulbrighta, pracując równocześnie jako gościnny wykładowca Florence University of The Arts. Jej utwory ukazują się między innymi w Literary Hub, Electric Literature, The Rumpus, The Florentine oraz Global City Reviews. Mieszka w Nowym Jorku.

Jessie Chaffee
Ekstaza we Florencji
Przekład: Alina Siewior-Kuś
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 20 lutego 2019
 
 

Ekstaza we Florencji


Prolog

Ten poranek jest każdym porankiem. Przebywam tu prawie od miesiąca i nadal za często za wcześnie budzę się do bzyczenia komarów, szarego światła, kołyszących się okiennic. Budzę się z gwałtownych snów wypełnionych silnymi wiatrami i trzaskającymi drzwiami, ciałami rzucanymi na okna luźno tkwiące we framugach, na framugi luźno tkwiące w murze. Budzę się we Florencji przerażona. Okiennice same się otwierają i za każdym razem, kiedy na tle fioletowego nieba dostrzegam wieżę Palazzo Vecchio, znowu się zamykają. Teraz ten widok jest znajomy. To puste mieszkanie jest moje. A jednak to nie całkiem jest życie. Dzisiaj rano znowu zapalam spiralę z cytronelą i podchodzę do okna. W alejce mężczyzna wkłada kask barwy fuksji, wsiada na skuter i skręca na Via Malenchini – ostatni gość baru na dole. Po jego odjeździe tylko ptaki przemykają koło mojego okna jak rzutki z krzykiem posyłane niewidzialną ręką. To pora karmienia.
Jak co rano czekam, aż w polu widzenia pojawi się słońce. Na początku jego promienie padają pod takim kątem, że wyłania się ukryte miasto. Przestaję widzieć krawędzie i obrysy, w ich miejsce dachówki, rynny i tafle szkła stają się jednym wielkim płótnem, na którym światło rysuje wzór. Widzę wyłącznie ów wzór ze światła i cienia. Jestem tu nowa, nieoznaczona i żywa. Ta chwila to odpowiedź, przystanek. Ten poranek jest każdym porankiem. To wtedy nie czuję się sama, wtedy wiem, że miasto mnie trzyma. Dopiero gdy słońce w pełni wzejdzie i wzór blaknie jak prześwietlony film, szczyty dachów, rynny, kamienie i okna odzyskują kontury i wracają na pierwszy plan. Przede mną rozciąga się kolejny długi dzień. Ale coś się zmienia.
Idę do łazienki, ściągam T-shirt przez głowę, pozwalam spodniom opaść na podłogę i odsuwam pomarańczową wagę od ściany. Grzechocze na niebieskich kaflach, zahacza o każdą fugę. Ustawiam wskazówkę na zero. Nie oszukując – nigdy nie oszukując – patrzę na przewijające się na wyświetlaczu cyfry, aż w końcu, rzecz oczywista, nieruchomieją.
– Jest dobrze – mówię na głos i przesuwam ręką po twarzy, ramieniu, brzuchu. – Jest dobrze – powtarzam z przesadnym zdecydowaniem i powagą, usiłując nakłonić swoje odbicie, by się z tym zgodziło. „Dzisiaj, myślę, gdy się ubieram, wiążę z tyłu włosy i wchodzę po trzech stopniach do kuchni, dzisiaj będzie inaczej”.
Otwieram żaluzjowe drzwi i wychodzę na niewielki balkon, nachylony pod tak ostrym kątem, że ma się wrażenie, iż może stoczyć się na dziedziniec. To jeden z powodów, dla których wynajęłam to mieszkanie, chociaż kiedy właścicielka podała wysokość czynszu, żołądek mi się ścisnął. Wyczuła to, zobaczyła strach na mojej twarzy i pokazała mi inny lokal, mniejszy i mroczniejszy, schrypniętym głosem mówiąc: „O wiele lepsza cena”, ale nie mogłam, nie mogłam. Potrzebowałam światła.
