“Kwiat wiśni i czerwona fasola” to powieść intrygująca od pierwszej strony dzięki tajemniczym bohaterom i nieoczywistej historii wykreowanej przez Duriana Sukegawę. To jedna z tych książek, których przesłanie pozostaje w pamięci na długie lata.


Kwiat wiśni i czerwona fasolaSentaro ma pracę, której nie znosi. Siedem dni w tygodniu spędza w maleńkim, podupadającym sklepiku, gdzie z półproduktów od hurtownika przygotowuje i sprzedaje nieszczególnie smaczne placki ze słodkim nadzieniem. Nie takie życie sobie wymarzył: chciał być pisarzem, a utknął nad gorącą płytą ze szpatułką w dłoni. Nie przykłada się więc do swego zajęcia, traktując je jak zło konieczne, tymczasowy sposób na przetrwanie do chwili spłacenia długów. Czyni go to podobnym do tysięcy młodych ludzi na całym świecie, których wielkie plany i marzenia spełzły na niczym, a przypadkowe, nietrafne decyzje sprowadziły na manowce.

Życiorys mężczyzny, istny ocean smutku i poczucia winy, pełen jest tajemnic, a Durian Sukegawa odsłania je przed czytelnikiem stopniowo. Ten japoński pisarz jest prawdziwym mistrzem w budowaniu napięcia, a do tego nie potrzebuje wcale sięgać w tym celu po żadne skomplikowane środki. Przeciwnie, jego powieść opiera się na prostej fabule, stanowiąc dowód na to, że nawet proza codziennego życia może zamienić się w coś fascynującego, a wszystko zależy od tego, ile potrafimy dostrzec. Sentaro, w chwili gdy poznaje go czytelnik, jest w tej kwestii ślepcem.

Pewnego dnia, w porze kwitnienia wiśni, jego sklepik odwiedza starsza dama w białym kapeluszu. Sentaro nie kryje szoku, gdy kobieta wyjawia, że przyszła w odpowiedzi na wywieszone przez niego ogłoszenie o pracę. Jego niechęć wobec niej jest oczywista: na co może przydać mu się taka stara pracownica? W dodatku mająca nienaturalnie powykrzywiane palce! Odmawia przyjęcia jej do pracy, ale kobieta z niepojętych powodów nie daje za wygraną – deklaruje, że przyjmie znacznie niższą stawkę niż zaproponowana. Zależy jej tak bardzo, że przynosi do sklepiku własnoręcznie przygotowany sos an, owo słodkie nadzienie, którym wypełnia się sprzedawane w nim placki. I Sentaro ponownie jest w szoku, bo kulinarne dzieło staruszki jest tak doskonałe, że każe mu się zastanowić nad tym, skąd może ona znać tak znakomity przepis. Zagadkowa postać Tokue Yoshii od tej chwili nie opuszcza myśli mężczyzny. „Kim była ta babcia” – zastanawia się Sentaro próbując dojść, w jaki sposób uzyskała niezwykłe umiejętności cukiernicze i dlaczego tak bardzo chce z nim pracować.

Chociaż akcja powieści osadzona jest w kulturze japońskiej, to uniwersalny wymiar stworzonej przez pisarza historii pozostaje całkowicie czytelny

Opowieść o relacji tej dwójki bohaterów stanowi dla Duriana Sukegawy pretekst do podzielenia się z czytelnikami swoimi refleksjami na temat konsekwencji wynikających z uprzedzeń i stereotypów. Historia, początkowo niewinna, rozwija się w kierunku, który zmusza czytelnika do konfrontacji z okrucieństwem zadawanym człowiekowi przez innych ludzi z powodu strachu powodowanego niewiedzą czy obiegowych wyobrażeń mających swoje źródło w plotkach i zmyśleniach. Sukegawa wyraźnie pokazuje jak łatwo, i jak przypadkowo, można znaleźć się poza nawiasem głównego nurtu życia, co pozostawia w umyśle czytelnika głęboki ślad. „Kwiat wiśni i czerwona fasola” bez wątpienia należy do grona tych wyjątkowych książek, których przesłanie pozostaje w pamięci na długie lata.

