“Wodecki. Tak mi wyszło” to książka na dwa głosy – reporterska opowieść Kamila Bałuka o Zbyszku i przebojowym powrocie jego pierwszej płyty po niemal 40 latach oraz historia Zbigniewa, którą Wodecki snuje w rozmowie z Wacławem Krupińskim tuż przed wybuchem Zbyszkomanii.


Wodecki. Tak mi wyszłoZbigniew czy Zbyszek? Skrzypek klasyczny czy trębacz rozrywkowy? Artysta estradowy czy muzyk awangardowy?

Zbigniew Wodecki miał dwa życiorysy. W pierwszym występował w filharmoniach jako skrzypcowy solista, podbijał Europę u boku Ewy Demarczyk, szalał w jazzowych improwizacjach i nagrywał piosenki, które wyprzedzały resztę polskiego popu przynajmniej o długość plerezy.

W drugim uchodził za eleganckiego pana z telewizji, showmana w popularnych programach, muzyczną instytucję. Tyle że o tym pierwszym wszyscy na lata zapomnieli. Nawet on sam.

Czy Zbigniew mógł przypuszczać, że „powróci” jako Zbyszek?
Czy Zbyszek w młodości planował zostać Zbigniewem?
A może po prostu tak mu wyszło?

Kamil Bałuk, Wacław Krupiński
Wodecki. Tak mi wyszło
Wydawnictwo Agora
Premiera: 3 października 2018
 
 

Wodecki. Tak mi wyszło


Część pierwsza
ZBYSZEK

1

Co człowiek ma w sercu

Twarz zmarłego przyjaciela widniała na odrapanej ścianie. Kompozytor Zbigniew Górny zobaczył ją podczas wieczornego spaceru ulicą Szyperską w Poznaniu. „To swoisty mural” – napisał w SMS-ie. Zdanie na muralu brzmiało:

Trzeba robić to, co człowiek ma w sercu, i czekać na swój czas.
Zbigniew Wodecki 1950–2017

Cytat łatwo odnaleźć w internecie. Wodecki wypowiedział te słowa w 2016 roku, tuż po tym, jak odebrał dwa Fryderyki. Pierwszego dostał za piosenkę roku 2016 Rzuć to wszystko, co złe. Drugiego za album roku pop – album koncertowy, na którym znalazł się również nagrodzony utwór. Materiał nie był nowy. Wodecki zarejestrował go po raz pierwszy czterdzieści lat wcześniej w Warszawie, a nagrania ukazały się na jego debiutanckiej płycie z 1976 roku. Nigdy wcześniej nie dostał za nie nagrody.

Na zdjęciu muralu, które kompozytor Górny zrobił smartfonem, rzucają się w oczy trzy szczegóły.
Po pierwsze, choć cytowane zdanie wypowiedział Wodecki sześćdziesięciosześcioletni, na muralu widnieje jego podobizna z młodości.
Po drugie, mural wydaje się niedokończony, minimalnie niegotowy, brakuje w nim tła w lewym górnym rogu, takiej kropki nad i, która dopełni całość.
Po trzecie, mimo że mural ma ledwie kilka dni, ściana zdążyła się już ukruszyć, wygryzając ze zdania jedno słowo.
Tym słowem jest „czekać”.

