W powieści “Sztuka tracenia” Alice Zeniter opowiada o losie kolejnych pokoleń rodziny uwięzionej w przeszłości zawieszonej między Algierią a Francją.


Sztuka traceniaDo niedawna Algieria była dla Naïmy tylko nieciekawym tłem rodzinnej historii. We francuskim społeczeństwie, które wciąż stawia sobie pytanie o własną tożsamość, wszystko zdaje się jednak odsyłać ją do własnych korzeni. Rzecz w tym, że nikt nigdy nie opowiedział Naïmie o przeszłości przodków.

Czy na jej życie i tożsamość może mieć wpływ coś, o czym nie ma pojęcia?

Dziadek Naïmy – kabylski góral – zmarł, zanim zadała mu pytanie, dlaczego historia określiła go mianem harki. Jej babcia być może mogłaby udzielić odpowiedzi – gdyby tylko mówiła w języku zrozumiałym dla wnuczki…

Milczeniem zbywa ją także ojciec, który przybył do Francji latem 1962 roku i zamieszkał w pośpiesznie zbudowanym obozie przejściowym. Nigdy nie usłyszała od niego ani słowa o Algierii jego dzieciństwa.

W tym wielkim powieściowym fresku Alice Zeniter opowiada o losie kolejnych pokoleń rodziny uwięzionej w przeszłości zawieszonej między Algierią a Francją.

“Sztuka tracenia” to historia wolności, jaką ma w sobie każdy, niezależnie od swojego dziedzictwa oraz nakazów społecznych. To powieść o emigracji i integracji, o powrocie do korzeni i odkrywaniu własnej tożsamości.

Alice Zeniter jest francuską dramatopisarką, scenarzystką i autorką powieści, które uhonorowano między innymi nagrodą literacką miasta Caen, Prix littéraire de la Porte Dorée oraz Prix de la Fondation Laurence Trân. Zadebiutowała w wieku szesnastu lat książką “Deux moins un égal zero”. “Sztuka tracenia” to jej piąta powieść, wyróżniona Prix littéraire du Monde, Goncourt des Lycéens oraz Polskim wyborem Goncourtów.

Alice Zeniter
Sztuka tracenia
Przekład: Agnieszka Rasińska-Bóbr
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 17 października 2018
 
 

Sztuka tracenia


PROLOG

Od kilku lat Naïma doświadcza nowego rodzaju rozpaczy, który pojawia się regularnie wraz z kacem. Nie chodzi po prostu o ból głowy, niesmak w ustach czy ucisk w żołądku, który nie chce normalnie pracować. Gdy otwiera oczy po zbyt mocno zakrapianym wieczorze (musiała zacząć robić między nimi dłuższe przerwy, nie była w stanie przeżywać tej udręki co tydzień, a tym bardziej dwa razy w tygodniu), pierwsze zdanie, jakie przychodzi jej do głowy, brzmi:
Nie dam rady.
Przez pewien czas się zastanawiała, z czym wiąże się to poczucie nieuchronnej klęski. Może w tym zdaniu chodziło o to, że nie potrafi znieść wstydu, jakim napawa ją za każdym razem jej zachowanie minionego wieczoru (mówisz za głośno, wymyślasz jakieś historie, ciągle starasz się zwracać na siebie uwagę, jesteś wulgarna), albo o żal, że tyle wypiła i nie była w stanie przestać (to ty krzyknęłaś: „No nie, przecież nie pójdziemy jeszcze spać!”). Zdanie mogło też dotyczyć jej fatalnego samopoczucia… A potem zrozumiała.
Kiedy ma kaca, namacalnie uświadamia sobie, jak niesłychanie trudno jest żyć, co zwykle, przy odrobinie dobrej woli, udaje się ukryć.
Nie dam rady.
W ogóle. Wstawać co rano. Jeść trzy razy dziennie. Kochać. Przestać kochać. Czesać się. Myśleć. Ruszać się. Oddychać. Śmiać się.

