Jak wygląda cenzura w XXI wieku, co się stało w Europie ze stosunkiem do śmierci, na czym polegają współczesne związki – eseje na te i wiele innych tematów zebrał Claudio Magris w książce “Migawki”.


MigawkiPrzewrotna historia bankiera, prezesa rady nadzorczej bardzo znaczącego banku, bez wątpienia przejawiającego dość stanowczości, by piastować stanowisko wymagające umiejętności odpowiedzialnego podejmowania decyzji wartych miliardy, a zarazem nie dość stanowczości, gdy chodziło o jego prywatne życie, jest nadzwyczajnie celnym komentarzem do współczesności, w której dojrzały stosunek do pracy częstokroć nie koresponduje z podobną dojrzałością w życiu prywatnym.

Łatwiej jest zarządzać bankiem niż wziąć odpowiedzialność za swoje własne szczęście? Niewykluczone! Claudio Magris dzieląc się z czytelnikami opowieścią na temat Hilmara Koppera prowokuje taką właśnie refleksję. Miniaturowy esej o nim jest jednym z kilkudziesięciu zamieszczonych w zbiorze „Migawki”. Ich wspólnym mianownikiem jest głęboka alegoryczność.

Rozległe zainteresowania Magrisa, kierujące go najczęściej w stronę uniwersyteckich rozważań na temat Europy Środkowej i ścierającego się w niej dziedzictwa monarchii Habsburgów z wpływami śródziemnomorskimi, tym razem powiodły go w rejony podszytych subtelnym humorem obserwacji dzisiejszych obyczajów, życia codziennego, bieżących problemów, politycznych sporów rozgrywających się w przestrzeni publicznej.

Z „Migawek” wyłania się fragmentaryczny portret życia w XXI wieku uchwycony w krótkich formach literackich

Z „Migawek” wyłania się fragmentaryczny portret życia w XXI wieku uchwycony w krótkich formach literackich. Dla Magrisa sytuacje widziane z bliska stają się katalizatorem przemyśleń. Uliczne scenki, pejzaże z plaż i sal wykładowych, z wiejskiego pensjonatu i środowiska akademickiego, nawet z podróży na lotnisko, podczas której źle zaparkowany samochód z małą dziewczynką w środku zatarasował mu drogę, zamieniają się w tym tomie we wciągające opowieści zachęcające czytelnika do namysłu nad tym, co w dzisiejszych czasach się liczy, co zajmuje naszą uwagę i wyznacza kierunek dążeń. Nikodem Maraszkiewicz


Claudio Magris, Migawki, Przekład: Joanna Ugniewska, Wydawnictwo Literackie, Premiera: 27 lutego 2019
 
 

Migawki

Claudio Magris
Migawki
Przekład: Joanna Ugniewska
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 27 lutego 2019
 

Spis treści

 
Gołąb i dwugłowy orzeł
Oberżysta i wojna
Niegodny zaufania zmarły
Trzynaście tysięcy osiemset siedemdziesiąt dziewięć wieczorów
W galerii Castellego
„Być z” czy „pójść z”
Związek (otwarty?) na konferencji
Zapomnieć o kolorach
Sacrum i profanum
Wykręcić numer
Tłum, który przyszedł dla nikogo
Portret grupowy ze śpiącym prawnikiem
Porozmawiamy
Bankierzy i diabeł
Osierocone zarodki
Odwrócona głowa Meduzy
Przekleństwo zielonej linii
Zasiłki dla poligamistów i podatki dla starych kawalerów
Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie
Siusiać pod wiatr i wbrew prawu
Rewolucyjne menu
Na skalistej plaży
Nowy rodzaj pisarza: cenzor
Mur stać będzie jeszcze całe lata
Kulawe wiersze z zaświatów
Bezpański pies i modelka
Na brzegu
Miejsce, gdzie serce milczy
Na peronie
Nienaruszalne godziny
Róża zbawionych
Łajno diabła
Piękne lato
Twórczość literacka: wstęp wzbroniony
Precz z biednymi
Właściwe słowo w niewłaściwych ustach
Lew morski
Nagrobek Jensa
Milczące sceny z życia małżeńskiego
Wszystko w porządku
Przy okienku
Frecciabianca
Graffiti
Reklama, kazanie wielkopostne
Skalista plaża celebrytów
Grzech ponurości
Nieprzetłumaczalne
Selfie