Chociaż jej akcja osadzona jest w kulturze japońskiej, to uniwersalny wymiar stworzonej przez pisarza historii pozostaje całkowicie czytelny. Tokue Yoshii, która przeszła tak wiele, że samo wyobrażenie losów tej bohaterki sprawia czytelnikowi ból, mimo wszystko jest w stanie wnieść w życie umęczonego codzienną harówką Sentaro odrobinę nadziei. Znaczenie ich szorstkiej przyjaźni z gatunku niemożliwych dociera do mężczyzny powoli, upłynie wiele czasu, zanim zda on sobie sprawę z tego, że jego życie zupełnie niepostrzeżenie i jakby mimochodem obrało nowy tor. W tle przemykają zdarzenia z niedawnej historii Japonii, które uformowały życie Tokue, a współczesność, pełna zależności osób słabszych od silniejszych i bardziej wpływowych, w której zanurzony jest Sentro, także odgrywa w powieści swoją rolę.

Atmosfera tajemnicy i niepewności lekturze powieści „Kwiat wiśni i czerwona fasola” towarzyszy do ostatniej linijki. Nie ma w niej nic oczywistego, Sukegawa pozostawia czytelnikowi przyjemność interpretacji poszczególnych wydarzeń według własnej wrażliwości, a zatem powieść tę można odczytać na wiele sposobów odnajdując między wierszami mnogość znaczeń. Od tej pięknej historii trudno się uwolnić. Agnieszka Kantaruk

Durian Sukegawa, Kwiat wiśni i czerwona fasola, Przekład: Dariusz Latoś, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Premiera: 31 października 2018
 
 

Kwiat wiśni i czerwona fasola

Durian Sukegawa
Kwiat wiśni i czerwona fasola
Przekład: Dariusz Latoś
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 31 października 2018
 
 