Czasem nie potrafi tego ukryć i to wyznanie wymyka się jej, gdy wchodzi do galerii.
– Jak się czujesz?
– Nie dam rady.
Kamal i Élise wybuchają śmiechem albo wzruszają ramionami. Nie są w stanie zrozumieć. Naïma patrzy, jak chodzą po sali wystawowej, ruszają się tylko ciut wolniej, bo poprzedniego wieczoru zabalowali, ale oszczędzono im tego objawienia, które ją przytłacza: życie codzienne jest sportem wyczynowym, a ona właśnie, na własną prośbę, została zdyskwalifikowana.
Ponieważ z niczym nie daje sobie rady, dni kaca muszą być zupełnie puste, pozbawione wszystkiego. Rzeczy dobrych, które kac mógłby tylko zepsuć, i złych, które nie napotkałyby na żaden opór i zniszczyłyby wszystko w środku.
Jedyne, co potrafi znieść, gdy ma kaca, to talerz makaronu z odrobiną masła i soli: w odpowiedniej ilości, o neutralnym, niemal nieistniejącym smaku. A do tego seriale telewizyjne. Krytycy często powtarzają w ostatnich latach, że przeżywamy prawdziwą rewolucję. Że serial został wyniesiony na wyżyny sztuki. Że to wspaniałe.
Być może. Ale Naïma tkwi w przekonaniu, że prawdziwą racją bytu seriali telewizyjnych jest niedzielny kac, kiedy trzeba czymś wypełnić dzień, nie wychodząc z domu.

Nazajutrz za każdym razem zdarza się cud. Wraca zapał do życia. Wrażenie, że jest w stanie czegoś dokonać. Jakby rodziła się na nowo. Prawdopodobnie dlatego, że nazajutrz istnieje, Naïma pije nadal.
Są dni po pijaństwie – otchłań.
I następne dni po tych dniach – radość.
Ich przeplatanie się wywołuje nieustannie zwalczane poczucie kruchości, z której ulepione jest życie Naïmy.

Tego ranka czeka jak zwykle na następny ranek i – tak jak koza pana Seguin – na wschód słońca.
Od czasu do czasu koza pana Seguin spoglądała w gwiazdy tańczące na jasnym niebie i mówiła sobie: „Och! Żeby tylko wytrzymać do świtu…”.1
A potem, gdy jej przygaszony wzrok pogrąża się w otchłani kawy, w której odbija się plafoniera, obok tradycyjnej natrętnej i strasznej myśli („Nie dam rady”) wślizguje się druga myśl. Przeszywa ją niejako prostopadle w stosunku do pierwszej.
Początkowo przemyka jej przez głowę tak szybko, że Naïma nie jest w stanie jej odczytać. Ale potem zaczyna rozróżniać poszczególne słowa:
„…wie, co robią wasze córki w dużych miastach…”
Skąd pochodzi ten strzęp zdania, który kołacze jej się po głowie?
Idzie do pracy. W ciągu dnia wokół początkowego fragmentu gromadzą się kolejne słowa.
„…noszą spodnie…”
„…piją alkohol…”
„…zachowują się jak dziwki…”
„Jak sądzicie, co robią, gdy mówią, że studiują?”
I gdy Naïma rozpaczliwie się zastanawia, jaki związek z nią ma ta scena (Czy te słowa padły w jej obecności? Czy słyszała je w telewizji?), z jej zbolałej pamięci wyłania się jedynie wściekłość malująca się na twarzy jej ojca Hamida, który ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi wargami powstrzymuje się, żeby nie wrzasnąć.
„Wasze córki noszą spodnie…”
„…zachowują się jak dziwki…”
„…zapomniały, skąd pochodzą”.
Wykrzywiona ze złości twarz Hamida nakłada się na rozwieszone w galerii, otaczające Naïmę fotografie szwedzkiego artysty i za każdym razem, gdy dziewczyna odwraca głowę, widzi ją unoszącą się w połowie białej ściany, na antyrefleksyjnych szybach, które chronią dzieła.