Graffiti

Berlin. Z powodu niespodziewanego korka taksówka wioząca mnie z lotniska do hotelu zatrzymuje się przez kilka minut na Invalidenstrasse, przed numerem 86. Na ścianie budynku ktoś napisał sprayem dużymi literami: „Ne lisez jamais”, formułując w ten sposób zachętę, kategoryczną i pełną pasji – nie wiadomo dlaczego po francusku – by nie czytać, nie czytać nigdy.
Nie sądzę, by anonimowy autor był spóźnionym epigonem tamtych zabawowych studentów, którzy w 1968 roku darli książki jako symbol burżuazyjnej kultury (fałszywej i represywnej). Być może to również ma być na swój sposób jakiś krzyk wolności, chociaż brzmi bardziej boleśnie. Wolności od czytania – a więc, wcześniej, od pisania, które oskarża się o to, że usztywnia, fałszuje prawdę chwili i związane z nią niepowtarzalne słowo. Nie przypadkiem wielcy mistrzowie ludzkości – Chrystus, Sokrates, Budda – nic nie napisali, nie chcieli pisać; pewnie dlatego, że głoszona przez nich prawda była prawdą jedyną i nieodtwarzalną, związaną z osobą, która ją wypowiada, z konkretną autentycznością chwili i stanem ducha, w którym się ją wypowiada. Czy można sobie wyobrazić Jezusa lub Buddę, jak piszą książkę, nanoszą poprawki i wręczają ją wydawcy?
To inni, wyznawcy, spisali i pozwolili przeczytać ich słowa, nie tylko je wysłuchali, lecz również powtórzyli i przekazali, wyzbyte już bezpośredniości, z jaką rozbrzmiewały pod drzewami Indii czy na drogach Galilei. Oczywiście, przeczytać historię pewnego życia to nie to samo, co je przeżyć ani być jego świadkiem, słyszeć słowa, od których rośnie serce, w chwili, gdy wychodzą z cudzych ust. Ale te słowa żywią nas dzięki komuś, kto je utrwalił i zapisał. Nawet tamten frankofoński ikonoklasta w gruncie rzeczy coś przecież napisał i przechodnie go czytają.
 
3 kwietnia 2015

Reklama, kazanie wielkopostne

W epoce laicyzacji reklama zastępuje czasami ponurych kaznodziei z tak zwanych ciemnych stuleci, potępiających cielesne uciechy i przypominających, że za pięknymi piersiami kryje się szkielet, którego przeznaczeniem jest rozsypać się w proch. Również reklama, za pomocą swoich upomnień, przyczynia się, słusznie, do psucia rozmaitych przyjemności. Widz oglądający w telewizji kryminał, sentymentalny film albo reportaż, właśnie w chwili, kiedy gotów jest może odkryć mordercę, musi znosić przerwy w postaci innych historii pojawiających się na ekranie – krótkich sekwencji zaludnionych pięknymi kobietami, które pocą się, śmierdzą, wydzielają płyny w najbardziej intymnych miejscach, mają tłuste włosy, cuchnący oddech w ustach pozornie kuszących, gdy na nie patrzymy, lecz odrażających dla naszego powonienia.
Dramaty te na szczęście wkrótce dobrze się kończą, gdyż na ekranie pojawiają się natychmiast ulotni, choć dobrze znani zbawcy, toniki, mikstury olejki, maści, plastry, spreje, kremy; ciała rozkwitają na nowo, znowu stają się uwodzicielskie i pociągające, a widz powraca wkrótce potem do oglądania swojego filmu kryminalnego.
Dramaty ze szczęśliwym zakończeniem, lecz na krótko. Podczas gdy religia, której nikt nie słucha, głosi, że zachwycające ciało jest „chwalebne” i obiecuje mu ostateczne zmartwychwstanie, widza przed telewizorem czeka kolejna przerwa i ciała – nie tylko kobiece, lecz, rzadziej wprawdzie, męskie, wymaga tego przecież równouprawnienie – stają się ponownie spocone, wilgotne, wstydliwie mokre, brzydko pachnące. Trzeba przyznać, że reklama telewizyjna, chociaż z pewnością zawraca nam głowę i psuje uczciwą rozrywkę temu, kto chciałby obejrzeć program, jest także kazaniem wielkopostnym, spadkobierczynią uniwersalnych średniowiecznych misteriów, w których wszelkie piękno, bogactwo, wszelka władza rozpadają się w proch. Gdyby nie było firm produkujących dezodoranty, depilatory, podpaski i szampony, któż by jeszcze pamiętał, że naszym przeznaczeniem jest w proch się obrócić?
 