2

Robaczek rośnie

Kraków, końcówka lat pięćdziesiątych. Mały Zbyszek siedzi przed czarno-białym telewizorem Szmaragd. Telewizja Polska jeszcze nie emituje filmów animowanych (mniej więcej ćwierć wieku później pojawi się w niej sympatyczna pszczółka). Chłopczyk ogląda program o Afryce. Czarnoskóre kobiety są pokazane bez biustonoszy. Rodzice wypraszają go z pokoju, podgląda przez dziurkę od klucza[1].
To pewnie jeden z pierwszych momentów, kiedy przekonuje się, że poza Polską gdzieś jeszcze jest świat.
Jako czterolatek idzie z rodzicami do operetki. Wieczorem bawi się samochodzikami i śpiewa od niechcenia usłyszaną arię z Krainy uśmiechu Franza Lehára: „Twoim jest serce me, gdy ciebie brak, tchnie pustką świat”. Ojciec kiwa głową z uznaniem.
Jako pięciolatek na dużej scenie wręcza śpiewającej sopranem koloraturowym mamie kwiaty. Koncert Ireny Wodeckiej odbywa się we Floriance, wytwornej sali krakowskiej Akademii Muzycznej. Publiczność bije brawo. Zbysio – ubrany w mundurek piegowaty blondynek – kłania się razem z nią, jakby brawa były również dla niego. Im głośniejsze, tym głębiej się kłania.
Nie chce zejść ze sceny.
Chodzi z ojcem na próby do filharmonii. Słucha orkiestry, a kiedy mu się znudzi, je w bufecie ciastka. Ojciec, pierwszy trębacz Krakowskiej Orkiestry Symfonicznej, zauważa, że synowie jego kolegi, skrzypka Franciszka Zielińskiego, są ledwie kilka lat starsi, a już grają na instrumentach.
– Na czym chcesz grać? – pyta Zbyszka, pomijając pytanie wstępne, czy w ogóle chce.
– Na skrzypcach! – odpowiada chłopczyk, bo myśli, że wystarczy przyłożyć do nich smyczek i instrument zagra sam. Zresztą, w tamtym momencie jeśli Zbyszek gra, to głównie w piłkę nożną.
Postanowione: przez następne lata na boisku spędzi dużo mniej czasu. Chodzi po kuchni, ćwiczy oktawy i tercje. Siostra, Elżbieta, gra na wiolonczeli. Czasem śpiewa, a jej młodszy brat z drugiego pokoju komentuje od niechcenia: „Wyżej, wyżej!”. W przerwach jedzą rosół, bitki, zasmażaną kapustę gotowane przez mamę Irenę, która wtedy swojego sopranu używa już głównie w domu. Pani Wodecka, oprócz gotowania i przyjmowania gości, regularnie ustala harmonogram prób muzykujących domowników. Cała kamienica otwiera okna, ludzie wychodzą do ogrodu, słuchają Wodeckich i ich znajomych muzyków, którzy do pięćdziesięciometrowego mieszkania przychodzą chętnie, najczęściej w niedzielę.
Zbyszek rośnie, wciąż ćwiczy. Jako ośmiolatek występuje już we Floriance bez mamy, za to z kolegą. Dookoła lustra, marmury, komisja i publiczność, na środku Zbyszek w białych podkolanówkach gra Koncert na dwoje skrzypiec Vivaldiego. Myli się. Po latach ten strach przed blamażem będzie wspominał wielokrotnie: „Cała moja rodzina muzykowała, wszyscy znajomi, w tym rosłem, i ciągle było: a zaśpiewaj, a zagraj, a pokaż. Widmo porażki siedzi we mnie jak robak” [2].

Synowie Franka, kolegi taty z orkiestry, do których był porównywany Zbyszek, kilka lat później założą zespół Skaldowie. Będą śpiewać o „prześlicznej wiolonczelistce”, czyli o Ani Wójtowicz, z którą Zbyszek pójdzie do szkoły muzycznej. Któregoś dnia do Ani i Zbyszka, palącego przed budynkiem szkoły papierosy Sport, podejdzie chłopiec w prochowcu. Będzie szukał skrzypka i wiolonczelistki do swojego nowego kabaretu.
Ten chłopiec to Marek Grechuta.

