Książka “Metternich. Orędownik pokoju” to biografia Klemensa von Metternicha (1773–1859), dyplomaty i wieloletniego kanclerza Austrii, jednej z najważniejszych postaci Kongresu Wiedeńskiego i głównego architekta porządku politycznego, któremu kres przyniosła I wojna światowa.


Metternich. Orędownik pokojuNieodrodny syn niespokojnej epoki rewolucji i wojen przełomu XVIII i XIX stulecia.

Metternich urodził się w Koblencji, pochodził z nadreńskiej szlachty. Z myślą o karierze w dyplomacji studiował prawo w Strasburgu i Moguncji. W 1795 ożenił się z wnuczką ówczesnego kanclerza Austrii Wenzela Antona Kaunitza i zamieszkał w Wiedniu, co związało go z Austrią. Służbę dyplomatyczną rozpoczął w 1897 roku. Po misjach w Dreźnie i Berlinie został ambasadorem Austrii we Francji, potem ministrem spraw zagranicznych. Był jednym z głównych organizatorów Kongresu Wiedeńskiego, przyczynił się również do powstania Świętego Przymierza. W 1821 roku został kanclerzem Austrii. W czasie Wiosny Ludów uciekł do Londynu. Do Wiednia powrócił w 1851 roku, ale nie objął już żadnego stanowiska i nie odzyskał poprzedniej pozycji, choć nieoficjalnie doradzał cesarzowi i ministrom spraw zagranicznych.

Uznawany za jednego z najbardziej uzdolnionych i skutecznych polityków w XIX wieku, Metternich kierował się dyplomatycznym realizmem i hołdował zasadzie zachowania równowagi sił w Europie. Po upadku Napoleona dążył do przywrócenia ładu politycznego bez dominującego mocarstwa. Ukoronowaniem jego starań był Kongres Wiedeński. Przez całe dekady Metternich zawierał pragmatyczne – formalne lub nie – koalicje z innymi państwami i jednocześnie dbał, by sprzymierzone kraje nie urosły zanadto w siłę, a inne nie zostały zbytnio osłabione. Prowadził politykę utrzymującą rozdrobnienie Niemiec i Włoch, przez lata uniemożliwiał powstanie Rzeszy Niemieckiej. Aranżował polityczne małżeństwa władców. Z niezwykłym talentem wykorzystywał sprzeczne interesy innych państw dla wzmacniania Austrii, niekiedy przypisując jej rolę mediatora.

Obraz bohatera byłby niepełny bez wspomnienia o burzliwym życiu prywatnym i otoczeniu Metternicha. Franz Herre barwnie przedstawia młode lata przyszłego kanclerza, jego romanse oraz środowisko z którego się wywodził, czyli tracących znaczenie panów feudalnych gasnącego Cesarstwa.

Biografia jednego z najpotężniejszych i kontrowersyjnych polityków swoich czasów, którego ocena do dziś budzi emocje, to również interesujący obraz ścierających się prądów konserwatywnych z coraz silniejszymi dążeniami narodowościowymi i rewolucyjnymi.

Franz Herre
Metternich. Orędownik pokoju
Przekład: Barbara Floriańczyk
Seria:„Biografie Sławnych Ludzi”
PIW Państwowy Instytut Wydawniczy
Premiera w tej edycji: 17 września 2018
 
 