„Tamto drugie – odparłam – to jasne”, a ona popatrzyła na mnie sceptycznie i powtórzyła: Caro, caro, caro. „To nie jest problem – skłamałam – potrzebuję światła, światła, światła”. Kiedy teraz mijam ją na schodach, zawsze posyła mi tamto spojrzenie.
Jest koniec sierpnia. Od tygodni inne okna są ciche i ciemne z wyjątkiem mieszkania naprzeciwko, piętro niżej, gdzie cały dzień siedzi stara kobieta z łokciami opartymi na parapecie. Czasami tylko patrzy, czasami gotuje sosy, których zapach czuję, kiedy para wydostaje się i unosi ponad terakotowe dachy. Ale dziś rano nawet jej okno jest puste. Włosi uciekli z miast na wybrzeże, w całej Florencji do drzwi sklepów poprzyklejano ręcznie napisane informacje. CHIUSO PER FERIE FINO AL 1 SETTEMBRE. Taki rodzaj notek zazwyczaj zawiadamia: „Wracam za pięć minut”, tutaj jest „Wracam za miesiąc”. Kartki nie odstręczają turystów zapełniających piazza przed Duomo, o świcie ustawiających się w kolejce, żeby wejść jako pierwsi do Galerii Uffizi; targujących się i kłócących na Mercato Centrale; krzyczących na autobusy, które na nic nie zważając, toczą się ciężko wąskimi uliczkami; wieczorami spacerujących po mostach z gelato kapiącymi im z rąk i słuchających, jak włoskie zespoły śpiewają Beatlesów. Maniakalny, gorączkowy ruch powtarza się dzień w dzień, noc w noc. Patrzą w górę, zawsze w górę. Na freski pokrywające sklepienia w kościołach, na paradę Madonn w muzeach, na ogromną głowę, dłonie i stopy Dawida, na artystów ulicznych przebranych za mumie, którzy poruszają się jedynie na dźwięk pieniędzy wpadających do słoików, na budynki zwieńczone krążącymi w nieskończoność aniołami.
Ja wcale nie jestem inna. Nadal nie potrafię wieczorem przejść przez Piazza della Signoria, by nie popatrzeć na złotego lwa na szczycie Palazzo Vecchio, na surowe spojrzenie Neptuna władającego fontanną przed pałacem, na wijące się rzeźby w loggii w rogu placu: oświetlona z dołu Sabinka wykręca się i wykręca z uchwytu napastnika, kamień zwęża się od masywnej podstawy ku jej jednemu wycelowanemu w niebo palcowi, który mówi: „Jest coś więcej”.

Rozdział 1

– Signorina.
Signora Rosa. Cóż za delikatne imię. Korpulentna i miękka, z aureolą białych włosów, musi być czyjąś babcią – to wszystko mnie zwiodło, kazało myśleć, że wobec mnie też będzie delikatna, tymczasem składa się wyłącznie z ostrych kantów. Ledwo zamykam drzwi, już jest na schodach i jak zwykle zerka z ukosa. Dlaczego? Jest prawie wrzesień, prawie nowy miesiąc. „Tylko gotówka”, powiedziała, kiedy się zgodziła wynająć mi to słoneczne mieszkanie, mimo że było caro, caro, caro. Tylko gotówka. Z góry.
– Signorina – chrypi określenie przeznaczone dla osoby o wiele młodszej niż ja, dziewczynki. Chciałabym zbić jej założenia, powiedzieć, że mam szczery zamiar zapłacić, ale nie potrafię sformułować słów.
– Sì, sì, mi scusi, momento – mamroczę tylko i umykam za róg do banku, by stawić czoło swoim kurczącym się funduszom. Wystarczy, żeby przetrwać wrzesień, i tyle. Co do centa. Kiedy jednak wręczam jej banknoty w starym kamiennym holu, czuję się wolna.