22 sierpnia 2015

Skalista plaża celebrytów

„Tutaj wiem, kim jestem”, mawiał Julius Kugy, wielki alpinista i zdolny pisarz oraz organista w Gorycji, kiedy przebywał w swoich Alpach Julijskich. Pewne miejsca stają się jednym i tym samym z naszą osobą, są formą naszej relacji ze światem. Miejsca, czyli krajobrazy, naturalne i te stworzone przez człowieka, albo raczej jedne i drugie, jezioro i domek na brzegu nierozerwalnie z sobą związane w wierszu Brechta. Miejsca oznaczają przede wszystkim osoby, mniej lub bardziej bliskie, czy też prawie nieznane, lecz w każdym razie będące świadkami, choćby częściowo, naszej egzystencji.
Jednym z takich miejsc jest dla mnie droga przy wjeździe do Triestu, ciągnąca się wzdłuż skalistej plaży w Barcoli, skąd można wskakiwać do morza, od razu do głębokiej wody. Miejsce, które utożsamia się dla mnie z latem, prawdziwą porą życia, spodobało mi się bardzo, kiedy przeczytałem w powieściach Fenimore’a Coopera, że jego Mohikanie liczyli swój wiek w „latach”, a nie w „wiosnach”. Również skromna droga wzdłuż skalistej plaży może stać się teatrem świata, jak zdarzyło się to dawno temu, kiedy jakiś mężczyzna umarł na zawał serca w wodzie i, wyciągnięty na brzeg, już martwy i przykryty prześcieradłem, leżał długo w oczekiwaniu na karetkę pośród zajętych swoimi sprawami plażowiczów, którzy opalali się obok niego lub grali w karty.
Także i to miejsce składa się głównie z osób, wciąż mniej więcej tych samych, które sadowią się codziennie tam gdzie zawsze i nabywają z czasem niepodważalnego prawa do własnej przestrzeni, stając się, choćby tylko powierzchownie, częścią mozaiki wspólnego życia, niezupełnie, ale trochę tak jak w wypadku szkolnej klasy. Nie ma zatem nic dziwnego w tym, że niekiedy, gdy wychodzimy z wody, nawet jeśli nie jesteśmy Hemingwayem, ktoś poprosi nas o autograf na książce. Ale wczoraj rzecz wyglądała inaczej i przyniosła więcej gratyfikacji. „Czy ten pies jest pański?”, spytała mnie pewna kobieta, wskazując na Jacksona, gryfonika brukselskiego, ważnego towarzysza mojego życia, również kochającego morze, chociaż w miarę upływu lat z coraz większym umiarem. Na moją odpowiedź twierdzącą kobieta uznała: „A więc to pan musi być Claudiem Magrisem”. Teraz ja również, dzięki Jacksonowi, wiem, kim jestem.
 
2 października 2015