Następnego ranka spóźnił się tylko odrobinę, a Tokue Yoshii stała już pod wiśnią. Kiedy przeprosił, staruszka wskazała na gałąź nad sobą. – Popatrz, małe wisienki.
 – Miała pani autobus tak wcześnie?
 – Nie przejmuj się.
Pomaszerowała prosto do tylnego wejścia do sklepu, więc Sentarō nie dowiedział się, czym przyjechała, ale przecież autobusy na pewno jeszcze nie kursowały.
Weszli do kuchni. Czerwona fasolka azuki, która wypełniała miskę, napęczniała po całej nocy w wodzie. Każde ziarenko lśniło, wypełniając pomieszczenie inną niż zwykle atmosferą. Sentarō miał wrażenie, jakby nie patrzył na surowiec, a na stado żywych stworzeń.
 – Och, śliczności – powiedziała Tokue i zbliżyła twarz do miski. Fasola nie pochodziła z okolic słynących z produkcji azuki, takich jak Obihiro czy Tanba1; w Doraharu nie mogli sobie pozwolić na krajowy produkt znanego producenta. Staruszka stwierdziła, że skoro tak, to chciałaby spróbować jakiejś zagranicznej. Sentarō wybitnie nie miał ochoty dokładać sobie pracy, ale zadzwonił do dostawcy i na początek poprosił o przywiezienie porcji fasoli kanadyjskiej produkcji.
Ustalili, że jednorazowo będą przerabiać dwa kilogramy. Po ugotowaniu trzeba było dusić azuki w syropie. W tym celu należało rozpuścić tyle drobnego cukru, ile wynosiło siedemdziesiąt procent masy fasoli po namoczeniu, a że robiła się ona ponad dwukrotnie cięższa, to po wszystkim powinni otrzymać niemal siedem kilogramów an.
Jeśli założyć, że na jedno dorayaki przypadało dwadzieścia gramów pasty, z jednej partii mogli zrobić od trzystu trzydziestu do trzystu czterdziestu sztuk. Nie zdarzało się, żeby zużył całe pięciokilogramowe opakowanie gotowego an w ciągu jednego dnia, więc koszty na pewno można było podzielić na kilka dni.
 – No, zanim zabierzemy się do gotowania… – szepnęła Tokue i zaczęła dokładnie oglądać każde ziarenko po kolei. – Szefie, przeglądnąłeś je porządnie przez namoczeniem?
 – Ale co?
 – Jak to co? Azuki.
Sentarō pokręcił przecząco głową.
 – Niektóre się nie nadają. – Zaczęła przebierać ziarenka powyginanymi palcami. Kiedy wybrała kilkanaście, położyła je sobie na dłoni i pokazała mężczyźnie. Jedne miały na powierzchni nierówności, które pozostały twarde nawet po namoczeniu, inne z kolei popękały. – Za granicą pewnie nie sprawdzają ich zbyt dokładnie. Więcej ostrożności.
Sentarō nigdy nie widział, żeby ktoś w ten sposób traktował zwykłe fasolki. Staruszka zbliżała do nich twarz tak bardzo, jakby się z nimi komunikowała. Nie przestała, nawet kiedy postawili azuki na palniku.
Sentarō kilkakrotnie próbował zrobić an samemu – za każdym razem gotował fasolę w specjalnym mosiężnym garnku zwanym sawari na dużym ogniu, aż nie zmiękła.
Tokue robiła to zupełnie inaczej.
Kiedy woda zaczęła wrzeć, staruszka natychmiast dolała zimnej. Powtórzyła to wiele razy, po czym odcedziła azuki na sicie, wrzuciła je z powrotem do garnka i zalała świeżą letnią wodą. Powiedziała, że robi się tak, aby zniwelować cierpkość świeżej fasoli. Potem gotowała ją na małym ogniu, mieszając drewnianą szpatułką delikatnie, żeby nie zmiażdżyć ziarenek. Przez cały ten czas Tokue była tak blisko garnka, że mało brakowało, a para buchnęłaby jej w twarz.
Na co patrzyła? Azuki zmieniały się jakoś czy co? Sentarō zrobił krok w przód i zaglądnął do naczynia. Nie wychwycił nic wartego uwagi.
Staruszka trzymała drewnianą szpatułkę pokrzywionymi palcami i wpatrywała się w ziarenka. Mężczyzna rzucił ukradkowe spojrzenie na jej profil. Pewnie będzie wymagać od niego takiego samego zaangażowania, skoro razem pracowali… Miał dość na samą myśl.
A jednak krótką chwilę później on także obserwował zawartość garnka. Fasola podskakiwała lekko. Nie dojrzał ani jednego uszkodzonego ziarenka.
Tokue wyłączyła gaz, zanim cały płyn wyparował, i przykryła naczynie deską do krojenia – „żeby doszła”, tak powiedziała. Dla Sentarō wszystko, co robiła, było zupełną nowością.
