W książce “Przygody młodego przyrodnika”, podobnie jak w swoich filmach przyrodniczych, Sir David z miejsca przykuwa naszą uwagę i nie potrafimy przestać mu towarzyszyć w wędrówce na krańce świata.


Przygody młodego przyrodnikaW 1954 roku młody prezenter telewizyjny David Attenborough otrzymał propozycję życia – miał podróżować po całym świecie w poszukiwaniu rzadkich, trudno osiągalnych zwierząt do kolekcji londyńskiego zoo oraz filmować swoje wyprawy na potrzeby nowego programu telewizji BBC pod tytułem “Zoo Quest” (Zoologiczne poszukiwania).

Oto historia tych podróży. Podczas wędrówek w poszukiwaniu gujańskich mrówkojadów, wielkich indonezyjskich “smoków z Komodo” i paragwajskich pancerników autor i pozostali członkowie zespołu musieli korzystać z gościny miejscowych plemion oraz zmagać się z drapieżnymi rybami, agresywnymi jeżozwierzami nadrzewnymi i biegłymi w sztuce ucieczek dzikimi świniami, a także ze zdradliwym terenem i nieprzewidywalną pogodą, żeby móc rejestrować piękno i biologiczną różnorodność odwiedzanych okolic.

Książka “Przygody młodego przyrodnika”, napisana z właściwymi autorowi dowcipem i urokiem, to nie tylko opowieść o niezwykłej przygodzie, lecz także o człowieku, który nauczył nas kochać świat przyrody i doceniać znaczenie jego ochrony, czym zajmuje się do dziś.

***

Cudowna książka, nieoceniona relacja z pierwszych trzech podróży Davida Attenborough. Tym, co sprawia, że nie sposób oderwać się od tej wspaniałej książki, jest wrażenie, że czytelnik bierze udział w opisywanych przez autora wydarzeniach, stając się członkiem jego zespołu. Na kartach książki, podobnie jak na ekranie, Attenborough dzieli się z nami wiedzą o przyrodzie, ukazuje ją i objaśnia. Jego styl, rozbrajająco autoironiczny, bez reszty zniewala czytelnika.
“Telegraph”

Pisarz o eleganckim, subtelnie żartobliwym stylu.
“The Times”

Oto jeden z ostatnich szlachetnych brytyjskich podróżników w tropikalnym hełmie korkowym raczy nas mnóstwem cudownych, opowiadanych w pięknym stylu opowieści, osadzonych w ostatnich latach istnienia rozpadającego się Imperium Brytyjskiego. Jego pisarstwo jest równie imponujące i urocze, jak jego programy telewizyjne – trudno o większą pochwałę.
“Daily Express”

To nie jest sentymentalna podróż do przeszłości. To żywa, często wręcz nieprawdopodobna i trzymająca w napięciu, skrząca się wysublimowanym poczuciem humoru relacja Davida Attenborough z jego pierwszych wypraw z połowy ubiegłego wieku.
W książce, podobnie jak w swoich filmach przyrodniczych, Sir David z miejsca przykuwa naszą uwagę i nie potrafimy przestać mu towarzyszyć w wędrówce na krańce świata. Jest mistrzem słowa, którym uwodzi, zapraszając do wspólnej wyprawy – i z pewnością wie o tym.
Zafascynowana nim jako przyrodnikiem i autorem niedościgłych filmów, które oglądam (i czytam) od ponad 30 lat, dziś poznałam bliżej Sir Davida Attenborough jako człowieka. To jeszcze jeden walor tej książki.
Tego tytułu nie wolno przeoczyć!
Krystyna Czubówna

Oto jak z młodego entuzjasty narodziła się prawdziwa legenda! Uważny i ciekawy świata obserwator snuje barwne opowieści, w których splata życie ludzi z dziką, zachwycającą przyrodą. Bystre oko, uważne ucho i sprawne pióro to najlepsze narzędzia młodego przyrodnika. Sir David Attenborough wie, jak ich używać. Podpatrzmy, podsłuchajmy i dajmy się ponieść opowieści o naturze. Obowiązkowa lektura dla miłośników przyrody!
Katarzyna Myszkorowska i Andrzej G. Kruszewicz
Dyrekcja Miejskiego Ogrodu Zoologicznego w Warszawie