3

Zbyszek poznaje przywódców

Choć Zbyszek woli grać w swoim pokoju Sinatrę, ojciec zmusza go do ćwiczeń na skrzypcach. Niespokojny chłopiec szybko wylatuje z liceum muzycznego i trafia do średniej szkoły muzycznej.
Ewa Michnik, dziś profesor sztuk muzycznych i wieloletnia dyrektorka oper Krakowskiej i Wrocławskiej, była jedną z pierwszych nauczycielek Wodeckiego:
– Po ukończeniu studiów pracowałam w średniej szkole muzycznej w Krakowie. Dyrygowałam orkiestrą i chórem szkolnym. To, że Zbyszek przeniósł się z liceum muzycznego do tej naszej średniej szkoły muzycznej, było dla jego rozwoju kluczowe. Bardzo szybko dojrzał.
Liceum muzyczne, z którego Wodecki zostaje wyrzucony, ma strukturę jak każde inne liceum. Dzieci przechodzą z klasy do klasy i zwykle przebywają w swoich grupach wiekowych.
Z kolei do średniej szkoły muzycznej można startować, mając nawet dwadzieścia cztery lata. Wodecki ma więc szansę zetknąć się z dojrzalszymi kolegami i koleżankami muzykami.
Pod opiekę bierze go dyrektor szkoły Juliusz Weber, pedagog starej daty. Zajęcia u niego nie ograniczają się tylko do porad, jak trzymać rękę na gryfie, grać, interpretować.
Michnik: – Ta szkoła uczyła, w jaki sposób artysta ma występować na estradzie, pracować i żyć. Dyrektor Juliusz Weber był nie tylko nauczycielem, ale też duchowym przywódcą.
Przywódca obserwuje, jak pod jego okiem rodzi się talent.
Ewa Michnik podkreśla, że od początku była zafascynowana sposobem gry Wodeckiego na skrzypcach.
– Wszyscy byliśmy – mówi. – Orkiestra, którą prowadziłam, liczyła około siedemdziesięciu osób. Zbyszek Wodecki pełnił nie tylko funkcję koncertmistrza, ale był solistą tej orkiestry, a więc przygotowywał koncerty solowe, na przykład Wieniawskiego czy Karłowicza, w których nasza orkiestra mu akompaniowała. Pamiętam nasz pierwszy występ zagraniczny. Długo jechaliśmy pociągiem do Wiednia. To były wczesne lata siedemdziesiąte. Młodzież szalała ze szczęścia, że w ogóle może wyjechać, a w dodatku koncertuje w pięknej sali Wiedeńskiego Towarzystwa Muzycznego. Dostaliśmy, łącznie z Wodeckim, świetne recenzje. Zebrał gratulacje tam na miejscu i bardzo się cieszył.
„Wiele roboty kosztowało zrobienie ze mnie skrzypka. Właściwie jak ryba w wodzie poczułem się dopiero, grając na tych skrzypcach w wieku piętnastu–szesnastu lat i chałturząc przy okazji. Wówczas zacząłem również bawić się muzyką” – powie po latach Wodecki[3].
Bawi się podczas weekendowych występów w zespole Czarne Perły, w którym pali jeszcze więcej sportów i uczy się pić wódkę.
Po latach będzie żartował, że decyzję o zostaniu muzykiem podjął, kiedy w drodze ze szkoły zobaczył podpitego mężczyznę z instrumentem pod pachą.
Wodecki: „Chowałem się w czasach, kiedy pijani muzycy głównie wytaczali się z knajp po robocie. Wzorzec był atrakcyjny, bo później bywało, że sam się wytaczałem” [4].
Gdy dołącza do Czarnych Pereł, gra jedynie na skrzypcach. Ma ciekawą przypadłość – wynik komplikacji przy porodzie – potrafi wygiąć dłoń tak mocno, że palcami dotyka przedramienia. Nabiera kolegów, że to od nadmiernych ćwiczeń na instrumencie.
Czarnym Perłom deklaruje, że może pożyczyć od ojca trąbkę i spróbować nauczyć się grać. Od puzonisty Marka Michalaka dostaje riffy, palcowanie i poradę, żeby wysokość dźwięku dobierać intuicyjnie. A muzyczną intuicję ma już świetną. Wydaje się, że potrafiłby zagrać na wszystkim.
Czarne Perły wykonują utwory The Beatles, The Rolling Stones, The Animals czy Toma Jonesa. Ale tylko od 19.00 do 22.00. Później ORMO przegania młodzież do domów.