– Tak mówił Muhammad na ślubie Fatihy – informuje ją siostra, z którą wieczorem rozmawia przez telefon. – Nie pamiętasz?
– I chodziło mu o nas?
– O ciebie nie. Byłaś za mała, chodziłaś chyba jeszcze do gimnazjum. Mówił o mnie i o kuzynkach. Najśmieszniejsze jest…
Myriem zaczyna się śmiać i jej chichot miesza się z dziwnymi trzaskami na linii, które słychać przy połączeniach zagranicznych.
– Co?
– Najśmieszniejsze jest to, że był kompletnie pijany, gdy chciał nas wszystkie uczyć zasad moralności muzułmańskiej. Naprawdę nic nie pamiętasz?
Naïma cierpliwie, z uporem grzebie w pamięci i wydobywa z niej kawałeczki obrazów: biało-różowa sukienka Fatihy z błyszczącego sztucznego materiału, namiot w ogrodzie przy sali weselnej, gdy podawano lampkę wina, portret prezydenta Mitterranda w merostwie („Jest na to za stary”, pomyślała), słowa piosenki Michela Delpecha o Loir-et-Cher, purpurowa twarz jej matki (Clarisse czerwieni się od brwi, co zawsze bawiło jej dzieci), boleśnie spięta twarz jej ojca, a poza tym słowa Muhammada – teraz ma go przed oczyma, zataczał się po południu pośród gości w beżowym garniturze, który go postarzał.

Jak sądzicie, co robią wasze córki w dużych miastach? Mówią, że jadą na studia. Ale spójrzcie na nie: noszą spodnie, palą, piją, zachowują się jak dziwki. Zapomniały, skąd pochodzą.

Od lat nie widziała Muhammada na rodzinnym obiedzie. Nigdy nie łączyła nieobecności wuja z tą sceną, która wyłoniła się z jej pamięci. Po prostu myślała, że wreszcie zaczął dorosłe życie. Długo mieszkał z rodzicami i przypominał nastolatka z powodu czapek z daszkiem, bluz od dresu w odblaskowych kolorach i pozbawionego złudzeń bezrobocia. Śmierć jego ojca Alego stanowiła znakomity powód, by jeszcze się nie wyprowadzać. Matka i siostry wołały go, używając pierwszej sylaby imienia rozciągniętej w nieskończoność, przez całe mieszkanie albo z okna w kuchni, gdy wysiadywał na ławkach na placu zabaw:
– Muuuuuuu!

Naïma pamięta, że gdy była mała, czasami przyjeżdżał do nich na weekend.
– Ma kłopoty sercowe – tłumaczyła córkom Clarisse z niemal medycznym współczuciem tych, którzy żyją od tak dawna w szczęśliwym związku, że ta bezkonfliktowa miłość jakby zdążyła wymazać nawet wspomnienie problemów sercowych.
W pstrokatym stroju i adidasach nad kostkę Mu wydawał się zawsze Naïmie i jej siostrom trochę śmieszny, gdy spacerował po dużym ogrodzie ich rodziców lub siadał w altanie ze swoim starszym bratem. Teraz, gdy się nad tym zastanawia – nie jest w stanie ustalić, co wymyśla w tej chwili, by uzupełnić wyblakłe wspomnienia, a co wymyślała wtedy, żeby zemścić się za to, iż wykluczono ją z dyskusji dorosłych – widzi, że był nieszczęśliwy z zupełnie innych powodów niż kłopoty sercowe. Wydaje się jej, że słyszy, jak opowiada o straconej młodości znaczonej puszkami piwa na klatce schodowej i drobną dilerką. Wydaje się jej, że słyszy, jak mówi, że nie powinien był rzucać liceum, chyba że to Hamid lub Clarisse pozwolili sobie na ten retrospektywny osąd. Mówi też do brata, że osiedle w latach osiemdziesiątych nie miało już nic wspólnego z tym, które znał Hamid, i że nie można mieć mu za złe, iż nie wierzy, że może znaleźć pracę. Wydaje się jej, że widziała, jak płacze pod ciemnymi kwiatami klematisu, a Hamid i Clarisse szeptali coś uspokajająco, ale niczego nie jest pewna. Od lat nie myślała o Muhammadzie (zdarza jej się często wyliczać w głowie wujków i ciocie, tylko żeby sprawdzić, że o nikim nie zapomina, czasami jednak zapomina i to ją martwi). Jak daleko sięga pamięcią, zawsze był smutny. W którym momencie postanowił, że jego rozpacz jest tak wielka jak kraj, którego brakuje, i utracona religia?
Słowa „odblaskowego” wujka kołaczą jej się w głowie jak irytująca muzyczka karuzeli stojącej tuż pod oknami.