Sir David Attenborough jest przyrodnikiem i prezenterem telewizyjnym, którego kariera trwa już siódmą dekadę. Po studiach przyrodniczych w Cambridge i krótkim okresie pracy w wydawnictwie zatrudnił się w BBC. Od rozpoczęcia w 1954 roku słynnej serii filmów “Zoo Quest” zbadał niemal każdy aspekt życia na Ziemi i przedstawił go telewidzom. Jego najnowszy program “Planeta Ziemia II” jest cieszącą się największym powodzeniem przyrodniczą produkcją dokumentalną wszech czasów.

David Attenborough
Przygody młodego przyrodnika
Przekład: Adam Tuz
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 4 września 2018
 
 

Przygody młodego przyrodnika


Wstęp

W dzisiejszych czasach ogrody zoologiczne nie wysyłają łowców zwierząt na wyprawy po żywe osobniki. Całkiem słusznie. Świat przyrody już i tak pozostaje pod zbyt dużą presją, nawet bez okradania go z najpiękniejszych, najbardziej charyzmatycznych i najrzadszych mieszkańców. Obecnie większość przedstawicieli gatunków, które przyciągają do ogrodów tłumy zwiedzających – lwów, tygrysów, żyraf, nosorożców, a nawet lemurów i goryli – przychodzi na świat w zoo. Narodziny tych zwierząt odnotowuje się w księgach hodowlanych, dzięki czemu różne kraje mogą się nimi wymieniać bez problemów wywoływanych przez chów wsobny. Zwierzęta odgrywają ważną rolę w zapoznawaniu zwiedzających ze wspaniałością świata natury oraz wyjaśnianiu im wagi i złożoności ochrony przyrody.
Jednak nie zawsze tak było. Londyńskie zoo założyli w 1828 roku ludzie nauki, których nadal absorbowało ważne, acz prawie niemożliwe do wykonania zadanie zestawienia katalogu wszystkich żyjących współcześnie gatunków zwierząt. Niektóre przysyłano z odległych rejonów świata w postaci martwych eksponatów. Inne przybywały żywe i te wystawiano w mieszczących się w Regent’s Park ogrodach Londyńskiego Towarzystwa Zoologicznego (Zoological Society of London). Jedne i drugie stawały się jednak w końcu preparatami anatomicznymi, starannie chronionymi i uważnie badanymi. Nie trzeba dodawać, że szczególną wagę przywiązywano do zdobywania gatunków, których nie posiadało żadne inne zoo, a ta ambicja w pewnym stopniu przetrwała aż do lat pięćdziesiątych XX wieku, kiedy odwiedziłem jednego z kuratorów ogrodu, żeby przedstawić pomysł nowego rodzaju programu telewizyjnego.
Ówczesna telewizja również bardzo się różniła od dzisiejszej. Istniała tylko jedna sieć BBC, która docierała jedynie do Londynu i Birmingham. Wszystkie programy pochodziły z dwóch małych studiów w Alexandra Palace w północnej części stolicy. Były to te same studia, obsługiwane w istocie przez te same kamery, które w 1936 roku wyemitowały pierwsze na świecie regularne programy telewizyjne. W 1939 roku, po wybuchu drugiej wojny światowej, transmisje zawieszono, ale wznowiono je zaraz po zwycięstwie w 1945. Zatem kiedy w roku 1952 zatrudniono mnie jako producenta stażystę, brytyjska telewizja miała za sobą zaledwie dziesięcioletnie praktyczne doświadczenie.
Programy niemal w całości nadawano na żywo. Jeszcze całe dekady dzieliły nas od epoki elektronicznego zapisu, więc jedynym sposobem, w jaki my, producenci, mogliśmy urozmaicać obrazy ze studia, było nakręcenie i wyemitowanie filmu. To pociągało za sobą koszty finansowe, my zaś rzadko otrzymywaliśmy dostateczne fundusze. Jednakże nie uważano tego faktu za poważne ograniczenie. Przeciwnie, telewidzowie i producenci uznawali „bezpośredniość” tego środka przekazu za jego główną atrakcję. Wydarzenia pojawiające się na ekranie rzeczywiście rozgrywały się w tej samej chwili, w której je oglądano. Jeśli aktor zapomniał swojej kwestii, słyszało się podpowiedź. Jeśli polityk stracił panowanie nad sobą, to na oczach wszystkich, nie miał zatem szansy, by to przemyśleć i nalegać, żeby wycięto jego niebacznie rzucone słowa.