 – Skomplikowana sprawa, prawda?
 – Przecież trzeba ugościć.
 – W sensie, że klientów?
 – Nie, fasolę.
 – Fasolę?
 – Przyjechała aż z Kanady.
Po chwili staruszka zdjęła deskę i dolała zimnej wody. Płukała fasolę wiele razy, gładząc ziarenka opuszkami palców, aż płyn zrobił się przezroczysty. Cały czas trzymała twarz tuż nad garnkiem. „Prawie jakby przeczesywała piasek w poszukiwaniu złota” – pomyślał Sentarō.
 – Jeszcze nikt nie pracował tutaj z takim oddaniem.
 – Wszystko trzeba robić porządnie od początku do końca, inaczej zmarnujemy tylko czas, który już włożyliśmy w pracę.
Mężczyzna mógł tylko stać i patrzeć z rękami założonymi na piersiach.
 – Ale… W sensie, cały czas mnie to zastanawia, co pani tam widzi?
 – Słucham?
 – Nachyla się pani cały czas na tym garem, na co pani patrzy?
 – Ja tylko robię to, co jeszcze mogę.
 – Co jeszcze pani może?
 – Szefie, dźwignij garnek.
Zamienili się miejscami. Sentarō podniósł naczynie obiema rękami i przelał zawartość do sita leżącego w zlewie. Jego oczom ukazała się ugotowana fasola.
 – Ale… piękna. – Pochylił się do przodu. Musiał jej to przyznać, miała fach w ręku. Tyle się gotowały, a i tak każde ziarenko zachowało kształt i jędrność. Aż lśniły, wszystkie razem i każde z osobna. Kiedy Sentarō próbował robić an, większość fasolek na tym etapie była już popękana.
 – Czyli tak powinny wyglądać. Nie wiedziałem – powiedział zafascynowany.
Tokue uśmiechnęła się, wzruszając ramionami.
 – Czy ty naprawdę robiłeś to kiedyś sam?
 – No… Próbowałem.
 – Wiele nauki przed tobą.
Teraz Sentarō miał zabrać się do pracy. Najpierw należało przygotować syrop. Wlał do miedzianego garnka dwa litry wody, doprowadził ją do wrzenia i wsypał dwa i pół kilograma drobnego cukru. Starsza pani stała przy nim i tłumaczyła, na co musi zwracać uwagę.
Dalej mieszać delikatnie, nawet kiedy cukier całkiem się rozpuści. Nie gotować zbyt gwałtownie. Delikatnie wrzucić ugotowaną fasolę. Bardzo, bardzo uważać, żeby ogień nie był za mocny.
Mężczyzna jakoś sobie radził. Nadeszła pora na mieszanie azuki z syropem.
 – Teraz kluczowy etap. Momentalnie się przypala, trzeba cały czas przesuwać łopatką po dnie – mówiła Tokue, wsypując sól do garnka. Sentarō słyszał o tym po raz pierwszy w życiu.
„Wiesz, jak się przypali, to koniec”.
„Trzymaj łopatkę bardziej pionowo”.
„Mieszaj szybciej”.
„Nie machaj nią tak nerwowo”.
Rzucała drobiazgowe instrukcje jedna za drugą. Mężczyzna czuł, jak pot spływa mu po twarzy i szyi – wcale nie tylko przez to, że stał przy parującym garnku.
„Babcia ma rację” – pomyślał.
Kiedy sam próbował robić an, zawsze wykładał się na tym etapie. Gęsta, słodka masa łatwo przywierała do dna, więc smażył ją długo na malutkim gazie, ale przez to traciła ona na jakości. Żeby przyrządzić pastę z fasoli o odpowiedniej teksturze i wyglądzie, należało odparowywać ją na sporym gazie, cały czas mieszając, aby się nie przypaliła. Innymi słowy, gotowanie an wymagało pewnej śmiałości.
Sentarō poruszał łopatką, co jakiś czas ocierając pot z czoła rękawem. Nagle, ku jego zaskoczeniu, Tokue powiedziała: „Już starczy, wyłączyć gaz”.
 – Ale jeszcze jest całkiem rzadkie.
 – Tak ma być. Właśnie teraz trzeba przestać.
 – Ale przecież…
Masa w garnku była zbyt płynna, żeby w ogóle nazwać ją an. Mężczyzna może i nie radził sobie najlepiej z gotowaniem, lecz na nakładaniu pasty znał się doskonale. Przy takiej gęstości wyciekłaby spomiędzy placków.
Gdy tak myślał, nadal mieszając przy zgaszonym gazie, masa zaczęła nabierać odpowiedniej gęstości. Tokue rozłożyła ścierkę na desce do krojenia.
 – Teraz odstawimy na chwilę, żeby stężało. Potem weźmiesz łopatkę i przełożysz wszystko tutaj.
 – Ale że co?
 – An, który właśnie wymieszałeś.
„Niby jak?” – pomyślał Sentarō. Staruszka wzięła od niego drewnianą szpatułkę.
 – Zróbmy sobie przerwę, szefie.