“Zapomniany żołnierz” to prawdziwa aż do bólu, najbardziej wstrząsająca i brutalna książka o II wojnie światowej.


Zapomniany żołnierzGuy Sajer jako kilkunastolatek wyruszył w 1942 roku w szeregach Wehrmachtu na front wschodni. Początkowo służył w jednostce transportowej, a latem 1943 roku zgłosił się na ochotnika do Dywizji „Gross Deutschland”. Marzył o przygodzie, lecz musiał desperacko walczyć o przetrwanie.

Jego wspomnienia są wyjątkowe, to zapis wydarzeń „oglądanych oczyma siedemnastoletniego młodzieńca, który przeżywać musi to, co wielu dojrzałym mężczyznom niełatwo byłoby znieść”. Ta jedyna w swoim rodzaju opowieść o wojnie nawet dzisiaj poraża ładunkiem grozy i naturalizmu: plastyczne opisy walk i ich skutków, straszliwych ostrzałów artyleryjskich z „organów Stalina”, mrozów i głodu podczas rosyjskiej zimy, chaosu i przerażenia żołnierzy z pierwszej linii, często pozostawianych samym sobie.

Sajer jako niezmiernie wrażliwy obserwator ma niespotykany dar opisywania wydarzeń, sytuacji i stanów ludzkiego ducha z ogromną ekspresją. Jego relacja jest tak żywa i autentyczna, że wręcz współodczuwa się z nim cały wojenny koszmar.

***

Zbyt wielu ludzi zapoznaje się z wojną tak, że ich to nie drażni. Grzejąc tyłek w miękkim fotelu albo leżąc w łóżku, spokojnie czytają historię Verdun czy Stalingradu, niewiele z tego rozumiejąc, by nazajutrz powrócić do swoich spraw… Nie! Te książki trzeba czytać w niewygodzie, na siłę; uważając, że ma się szczęście, bo nie musi się pisać do rodziny, siedząc tyłkiem w błocie na dnie transzei. Trzeba je czytać w najtrudniejszych sytuacjach, kiedy nic się nie udaje, ażeby uzmysłowić sobie, że kłopoty w czasie pokoju to jedynie błahostki, za które niepotrzebnie płacimy siwymi włosami.
Guy Sajer, Zapomniany żołnierz

***

Niewiele książek może się równać z tą pod względem siły uczuć, głębi autoanalizy czy ekspresji opisów walk. To wyjątkowe wspomnienia, trzeba je przeczytać.
“Library Journal”

Uniwersalny język i uniwersalna, zdawałoby się, narodowość. Autor jest po prostu człowiekiem.
„Chicago Sun-Times”

Sajer mówi otwarcie o swoich motywach, które skłoniły go do podzielenia się z nami swoją historią: «Do tego ogranicza się właściwie moje zadanie – przekazać z jak największą siłą wyrazu krzyki dochodzące z rzeźni». Niewątpliwie mu się to udało. Książka ta pozostaje ponadczasowa, bo niesamowicie wnikliwie opisuje psychikę żołnierza podczas wojny.
„Military Review”

Guy Sajer (ur. 1927), Alzatczyk, syn Francuza i Niemki, był zafascynowany ideologią Wielkich Niemiec i zazdrościł rówieśnikom, którzy w mundurach Hitlerjugend sposobili się do wojny. W 1942 roku sam się zaciągnął do Wehrmachtu, a później na ochotnika do Dywizji „Gross Deutschland”. Przeszedł wraz z nią szlak od Kurska po Charków, brał udział w krwawych walkach o Biełgorod, wreszcie trafił do Prus Wschodnich, gdzie wojsko próbowało organizować ewakuację ludności cywilnej. W końcu znalazł się w Niemczech, tam został aresztowany przez Brytyjczyków. Można powiedzieć, że wojna zakończyła się dla niego pomyślnie: został zwolniony z poleceniem „Wracaj do siebie i zapomnij”. Okazało się to jednak niełatwe. Sajer był przekonany, że walczy o słuszną sprawę, że broni innych przed komunistami, a tymczasem po wojnie dawano mu do zrozumienia, że nie walczył o nic albo raczej że walczył o cele, które potępia zbiorowe sumienie. On sam tego nie rozumiał. W 1952 roku, podczas choroby, zaczął spisywać swe wspomnienia, po części po to, by uporać się z historią.