Kiedy rozpoczynałem karierę, programy o zwierzętach zakorzeniły się już w telewizyjnych ramówkach. Prowadził je George Cansdale, dyrektor londyńskiego zoo. Tydzień po tygodniu przywoził z Regent’s Park do Alexandra Palace niektórych bardziej uległych podopiecznych o rozsądnie dobranych rozmiarach, umieszczał ich na przykrytym wycieraczką stole, na którym siedzieli, mrugając oczami w intensywnym oświetleniu studia, podczas gdy pan Cansdale demonstrował ich budowę i opowiadał o odwadze oraz przebiegłości. Był znamienitym przyrodnikiem, umiejącym wspaniale obchodzić się ze zwierzętami i nakłaniać je, żeby robiły to, co chciał. Mimo to sprawy nie zawsze toczyły się zgodnie z jego zamiarami. To tworzyło część jego popularności. Regularnie zdarzało się, że zwierzę ulżyło sobie na wycieraczce albo, jeśli dyrektor miał pecha, na jego spodniach. Czasem któreś uciekało i umundurowany dozorca zoo, czający się za kulisami studia na wypadek takiej ewentualności, musiał je łapać. Raz mała wiewiórka afrykańska dała susa ze stołu do demonstracji wprost na mikrofon i zawisła na umieszczonym bezpośrednio nad prezenterem wysięgniku. Stamtąd czmychnęła na drugi koniec studia, gdzie schroniła się w systemie wentylacyjnym. Mieszkała tam wiele dni, od czasu do czasu ukazując się w trakcie przedstawień teatralnych, programów rozrywkowych oraz słowa na niedzielę, które nadal transmitowano z tego studia. Przy kilku pamiętnych okazjach zwierzątku nawet udało się ugryźć pana Cansdale’a. Nie można było przegapić takiej chwili, więc gdy dyrektor przywoził jakieś szczególnie niebezpieczne stworzenie, na przykład węża, cały kraj wstrzymywał oddech.
Wtedy, w 1953 roku, pojawił się nowy rodzaj programów o zwierzętach. Belgijski podróżnik i filmowiec Armand Denis i jego olśniewająca brytyjska żona Michaela przyjechali z Kenii do Londynu, by reklamować pełnometrażowy film dokumentalny Below the Sahara (Na południe od Sahary), nakręcony z myślą o seansach kinowych. Z materiału niewykorzystanego w filmie zmontowali półgodzinny program telewizyjny. Pokazywał on słonie, lwy, żyrafy oraz wielu przedstawicieli innych dużych gatunków fauny ze wschodnioafrykańskich równin. Program cieszył się olbrzymim powodzeniem. Wielu widzów po raz pierwszy ujrzało takie stworzenia na ekranie telewizyjnym. Choć tamte obrazy nie miały w sobie tej żywej, podniecającej nieprzewidywalności jak programy pana Cansdale’a, ludzie mogli zobaczyć, jak cudownie i majestatycznie prezentują się zwierzęta w swoim środowisku.
Widzowie zareagowali na ten nowy rodzaj programów o zwierzętach z takim entuzjazmem, że pracownicy telewizji planujący dalsze programy niezwłocznie poprosili państwa Denisów o kolejne produkcje. Czemu nie nakręcić całego serialu, który można by wyświetlać co tydzień? Denisowie, którzy kręcili filmy w Afryce od lat i mieli przepastną bibliotekę materiałów o zwierzętach, dostrzegli okazję i nie dali się długo prosić. Tak narodził się pierwszy serial On Safari (Na safari).