Potem chodzę. Codziennie rano chodzę: krążę po kościach Florencji, stąpam po wydeptanej ścieżce wśród ciał przyjezdnych, dla których jestem niewidzialna. Dzisiaj chodzę tak długo, aż w końcu skóra mnie pali, a nogi mam lepkie i rozdygotane. Aż jest mi niedobrze od odoru ścieków, wyciąganych przez upał z każdej szczeliny. Aż w głowie mi się kręci, umysł drętwieje, kiedy docieram do miejsca, gdzie zawsze kończę swoje wędrówki: przy murze nad Arno w centrum miasta. Opieram się o mur, czuję żar bijący z kamieni, ciężar napierających na mnie ciał, turystów wpychających się, by strzelić fotki Ponte Vecchio – ich aparaty raz po raz magazynują ten sam obraz.
Poniżej w cieniu mostu na wąskim nabrzeżu znajduje się klub wioślarski. Z tego miejsca startują łodzie, które nawet teraz, w tym upale, kreślą linie w dół i w górę leniwej Arno. Od wielu dni z tej grzędy obserwuję młodych Włochów znoszących skify do rzeki. Jest coś kojącego w ich ruchach, w spokoju, z jakim kładą łodzie na ramiona, niczym żałobnicy trumnę, a potem spuszczają je na wodę.
Dzisiaj jednak jest inaczej. Ponieważ po raz pierwszy na nabrzeżu pojawia się kobieta z łodzią balansującą na ramieniu i wiosłami na biodrze. Jest sama. Jest rozluźniona. Patrzę, jak opuszcza łódź na wodę, wsuwa w pierścienie najpierw jedno wiosło, potem drugie. Wodzi spojrzeniem po Arno – na razie nikogo nie ma, rzeka należy wyłącznie do niej – i ostrożnie wchodzi do łódki. Odpycha się od brzegu, rzeka nie stawia oporu, gdy wioślarka z wdziękiem sunie, poprawia wiosła i wykonując celowe ruchy, rusza w kierunku następnego mostu. To oddzielna egzystencja, daleka od tego miasta z jego natłokiem ciał, hałasów i zapachów. Odprowadzam ją wzrokiem, wreszcie wioślarka znika mi z oczu, jedyna spokojna osoba.
Przy tłocznej ulicy za moimi plecami są zielone drzwi, które także rano obserwuję, a obok nich mała plakietka – napis głosi: SOCIETÀ CANOTTIERI FIRENZE, Florencki Klub Wioślarski – w połowie ukryta za wózkiem sprzedawcy, ciężkim od pasków zwisających niczym grube i ciemne winorośle. Po prawej stronie jest długi dziedziniec otoczony ramionami Galerii Uffizi, zielone drzwi znajdują się po lewej.
„Dzisiaj będzie inaczej”. Biorę głęboki wdech i przepycham się między ciałami na drugą stronę ulicy. Kiedy od drzwi dzieli mnie kilka kroków, otwierają się z podmuchem chłodnego powietrza i wypada z nich grupa nastolatków, poszturchując mnie z chóralnym permesso, scusi, permesso. Za nimi kolejna postać. Wysoki mężczyzna z ciemnymi włosami zaczesanymi do tyłu.
– Attenzione, ragazzi! – woła, kiedy znikają na ulicy w eksplozji dźwięków. – Scusi, eh? – mówi do mnie, przytrzymując drzwi. Skóra zbiera się wokół jego oczu fałdkami, gdy policzki się naciągają, żeby pomieścić bardzo szeroki uśmiech. Czuję się przez niego otoczona.
– Dove va? Dokąd idziesz?
Patrzę poza niego w ciemność, twarz mam rozpaloną od marszu, sukienka lepi mi się do ciała.
– Mi dica – dodaje.
Co mu powiedzieć? Questa è la Canottieri Firenze? Te słowa w moich ustach wydają się dziwne, w połowie połknięte.
– Sì, sì. – Gestem wskazuje, bym weszła. – Che cosa vuole, signora?
– Vorrei… – Wyciągam ręce ku otoczeniu i czuję zapach swojego potu.
Jest w moich nozdrzach kwaśny, ostry jak infekcja – taki jest od miesięcy i nie wiem, czy zmienił się odór, czy mój zmysł węchu. – Żeby się zapisać – mówię wreszcie, przyciskając ręce do boków.
– Va bene – mówi mężczyzna i się śmieje. Szerzej otwiera drzwi. – Allora, musisz porozmawiać ze Stefanem.