Guy Sajer
Zapomniany żołnierz
Przekład: Jan Kortas
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 27 listopada 2018
 
 

Zapomniany żołnierz


Guyu Sajerze, Guyu Sajerze, kimże jesteś?
Gdy moi rodzice urodzili się na tej ziemi, dzielił ich dystans kilku tysięcy kilometrów – dystans powikłanych granic, złożonych problemów, wieloznacznych i nieprzetłumaczalnych uczuć.
Z tego związku powstałem ja, by istnieć w owej wielorakości, mając tylko jedno życie na zmaganie się z tyloma przeszkodami.
Byłem dzieckiem, nie ma to jednak większego znaczenia. Problemy istniały już wcześniej, a ja je dostrzegałem.
A potem była wojna. Związałem się z nią na dobre i na złe, ponieważ istniała właściwie tylko ona – kiedy tak jak inni młodzi ludzie byłem w wieku zakochanych.
Doświadczyłem jej w pełni. I nagle miałem czcić dwa sztandary, być na dwóch liniach obrony: Zygfryda i Maginota, wreszcie przeciwstawić się potężnemu wrogowi zewnętrznemu. Poznałem smak służby, marzeń i nadziei. Drżałem też z zimna i ze strachu przed bramą, gdzie nigdy nie pojawiła się Lili Marleen.
Aż wreszcie nadszedł dzień, kiedy umarłem, i odtąd nic już nie miało większego znaczenia.
Mój żywot trwa nadal; niczego nie żałuję, choć zerwałem wszelkie więzy z normalnym ludzkim losem.

GUY SAJER

NOTA WYDAWCY FRANCUSKIEGO

Jego ojciec był Francuzem pochodzącym z Masywu Centralnego, matka Niemką z Saksonii. Opowieści ojca, byłego uczestnika Wielkiej Wojny, sprawiły że wyobrażał sobie Niemców jako monstra obcinające dzieciom rączki. Pierwszy żołnierz niemiecki, którego zobaczył, mając czternaście lat, w czerwcu roku 1940 w departamencie Loiret, gdzie Wehrmacht zatrzymał falę uchodźców, wydał mu się potężnym wojownikiem, wręcz gigantem. Był nim oczarowany. Podziwiał go, a zarazem drżał ze strachu: zaraz obetnie mi rękę… Nie odcięto mu jej jednak. Nakarmiono go i napojono. Wraz z bliskimi powrócił do Wissembourga na terenie Alzacji, gdzie przed kilku laty osiedliła się jego rodzina.
Alzacja przyłączona była do Wielkiej Rzeszy. Po obozie młodzieżowym w Strasburgu uczestniczył w kolejnym, w Kehl. Arbeitsdienst nie zaimponował mu jednak. Wraz z kolegami zazdrościł rówieśnikom, którzy w mundurach Hitlerjugend sposobili się do wojny o wielką stawkę. Oddałby wszystko, by móc robić to samo, by im dorównać.
Naturalnym biegiem rzeczy (niemiecka machina wojenna działała bez zarzutu) został konwojentem pociągu. Nie była to Luftwaffe ani też jednostka liniowa, o jakiej marzył i gdzie również on mógłby się okryć chwałą. Wreszcie jednak otrzymał przydział do Wehrmachtu. Od jesieni 1942 roku brał udział w kampanii w Rosji, gdzie gra toczyła się o najwyższą stawkę, a w maju 1943 roku, w wieku siedemnastu lat, zaciągnął się do elitarnej Dywizji „Großdeutschland”, by służyć w niej aż do końca – do końca wojennego piekła.
Zdołał stamtąd powrócić, bogatszy w niezatarte doświadczenia: cierpienia i śmierci.
Przede wszystkim był przekonany, że walczy o jakąś sprawę, o wzniosłe cele, a tymczasem stopniowo dawano mu do zrozumienia, że nie walczył o nic; że na próżno umierali jego towarzysze broni, co więcej – że walczył o cele, które potępiało zbiorowe sumienie. On sam tego nie rozumiał. I widział, że nikt nie potrafi go zrozumieć ani nawet wysłuchać. Był sam ze swoją wizją historii.
W 1952 roku, podczas choroby, zaczął w szkolnym zeszycie spisywać prawdziwą historię młodego chłopaka, relacjonując całą swą wędrówkę, przeżywając wszystko od nowa. Po pięciu latach powstało siedemnaście zeszytów zapisanych ołówkiem, z rysunkami precyzyjnymi niczym ilustracje anatomiczne – byle tylko nic nie uleciało z pamięci; siedemnaście zeszytów, które wszędzie zabierał ze sobą i które niekiedy w szalonym odruchu zamierzał zniszczyć. Czytali je przyjaciele; oni też opublikowali ich fragmenty w belgijskim czasopiśmie. Pewnego dnia te zeszyty dotarły do nas. Oto one.
Czytelnika może zaskoczyć ich styl. Nie jest to, co oczywiste, styl człowieka parającego się zawodowo pisaniem. Jest to po prostu styl kogoś, kto własnymi słowami, w sposób bardzo osobisty, czasem nieporadnie, często niezmiernie obrazowo, lecz zawsze z ogromną ekspresją usiłuje opowiedzieć to, co jeszcze nigdy nie zostało opowiedziane.