Jeśli chodzi o mnie, dwudziestosześcioletniego początkującego producenta telewizyjnego z dwuletnim doświadczeniem w branży i nieużywanym dyplomem absolwenta studiów zoologicznych, niecierpliwie marzącego o tworzeniu własnych programów o zwierzętach, to odniosłem wrażenie, że obie formy widowisk mają swoje szczególne atuty, ale i ograniczenia. Program pana Cansdale’a wywoływał niezaprzeczalny dreszcz emocji przy obserwowaniu żywych, nieprzewidywalnych zwierząt, ponieważ jednak znajdowały się one w obcym im środowisku studia, częściej wyglądały na jakieś dziwaczne osobliwości. Natomiast zwierzęta w filmach Denisów pojawiały się w naturalnym otoczeniu, do którego były idealnie przystosowane, ale brakowało im pikanterii pokazywanej na żywo nieprzewidywalności. Na pewno, tłumaczyłem sobie, można by połączyć oba style w jednym programie i z obu wyciągnąć korzyści. Jako pracujący dorywczo producent reżyserowałem już recitale muzyczne, teleturnieje archeologiczne, polityczne debaty i przedstawienia baletowe. W ostatnim czasie opracowałem serię trzech programów o znaczeniu i celach kształtów ciała zwierząt oraz widocznych na nim wzorów. Prowadził je jeden z wybitnych ówczesnych naukowców, sir Julian Huxley, a jako ilustrację jego opowieści wypożyczyłem kilka zwierząt z kierowanego przez pana Cansdale’a londyńskiego zoo. Przy tej okazji poznałem kuratora działu gadów Jacka Lestera.
Jack od najwcześniejszego dzieciństwa pasjonował się zwierzętami, ale wobec braku formalnej edukacji w tym kierunku zatrudnił się najpierw w banku. Wkrótce jednak przekonał pracodawców, by oddelegowali go do oddziału w Afryce Zachodniej, gdzie mógł dać upust swojemu entuzjazmowi, kolekcjonując i hodując gady. Po wybuchu wojny wstąpił do Królewskich Sił Powietrznych, a po wojnie zatrudnił się w prywatnym ogrodzie zoologicznym w zachodniej części Anglii. Stamtąd zaś przybył do Regent’s Park, gdzie opiekował się obszerną kolekcją gadów londyńskiego zoo. Jego biuro mieściło się w małej klitce w Pawilonie Gadów, ogrzanej – jak wszystkie terraria – do duszącej temperatury tropikalnej i zapchanej wszelkiego rodzaju klatkami zamieszkanymi przez szczególnie ulubione przezeń stworzenia, niepotrzebne na wystawie dla publiczności: galagoniki, gigantyczne pająki, kameleony i podziemne węże ślepe. Bardzo pomógł mi przy wybieraniu zwierząt do seryjnego programu prowadzonego przez Huxleya, pojechałem więc do niego, żeby podyskutować o tym, jakie jeszcze programy moglibyśmy wspólnie wyprodukować. Myślałem, że wpadłem na pomysł, który może go zainteresować, gdyż dzięki temu wróciłby do swojej ukochanej Afryki Zachodniej – a ja pojechałbym z nim.
Mój plan był prosty. BBC i londyńskie zoo miały wspólnie zorganizować ekspedycję mającą na celu łowy na zwierzęta, w której obaj wzięlibyśmy udział. Ja reżyserowałbym sekwencje filmowe przedstawiające Jacka tropiącego i wreszcie chwytającego jakieś szczególnie interesujące stworzenie. Sekwencja kończyłaby się zbliżeniem zwierzęcia w rękach łowcy. Następnie obraz przechodziłby w podobne ujęcie tego samego stworzenia, lecz tym razem w telewizyjnym studiu. Jack mógłby wtedy zademonstrować, wzorem Cansdale’a, szczególnie ciekawe aspekty budowy i zachowania zwierzęcia. Gdyby doszło do paru nieuniknionych incydentów, takich jak ucieczka albo ugryzienie, tym lepiej. Następnie widzowie wróciliby za pośrednictwem filmu do Afryki na kolejne poszukiwania i łowy.