– Grazie – mamroczę, przemykając obok niego do ciemnego holu.
– Certo. Arrivederla, signora, arrivederla. – Słyszę jego śmiech, potem drzwi nagle się zamykają, odcinając mnie od żaru, światła i tego roześmianego mężczyzny.
Schodzę w dół, ślepa, dopóki mój wzrok nie przywyka – jedno żarzące się jarzeniówką biuro, potem następne. Nikogo tu nie ma. Powinnam odejść. Myślę jednak o kobiecie na wodzie i wtedy słyszę odległy przerywany odgłos, który muszą wydawać ludzie. Stefano. Czepiam się tego imienia i idę dalej: przez drzwi i znowu w dół po schodach. Drążę tunel do jaskini, do jamy, w dół i w dół, aż wreszcie docieram do niskiego kamiennego łuku, pod którym muszę się schylić – atakuje mnie zapach kawy i potu. Mały bar wypełniony stolikami, za nim światło dnia. Stary mężczyzna w stroju wioślarskim unosi wzrok znad gazety, mrużąc powieki jak rozgniewany gnom. Czekam, aż zada mi zagadkę, ale on potrząsa gazetą i spuszcza oczy.
Za kontuarem drugi mężczyzna z białymi wąsami napełnia szklankę jaskraworóżowym sokiem. Obserwuje mnie.
– Buongiorno – mówi. – Americana? – Wkłada łyżeczkę do szklanki, po czym palcem wskazuje siebie. – Manuele.
– Hannah. – Odprężam się. Żadnych zagadek, żadnych sztuczek. – Czy jest Stefano?
– Anna – mówi, gubiąc „h”. – Anna di…? – Unosi brwi.
– Di Boston.
– Anna di Boston: ecco Nico. – Wskazuje starego mężczyznę, który wzdycha i szurając stopami, kieruje się do kontuaru.
– Sera – mamrocze, potem pije sok.
Manuele mruga do mnie i krzyczy:
– Stefano!
W zalanych słońcem drzwiach pojawia się trzeci mężczyzna. Jest wysoki i bardzo opalony, jego usta tworzą ostrą linię. Manuele coś do niego mówi, ale za szybko, żebym mogła zrozumieć. Wreszcie słyszę:
– Anna di Boston.
– Hannah – koryguję. – Chciałabym wstąpić do klubu. Człowiek na górze powiedział mi…
– Sì, certo. – Uśmiech Stefana jest nadal napięty, czoło niemal zmarszczone. – Wiosłujesz?
– Nie.
– Nigdy?
Waham się. Wiem, jak muszę wyglądać w jego oczach – mam to wypisane na sobie w spacjach i lukach. Ale doszłam tak daleko, ciągnę więc:
– Nigdy. Ale chciałabym się nauczyć.
Stefano chwilę milczy, potem mówi:
– Va bene. Nauczysz się. Andiamo. – Gestem daje mi znać, żebym wyszła za nim na słońce. Nad nami rozciąga się Ponte Vecchio, bestia z trzema brzuchami, łuki łapią świetlne refleksy, woda przepływa między słupami niczym wirujący cień. Turyści przechylają się przez mur, gdzie też niedawno stałam, ale tamten świat jest teraz odległy. Wydaje się, jakby samo miasto się otworzyło, jakbym spoglądała na nie z jego wnętrza.
– Och. – Cicho wypuszczam powietrze z płuc.
– Bello, no?
Rozglądam się za wioślarką, ale rzeka jest pusta, nikogo też nie ma na pasie trawy ani na długich ceglanych stopniach prowadzących na brzeg Arno.
– Dzisiaj jest spokojnie z powodu wakacji – mówi Stefano. – Ale jutro ludzie wrócą. – Potem mieszaniną angielskiego i włoskiego wyjaśnia, że w tym miejscu były stajnie dla koni Medyceuszy. Kiedy mówi, z jego uśmiechu znika napięcie. Jest kierownikiem klubu, tak jak przed nim jego ojciec.