* * *

W polskim wydaniu, podobnie jak w tekście francuskim, zachowano oryginalną pisownię nazw własnych, trudnych do zweryfikowania. Większość nazw miejscowości podano albo we współczesnym brzmieniu, albo zachowano nazwy zgodne z oryginałem, podając w przypisach właściwą nazwę polską. Nie poprawiono także oczywistych błędnych nazw typów czołgów, samolotów, kalibru dział. Niejednokrotnie autor wprowadza nieużywane w armii niemieckiej nazwy typów broni.
Guy Sajer, szeregowy żołnierz piechoty, miał ograniczoną wiedzę wojskową. Znał dobrze jedynie typy i nazwy broni używanej w pododdziałach liniowych.

PROLOG

18 lipca 1942 roku. Przybywam do znajdujących się w Chemnitz wspaniałych, bielutkich koszar o owalnym kształcie. Wywierają na mnie wielkie wrażenie, budzą strach i podziw zarazem. Na moją prośbę dostałem przydział do 26. plutonu eskadry Sturmkampflugzeug Kommandant Rudel. Niestety odrzucono mnie na testach Luftwaffe! Niemniej chwile spędzone na pokładzie Ju-87 pozostaną cudownymi wspomnieniami. Prowadzimy tam tak intensywny tryb życia, że czegoś podobnego nigdy jeszcze nie zaznałem. Każdy dzień przynosi coś nowego. Otrzymuję nowiutki, dopasowany mundur, parę butów trochę używanych, ale w bardzo dobrym stanie. Jestem bardzo dumny ze swego umundurowania. Jedzenie jest dobre. Nauczyłem się też kilku piosenek wojskowych, które wykonuję z okropnym akcentem francuskim. Wywołuje to śmiech pozostałych żołnierzy, moich pierwszych kolegów w wojsku.
Ćwiczenia w piechocie, do której zostałem wcielony, są już mniej zabawne niż żywot pilota. Trasa, jaką żołnierz ma do przebycia, to najtrudniejsza rzecz z dotychczas poznanych. Jestem krańcowo wyczerpany; często zasypiam w kantynie. Jednak mam znakomite samopoczucie i pomimo tylu obaw i rozterek rozpiera mnie radość, co jest dla mnie rzeczą niepojętą.
15 września opuszczamy Chemnitz. Udajemy się pieszo do oddalonego o czterdzieści kilometrów Drezna, skąd wyruszamy pociągiem na Wschód.
Przejeżdżamy przez sporą część Polski. Na kilka godzin zatrzymujemy się w Warszawie. Wspólnie z moim pododdziałem zwiedzam miasto, przede wszystkim owo słynne getto lub raczej to, co z niego pozostało. Wracamy na dworzec bezładnymi grupami. Wszyscy z uśmiechem na twarzy. Polacy również się do nas uśmiechają, szczególnie dziewczyny. Niektórzy starsi żołnierze, odważniejsi ode mnie, wracają w ich miłym towarzystwie aż na dworzec. Ruszamy w dalszą drogę, by ostatecznie zatrzymać się w Brześciu Litewskim.