„Czy zapomniała, skąd pochodzi?”
Gdy Muhammad wypowiada te słowa, mówi o Algierii. Ma za złe siostrom Naïmy i jej kuzynkom, że zapomniały o kraju, którego nigdy nie znały. Podobnie zresztą jak on, bo urodził się na osiedlu w Pont-Féron. Co można zapomnieć?
Oczywiście, gdybym ja pisała historię Naïmy, nie zaczynałabym od Algierii. Rodzi się w Normandii. O tym należałoby opowiedzieć. O czterech córkach Hamida i Clarisse, które bawią się w ogrodzie. O ulicach Alençon. O wakacjach na półwyspie Cotentin.
A jednak, jeśli wierzyć Naïmie, Algieria zawsze gdzieś tam była. Stanowiła sumę różnych elementów składowych: jej imienia, ciemnej karnacji, czarnych włosów, niedzieli spędzanych u Jemmy. Tej Algierii nie mogła zapomnieć, bo nosiła ją w sobie i na twarzy. Gdyby ktoś jej powiedział, że to, o czym mówi, wcale nie jest Algierią, że to cechy wyróżniające imigrantów z Maghrebu, a ona należy do ich drugiego pokolenia (jakby nigdy nie przestawało się imigrować, jakby ona sama była w ruchu), Algieria natomiast jest rzeczywistym krajem, istniejącym fizycznie, leżącym po drugiej stronie Morza Śródziemnego, Naïma przerwałaby może na moment, a potem przyznałaby, że tak, to prawda,  t a m t a  Algieria, tamten kraj zaczął dla niej istnieć znacznie później, w roku jej dwudziestych dziewiątych urodzin.
Do tego niezbędna okaże się podróż. Będzie musiała zobaczyć Algier z pokładu promu, by kraj wyłonił się na nowo z milczenia, które spowijało go szczelniej niż najgęstsza mgła.
Potrzeba sporo czasu, by kraj wyłonił się z milczenia, zwłaszcza Algieria. Jej powierzchnia wynosi 2 381 741 kilometrów kwadratowych, co daje jej dziesiąte miejsce na świecie pod względem wielkości, pierwsze na kontynencie afrykańskim i w świecie arabskim; 80 procent tej powierzchni zajmuje Sahara. Naïma dowiedziała się tego z Wikipedii, a nie z opowieści rodzinnych, nie dlatego, że przemierzyła tę ziemię. To, że człowiek jest zmuszony szukać w Wikipedii informacji o kraju, z którego podobno pochodzi, może świadczyć o tym, że jest tu jakiś problem. Może Muhammad ma rację. Czyli nie zaczyna się to od Algierii.
A raczej tak, ale nie zaczyna się od Naïmy.

CZĘŚĆ 1
ALGIERIA TATY

„Wywołało to radykalną zmianę, którą stary porządek mógł przetrwać jedynie fragmentarycznie, wyszedł z niej osłabiony, anachroniczny”.
ABDELMALEK SAYAD, La double absence