Jack zgodził się, że pomysł jest dobry. Jedyny problem polegał na tym, że w tym czasie ogród zoologiczny nie miał zamiaru wysyłać nikogo na polowanie. BBC też nie zamierzała angażować się w wysoce specjalistyczne i na pewno kosztowne przedsięwzięcie kręcenia filmów przyrodniczych. Jednakże tę drobną trudność można było pokonać jednym zaaranżowanym we właściwy sposób obiadem, na którym spotkaliby się szefowie ogrodu zoologicznego i telewizji, a każdy byłby przeświadczony, że drugi uczestnik spotkania już powziął taki zamiar.
Obiad zgodnie z planem odbył się w restauracji ogrodu zoologicznego. Jack i ja byliśmy na miejscu, żeby podpowiadać naszym zwierzchnikom i nimi sterować. Obaj szefowie po kawie pożegnali się, przekonani, że każda z instytucji odniesie rozliczne korzyści z udziału w planach drugiej. Następnego dnia, ku naszemu podszytemu niedowierzaniem zachwytowi, niezależnie od siebie dowiedzieliśmy się, że mamy przystąpić do realizacji zamierzenia.
Bez żadnych trudności uzgodniliśmy rejon w dżungli. Bank Jacka miał siedzibę w Sierra Leone. Jack znał ten kraj i zamieszkującą go faunę. Nadal miał tam mnóstwo przyjaciół, którzy mogli nam pomóc. Byłem jednak przekonany, że jeśli programy telewizyjne mają odnieść sukces, wyprawa powinna mieć pewien szczególny cel – zdobycie rzadkiego stworzenia, którego nikt nigdy przedtem nie widział w żadnym zoo na świecie, bowiem londyński ogród bardzo się taką perspektywą ekscytował. Powinno to być zwierzę owiane tak romantyczną aurą, rzadkie i fascynujące, że misja poszukiwawcza zmuszałaby widzów do oglądania jednego programu po drugim, aż w końcu stworzenie zostałoby wreszcie odnalezione.
Moglibyśmy nazwać serial Poszukiwanie… czegoś. Ale czego?
To był twardy orzech do zgryzienia. Jedynym żyjącym w Sierra Leone zwierzęciem, które przychodziło Jackowi do głowy i które choćby w przybliżeniu spełniało te kryteria, był ptak o nazwie sępowronka żółtogłowa (Picathartes gymnocephalus). Wydawało mi się, że pobudzenie brytyjskich telewidzów do stanu gorączkowego oczekiwania na ujrzenie tak nazywanego stworzenia może być trudne. Czy ptak nie ma jakiejś innej, bardziej romantycznej nazwy? „Ależ oczywiście – odparł uprzejmie Jack. – W Anglii nazywa się go »nagogłowym kurczakiem skalnym«”1. Uznałem jednak, że i to nie za bardzo załatwia sprawę. Jackowi nie przychodziło do głowy nic innego. Tak więc sępowronka stała się naszym ostatecznym celem, a serial postanowiłem zatytułować po prostu Zoo Quest (Zoologiczne poszukiwania).
Była też jeszcze jedna kwestia do rozstrzygnięcia. W tamtym okresie telewizja używała taśmy filmowej szerokości 35 mm, takiej samej jak przemysł filmowy. Jedna rolka taśmy była mniej więcej rozmiarów spłaszczonej piłki futbolowej, a używana do niej kamera miała wielkość niedużej walizki. W normalnych okolicznościach musiała być montowana na statywie i obsługiwana przez dwóch ludzi. Armand i Michaela Denisowie korzystali ze znacznie mniejszego sprzętu na taśmę szerokości 16 mm i chciałem postąpić tak samo.
Dyrektor telewizyjnego działu filmowego był oburzony – taśma 16 mm, orzekł, jest dla amatorów. Zawodowcy nią gardzą. Obrazy na niej są niewyraźne, nie do zaakceptowania. Wolał zrezygnować, niż zgodzić się na takie obniżenie standardów. Kierownictwo programów telewizyjnych zwołało zebranie. Przedstawiłem swoje argumenty. Wyjaśniłem (z dużą pewnością siebie, choć nigdy nie robiłem tego rodzaju zdjęć), że nie zdołam uzyskać potrzebnych ujęć, o ile nie będę mógł używać mniejszego i poręczniejszego sprzętu.