Stamtąd docieramy piechotą do niewielkiej miejscowości odległej o mniej więcej piętnaście kilometrów. Czujemy chłód, lecz pogoda jest cudowna. Jesień na dobre zagościła w tej uroczej, leżącej na pagórkowatym terenie wiosce. Przechodzimy teraz przez wysoki las. Feldfebel Laus donośnym głosem każe nam utworzyć szyk marszowy. Rytmicznym krokiem wchodzimy na polanę, gdzie w głębi wznosi się zamek jak z bajki. Maszerujemy aleją, śpiewając na cztery głosy: „Erika, kochamy cię”. Na spotkanie z naszą kolumną wychodzi dziesiątka wojskowych. Wśród nich dostrzegam kapitana noszącego lśniące epolety oficerskie.
Spotkanie obu grup następuje w idealnym momencie: akurat gdy kończymy ostatnie słowa piosenki. Jeszcze raz rozlega się ryk feldfebla, zatrzymujemy się, po czym pada kolejna komenda i wykonując nienaganny zwrot w miejscu, trzysta par butów powoduje ogłuszający stukot. Następuje regulaminowe powitanie, a potem kontynuujemy marsz aż do murów tego wspaniałego zamku.
Na dziedzińcu dowództwo zarządza apel. Wywołani tworzą nowy szereg, który rośnie, w miarę jak nasz się kurczy. Dziedziniec zapchany jest najróżniejszymi pojazdami wojskowymi. Tłoczy się przy nich z pół tysiąca żołnierzy w pełnym oporządzeniu gotowych – jak się wydaje – do wymarszu. W trzydziestoosobowych grupach kierowani jesteśmy do pomieszczeń, które będziemy zajmować. Jakiś tutejszy żołnierz krzyczy do nas:
– Tędy! Zmiana warty!
Wnioskujemy z tego, że tłoczące się przy ciężarówkach chłopaki opuszczają tę królewską siedzibę, co wyjaśnia ich markotny wyraz twarzy.
Dwie godziny później dowiem się, że ich kolejną rezydencją będzie jakieś miejsce na niezmierzonych obszarach Rosji. Rosja – a więc wojna! Wojna, której jeszcze nie znam.
Ledwo zdążyłem położyć swój skromny ekwipunek na jednym z drewnianych łóżek, które sobie wybrałem, gdy padł rozkaz stawienia się na dziedzińcu. Jest około drugiej po południu. Nie licząc kilku sucharów, jakie udało nam się zdobyć w Warszawie, nie jedliśmy nic od ostatniego przydziału żywności. Wczoraj wieczorem, gdy jechaliśmy do Polski, otrzymaliśmy racje żywnościowe w postaci białego sera, marmolady i żytniego chleba. Tak czy inaczej, w grę może wchodzić tylko południowy posiłek, i to spóźniony o trzy godziny. Nic z tych rzeczy! Na dole spotykamy odzianego w sportowy strój feldfebla, który ironicznym głosem proponuje nam wspólną kąpiel, ot, mały aperitif. Sportowym truchtem ciągnie nas spory kawałek od nowych koszar, do oddalonego o dobry kilometr niewielkiego, leżącego na piaszczystym terenie stawu, do którego wpada rzeczka. Tam, przybierając marsowy wyraz twarzy, rozkazuje nam rozebrać się do naga. Sterczymy jak idioci, tak jak nas Pan Bóg stworzył.
Feldfebel zanurza się pierwszy i daje nam znak, byśmy poszli w jego ślady.