– Hej, Stefano – mówi wesoło młody człowiek, mijając nas w drodze na pomost.
– On też jest Amerykaninem – wyjaśnia Stefano. – Student. – Prowadzi mnie z powrotem do środka, pokazuje szatnie i siłownie, potem idziemy ciemnym korytarzem pomiędzy dwoma rzędami łodzi; na końcu stary mężczyzna zajmuje się jednym ze skifów, leżącym przed nim niczym ciało. Łagodnie poleruje wygięte w łuk drewniane burty.
– Ciao, Correggio! – woła Stefano, po czym wchodzimy do sali pełnej ergometrów wioślarskich. Pod jedną ścianą znajduje się na podniesieniu zbiornik wodny, wzdłuż jego brzegu ustawiono cztery przesuwne ławeczki. – Do ćwiczeń przy złej pogodzie – wyjaśnia. – To wyjątkowa sala. Wiesz dlaczego? – Patrzę na ciche ergometry, spokojną wodę, nasze odbicia w lustrzanej ścianie; wreszcie Stefano pokazuje sufit, uśmiechając się cierpko. – Uffizi – zdradza mi sekret. – C’è state?
– Oczywiście. – Uśmiecham się, naprawdę się uśmiecham po raz pierwszy od wielu dni, może tygodni. Jesteśmy pod muzeum. Wyobrażam sobie tłumy wędrujące po galeriach nad nami – to mogłabym być ja, to byłam ja, a jednak w ciągu miesiąca, dnia, jednego popołudnia można się stać kimś nowym, zniweczyć siebie dotychczasowego, ale też się przekształcić.
Kiedy więc Stefano mówi mi, ile kosztuje członkostwo, i pyta: „W porządku?”, kiwam głową, ledwo mi wystarczy do końca miesiąca, ale potakuję.
– Idealnie – mówię.
– Okay. Jutro wraca moja asystentka, zapiszesz się u niej. Zaczniesz tutaj, w tej sali, żeby poćwiczyć, nauczyć się, okay? Tydzień, dwa. A potem na rzekę!
– Tak szybko?
– Sì. Certo. Bo dlaczego nie?
– Bo dlaczego nie – powtarzam, ujmując ciepłą dłoń, którą do mnie wyciąga.
Przed wyjściem wędruję tam i z powrotem korytarzem z drewnianymi łodziami. Odwrócone dnem do góry, z podniesionymi grzbietami, z wyciągniętymi burtami są ustawione w rzędach przy obu ścianach od podłogi do sufitu, poczynając od największych, ośmioosobowych łodzi, na małych, jednoosobowych skifach kończąc. Czuję przeszłość czającą się tuż pod teraźniejszością, co tak często mi się tutaj zdarza, moja przeszłość nadpływa pośpiesznie, gwałtownie i nagle sobie przypominam. Idę wolno, studiując nazwy wypisane białymi drukowanymi literami na burtach: FORTUNATO, BOREA, PERSEFONE. Szukam niekonsekwencji w powtarzającym się symbolu na czerwono-białej chorągiewce, która faluje na każdej łodzi, próbuję znaleźć miejsce, gdzie ludzka dłoń zadrżała.

Boston. W muzeum panowała ciemność. Był lipcowy poniedziałek i teraz po godzinach (tak to zostało zaplanowane, żebym mogła przychodzić i wychodzić niemal niepostrzeżenie) wychodziłam, w każdym razie powinnam. Skręciłam do łazienki, przyjrzałam się swojej zapadniętej twarzy w lustrze. Zwymiotowałam.
Później szłam przez puste galerie, ściskając kopertę, rozwiązanie umowy o pracę wręczone mi ze spuszczonym wzrokiem, ponieważ sama doprowadziłam się do tego miejsca, na dno. W pewnej chwili spojrzałam na obraz. Nocny pejzaż morski. Niebieski i srebrny, choć z bliska głównie szary, mgła ciężka od cieni, jedynym urozmaiceniem było kilka pomarańczowych pociągnięć pędzlem, najjaśniejszych blisko środka – pożar na odległym wybrzeżu? – ale tak słabych i dalekich, że wiesz, iż nigdy nie zdołasz tam dotrzeć. Tak się czułam. Może przez lata. Jakby wszyscy dokoła mnie zrozumieli coś, czego ja nie do końca potrafiłam pojąć. Dlatego pozostawałam w tumanie mgły.