Metternich. Orędownik pokoju


KONIEC PEWNEGO ŚWIATA

Klemens Wenzel Lothar Metternich mawiał, że w jego żyłach płynie Ren; jego krajem rodzinnym jest więc Nadrenia, ojczyzną zaś – Europa.
Urodził się w roku 1773 w Koblencji. Ren był jeszcze wówczas rzeką europejską, nie zaś „naturalną granicą” Francji, jak domagali się tego jakobini i bonapartyści; nie był jeszcze „rzeką niemiecką, ale także nie granicą Niemiec”, jak ripostowali niemieccy romantycy.
Strasburg należał już wprawdzie do króla Francji, lecz Montbéliard nazywało się jeszcze Mömpelgard i było pod panowaniem księcia Wirtembergii. I tu, i tam w kościołach modlono się po łacinie, w salonach konwersowano po francusku, a w izbach mówiono po niemiecku.
Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego rozciągało się jeszcze wiele dni drogi na zachód od Koblencji, do Luksemburga i Namur, Brukseli i Brugii. Niderlandy Austriackie były pod panowaniem cesarza Habsburga, którego główną podporę stanowili duchowni elektorzy Moguncji, Trewiru i Kolonii. W tej „klerykalnej uliczce” nad Renem odtwarzali oni rzymskokatolickie średniowiecze, reprezentowali feudalną, federalną i uniwersalną Rzeszę – demonstrując swój anachronizm w dobie oświecenia, absolutyzmu i budzącego się nacjonalizmu.
Historia Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego była w Trewirze stale obecna. W okresie późnorzymskim był on rezydencją cesarską i siedzibą biskupów, a od czasów frankońskich – arcybiskupa, którego sufraganami byli biskupi Metzu, Toul i Verdun oraz – od 1777 roku – nowo kreowani biskupi St-Dié i Nancy. Duchownym władcą panującym był w XIII wieku elektor, jeden z siedmiu, a później dziewięciu książąt mających prawo wyboru króla niemieckiego, drugi w hierarchii po elektorze mogunckim.
Dla ostatniego arcybiskupa i elektora trewirskiego Klemensa Wenzeslausa było tej historii aż nadto, zwłaszcza że w XVIII wieku jego godność nie przynosiła zbyt wiele, a była coraz większym ciężarem. Ów wnuk Augusta Mocnego Sasa (prawowity książę krwi) przeniósł więc swą rezydencję z miasta posiadającego Porta Nigra1 do pogodnej Koblencji. Francuskim architektom zlecił zbudowanie klasycystycznego zamku, w którym rezydował jak barokowy książę; dla swych 280 tysięcy poddanych starał się być surowym, lecz sprawiedliwym władcą w myśl oświeconego absolutyzmu i łagodnym duszpasterzem.
Klemens Wenzeslaus nosił nazwisko Metternich po swym ojcu chrzestnym, który zaszczycił stary ród będący w służbie duchownych elektorów i zasłużony dla Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Ród ten wywodził swe nazwisko od miejscowości Metternich położonej koło Weilerswist i w 1679 roku otrzymał godność hrabiów Rzeszy. Zależał on bezpośrednio od Rzeszy, a pośrednio od nadreńskiej Germania sacra, tej miniatury Sacrum imperium. Na jej terytorium rodziny takie jak Metternichowie, będąc swego rodzaju elektorami w skali mikro, wybierali spośród siebie „lokalnego” cesarza, niekiedy sami wspinali się na szczyt, zadowalając się przejściowo skromniejszymi godnościami i mniej dochodowymi prebendami.
Czterej Metternichowie zostali duchownymi elektorami, trzej w Moguncji, będąc tym samym arcykanclerzami Niemiec, a jeden w Trewirze, będąc arcykanclerzem Burgundii. Najważniejszym z nich był Lothar z Trewiru, po którym późniejszy kanclerz Austrii odziedziczył swe trzecie imię. Podczas wojny trzydziestoletniej bronił on starej wiary i starego cesarza, a także swojej rodziny zamieszkałej w posiadłościach Winneburg i Beilstein nad Mozelą; zbudował jej też okazały dom przy Münzplatz w Koblencji, zwany Dworem Metternichowskim. W nim to 15 maja 1773 roku urodził się Klemens Wenzel Lothar.