„Algieria Tatusia umarła”.
CHARLES DE GAULLE

Wykorzystując jako pretekst uderzenie wachlarzem konsula Francji przez deja Algieru w przypływie złości – a może to była packa na muchy, wersje są różne – armia francuska rozpoczyna podbój Algierii wczesnym latem 1830 roku, w piekielnym upale, który będzie się tylko nasilał. Jeśli przyjmiemy, że chodziło o packę na muchy, wyobrażając sobie tę scenę, do palącego słońca trzeba dodać brzęczenie granatowoczarnych owadów krążących wokół twarzy żołnierzy. Jeśli skłaniamy się ku wachlarzowi, trzeba przyznać, że okrutny, zniewieściały wizerunek deja przedstawionego na modłę orientalną, jaki się przed nami wyłania, stanowi być może jedynie kiepskie uzasadnienie dla ambitnego planu wojskowego – podobnie jak cios zadany konsulowi niezależnie od użytego narzędzia. Przyznaję, że wśród różnych pretekstów do wypowiedzenia wojny z tego emanuje pewna poezja, która ma swój urok – zwłaszcza w wersji z wachlarzem.
Podbój odbywa się w paru etapach, bo trzeba stoczyć bitwy z kilkoma  A l g i e r i a m i,  najpierw z tą regenta Algieru, potem emira Abd al-Kadira, później z Kabylią, a wreszcie, po upływie półwiecza, z Saharą, z Terytoriami Południowymi, jak nazywa się je w metropolii, a nazwa ta jest jednocześnie tajemnicza i banalna. Z tych rozmaitych Algierii Francuzi robią departamenty francuskie. Anektują je. Przyłączają. Wiedzą już, że historia narodowa, historia oficjalna jest jak kałdun, do którego można wsadzić duże połacie ziemi, jeśli one tylko się zgodzą, by narzucić im datę urodzenia. Gdy nowi przybysze kotłują się w wielkim bandziochu, historia Francji nie przejmuje się tym bardziej niż człowiek, który słyszy, jak mu burczy w brzuchu. Wie, że proces trawienia może zabrać trochę czasu. Historia Francji zawsze kroczy u boku armii francuskiej. Stanowią parę. Historia jest Don Kichotem i jego marzeniami o wielkości; armia – Sancho Pansą, który kłusuje obok, by zająć się czarną robotą.
Latem 1830 roku Algieria ma charakter klanowy. I  w i e l e   h i s t o r i i.  A gdy historia przyjmuje liczbę mnogą, niedaleko jej do bajki i legendy. Opór Abd al-Kadira i jego obozu, wędrownej wioski zdającej się unosić nad pustynią, opór szabli, burnusów i koni wydaje się żywcem zaczerpnięty z Księgi tysiąca i jednej nocy, kiedy widzi się go z perspektywy metropolii. To czarująco egzotyczne, szepczą paryżanki, odkładając gazetę. A przez słowo „czarujący” należy oczywiście rozumieć: niepoważny. Historia Algierii w liczbie mnogiej nie ma ciężaru oficjalnej historii – tej, która łączy. Więc książki Francuzów pożerają Algierię wraz z jej baśniami i przekształcają w kilka stron własnej historii, co wydaje się precyzyjnym ruchem, rozciągającym się między słupami milowymi wykutych na pamięć dat, w których ucieleśnia się, krystalizuje i promienieje nagły postęp. Stulecie kolonizacji w 1930 roku to uroczystość pożerania, na której Arabowie są zwykłymi statystami, pełnią rolę dekoracji, jak kolumnada z innej epoki, ruiny rzymskie lub plantacja egzotycznych starych drzew.
A jednak po obu stronach Morza Śródziemnego już podnoszą się głosy żądające, by Algieria nie była jedynie rozdziałem w książce, której nie miała prawa napisać. Na razie jakby nikt ich nie słuchał. Inne z radością przyjmują oficjalne wersje i prześcigają się w popisach retorycznych, które sławią dokonującą się misję cywilizacyjną. Jeszcze inne milczą, bo wyobrażają sobie, że historia toczy się w innym, równoległym świecie, w świecie królów i wojowników, w którym nie ma dla nich miejsca, w którym nie mają do odegrania żadnej roli.
Ali natomiast wierzy, że historia została już napisana, i w miarę jak on posuwa się do przodu, historia rozwija się tylko i ukazuje. Wszystkie jego czyny nie mogą spowodować zmiany, ale odsłaniają historię. Maktub, tak jest zapisane. Nie wie dobrze gdzie, może w chmurach, może w liniach dłoni lub maleńkimi literami we wnętrzu ciała, może w źrenicy Boga. Wierzy w maktub, bo sprawia mu to przyjemność, bo uważa, że miło jest nie musieć o wszystkim decydować. Wierzy także w maktub, bo gdy dobiegał trzydziestki, niemal przez przypadek osiągnął bogactwo, toteż myślenie, że tak było mu pisane, pozwala mu nie czuć się winnym, że los się do niego uśmiechnął.