Byłam wyczerpana, ściślej rzecz biorąc, ledwo trzymałam się na nogach, mimo to zatrzymałam się przed obrazem i zapatrzyłam na tę smugę pomarańczu blisko środka, to miejsce poza miejscem, w którym niewytłumaczalnie się znalazłam. Wyciągnęłam rękę, by je dotknąć – a dlaczego nie? co teraz mogliby mi zrobić? – musnąć ten znikający punkt, gdzie wszystko rozpływa się i łączy. To była płytka dolina, szorstka pod moim palcem. Poczułam, jak wydarzenia poprzednich miesięcy umykają. Poczułam otwierające się drzwi, szczelinę poszerzającą się na tyle, bym mogła się przez nią prześliznąć.
– Hannah? – Głos dochodził z końca korytarza i nie oglądając się za siebie, wybiegłam w szary letni wieczór.

Swoje wieczorne posiłki we Florencji wybieram starannie. Na samym początku popełniłam błąd, idąc do tradycyjnego lokalu ze świecami, gdzie pary mierzyły mnie podejrzliwym wzrokiem. Nie spodziewałam się takich spojrzeń. Nieprzychylne i karcące, prezentowały wspólny front, mówiły: „To miejsce jest nasze”, kiedy za dużo czasu poświęciłam na studiowanie menu, po czym nieuchronnie zdecydowałam się na contorni, przystawki, i pośpiesznie je zamówiłam, unikając sceptycyzmu w oczach kelnera: È tutto? Tak, to wszystko. A gdy podano moje talerzyki, spojrzenia powróciły, pary podniosły głowy znad swoich talerzy z wysokimi stosami mięsa lub makaronu – a te potrawy, połyskując, także się na mnie gapiły. Przyjęłam ich spojrzenia i szybko zjadłam.
Tak więc wybieram starannie. Tuż za jedną z wielkich bram miasta jest winnica Fuori Porta, Za Bramą, ostatni oświetlony budynek w modnej dzielnicy, za nim droga wije się w górę ku ciemnym wzgórzom. Pomiędzy szóstą a dziewiątą wieczorem na kontuarze stoją przekąski. Moja kolacja składa się z pikli i marchewek. Wypijam trzy kieliszki wina. Słucham gwaru. Kiedy młody barman pyta, czy mam ochotę na czwarty kieliszek, uśmiecham się i odmawiam. „Z tego, co on się orientuje, spotykam się z przyjacielem na kolacji”, myślę. Wychodząc z Fuori Porta, zawsze czuję się lepiej. Coś w powrocie pieszo do domu cichymi ulicami obok zakurzonych budynków i przez Ponte alle Grazie – most podziękowań – nadaje mi lekkości.
Jest też Shiso, bar sushi, dokąd chodzę, jeśli czuję się na tyle przytomna, by stawić czoło rozmowie z Dariem, właścicielem. Dzisiaj wieczorem, gdy wychodzę zza zakrętu, zastaję go na kłótni z jednym z pijaków, którzy zapełniają skwer przed barem – włosy mają sztywne od tłuszczu, oczy wyprane z koloru. Gdy ich mijam, czasami czuję ich gorący oddech, słyszę zaczepkę, ale dalej się nie posuwają. Nie jestem dla nich zagrożeniem. A poza tym coś z nich jest we mnie.
– Dai! Dai! – krzyczy Dario na jeden z tych cieni, z ręki zwisa mu papieros. Dostrzegając mnie, obniża głos i wciska coś w dłoń tamtego. Potem prostuje plecy i nabiera powietrza głęboko w płuca, patrząc gdzieś przed siebie, podczas gdy mężczyzna znika w zaułku. Udaje, że mnie nie widział.
– Ciao – mówi z przesadną familiarnością, kiedy się do niego zbliżam. – Come stai?