W anonsie opublikowanym w „Wöchentliche Coblenzer Frag- und Anzeigungsnachrichten” najwięcej uwagi poświęcono jego ojcu, szlachetnie urodzonemu Franzowi Georgowi Carlowi Josephowi hrabiemu Świętego Cesarstwa Rzymskiego von Metternich, Winneburg i Beilstein, panu na Königswart, Spurkenburg, Naunheim, Reinhardstein i Pousseur, dziedzicznemu szambelanowi arcykapituły mogunckiej, starszemu szambelanowi rzeczywistemu Jego Apostolskiej Wysokości, starszemu tajnemu ministrowi stanu i zastępcy nadmarszałka Jego Wysokości księcia elektora w Trewirze itd.
W wieku dwudziestu siedmiu lat miał on posturę odpowiednią do tej ilości tytułów; po zdobyciu kolejnych został wreszcie urzędnikiem i dostojnikiem cesarskim. Wydawał się uosobieniem starej Rzeszy: korpulentny, ociężały, w peruce na głowie; zamożny, ceremonialny i pewny siebie.
Malarz Johann Baptist Pflug uwiecznił go na płótnie jako mężczyznę postawnego, w starannie ufryzowanej i mocno upudrowanej peruce, o uderzająco czerwonym nosie. Ten Frankończyk znad Mozeli był zwolennikiem Bachusa i kawalerem w służbie Wenus, co także na dworze duchownego pana nie stanowiło przeszkody w karierze. Jedynie rosyjski radca stanu i komediopisarz niemiecki Kotzebue miał prawo wyśmiewać starego Metternicha jako „Amora z głową Saturna, w którego siwych lokach szemrze Zefir”.
Jako hrabia Rzeszy uważał się on za sługę Zeusa albo jego zastępcy w cesarstwie niemiecko-rzymskim; miał on go wspomagać w chronieniu swych przywilejów i korzyści, pilnując porządku i praw w Rzeszy. Cechowała go przy tym raczej gorliwość niż talent. Jako dyplomata – najpierw poseł elektora trewirskiego w Wiedniu, a następnie poseł cesarski przy elektorskich dworach nadreńskich – mówił zbyt wiele. A jako minister – najpierw w elektoracie trewirskim w Koblencji, a później w austriackiej Brukseli – działał zbyt mało.
Więcej szczęścia miał w 1771 roku do ożenku, do którego przyczyniła się w pewnym stopniu Maria Teresa, ta Mater Austriae, która chętnie kojarzyła małżeństwa, a potem miała na oku nowo powstałe rodziny. Hrabianka Maria Beatrix Aloisia von Kageneck pochodziła z uznanego w Wiedniu rodu wywodzącego się z Bryzgowii. Uroda i grzeczność szesnastoletniej narzeczonej były niezaprzeczalne, spryt zaś i ambicję można było wyczytać z charakterystycznego, nieco zbyt spiczastego noska.
Jako narzeczony nie mógł, jako małżonek zaś musiał pogodzić się z faktem, że to ona rządziła w domu, brylowała w towarzystwie, zabierała głos w rozmowach zarówno prywatnych, jak i politycznych. Było to dla niego nie tyle wygodne, ile wręcz korzystne. Hrabina bowiem potrafiła jaśniej niż on myśleć, mądrzej mówić, działać w sposób bardziej rozważny i snuć zręczniejsze intrygi. Nawet jeśli ktoś je przejrzał, czuł się mile połechtany, że został wyprowadzony w pole przez tak uroczą kobietę. Nawet jej złośliwości, które szczególnie lubiła, brano za dobrą monetę – w salonach bowiem zwracano uwagę bardziej na formę niż na treść.
Małżeństwo to było jak związek baroku z rokokiem: z jednej strony poważny małżonek, którego każdy występ urastał do rangi akcji państwowej wywołującej strach lub śmiech; z drugiej – energiczna małżonka, której improwizacje wszystkim się podobały i która impulsywnością zjednywała sobie otoczenie. Z ciekawością oczekiwano, jakie będą dzieci z takiego związku.