Na tym być może polega pech Alego (pomyśli później Naïma, gdy będzie próbowała wyobrazić sobie życie dziadka): jego los się odmienił bez jego udziału, Ali zobaczył, jak spełniają się jego marzenia, nie musząc podejmować żadnych działań. Do jego życia wkroczyła magia i tej magii – jak również zachowań, jakie za sobą pociąga – trudno się pozbyć. Szczęście rozbija kamienie, mawiają nieraz tam wysoko, na górze. Tak właśnie się stało w przypadku Alego.
W latach trzydziestych jest tylko biednym nastolatkiem z Kabylii. Podobnie jak wielu chłopaków z wioski zastanawia się, czy harować na maleńkich, suchych jak piasek poletkach rodzinnych albo uprawiać ziemie kolonizatorów lub bogatszego chłopa, czy też iść do pobliskiego miasta Palestro2 i zająć się pracą fizyczną. Próbował zatrudnić się w kopalni w Bu-Mardan, ale go nie chcieli. Podobno stary Faransawi3, z którym rozmawiał, stracił ojca w czasie buntu w 1871 roku i nie chce mieć wokół siebie tubylców.
Ponieważ Ali nie ma stałej pracy, zajmuje się po trochu wszystkim, jest kimś w rodzaju wędrownego chłopa, domokrążcy, a pieniądze, które przynosi do domu, wraz z zarabianymi przez ojca wystarczają na utrzymanie rodziny. Alemu udaje się nawet zgromadzić trochę oszczędności, by móc się ożenić. Gdy kończy dziewiętnaście lat, poślubia jedną ze swoich kuzynek, nastolatkę o pięknej, melancholijnej twarzy. Z tego związku rodzą się dwie córki – wielka szkoda, komentuje surowo rodzina nad łóżkiem położnicy, która umiera ze wstydu. Jak mawia kabylskie przysłowie, w domu, w którym nie ma już matki, jest ciemno nawet przy zapalonej lampie. Młody Ali znosi ciemność tak, jak znosi biedę, powtarzając sobie, że tak mu jest pisane i że dla Boga, który widzi wszystko, życie ma jakiś wyższy sens niż niesione przez nie skrawki trosk.
Na początku lat czterdziestych krucha równowaga ekonomiczna rodziny się załamuje, gdy ojciec Alego, próbując złapać uciekającą kozę, spada ze skały i umiera. Ali zaciąga się wtedy do armii francuskiej, która odradza się z popiołów i dołącza do batalionów alianckich ruszających na rekonkwistę Europy. Ma dwadzieścia dwa lata. Pozostawia pod opieką matki rodzeństwo, jak również swoje córeczki.
Po przyjeździe (taki przeskok jak w mojej opowieści robił także Ali, taki przeskok napotka Hamid, a potem Naïma, gdy będą chcieli posłuchać wspomnień: wojna sprowadzać się będzie tylko do słowa „wojna” wypełniającego te dwa lata) wraca do biedy, którą nieco łagodzi renta wojskowa.
Wiosną nad wyschnięte latem koryto rzeki, które po roztopach wypełniła woda, zabiera swoich młodszych braci, Dżamala i Hamzę, by się umyli. Prąd jest tak silny, że muszą trzymać się kurczowo skał i kępy traw na brzegu, aby ich nie porwał. Dżamal, najmłodszy z całej trójki, jest przerażony. Pozostali bracia śmieją się na całe gardło, kpią z jego strachu, dla żartu łapią go za nogi, a Dżamal myśli, że to woda go wciąga, i modli się z płaczem. Aż tu nagle:
– Uwaga!
Zbliża się do nich jakiś ciemny kształt. Do chlupotu wody i odgłosów toczących się kamieni dochodzi skrzypienie dziwnej łodzi, która obija się o skały, szybko płynąc w dół. Dżamal i Hamza wyskakują z wody, natomiast Ali się nie rusza, kuli się tylko za skalistym występem, w który się wczepia. W jego prowizoryczne schronienie uderza jakiś ciężar, na moment nieruchomieje, a potem znów zaczyna się kołysać, przekrzywia się i zaraz dalej ponosi go prąd. Ali wspina się na skałę i kucając na kamieniu, próbuje przytrzymać to, co przyniosła woda: niesłychanie prostą maszynę, olbrzymią śrubę z ciemnego drewna obracającą się w ciężkiej ramie, której wodom rzeki nie udało się jeszcze rozbić.
– Pomóżcie mi! – wrzeszczy Ali do braci.
Ciąg dalszy w rodzinie opowiadać się będzie zawsze jak bajkę, używając prostych, oszczędnych zdań i potoczystego języka, który wymaga uroczystego tonu: Wówczas wydobyli prasę z wody, naprawili ją i postawili w ogrodzie. Odtąd nieważne było, że ich skąpe poletka są jałowe, bo inni przynosili im swoje oliwki, a oni wyrabiali z nich oliwę. Wkrótce byli na tyle bogaci, by kupić ziemię. Ali mógł ponownie się ożenić i znaleźć żony dwóm braciom. Stara matka odeszła kilka lat później, szczęśliwa i spokojna.