Wszyscy wybuchamy śmiechem. Jeśli o mnie chodzi, muszę przyznać, że śmiałem się wbrew sobie. Kiedy wspomniałem uprzednio, że jest piękna pogoda, miałem oczywiście na myśli przechadzkę, a nie kąpiel. Nie sądzę, by temperatura powietrza przekraczała teraz siedem albo osiem stopni, toteż nieśmiało zanurzam prawą stopę w lodowatej wodzie. W tym momencie czuję, jak ktoś mnie gwałtownie popycha, i słyszę równocześnie kpiący śmiech. W rezultacie wpadam do wody i aby nie zemdleć z emocji, zaczynam pływać jak opętany. Gdy po kąpieli wychodzę ze stawu, trzęsąc się jak w febrze, przekonany, że wieczorem znajdę się w izbie chorych z zapaleniem płuc, gorączkowo szukam jakiegoś ręcznika niezbędnego po takim doświadczeniu… Niestety! Nikt nie ma czegoś takiego. Wycieramy się podkoszulkami. Prawie wszyscy koledzy noszą podkoszulki z długimi rękawami, zastępujące w Wehrmachcie koszulę, oraz bluzy mundurowe, które teraz wkładają na gołe ciało. Ja jestem uprzywilejowany, ponieważ mam cienki pulower, chroniący moją delikatną chłopięcą skórę od szorstkiej tkaniny.
Biegiem, żeby nie zostać z tyłu za przewodnikiem, który zdążył już pokonać połowę drogi powrotnej, docieramy wreszcie do naszej imponującej siedziby. Wszystkim okropnie chce się jeść. Na próżno wodzimy wzrokiem dookoła: nie ma ani śladu stołówki. Ponieważ prawdopodobnie nikt się nami nie zainteresuje, jakiś młody Alzatczyk o posturze olbrzyma odważnie staje naprzeciw podoficera, mierząc go wzrokiem, jakby chciał go pożreć.
– Czy należy nam się talerz zupy? – pyta.
W odpowiedzi usłyszeliśmy grzmiące: „Baczność!”. Wszyscy znieruchomieliśmy, podobnie jak nasz orędownik.
– Zupę wydaje się o jedenastej! – ryczy podoficer. – Przyszliście z trzygodzinnym opóźnieniem! W kolumnie trójkowej zbiórka! Idziemy na strzelnicę.
Zgrzytając zębami, podążamy za naszą „matką żywicielką”.
Zagłębiamy się w wąską ścieżkę biegnącą przez las. Nasz szyk deformuje się coraz bardziej, tak że w końcu idziemy gęsiego. W pewnej chwili, jakieś dziesięć metrów przede mną, rozlega się cichy gwar, który rychło przeradza się w coraz głośniejszą wrzawę. Spieszę do przodu, podobnie jak ci, co idą za mną. Wkrótce jest nas już około trzydziestu w pobliżu zagajnika, gdzie stoi trzech mężczyzn w cywilu. To Polacy. Każdy z nich trzyma koszyk z jajami. Słychać wypowiadane szeptem słowa:
– Masz pieniądze?
– Ja nie mam.
Nie rozumiem, co mówią Polacy, ale domyślam się, że proponują nam zakup jajek. Niestety nie otrzymaliśmy żołdu, a tylko niewielu z nas posiada własne marki.
Widząc żywność przed sobą, przeżywamy prawdziwe katusze: jesteśmy bardzo głodni. Robi się ogólne zamieszanie, ręce chciwie nurkują do koszyków. Pękają skorupki jaj. Następuje wymiana ciosów. Wszystko to odbywa się w ciszy, gdyż obie strony obawiają się represji. W sumie całkiem nieźle sobie poradziłem. Nie ucierpiałem zbytnio w tej szarpaninie, jedynie deptano mi brutalnie po stopach, ale za to zdobyłem siedem jajek.