W ciągu pięciu lat przyszło ich na świat czworo: w 1772 roku Paulina, która wdała się bardziej w ojca niż w matkę; w 1774 roku Josef, który się wyrodził, zadowalając się podrzędną posadą w wiedeńskiej Kancelarii Państwa; w 1777 roku Ludwig, który nie przeżył nawet roku. Wreszcie w 1773 roku Klemens Wenzel Lothar, który odziedziczył postać i umysł po matce, a odpowiednie do swego stanu zachowanie i radość życia – po ojcu. Połączenie to miało się okazać brzemienne w skutki dla historii.
„Wyobrażam sobie, że urodził się kompletnie ubrany, z upudrowanymi włosami i wychodząc pierwszy raz na świat, należycie się skłonił”. Słowa, którymi Nathaniel Hawthorne opisał Jerzego Waszyngtona, mogły równie dobrze dotyczyć Klemensa Metternicha. Wszedł on bowiem w życie jakby gotowy: od urodzenia był ukształtowanym mężczyzną, z pochodzenia uprzywilejowanym arystokratą i w pełni kawalerem tych czasów, o których współcześni mu wkrótce powiedzą: tylko ten, kto je przeżył, zna słodycz istnienia.
Nic więc dziwnego, że Metternich chciał te czasy przedłużyć w nieskończoność, kierując się bardziej względami osobistymi niż politycznymi. Nie tkwił korzeniami, jak przyjęło się mówić, w przedrewolucyjnym wieku XVIII, albowiem wówczas mógłby wzrastać, adaptując się także do nowych czasów. Jednak jako dorosły wszedł w swój świat, w którym nie mógł się dalej rozwijać i z którego nie chciał wychodzić. W wieku czterdziestu pięciu lat oświadczył, że nie zmienił się od piętnastego roku życia i że za dwadzieścia lat chyba wciąż jeszcze będzie taki sam.
Wszystko spadało mu z nieba: wrodzone talenty, umysłowe zdolności, pochodzenie czyniące jego teraźniejszość szczęśliwą i zapewniającą mu przyszłość. Matka rozpieszczała swego pupilka, a ojciec przesadnie chwalił postępy roztropnego syna i zbytnio pobłażał eskapadom swawolnego chłopca. Rodzeństwo podporządkowywało mu się, uznając jego przewagę i wiedząc, że koniec końców zawsze będzie miał rację.
Już jako dziecko, początkowo mimowolnie, umiał sobie zjednywać wszystkich, zwłaszcza zaś przedstawicielki płci pięknej. Gdy był chłopcem, uważały go one za zabawnego, a gdy stał się młodzieńcem – za zalotnego. Był bowiem śliczny jak z obrazka, śmiały, sprytny i dobroduszny, miał blond włosy i niebieskie oczy; młodzieńczą naiwność i nieśmiałość łączył z uprzejmością i galanterią. Kobiety nie dostrzegały jednak, że zaczął już świadomie sprawiać takie wrażenie; odnosił sukcesy poprzez uważne przysłuchiwanie się, uprzedzanie myśli i życzeń. Potakując ludziom, umiał ich sobie zjednywać, nie wychodząc im zanadto naprzeciw i wcale nie zdając się na ich łaskę; uczył się i wkrótce stał się mistrzem w sztuce obcowania z ludźmi.
Umocniło to jego pozycję społeczną i stanowisko polityczne, lecz nie charakter. Umiejąc tak łatwo zjednywać sobie otoczenie, stał się zbyt zarozumiały, arogancki, pewny siebie i bezkrytyczny wobec własnej osoby; pozbawiony wątpliwości, niezdolny do samooceny i samokrytyki – był egocentrykiem niepozwalającym narzucić sobie niczyjego zdania.
Ciągle przyznawano mu rację, więc sądził, że zawsze ją ma. Nie musiał się nigdy wybijać i szukać uznania, używał więc życia i skłonny był folgować – sobie i innym – w sprawach osobistych, mniej zaś w politycznych. Nie lubił mówić „nie”, zwłaszcza prosto w oczy, pomagając w ten sposób rozmówcy zachować dobre mniemanie o swojej osobie.
Ów Narcyz był zakochany w sobie; podziwiał się w lustrze i czułby się najlepiej, będąc stale podziwianym także przez innych. Skłaniało go to wciąż do przybierania pozy, robienia dobrego wrażenia, dumnego rozpościerania ogona – jak paw, który nie przypadkiem był ulubionym zwierzęciem rokoka.