Ostatecznie spór został rozstrzygnięty na moją korzyść. Jednakże dyrektor działu filmów, zatwierdzając decyzję, zrobił zastrzeżenie. Ówczesna telewizja była czarno-biała. Mimo to na szesnastomilimetrowej taśmie, której mieliśmy używać, miał powstać nie czarno-biały negatyw, z którego można byłoby zrobić kopie – pozytywy, lecz negatyw kolorowy. Taka taśma miała mniejszą czułość niż niektóre czarno-białe, ale wykonane z niej czarno-białe kopie odznaczały się o wiele lepszą rozdzielczością. Zaakceptowałem to i zgodziłem się na ustalenie, że będziemy używali negatywu czarno-białego jedynie w wyjątkowych okolicznościach, przy nadzwyczaj słabym oświetleniu.
Jednak żaden kamerzysta z BBC nie zgodziłby się używać szesnastomilimetrowego sprzętu. Musiałem zatem sam wyszukać sobie kamerzystę. Trochę popytałem i dowiedziałem się o moim rówieśniku, który wrócił właśnie z Himalajów, gdzie pracował jako asystent kamerzysty filmującego wyprawę poszukującą yeti (bez powodzenia). Nazywał się Charles Lagus. Umówiliśmy się w pubie nieopodal studiów telewizji, gdzie zazwyczaj spotykali się ludzie z branży telewizyjnej. Wypiliśmy trochę piwa. Przekonaliśmy się, że śmieszą nas te same żarty. Charles uznał, że podczas podróży będzie się dobrze bawić, i po drugim piwie zgodził się ze mną pojechać. Jack również kogoś zwerbował – Alfa Woodsa, sprytnego i roztropnego szefa dozorców, pracującego wtedy w ogrodzie zoologicznym w Pawilonie Ptaków. Miał on opiekować się złapanymi zwierzętami. Zatem we wrześniu 1954 roku nasza czwórka wyruszyła do Sierra Leone.
Po kilkudniowym pobycie w stolicy kraju, Freetown, ruszyliśmy w drogę do rejonu porośniętego lasem deszczowym. Ani Charles, ani ja nigdy przedtem nie bawiliśmy w takim miejscu. Było niesamowicie ciemno. Charles z ponurą miną wyjął światłomierz. „Jedyny sposób, żebyśmy zapewnili tu dość światła na kolorowy negatyw – stwierdził z goryczą – to wyciąć kilka drzew”. Był to dla nas poważny cios. Jeśli mieliśmy pracować w lesie, musielibyśmy sięgnąć do zapasu czarno-białej taśmy, a mieliśmy jej bardzo niewiele.
Może gdyby Jack schwytał w lesie jakieś stworzenie, dałby się przekonać, żeby je wypuścić na odpowiednio nasłonecznionej polanie i złapać po raz drugi? Jack mężnie wyraził zgodę. A Charles i ja, zamiast starać się sfilmować hasające wśród gałęzi grupki małp albo czekać w ukryciu na wyłaniającą się z mroku płochliwą leśną antylopę, ograniczylibyśmy się do małych stworzeń, które również moglibyśmy przenieść w lepiej oświetlone miejsce: kameleonów, skorpionów, modliszek i krocionogów.
Naszym głównym celem miała pozostać sępowronka. Jack przywiózł ze sobą mały akwarelowy obrazek, namalowany przez plastyka na podstawie muzealnego eksponatu, i dokądkolwiek się udawał, pokazywał go ludziom z pytaniem, czy kiedykolwiek widzieli podobnego ptaka. Ludzie przyglądali się obrazkowi z konsternacją, ale w końcu znaleźliśmy wieśniaka, który rozpoznał poszukiwane przez nas stworzenie. Twierdził, że te ptaki budują gniazda z błota, dość podobne do gniazd jaskółek, lecz o wiele większe, przytwierdzone do wielkich głazów w głębi lasu. Nie bardzo zatem dałoby się je przenieść w dobrze oświetlone miejsce. Nie próbowaliśmy też poprawić naszych szans poprzez powalenie paru pobliskich drzew.