Jadą w pierwszą poważną trasę koncertową – z Modą Polską – akompaniują na pokazach w Nowym Sączu, Rabce i Zakopanem. Grają razem niecały rok.
Potem się rozchodzą. Niektórzy do Skaldów, niektórzy do Niebiesko-Czarnych. Wodecki zabawę muzyką kontynuuje w zespole Anawa, który nazwę wziął z języka francuskiego: „En Avant!” znaczy „Naprzód!”.
Jako siedemnastolatek przychodzi na próbę do klubu Bambuko. Poznaje Marka Grechutę oraz Jana Kantego Pawluśkiewicza i zastępuje w ich zespole poprzedniego skrzypka, pomocnika ślusarza.
Spotyka też Piotra Skrzyneckiego, twórcę Piwnicy pod Baranami, który w tamtym czasie wywiera ogromny wpływ na młodych. Skrzynecki od razu przechodzi z nimi na ty, stawia koniak. Gdy mu się zwraca uwagę, żeby nie uczył palenia papierosów, mówi: „Takiej przyjemności w życiu zabraniać?”.
Wodecki o tamtych czasach: „Myśmy chcieli się wtedy przede wszystkim dobrze bawić. To była przygoda, wygłupy z przymrużeniem oka, ale to była nasza sztuka. Wszyscy palili papierosy i jakoś nikomu to nie szkodziło. Wszyscy pili różne rzeczy i też im się nic złego nie działo. (…) Do rana tak sobie graliśmy w piwnicy i było to świetne uzupełnienie mojego szkolnego, poważnego repertuaru typu Paganini czy Bach. Tu mogłem wreszcie improwizować. Muzyka na gorąco – to była radocha! Człowiek, który to potrafi, może stać cztery tygodnie w górskim potoku i improwizować. Zdolność improwizacji pochodzi od Boga” [5].
I jeszcze: „Piwnica była zachwycająca. To było coś, czego ja nie mogłem zrozumieć. Do sali piwnicznej, w której mieściło się na oko sto osób, przychodziło dwieście i do piątej rano wszyscy się świetnie bawili” [6].
Członkowie Anawy dostają zaproszenie do topowego programu radiowego Podwieczorek przy mikrofonie. Jadą pociągiem do Warszawy. Pierwszy raz w stolicy kończy się pijaństwem. Rano ratują się kawą, trzeźwieją przed występem w radiu. Wracają.
Zbyszek – chudy, w ciemnych okularkach – improwizując w Anawie, rozwija się jako skrzypek. Gra muzykę do filmów. Ma wielu starszych kolegów, którzy mu imponują. Okazuje się, że potrafi znaleźć czas na ćwiczenia, jeśli nie są obowiązkiem.
Wodecki: „Dyplom zagrałem z wyróżnieniem, ale pomogło mi w tym także obcowanie z jazzem, muzykowanie w klubach studenckich, gdy nie musiałem wykonywać tylko tego, co miałem zadane.
Bo mi chodziło o luz” [7].
Ale do luźnego grania Wodecki ma stosunek perfekcjonisty.
Jak twierdzi Jan Kanty Pawluśkiewicz, że od samego początku było widać, że Zbyszek jest młodym wirtuozem skrzypiec: „Zrośnięty z nimi jak Piotr Skrzynecki z kapeluszem, znakomicie wyedukowany, bardzo serio traktował swoją pracę. (…) Ja z kolei zrozumiałem, że mając w zespole takiego muzyka jak Zbyszek, mogę pisać piosenki, nie oglądając się na ograniczenia techniczne wykonawcy, ciekawsze aranżacje, szukać dźwięku. Że on zagra wszystko to, co miałem w głowie” [8].
– Czy Wodecki był smutnym, poważnym chłopakiem? – pytam Ewę Michnik.
– Ja go zapamiętałam jako radosnego, pełnego życia młodego człowieka, niezwykle sympatycznego. Do Wiednia jechaliśmy w jednym przedziale, było mnóstwo śmiechu, radości, takiej beztroski młodzieńczej. Radość z tego, że jedziemy, a potem z tego naszego sukcesu. Roześmiany chłopiec z piękną czupryną, taki pozostał w mej pamięci.
Może spoważniał niedługo później?
Jan Kanty Pawluśkiewicz: „To nie było dziecko, tylko poważny facet (…). Imponowało mu, że traktujemy go poważnie, bo był doskonałym partnerem muzycznym; że przychodziła publiczność, dziewczyny, światek artystyczny. Podobało mu się, że wchodzi w świat dorosłych, którzy jednak mają dystans, poczucie humoru, szaleństwo w oczach” [9].