Starał się przypodobać grzecznościami i pochlebstwami zakrawającymi na służalczość. Umacniała go w tym matka, która uważała, że jest to warunek awansu społecznego. Kiedyś będąc w Strasburgu, oświadczył, że woli muzykę włoską. Matka napomniała go wówczas, że w Niemczech ma mówić o swym upodobaniu do muzyki niemieckiej, a we Francji – do francuskiej.
Ojciec udzielił mu jednej praktycznej rady: ma być uprzejmy wobec wszystkich, a zwłaszcza wobec starszych dam, których gadanie bardziej wpływa na opinię o młodych ludziach, niż się powszechnie uważa. Syn stosował się do tej rady, choć wkrótce nie wystarczało mu już szukanie poklasku tylko u starszych dam. O jego pierwszych miłostkach krążą pikantne historie rozpowiadane przez tych, którzy zazdrościli mu jego późniejszych wielkich miłości: rzekomo sięgał pokojówkom pod spódnice, zabawiał się ze służącymi – co zresztą stanowiło jego jedyny kontakt z ludem.
Od początku żył w zamkniętym kręgu, w feudalnym świecie, w arystokratycznym środowisku. Gabinet ojca i salon matki były jego pierwszymi salami lekcyjnymi. Do elementarnych pojęć należało przekonanie, że posiadłość ziemska musi być szanowana i powiększana jako podstawa nie tylko ekonomicznej, lecz także społecznej i politycznej pozycji arystokracji.
W salonie uczył się zachowania wśród równych sobie i dystansowania się od pozostałych. Na parkiecie poruszał się wkrótce równie pewnie jak na placu zabaw, gdzie – jak wspominał – już jako mały chłopiec przewracał się rzadziej od swych kolegów: „Nie biegałem tak szybko i miałem szeroko otwarte oczy”. Równie szybko przyswoił sobie wytworne maniery – raczej formy, a nie treści towarzyskie; konwersację – paplanie, a nie rozmowę; brylowanie i olśniewanie, coś wiążącego i niewiążącego zarazem, kurtuazję.
Mówiono przy tym po francusku, a on posługiwał się tym językiem tak chętnie, że ojciec musiał go kiedyś upomnieć, by nie zaniedbał całkiem swego języka ojczystego.
Przez całe życie wysławiał się po francusku lepiej niż po niemiecku, a w każdym razie bardziej elegancko, z większą i jednocześnie mniejszą jasnością; jedno drugiemu nie przeszkadzało: był to bowiem język nie tylko filozofów, lecz także dyplomatów.
Wiadomości przyswajał sobie łatwo, niemalże w trakcie zabaw, co nie było bynajmniej korzystne. Dobra pamięć skłaniała go bowiem do przekonania, że nie musi siedzieć w ławce. Nie był dość wytrwały w poszerzaniu i pogłębianiu szybko zapamiętywanych wiadomości. Brakowało mu też chęci do przekształcania wiedzy w dzieło. Nie widział w tym bowiem celu. Przecież posiadał wszystko, czego potrzebował, i miał dostać to, czego pragnął.
Nie ułatwiało to pracy guwernerom. Wytworne rodziny zatrudniały zwykle preceptora, a ponieważ Metternichowie byli rodziną szczególnie wytworną i odpowiednio zamożną, mogli sobie pozwolić na dwóch.
Abbé Bertrand był pijarem, członkiem zakonu, który został założony w czasach kontrreformacji w celu nieodpłatnego nauczania dzieci biedoty. W epoce absolutyzmu kształcił on również dzieci z warstw uprzywilejowanych i w dobie oświecenia oprócz religii dawał podstawy nauk humanistycznych. Klemens chłonął wiarę uzasadnioną w sposób ludzki i ukierunkowaną na człowieka; popadał nawet przejściowo „w religijną przesadę” – czemu nie mógł się później nadziwić.
Przyczyny tego tkwiły zarówno w epoce, jak i w nim samym. Metternichowie byli katolikami, służyli katolickim cesarzom i duchownym elektorom, co nie przeszkadzało ojcu Klemensa zostać wolnomularzem. Wiara w Kościół była potrzebna do uzasadnienia istnienia stanów i urzędów Rzeszy, a szanowana jako tradycyjna forma życia. W tym nastawionym nie tylko antyklerykalnie, lecz również antyreligijnie stuleciu było zrozumiałe, a nawet wybaczalne, że ktoś myśli bardziej o życiu doczesnym niż o życiu pozagrobowym.
Świat, w którym żyli wszyscy ludzie tamtej epoki, a Metternichowie w szczególności, był najlepszym ze światów; został wprawdzie stworzony przez Boga, lecz był podtrzymywany i rozwijany przez oświeconych ludzi. Moje serce spadło szybko z chmur na ziemię – zreasumował Metternich już jako minister szanujący Kościół bardziej jako podporę tronu, a nie przybytek ołtarzy.
Jego osobista skłonność do widzenia teraźniejszości w różowych, a przyszłości w jeszcze bardziej różowych barwach wychodziła naprzeciw racjonalnie uzasadnionemu optymizmowi i wierze w postęp, jakie były charakterystyczne dla oświecenia. Jego roszczenie dotyczące stanowienia o sobie, dążenia do osobistego szczęścia i życia dla własnej przyjemności odpowiadało autonomicznemu prawu i autonomicznej moralności oświecenia. Oświeceniowa próba stworzenia zasad dla wszystkiego i podporządkowania każdego człowieka regułom była zgodna z wyobrażeniami Metternicha o porządku publicznym, w którym chciał zachować swój świat; mniej zaś z jego osobistą postawą, która była na tyle giętka, by zezwalać na odstępstwa od zasad i wyjątki od reguł.
Zbieżność podstawowych wymagań ducha czasów z duchowymi skłonnościami Metternicha wyjaśnia, dlaczego został on nacechowany na całe życie oświeceniem. Dokładniej zaś – stadium, które osiągnęło ono w okresie duchowego formowania się Metternicha, a wyrażało się hasłami: autonomia dla wybranych i oświecony absolutyzm dla całej reszty.
Abbé Bertrand był człowiekiem oświecenia jedynie w połowie, całkowicie zaś był nim drugi z guwernerów: Johann Friedrich Simon, protestant przybyły z zakładu w Dessau, gdzie wychowywano młodych ludzi w duchu filantropizmu. Jego założyciel, Johann Bernhard Basedow, był autorem książki pt. Sittenlehre der Vernunft (Etyka rozsądku). Simon, będący jego uczniem, podkreślał zaś: „Doświadczenie i refleksja są jedynymi wielkimi instruktorami ludzkiego ducha”.
To zdanie utkwiło w pamięci młodego Metternicha. Etykę przyswoił sobie w mniejszym stopniu, najmniej zaś pedagogikę głoszoną przez Rousseau w Genewie, a praktykowaną przez Simona w Strasburgu: jedynie człowiek naturalny jest dobrym człowiekiem, a „powrót do natury” powinien się rozpoczynać od ćwiczeń na wolnym powietrzu, pływania i wędrowania oraz obozowania pod gołym niebem. Nie było to w smak młodemu hrabiemu ceniącemu wygody cywilizacji i niechętnie rezygnującemu z pudru, pomady i peruki, które według Simona miały „sprzyjać fizycznemu i moralnemu złu oraz powodować słabość i zniewieściałość duszy”.
Nie należało się po nim spodziewać „burzy i naporu”, żadnych duchowych wstrząsów i odrzucania konwencji ani żadnych ekstrawagancji i ekscesów. Mając piętnaście lat, był niemal w pełni ukształtowanym mężczyzną, otwartym, przedwcześnie dojrzałym i zblazowanym, prawdziwym paniczem z wielkiego rodu. Posiadał już wówczas prebendę kapituły mogunckiej, do otrzymania której nie wystarczała sama protekcja: trzeba było być zależnym bezpośrednio od Rzeszy i wykazać się posiadaniem szesnastu przodków pochodzenia szlacheckiego.
Uznano, że już dojrzał do wstąpienia na uniwersytet w Strasburgu, do wyższej szkoły dla dyplomatów; miał ku temu predyspozycje i do tego go przeznaczono.