Światek artystyczny, w którym porusza się Wodecki, ogranicza się jednak do Krakowa. Zbyszek zazdrości swojemu szkolnemu koledze Tadeuszowi Jędrzejowskiemu zagranicznych wyjazdów z Ewą Demarczyk.
Traf chce, że artystka i fanka Marka Grechuty przychodzi do Piwnicy na jeden z występów Anawy. Szuka przy okazji skrzypka. Już wie, że znalazła.
Dla dziewiętnastoletniego Wodeckiego wizyta Demarczyk to wtedy jak wizyta papieża. Kiedy dostaje od niej propozycję dołączenia do zespołu – nie waha się.
Próby Demarczyk odbywają się w Krakowie. Jedna z pierwszych koliduje Wodeckiemu z nagraniem piosenki Grechuty, na które zgodził się równolegle. Podobne konflikty terminów będą go prześladować przez całe życie.
Z Grechutą i Anawą zdąży jeszcze zarejestrować płytę. Gra na skrzypcach i dośpiewuje między innymi słynny chórek w Niepewności, ten, który wchodzi po „Czy to jest przyjaźń / czy to jest / kochanie”.
Jan Kanty Pawluśkiewicz: „Nakładał siedem–osiem głosów, zatem niepotrzebny był chór, wystarczał Wodecki. Brzmiało to jak Chór Aleksandrowa” [10].
Między jednym a drugim kieliszkiem w Piwnicy pod Baranami znika i przechodzi na wyłączność do zespołu Demarczyk.
Jan Kanty Pawluśkiewicz: „Z dnia na dzień nas opuścił. Z jednej strony był lekki kwas, rozczarowanie i smutek. Z drugiej: grać u Demarczyk oznaczało wjechanie windą na najwyższe piętro” [11].
Ewa Demarczyk to kolejna osoba, która potrafi zmobilizować Wodeckiego do ćwiczeń.
Wodecki: „Na próbach potrafiła stworzyć domową atmosferę, co jeszcze bardziej zmuszało mnie do wysiłku umysłowego i fizycznego, żeby grać te nuty, które tam były napisane. Czułem się zobligowany, żeby jako gość nie podpaść. Ale połknięcie takiego materiału, dwóch godzin muzyki, było trudne” [12].
O szkole powie, że za bardzo go absorbowała. Zauważy, że wielu znanych muzyków miało problemy ze szkolnym programem, literaturą muzyczną i wszystkim tym, co jego zdaniem wcale nie jest muzykowi potrzebne.
Wodecki o występach z Grechutą i Demarczyk: „To strasznie przeszkadzało w szkole, a raczej – to szkoła przeszkadzała mi w tym, bo ja się rozwijałem artystycznie. Zygmunt Konieczny pisał, trzeba było improwizować, grać trudne podziały. Powiem jeszcze raz, otwarcie – szkoła w niektórych wypadkach przeszkadza” [13].
Dochodzi do wniosku, że trzeba po prostu grać. Więc gra często.
Halina Jarczyk, koleżanka Wodeckiego z podstawówki, mówi, że Zbyszek nie zamierzał iść na studia, bo nie były mu do niczego potrzebne.
Jarczyk: – Jego dyplom, czyli koncert Karłowicza, to był ewenement. To mój ukochany, niezwykle trudny koncert i po tym, że Zbyszek go opanował, było widać, że jest już właściwie skrzypkiem kompletnym. W kontekście zawodu na studiach w Polsce niczego już by się nie nauczył.
A jeśli nie w Polsce?
Gdy Wodecki wygrywa przesłuchania w Łańcucie, może zacząć pięcioletnie studia w konserwatorium w Leningradzie.
Rezygnuje, bo zakłada rodzinę. A za granicę woli jeździć z Demarczyk.
Z jej zespołem odwiedza: Kolonię, Dortmund, Hamburg, Wiedeń, Genewę, Paryż, Brukselę.
To nie Polska Gomułki.
Raczej skrzypcowe improwizacje w paryskiej Olimpii, gdzie występują Maurice Chevalier, Jacques Brel, Yves Montand. Koncerty we Francji tuż po protestach i rezygnacji Charles’a de Gaulle’a. To paląca marihuanę i trzymająca nogi na oparciach krzeseł młoda francuska publiczność, pięć sekund ciszy i burza oklasków po występie. Ludzie podjeżdżający bentleyami, rolls-royce’ami. Owacje na stojąco i garderoby, w których dopiero co siedzieli Beatlesi.
Wyjazdy z Demarczyk to zapach wysokooktanowej benzyny, banany, marlboro, zagraniczne płaszcze, sex-shopy. Kawior i obrazy Rubensa w prywatnych willach. To trudności w obsłudze windy i świateł w hotelowych pokojach.
To Australia, Brazylia i Kuba.
Ale nawet stamtąd wysyła telegramy do Polski.
Palmy, które zachwycają w pierwszy dzień, po kilku tygodniach przestają cieszyć. Na wystawnych bankietach trzeba jeść na zapas, żeby zaoszczędzić diety i kupić potem w Polsce szynkę i ortalion.
Choć koncertuje na Kubie i w Paryżu, to utwory, w których gra skrzypcowe solo, opowiadają o powstaniu warszawskim.
Choć ciekawi go zagranica i w cztery lata zwiedzi świat, wszędzie czuje się obco. Bo słońce inaczej świeci, a powietrze inaczej pachnie.
Tęskni do żony Krystyny. Do kefiru, do kaszy gryczanej, schabowego w barze mlecznym.
Tęskni do Krakowa.